Twórcy chyba nie bardzo wiedzieli czym ta gra ma właściwie być. Od historii, przez bohatera po samą rozgrywkę i misje poboczne gra próbuje iść w kilku kierunkach jednocześnie. Jak na grę o hakowaniu za dużo tu powtarzalnych misji samochodowych czy rozwałki rodem z GTA, a za mało okazji i zachęty do bardziej taktycznego podejścia i wykorzystania dostępnych zabawek. Za dużo niepotrzebnie rozbudowanych minigier. Fabuła jest prosta, ale główne misje są zwykle ciekawie zaprojektowane. Na plus niebanalne znajdźki wymagające kombinowania i sporo wnoszące do historii i całkiem sympatyczny multiplayer.
Świetny klimat, którego nie zapomina się po latach, głównie za sprawą ścieżki dźwiękowej - od doboru muzyki po audycje czy nawet reklamy. Fabularnie jest trochę słabiej niż zapamiętałem, historia zdaje się iść mocno na skróty i ma nienajlepsze tempo i konstrukcję, ale postaci (solidnie zagrane) i misje pozytywnie zapadają w pamięć. Samo miasto z dzisiejszej perspektywy wydaje się nieco pustawe i surowe, drażnią też pewne elementy rozgrywki, jak niedokładne celowanie i beznadziejna AI postaci, ale to wciąż bardzo solidny klasyk, choć chciałoby się, żeby był trochę dłuższy.
Serialu jeszcze nie widziałem, więc trudno mi skomentować wykonanie, ale od chwili zapowiedzi dziwi mnie cały ten wspomniany w zapowiedzi motyw z "Życie na ziemi może się lada moment skończyć, a zegar tyka.", bo... w pierwowzorze Martina coś takiego w ogóle nie ma miejsca. W opowiadaniu to jest po prostu ekspedycja naukowa, gdzie garstka zapaleńców szuka kosmicznej legendy na pograniczu Moby Dicka i potwora z Loch Ness. Do momentu, gdy zaczynają się dramatyczne wydarzenia na statku wyprawa jest dosyć standardową wyprawą badawczą i jedynym powodem, dla którego ekipa wyrusza w kosmiczny rejs jest zwykła ciekawość.
Co więcej zmiana tego punktu wyjściowego dla wyprawy wiąże się z kompletną zmianą całego settingu, bo Żeglarze nocy są częścią kosmicznego "uniwersum" Martina, gdzie ludzkość już dawno opuściła Ziemię i skolonizowała kosmos, napotykając mnóstwo innych cywilizacji. W opowiadaniu Ziemia się w ogóle nie pojawia i nie ma żadnego znaczenia.
Czy serialowi takie wciskanie na siłę dramatyzmu, ratowania świata i larger-than-life stawek wychodzi na dobre, jeszcze nie wiem, ale moim zdaniem dosyć mocno zmienia to wydźwięk i sens całej opowieści i w sumie sprawia, że jest mniej unikalna, bo jak zauważa autor tekstu, takich historii mieliśmy już mnóstwo.
Drobna uwaga dla autora newsa, 401k nie oznacza w tym przypadku 401 tysięcy dolarów tylko rodzaj planu emerytalnego w Stanach: https://en.wikipedia.org/w/index.php?title=401k_plan Numer ten nie ma nic wspólnego z żadną kwotą :)
Na forum LOTRO ktoś z zespołu napisał, że nowa gra nie wpłynie w żaden sposób na istniejącą grę ani licencję. LOTRO ma już raczej stosunkowo niewielką acz wierną grupę graczy i nie próbuje specjalnie pozyskiwać nowych, ci, którzy spędzili z tą grą setki godzin raczej przy niej już zostaną, reszta wybierze pewnie nową grę, bo LOTRO, mimo świetnego klimatu i world-buildingu ma jednak zdecydowanie zbyt dużą ilość grindu na obecne standardy i czuć, że technologicznie trochę już nie wyrabia.
A gdzie i za ile jest do nabycia ten przeceniony Transistor? Jest w tytule i na grafice, ale nie jest wymieniony w głównej części newsa :/
Też nie wietrzyłbym tu żadnej teorii spiskowej, po prostu Wiedźmin jest nośnym, bardzo nośnym tematem, więc doklejanie go do tytułów filmików, newsów, recenzji za każdym razem zapewnia więcej kliknięć i odwiedzin. Jeden kliknie bo jest fanem Wiedźmina, inny kliknie i napisze komentarz, bo ma dość nawiązań do Wiedźmina - ważne, że się kręci. Ich teksty, ich portal, każdy stosuje takie zabiegi, jakie są dla niego najefektywniejsze.
Co nie zmienia tego, że faktycznie robi się to już niesmaczne, tak jak napisał Tal_Rasha. Wpychanie wiedźmińskich nawiązań do każdego tytułu i nagłówka zalatuje niskich lotów chwytami graniczącymi ze zwykłymi clickbaitami. GOL jest największym, najpopularniejszym (prawdopodobnie, mogę się mylić) portalem o grach w Polsce i wydaje mi się, że naprawdę nie musi sięgać po tak mało wyszukane sposoby podbicia popularności. Zamiast w tytule czy opisie zaintrygować czytelnika nawiązaniem do samej gry, do jakiejś jej szczególnej cechy, z automatu wkleja się tam Wiedźmina. Zaczyna to przypominać praktykę wydawców czy dystrybutorów wklejających wszędzie formułkę "gra/film twórców XYZ", przy czym tam faktycznie może przełożyć się to na wyniki finansowe. Z reguły źle świadczy to o samym produkcie, bo sugeruje, że luźne powiązanie z inną marką czy tytułem jest dla wydawcy pewniejszym chwytem marketingowym niż cechy reklamowanego produktu. Sugeruje to, że wydawca nie wierzy we własny tytuł i próbuje go po prostu opchnąć na zasadzie nawiązania, licząc, że ktoś nie sprawdzi. W tym wypadku sugeruje to, że autor tekstu pokłada większą wiarę w zainteresowanie Wiedźminem nad umiejętność samodzielnego zainteresowania czytelnika konkretnym tematem.
No i przede wszystkim ujmuje to trochę samej grze, która w zasadzie bez powodu opisywana jest w nawiązaniu do całkiem innego tytułu. Co zresztą znaczy "dla fanów Wiedźmina 3". Dla fanów poziomu wykonania i stylu dewelopera? Klimatu? Stylu, fabuły, mechaniki?
W tekście znajdują się ze dwa czy trzy porównania do Wiedźmina i w zasadzie niczemu one nie służą, bo dotyczą elementarnych mechanik obecnych w większości gier z gatunku.
Jeśli chodzi o mechanizmy rozgrywki, Technomancerowi w ogólnym zarysie blisko do wspomnianego na wstępie Wiedźmina 3 – choć podstawową różnicę stanowi fakt, że zamiast otwartego świata mamy oddzielone od siebie lokacje, złożone w dużej mierze z placyków i krzyżujących się korytarzy.
No więc dlaczego nie porównujecie tego do Wiedźmina 2, który ma właśnie taką korytarzową budowę, tylko do trójki, która ma rozległy, otwarty świat? Piszecie o backtrackingu, który był jednym z problemów pierwszej i drugiej części Wiedźmina właśnie ze względu na specyficzną konstrukcję lokacji, więc znów - czemu nawiązujecie do trójki? Niby nic wielkiego, pojedyncze fragmenty dłuższego tekstu, ale rażą tym, że są bezzasadne. A jeśli nie są, to niestety tu tego nie udowodniono.
Chodzi po prostu o zasadę. Jeśli powołujecie się w tytule na inny tytuł, to niech w tekście faktycznie zostaną wskazane wyraźne podobieństwa i niech one pełnią w tym tekście jakąś funkcję. Tymczasem właściwie wszystkie nawiązania do Wiedźmina w tekście dotyczą różnic pomiędzy tymi grami - nie ten poziom/jakość, nie ten setting, nie ta konstrukcja świata, większa niż w Wiedźminie warstwa taktyczna... Nie wiem jakie intencje miał autor, ale wygląda to trochę tak: nie wiem jak zacząć opisywać cechy gry, żeby nie wyglądało to zbyt banalnie, więc zamiast pisać, że to typowy action RPG z lokacjami o zamkniętej strukturze napiszę, że jest podobny do Wiedźmina 3, a potem opiszę wszystkie jego cechy zaznaczając, że pod tym względem jest inny niż Wiedźmin 3. Więc znów: same nawiązania nie są niczym złym, pod warunkiem, że czemuś służą, a nie zaprzeczają punktowi wyjściowemu tego nawiązania i nie ograniczają się do roli podpórki.
Wiem, marudzę, zwykle po prostu przymykałem na to oko i skupiałem się na właściwej treści, ale sytuacja zaczyna być ciut kuriozalna. Nie jesteście, redakcjo, piętnastoletnimi youtuberami próbującymi wypozycjonować swój kanał wśród setek identycznych. Zachęcajcie ciekawymi tytułami czy opisami nawiązującymi do danej gry. Coraz więcej waszych tekstów o grach podpiera się w tytułach odwołaniami do innych, popularnych marek. Zostawcie Wiedźmina do zbierania kliknięć w mediach społecznościowych i dajcie odetchnąć innym grom własnym życiem. Rozumiem, że to nabija odsłony, że tak jest po prostu łatwiej i w sumie to Wasz wybór - ale mnie jako czytelnika to trochę zniechęca. Pojawia się recenzja Technomancera, więc chcę czytać o Technomancerze. Skoro w tytule (a więc nie byle gdzie) wstawiacie dosyć górnolotne nawiązanie, to rozwińcie je konsekwentnie w samym tekście albo je sobie odpuście, już niezależnie od tego czy to Wiedźmin czy coś innego. To nie onet, że tytuł i treść muszą mieć się do siebie jak piernik do wiatraka :)
Zaznaczam, że nie kwestionuję w żaden sposób samego tekstu, poziomu Wiedźmina, zainteresowania nim. Nie mam do nikogo pretensji - ot, zaznaczam jak to wygląda z mojej perspektywy. To tylko opinia, więc można ją śmiało zignorować.
edit: Widzę, że zanim wysłałem post, autor skomentował temat: nie licząc tego, że w Technomancerze prawie przez cały czas za bohaterem podąża dwoje towarzyszy, którym wydaje się podstawowe rozkazy w walce.. I znowu to samo, "podobny do Wiedźmina" i po chwili mamy opis mechaniki diametralnie różnej od Wiedźmina. C'mon.
Dosyć daleko idące założenia odnośnie komentarza, który do żartu właśnie się odnosi, no ale :) Internet trzeba naprawiać niezależnie od tego czy jest popsuty z premedytacją czy nie!
A przy okazji, po Bece spodziewałem się więcej. Tytuł bez fikuśnej gry słów stanowiącej jednocześnie nazwę serii, numeru wpisu i odsyłacza do fanpage'a i bloga z przemyśleniami o życiu? Brak wzmianki o ukochanych grach z dzieciństwa i rozważań o tym jak wraz z wiekiem mamy coraz mniej czasu na granie (i oglądanie napisów końcowych)? Tu są pewne standardy! Tyle wzorców do naśladowania, a takie mizerne rezultaty. Przynajmniej proporcje ilości tekstu do obrazków są ok, ale tych drugich mogłoby być nieco więcej - jak sami widzicie, problem nie został zbyt gruntownie zilustrowany i dochodzi do nieporozumień.
Można było oczywiście skupić się na samych dobrych tekstach lub bynajmniej tych porządnych i w miarę ciekawych
W suuumie beka.
A to ciekawe, u mnie w specjalnym prezencie jest Command & Conquer Red Alert 2 Zemsta Yuri'ego. Może ci, którzy dorwali Hospital w poprzednim rzucie dostają coś innego?
Cóż, Bethesdzie nie można odmówić przynajmniej jednego - w miarę uczciwego i konkretnego podejścia jeżeli chodzi o prezentowanie swoich gier. W czasach, gdy mamy na pęczki gier zapowiadanych po 2-3 lata przed premierą, co wiąże się z zapychaniem tego czasu mocno podrasowanymi wydmuszkami wizualnymi, Bethesda Game Studios zawsze pokazuje swoje gry na ostatniej prostej produkcji i zwykle na zapowiedziach wyglądają dokładnie tak, jak finalny produkt. Także z jednej strony szkoda, że graficznie prezentuje się to trochę ubogo, z drugiej mamy przynajmniej uczciwy wgląd na to, jak Fallout 4 będzie wyglądał. Kurz opadnie, wszyscy będą wiedzieli czego się spodziewać, nie będzie przynajmniej żadnych niespodzianek przy premierze.
Mimo wszystko BGS nie jest studiem, któremu brakuje czasu. Wypuszczają gry co 3-4 lata, od samego Fallouta 3 minęło siedem, nikt ich nie pogania bo sami sobie wydają jako Bethesda Softworks, więc naprawdę... Można było oczekiwać na więcej, w końcu od dwóch lat mamy nową generację. Pewna drętwość gry i animacji zawsze była znakiem Bethesdy, ale w Skyrim zrobili olbrzymi krok naprzód pod tym względem. Tu widać w zasadzie wyłącznie trochę lepsze oświetlenie, cała reszta jest dosyć nijaka. Widać tu dziwny trend, który ostatnio przewija się w grach AAA (Wiedźmin 3, GTA 5). Grafika, nawet jeśli nie brzydka, jest jakaś strasznie jaskrawa, pastelowa. Tekstury niby nie są złe, ale pozbawione szczegółów, wszystko jest trochę sterylne. Prawdę mówiąc nie do końca pasuje mi ten styl, zwłaszcza, że pierwsze dwa Fallouty prezentowały świat bardzo przyziemny, "ziarnisty", cały świat sprawiał wrażenie "zmęczonego", wyniszczonego.
Ostatnim problemem jest sam trailer, bardzo nijaki. Przypomnijcie sobie pierwszy trailer z gameplayem Skyrima - był pomysł, była "moc", robiło to wrażenie. Tu mamy trochę przypadkowy zlepek scen. Najpierw dostajemy mało oryginalne nawiązanie do introsów z każdej części z telewizorkiem i piosenką brzmiącą prawie jak kawałki The Ink Spots, później przydługi montaż ujęć sprzed/po (trochę niejasne jest co ma właściwie sugerować), przeciągające się sekwencje z psem, rzut okiem na kilka lokacji... Muzyka z dalszej części trailera w ogóle nie zapada w pamięć. We wspomnianym trailerze Skyrima pokazano mnóstwo lokacji i aktywności, pokazano eksplorację i walkę w 1 i 3 osobie za pomocą różnych rodzajów broni, zarysowano oś fabularną, nakręcono klimat... Ten trailer jest z kolei o wszystkim i o niczym, próbuje nawiązywać do różnych "klasyków" Fallouta, ale nie idzie za tym żadna treść czy styl. Gdyby nie to, że to Fallout, trailer w ogóle nie zainteresowałby mnie przedstawianą grą. Na ten moment F4 jest mi "mocno obojętny" - podchodzę do niego bardziej ze strony ciekawości "jak to wyjdzie w praktyce" niż "chcę zagrać". Coś poszło nie tak.
@Iselor - Generalnie trudno odmówić Ci racji, nie grałem prawdopodobnie w większość tytułów, na których opierasz się w swoich wypowiedziach, więc mogę wierzyć jedynie na słowo, niemniej jest w tym sporo sensu. Zgadzam się, chociaż sam wcześniej pisałem, że "fabuła jest najważniejsza". Ale nie ma w tym sprzeczności, bo wydaje mi się, że poruszyłeś w swojej wypowiedzi po prostu nieco inny temat, niż ten, od którego zaczęła się dyskusja. Ty pisałeś to bardziej pod kątem tego, co czyni erpega erpegiem, czyli poszedłeś w stronę semantyki, podczas gdy wcześniejsze posty (a przynajmniej takie wrażenie odniosłem) dotyczyły tego, co czyni erpega angażującym.
I to się przekłada również na inne kwestie, jak chociażby ocenianie fabuły pod kątem oryginalności lub powtarzalności. Cóż, "potęga mitu", większość historii opowiedzianych w fantastyce czy sci-fi to kolejne iteracje opowieści znanych od zarania dziejów, w większości opierają się na dosyć prostych, przewidywalnych motywach. I chociaż bardzo cenię sobie oryginalne historie, równie ważna jest oryginalna narracja, bo to ona wpływa na to czy gra potrafi zaangażować. A to jest to, o czym była mowa w samym wpisie, o którym dyskutujemy - o tym, że współczesne erpegi mają problem z zaangażowaniem, a nie o tym czy są bardziej czy mniej erpegowe, czy mają oryginalną czy oklepaną fabułę, chociaż wszystko w jakimś stopniu rzutuje na zdolność gry do przyciągania przed ekran.
Każdy ma swojego haka, ja osobiście uważam, że dobrze opowiedziana historia, która w jakiś sposób obchodzi gracza jest ważniejsza od mechaniki. Ale nie dlatego, że czyni to grę bardziej erpegową czy warsztatowo lepszą - mówimy wyłącznie o subiektywnym kreowaniu zaangażowania. Obiektywnie możemy uznać taką grę za słabszą, mniej oryginalną, gorszą z technicznego, rozwojowego punktu widzenia. W praktyce jest jednak większa szansa, że wrócimy do gry ze słabą mechaniką, ale angażującą opowieścią, niż na odwrót - bo nawet najlepsza mechanika przy obojętnej nam historii po prostu nuży i na pewnym etapie z taką grą musimy się męczyć. Z kolei w grze angażującej jesteśmy skłonni przymknąć oko na nieco kulawą mechanikę, bo chcemy wiedzieć, co będzie dalej. Znów, teoretycznie sama gra może być przez to gorsza, ale motywacja do zabawy będzie większa. Tak jest przynajmniej w moim przypadku, rozumiem, że dla niektórych to mechanika może być bodźcem do gry.
Pomijam też skrajne przypadki, w których mechanika jest skopana i nie mamy zwyczajnie siły chłonąć najlepszej nawet historii i odwrotnie - gdy mechanika sama w sobie potrafi skraść całą grę. Ta druga sytuacja ma miejsce raczej w innych gatunkach, gdzie faktycznie liczy się sama przyjemność z gry, której dostarcza mechanika - platformówki, gry sportowe etc. W cRPGu raczej ciężko mi to sobie wyobrazić.
Dlatego mówiąc o tym, że najważniejsza jest fabuła, dokonuję(my?) pewnego skrótu myślowego: dobrze opowiedziana historia jest najważniejszym spośród czynników czyniących erpega angażującym, przynajmniej w moim przypadku. Szczególnie, że nie chodzi jedynie o wątek główny, a jego wplecenie w grę, świat - a więc questy poboczne, NPC, sam lore i struktura świata też są elementem narracji, który na to wpływa. Pod warunkiem, że służą historii, a nie na odwrót, o czym zresztą mowa w artykule - często gęsto sprowadzają się do roli nieistotnych zapchajdziur, które może i dostarczają informacji i poszerzają kontekst historii, ale jednocześnie podminowują rolę i sens samej opowieści, a przede wszystkim nużą i odrzucają od gry.
Zbieranie książek w Elder Scrollsach, dzienniki zadań, leksykony w grach BioWare - to też jest mechaniką, a jednocześnie element opowieści. Wykonanie tych elementów może wpływać na odbiór gry - tak jak chociażby w kolejnych Mass Effectach leksykon z okna do poznawania uniwersum został sprowadzony do roli zastępstwa dla umieszczania pewnych rzeczy w narracji - skutki decyzji zostały sprowadzone do roli opisów przy stanie punktów galaktyki, o wielu wydarzeniach, nawet ciekawych, czytaliśmy wyłącznie w leksykonie, co powodowało dysonans pomiędzy tym, co teoretycznie działo się w świecie gry, a co my sami widzieliśmy w czasie rozgrywki. W teorii to nie ma nic wspólnego z tym, czy fabuła jest dobra/oryginalna czy kiepska/wtórna. Jednak takie rzeczy determinują stopień immersji, zaangażowania i potrafią wpłynąć na odbiór i wrażenia z gry.
Trochę mętnie to opisuję, ale mam nadzieję, że jest to zrozumiałe. Nie kwestionuję Twoich wypowiedzi, wydaje mi się po prostu, że rozpatruje się tu erpegi pod dwoma różnymi kątami, więc siłą rzeczy wnioski są różne. Inaczej pewne rzeczy oceniamy, gdy mówimy obiektywnie o jakości gry, inaczej, gdy patrzymy na to, czy gra nas angażuje. W obu przypadkach różne kwestie mają zupełnie różną wagę i efekt. Sam zresztą wspomniałeś, że Twoim zdaniem Torment ma dobrą fabułę, ale sama gra nie zaangażowała Cię na tyle, byś do niej wrócił. Twoim zdaniem to wina m.in. mechaniki, moim zdaniem to właśnie sugeruje, że oryginalność historii nie jest równoznaczna z tym, że jest ona wciągająca (to przykład, nie oceniam, bo z Tormentem miałem bardzo krótki kontakt). Klasyczne erpegi, crawleymogą być obiektywnie znacznie lepsze czy bliższe "erpegowości" niż Mass Effect, ale subiektywnie to ten drugi może bardziej zaangażować. ME podaję w tym poście wyłącznie jako przykład, więc proszę się za bardzo nie sugerować, chodzi jedynie o pewną zależność. To czy ważniejsza jest mechanika czy narracja zależy od tego, pod jakim kątem rozpatrujemy temat, więc nie ma potrzeby robienia wielkich oczu :)
Myślę, że to właśnie nieumiejętność opowiadania historii jest czynnikiem, który wpływa na taką a nie inną kondycję RPGów. Możemy mieć najwspanialsze odwołania do klasyki, rozbudowaną mechanikę, wielki świat z bogatym, przytłaczającym lore, ale bez wciągającej historii, która nas interesuje, która budzi emocje, bez wiarygodnych postaci stanowiących jej integralną część - bez tego nie ma dobrego RPGa. Jasne, wspomniane na początku elementy są bardzo ważne, ale one mają być jedynie dodatkiem zwiększającym immersję (lore, otwarty świat) czy samą atrakcyjność, przyjemność płynącą z rozgrywki (mechanika). Ale podstawą, filarem zawsze jest historia. Gry RPG zawsze były moim ulubionym gatunkiem, bo łączyły to co lubię najbardziej - opowiadanie wciągających historii z głęboką, niedostępną w książkach czy filmach interakcją i bogactwem świata.
Teraz coraz większy nacisk kładzie się na to drugie, a zapomina się, że to historia jest najważniejsza. Sorry, możemy mieć grę z najbardziej oldskulową, przemyślaną mechaniką, ale jeśli historia nie będzie nas angażować, odstawimy ją w kąt. Zapamiętamy natomiast nawet najbardziej kulejącą pod względem mechaniki grę z historią z prawdziwego zdarzenia - może nie będziemy się nad nią rozpływać, wystawiać jej 10/10 i oprawiać w złote ramy, ale będziemy mieli o niej pozytywne wspomnienia i będzie nam w najgorszym razie przykro, że świetna opowieść została nieco podminowana przez nieprzemyślaną rozgrywkę - ale to będzie po prostu zmarnowany potencjał. Tymczasem w wielu grach, w tym tych, o których mowa w artykule - potencjału po prostu nie ma. Jest mechanika, ale nie ma historii, która pochłania - i takiej gry nie mamy za co zapamiętać. Możemy co najwyżej wspomnieć czasem, że taki a taki RPG miał taką a taką ciekawostkę w kwestii mechaniki - ale to będzie tylko ciekawostka.
Wiadomo, że nie w każdej grze historia jest filarem, ale nie rozmawiamy o FPSach, zręcznościówkach czy bijatykach, gdzie z definicji podstawą jest przyjemna mechanika. Dla mnie RPGi zawsze były tym gatunkiem, w którym liczyła się historia - jeżeli ta jest dobra, a cała reszta jest podporządkowana jedynie jej wzbogacaniu i sprawianiu, by jej odbiór był jak najprzyjemniejszy, to gra będzie dobra. Jeżeli otwarty świat, różne twierdze, znajdźki, questy poboczne i cała masa dupereli stają się fillerami, łatami zastępującymi historię - skutek będzie taki, że z grą będziemy się męczyć.
To jest moim zdaniem bolączka współczesnych gier fabularnych - że właśnie pod względem fabuły nie dają rady. Że pod względem historii, która powinna być podstawą, przegrywają coraz częściej z przygodówkami, platfomrówkami, zwykłymi grami akcji. Erpegi powoli stają się przez to takimi grami dla nikogo. Próbują rozwiązać ten problem na różne sposoby, ale to są po prostu różne ślepe zaułki. Jedne po prostu idą w kierunku innych gatunków, sandboxów, gier akcji "z elementami", maskując brak ciekawej historii masą dupereli, inne, te krzykliwie odwołujące się do "klasyki", maskują się dziesiątkami cyferek, statystyk i okienek interfejsu, starając się trafić do osób, dla których ważniejsze w erpegach są rzuty kością i zbieranie drużyny Pokemonów niż faktyczna historia. Trochę uogólniam, ale prawdę mówiąc dawno nie widziałem erpega, który miałby naprawdę zapadającą w pamięć, ciekawą historię, której towarzyszyłyby wiarygodnie wplecione w nią postacie.
I tu propsuję przykład Mass Effecta (zwłaszcza 1, trochę 2), bo pomimo całego odejścia od RPGowej klasyki ta seria zrobiła coś, czego od wielu lat nie udaje się innym grom - opowiedzieć - tylko i aż - wciągającą historię. Tak samo jak kilka lat wcześniej Knights of the Old Republic. Nikt nie wspomina tych gier za mechanikę, za budowę lokacji, za system rozwoju postaci. Te gry zostaną zapamiętane ze względu na ciekawą fabułę, która po prostu przykuwała do ekranu. Niekoniecznie przekombinowaną i wymyślnie oryginalną, ale wiarygodną, wywołującą autentyczne emocje, angażującą. Nie grałem w Dragon Age'a, więc nie wiem jak tam im poszło, ale BioWare kiedyś to rozumiało, podobnie jak za czasów Morrowinda rozumiała to Bethesda, która stworzyła bogate tło fabularne i świetny otwarty świat, które mimo wszystko były ściśle powiązane z opowiadaną historią i nic nie pojawiało się tam bez potrzeby. Rozumieli to REDzi przy pierwszym Wiedźminie, chociaż z tego co widzę, trochę rozmieniają się na drobne - już w dwójce historia nie porywała, trójka chyba za bardzo skupia się na otwartym świecie pełnym popierdółek rodem z GTA - ale zobaczymy.
Może tylko ja tak mam, ale zawsze najbardziej podobały mi się te gry/odsłony serii, w których była najciekawsza fabuła, nawet jeśli sporo do życzenia zostawiała sama rozgrywka - pierwszy ME, pierwszy Wiedźmin, nawet, odchodząc od RPGów, najsłabszy pod względem mechaniki, a fabularnie chyba najlepszy pierwszy Assassin's Creed. Ba, nawet ograny przeze mnie w zeszłym roku Kult: Heretic Kingdoms, bardzo słaby pod względem mechaniki, dał poprzez opowiedzianą z pomysłem opowieść i klimat więcej frajdy, niż wiele kultowych tytułów. Jest coś wciągającego w grach, których historia owiana jest jakąś tajemnicą, w które z wypiekami na twarzy gramy po prostu po to, by dowiedzieć się o co w tym wszystkim chodzi, co dalej. Wiadomo, że w grach potrzebna jest interaktywność, ale RPGach powinna być jedynie narzędziem do poznawania historii, a nie celem samym w sobie. Tak jak nie czyta się książek fantasy dla stylu literackiego, tak nie gra się w RPGi dla dobrze zrealizowanego d20 i ciekawego drzewka rozwoju. Najlepsza mechanika pozbawiona duszy i celu po prostu nudzi :P
"dla nikogo jednak tragiczny i beznadziejny"
Przepraszam bardzo, ale jednak dla niektórych był, więc lepiej nie wyciągać tak pochopnych wniosków :)
Z tego co zrozumiałem, system dialogów/tematów przypomina nieco to, co zaoferowano w Morrowindzie. Jeżeli tak, to faktycznie jest to twardy orzech do zgryzienia i polska wersją trzeciego TESa borykała się z podobnymi problemami, które wynikały bardziej z rozwiązań samej gry niż z winy polskiego dystrybutora. Też mieliśmy niesamowite łamańce językowe, bo dany temat (który lądował potem w swego rodzaju "leksykonie") musiał być sformułowany w podstawowej formie, w mianowniku. System jest niegłupi w swoich założeniach, ale w praktyce jest niefunkcjonalny, w samym Morrowindzie też było tak, że niektóre definicje tych samych pojęć mieliśmy pod kilkoma zakładkami, co było spowodowane występowaniem odmiany słowa albo użyciem nieco innej formy.
Zgadzam się z przedmówcą, chętnie pograłbym w niektóre DLC do mass Effecta 3, ale nie ma mowy, żebym płacił po kilkadziesiąt złotych za dwie-trzy misje, których przejście zajmie mi dwie godziny. O ile podstawki non stop tanieją i są dostępne w różnych promocjach, o tyle ceny DLC są zamurowane. Po tylu latach od premiery DLC do Mass Effecta 2 powinny być dostępne za pół darmo, ewentualnie po jakichś symbolicznych stawkach, te do trójki też powinny być o wiele tańsze. Inna sprawa, że ceny DLC są w ogóle oderwane od jakichkolwiek realiów. Często stanowią 50% premierowej ceny podstawki, choć zawierają kilkunastokrotnie mniej treści. Najbardziej bawi mnie fakt, że dodatek Z prochów sprzedawany jest po 30 złotych, chociaż jest zawarty w wartym 3 złote upgradzie do jakiejś tam edycji specjalnej. Sorry EA, nikt nie będzie kupował rozszerzeń po 30 czy 50 złotych w momencie, gdy same podstawki od miesięcy są dostępne po 25-30...
Nie dodatek, tylko zwykła aktualizacja, jakich gra od premiery otrzymała mnóstwo, bo nowa zawartość jest udostępniana regularnie od kilkunastu lat, sformułowania typu "poszli o krok dalej" czy "pierwszy od 13 lat" są mocno na wyrost i odbiegają od stanu faktycznego. W wypowiedzi na Gamershell nazwano ją dla uogólnienia rozszerzeniem, bo to po prostu duży update podzielony na kilka części. Może uznali, że nazwa "dodatek" będzie bardziej zrozumiała dla osób nie siedzących w temacie. Wczoraj swoją premierę miał jedynie quest kończący wspomnianą serię, miasto zostanie udostępnione w kawałkach dopiero w kolejnych miesiącach. Hype jest spowodowany tym, że jest to zakończenie pierwszej i jednej z najdłuższych serii w grze - poprzedni quest ukazał się pięć lat temu, a wcześniejszy - dziewięć. Ludzie już stracili nadzieję, że to wyjdzie, więc teraz się chwalą "dodatkami" :D
Nie wprowadzono nowej kampanii tylko wypuszczono quest kończący starą. Miasto i wszystkie zbroje czy tryby, o których jest mowa w wiadomości, dopiero się ukażą. Ta wiadomość sugeruje, że nagle po 13 latach twórcy wypuścili jakiś wielki dodatek, a wcześniej nic się nie działo - kilka lat temu jednak inną aktualizację też nazwaliście rozszerzeniem, więc jak ta może być pierwsza :) Zwłaszcza, że "pierwszy" jest jedynie nadinterpretacją Gamershell.
Wiadomo, gier jest od zatrzęsienia, nikt nie może śledzić wszystkich i orientować się w ich niuansach, ale bodajże przy Lord of the Rings Online trafiały się podobne kwiatki. Jeżeli raz do roku robi się newsa o grze, można zrobić drobny research, nie pali się, to nie jest "breaking news". Piszę o tym tak bardziej dla zasady - tu zauważyłem nieścisłości, ale jaką mam pewność, że podobnych sytuacji nie ma w informacjach o grach, o których nic nie wiem? To po prostu w jakiś sposób podważa wiarygodność innych informacji :)
Zresztą, nawet nie tyle o błędy mi chodzi, co o źródło informacji. Inne serwisy powinny być po prostu źródłem informacji, że coś się dzieje, jednak same newsy powinny być pisane na podstawie bezpośrednich źródeł. Jak jeden serwis pisze newsy w oparciu o newsy innego serwisu, to siłą rzeczy każda wersja informacji jest coraz dalsza od oryginału i coraz bardziej poprzekręcana :)
Aen - obejrzyj jakieś materiały, albumy, relacje dotyczące tego jak powstawał film, zobaczysz, że na potrzeby prequeli stworzono tak na dobrą sprawę fizycznych obiektów niż przy oryginalnych filmach. A argument z Grievousem jest za przeproszeniem z czapy. Jak sobie wyobrażasz zrobienie tego w tradycyjny sposób? Mieli zbudować prawdziwego robota i zaprogramować go do wykonywania tych wszystkich akrobacji? Jak wyobrażasz sobie armię droidów bojowych, droideki i tego typu rzeczy bez CGI? Niektórych rzeczy nie da się zrobić wsadzając aktora do kostiumu. Ja nie twierdzę, że Lucas nie poszedł na łatwiznę, ale powtarzanie do znudzenia, że stara trylogia to jeden wielki park makiet a nowa to w zasadzie czysty render jest zwyczajnym zaklinaniem rzeczywistości.
Różnica w produkcji w dużej mierze wymuszona była tym, że stara trylogia pokazywała nam zaledwie zalążek świata i to w bardzo statyczny sposób. Jak wspomniałem, postacie z kantyny czy pałacu Jabby w większości przypadków siedziały przy stołach i kręciły głowami, pojawiały się w tle, więc jakaś zaawansowana mimika czy animacja nie była tam potrzebna. Nowe filmy mają po prostu zbyt wiele elementów, których fizyczne wykonanie byłoby albo niemożliwe albo szalenie drogie. Sorry, coś za coś, albo kukiełkowy Yoda siedzi na kamieni i jest postacią opartą na dialogach, albo wywija mieczem świetlnym i robi fikołki w powietrzu. Jasne, wiele scen wygląda sztucznie przez nadmiar CGI, Zemsta Sithów to pod tym względem tragedia (np. Kashyyyk), ale pewnych rzeczy ręcznie zrobić nie można. Naprawdę wierzysz w to, że gdyby w 77 roku mieli dostęp do dzisiejszej technologii to bawili by się w tyle makiet i kukiełek? W mrocznym widmie i w mniejszym stopniu w Ataku klonów i Zemście Sithów było naprawdę MNÓSTWO rekwizytów, makiet i tym podobnych. CGI od pierwszej do ostatniej sekundy masz chociażby w filmach Marvela, epizody I-III to przy tym niemal ręczne robótki. Po prostu wszyscy od 10 lat do znudzenia trują o tym CGI i ludziom się już utrwaliło, że te nowe epizody to jakaś animacja z aktorami. Tylko ciekawe dlaczego w Tunezji stoi kompleks budynków wyglądających identycznie jak te w EI i EII a we Włoszech można znaleźć zabytki wyglądające identycznie jak te na Naboo.
Nie powielajcie tych farmazonów o CGI i braku makiet/kukieł w prequelach. Jasne, sporo rzeczy było podrasowane komputerowo, takie Courscant musieli wygenerować w całości, ale bardzo wiele elementów to fizyczne makiety, kukły czy konstrukcje. Większość lokacji na Tatooine w Mrocznym widmie została zbudowana naprawdę, Naboo było kręcone w autentycznych włoskich zabytkach, Theed w Mrocznym wdimie było makietą, arena na Geonosis była makietą, miasto na Kamino było makietą. Jasne, CGI było dużo i czasem niepotrzebnie wciskano je tam, gdzie można się było bez niego obyć, ale bez tego się nie da - stara trylogia bez komputerów też by nie powstała, bo te kukły i makiety trzeba odpowiednio zmontować z resztą. Poza tym weźcie pod uwagę, że poza Chewbaccą i Ewokami w starej trylogii występowali przede wszystkim ludzie, w nowej pojawiła się masa różnych stworzeń. Jakiś tłum w kantynie, który siedział i obracał głowami można było załatwić kostiumami czy kukiełkami, ale ciężko zrobić kukłę robiącą realistyczne akrobacje mieczem świetlnym :P
Co nie zmienia faktu, że zdjęcia cieszą, bo są nawiązania do prac Ralpha McQuarriego (brama na jednym ze zdjęć jest żywcem wyjęta z pracy koncepcyjnej do Powrotu Jedi), pytanie na ile to faktyczne zmiany przy produkcji a na ile próby przypodobania się fanom, którzy uroili sobie, że prequele to w 99% CGI.
W sumie szkoda, że nie 100%, bo komputerowo wygenerowani Anakin i Padme i tak byliby lepsi od aktorów :)
Bo te trailery są pieruńsko drogie, zwłaszcza, jeżeli mają stać na takim poziomie jak te Blizzardowe czy te z The Old Republic. Pełnometrażowy film wykonany w takiej technice kosztowałby obecnie ponad miliard dolarów. Nie pamiętam dokładnych zestawień, ale wiem, że BioWare za te swoje trailery płaciło jak za zboże.
A myślałem, że to tylko u mnie takie jaja. Żeby było śmieszniej, seans z napisami (z przymusowym 3D) był tylko... raz dziennie, przez co zbieraliśmy się do kina ze dwa tygodnie, bo wszystkim musiała pasować jedyna słuszna godzina.
I jeszcze jedna kwestia - napisy, nawet jeśli w danej chwili było w porządku, momentami wyglądały fatalnie na tle trójwymiarowego obrazu. Raz na ruski rok je gdzieś inteligentnie przesunięto (swoją drogą to, co działo się po bokach ekranu w 3D wyglądało tragicznie i strasznie niewyraźnie). Zresztą, od pewnego czasu wersje z napisami oglądam nawet nie dla samych napisów, których potrzebuję sporadycznie, a dla możliwości słuchania oryginalnych dialogów i głosów. Ciężko oceniać grę aktorską gdy wszystko zagłusza monotonny i bezpłciowy lektor. Dubbing to - ewentualnie poza animacjami - koszmar, bo w Polsce cały czas jest robiony na jedno kopyto i nikt nie wyciąga żadnych wniosków. Zresztą dubbingowanie filmów aktorskich nigdy nie wychodzi dobrze.
Wkradł się mały błąd merytoryczny - nie chodzi o to, że nie planują wprowadzenia domów tylko o to, że zrezygnowali z przebudowy już istniejącego systemu, o której mówiło się od dość długiego czasu. Domki w grze są od zarania dziejów. Poza tym beoringowie będą funkcjonować jako nowa klasa, nie rasa :)
A tak poza tym cieszy, że o grze na GOLu pisze się ostatnio nieco częściej, ten news jest wręcz wyjątkowo obszerny i bogaty w informacje :)
edit: [1] Za wiele się nie zmieniło, za te wyzwania ciężko uzbierać jakieś sensowne sumy, na pewno nie da się za to kupić rozszerzeń, chyba, że ktoś będzie ciułał punkty na 10 postaciach. Inna sprawa, że po tylu latach mogliby zmniejszyć ceny najstarszych regionów, w sumie to wszystkie obszary z podstawki spokojnie mogliby już udostępnić za darmo albo za jakąś małą ilość punktów. Żeby odblokować dostęp do wszystkich regionów trzeba wydać jakiś majątek, a trochę niepoważne jest liczenie sobie za 6-7 letnie mapy niewiele mniej co za te najnowsze. Na zachodzie to pewnie nie najgorsze stawki, ale ceny są trochę zaporowe. Przynajmniej ilość zawartości w każdym regionie jest taka, że można się tam naprawdę długo bawić - w końcu LOTRO ma chyba jedną z największych map w historii gier (a od tamtego rankingu wyszły 3 dodatki).
[2] - nie plotki, nic pewnego, po prostu możliwość. Reality Pump rozważa różne projekty, za które może wziąć się po zakończeniu prac nad Raven's Cry i wśród nich jest właśnie nowe Earth.
Naprawdę? Ja oglądałem od chwili premiery, dobrnąłem do 10 odcinka pierwszej serii, potem była przerwa w emisji i już nie miałem siły do tego wracać. Serial sprawiał wrażenie, jakby twórcy mieli ciekawy pomysł wyjściowy, pomysł na uniwersum i tzw. mitologię, mieli w głowie jakieś odpowiedzi, ale kompletnie nie potrafili zagospodarować poszczególnych odcinków. W związku z tym pierwsza połowa pierwszego sezonu miała strukturę "idzie Grześ przez wieś" i ma przygody, z których nic nie wynika - dzianie się dla samego dziania się, przy czym raziła nie tylko epizodyczna formuła odcinków, ale i mnóstwo uproszczeń logiczno-fabularnych. Do tego strasznie rażą aktorzy - Tracy Spiridakos w roli Charlie była dla mnie jakimś koszmarkiem, aktorka dwóch min - albo "Boże jaki żal, Charlie płacze" z byle powodu, albo mina w stylu "coś cuchnie". Dosyć sympatyczny był Aaron, Monore i Mattheson również dawali radę, ale za dużo w tym wszystkim było zupełnie niepotrzebnych wątków, sytuacji. Mieli pomysł, ale nie umieli go rozciągnąć na ileś odcinków, scenarzyści IMO kompletnie nie radzili sobie z rozpisywaniem historii w poszczególnych odcinkach. Być może dalej jest nieco lepiej, ale wiem, że te 10 odcinków oglądało mi się naprawdę ciężko, chociaż bodajże 10 był naprawdę udany (z helikopterem i elektrownią).
Lost swoje wady miał, zwłaszcza ostatni sezon, który był nieporozumieniem koncepcyjnym, ale jego siłą było to, że nawet totalnie niezwiązane z fabułą odcinki i retrospekcje wciągały, bo postacie intrygowały - tu bohaterowie są mi totalnie obojętni, a niektóre odcinki to takie przedłużanie na siłę, bo jakoś trzeba zapchać te 40 minut. Plusem były przede wszystkim krajobrazy, setting świata, może sekwencje walki i niektóre dialogi - zwłaszcza w związku z Monroe. Niestety w pierwszych odcinkach kompletnie nie widać pomysłu na ciekawe prowadzenie serialu i z tego co słyszałem, w późniejszej części się to nie zmienia - odpowiedzi są, ale dalej serwowane są kompletnie odrzucające historyjki-zapychacze.
Moim zdaniem ten serial nie jest nawet blisko Person of Interest, to kompletnie inna liga - PoI od drugiego sezonu w potrafi naprawdę sprawnie łączyć kilka "głównych" wątków na raz, zaskakiwać na każdym kroku niespodziewanymi powiązaniami i mieszać sprawy epizodyczne z "mitologią" w iście wirtuozerski sposób. Do tego mamy o niebo lepiej rozpisane dialogi i postacie, które są po prostu charyzmatyczne. Oczywiście nie jestem do końca obiektywny bo jeden serial oceniam po ponad trzech sezonach a drugi po 10 odcinkach, ale nie chce mi się wierzyć, by nagle kiepscy autorzy zaskoczyli kunsztem a scenarzyści bez talentu stworzyli błyskotliwe historie :) Ale przekonać się samemu zawsze można. Może gdyby serial nie stawiał na oklepany do bólu przez tego typu seriale schemat "rodzinny", tylko tak jak Lost wrzucił do akcji grupę zupełnie różnych, niezwiązanych ze sobą bohaterów, byłoby lepiej. "Rodzinka" zawsze narzuca pewien nijaki schemat fabularny.
Oho, paul oren, widzę jakiś zadeklarowany socjalista nam się objawił. Praca prawem, nie towarem, nie? Dla Ciebie widzę, że bardziej liczy się, żeby ktoś pracował dla samego pracowania i machał łopatą po to, żeby machać, niż żeby się rozwijać, iść na przód, tworzyć coś innowacyjnego i przydatnego. Praca jest po to, żeby zapewnić sobie środki niezbędne do przeżycia, ale w równie dużym stopniu po to, by móc się rozwijać w tak zwanym czasie wolnym i dążyć do rozwijania zainteresowań, żeby czasu między jednym a drugim dniem nie spędzić jedynie na spaniu i jedzeniu, plus oczywiście - by samemu wytworzyć produkty i usługi do tych celów niezbędne.
Gdyby producenci gier, twórcy rozrywki itp. zarabiali tyle, co osoba machająca łopatą, to nikt na świecie nie zrobiłby niczego odkrywczego, bo łopatą umie machać każdy, a osiągnięcie czegoś wymaga ambicji, pomysłowości i zdolności. Z takim podejściem, że nikt nie może się wybić i każdy musi być ciągnięty w dół, do równego, beznadziejnego poziomu, to nie wyszlibyśmy z epoki kamienia łupanego, chociaż nawet tam nikt by takich bzdur nie opowiadał. Nikt by się nie uczył i nie rozwijał, bo po co, skoro i tak dostanie tyle samo co wykonując najgłupszą pracę fizyczną...
To, że gry są trochę za drogie to inna kwestia, ale wyrażanie oburzenia, bo ktoś sobie zarobił, bo miał pomysł i umiał się na nim wybić chociaż się przy tym nie przepracował (oczywiście wyłącznie Twoim zdaniem, bo założenie i rozwinięcie takiej firmy wymaga olbrzymich nakładów pracy) to zachowanie na poziomie nastoletniego socjalisty nie mającego pojęcia o świecie albo słabego trolla. Cywilizacja i rozwój polegają właśnie na tym, żeby się tej "krwawicy i ciężkiego wysiłku fizycznego" w jak największym możliwym stopniu pozbyć, żeby tańszymi, prostszymi sposobami można było osiągać te same lub lepsze efekty. Dla Ciebie, jak widzę, liczy się sama praca dla pracy - muszę Cię uświadomić, że machanie łopatą dla samego machania łopatą niestety nie jest wyznacznikiem wartości człowieka, wręcz przeciwnie - w Twoim rozumowaniu robotnik używający koparki jest leniem i darmozjadem, bo powinien przez miesiąc zapierniczać i wykopać ten sam dół gołymi rękami.
Sorry, po prostu nie mogę patrzeć na takie głupoty :D
PS, jak już koniecznie chcesz pouczać ludzi, to rób to przynajmniej po polsku. W naszym języku nie istnieje słowo "wziąść", więc obaj panowie nie bardzo wiedzieliby, co każesz im robić z tą łopatą.
Heretic Kingdoms nie było takie złe. Mechanika walki i healowania opierała się na ciekawych pomysłach, ale została wykonana fatalnie, w związku z czym walka była prymitywna do bólu - non stop trzymało się przycisk ataku i wciskało bez opamiętania skrót klawiszowy odpowiedzialny za healowanie. Dopóki ktoś nie zadał nam ciosu większego niż ilość regenerowanego za jednym razem hp, nie ubywało nam nawet zdrowia, ze dwa razy musiałem zmienić broń, żeby zadawać obrażenia innym żywiołem - magowie byli tak OP, że nie było sensu nawet myśleć o walce wręcz czy z łuku.
Poza tym jednak gra, jak na dosyć niewielkie studio, była naprawdę przyjemna. Lokacje były nierówne, ale niektóre z ręcznie malowanych miejscówek były bardzo ładne i klimatyczne. Fabuła nie była zbyt porywająca i poza zakończeniem - dosyć liniowa, podobnie jak większość lokacji, niemniej całkiem ciekawe były dialogi - szczególnie bohaterka, opryskliwa i twardogłowa inkwizytorka, miała całkiem sympatyczne kwestie. Było też trochę czarnego humoru i prześmiewania klisz i głupotek gatunku. Do tego dochodziło kilka naprawdę niegłupich patentów jak właśnie dwa równoległe światy (zwykły i dreamworld), możliwość zbierania worków i sakw, co poszerzało miejsce w ekwipunku, a do tego dostrajanie się do ekwipunku (attunements) - każdy przedmiot miał procentowy wskaźnik i napełniając go do 100% odblokowywaliśmy specjalną pasywną zdolność, których ograniczoną ilość można było przypisać do postaci.
Również uniwersum ma spory potencjał. Szczególnie podobały mi się bardzo specyficzne i klimatyczne przerywniki filmowe - polecam wyguglać, ręcznie rysowane, charakterystyczne wstawki, do tego całkiem nieźle dobrany narrator. O ile fabuła na kolana nie rzucała, to niektóre dialogi i postacie naprawdę miło wspominam (jak pisałem - sporo tu czarnego, nieco absurdalnego humoru), poza tym uniwersum miało całkiem solidną podstawę (znajdowaliśmy różne książki opisujące wydarzenia z jego historii). Inkwizycja jako publiczna twarz tajnego Zakonu Penta Nera, przeszłość głównej bohaterki, i przede wszystkim bohaterowie i frakcje bardziej niejednoznaczne, niż w powszechnie chwalonym Wiedźminie - tu naprawdę nikt nie jest ani dobry, ani zły, wszystko zależało od punktu widzenia. Również zakończenie było dosyć ciekawe i nieliniowe - składało się z kilku kolejnych wyborów i trochę tych rozgałęzień było, chociaż nie dane nam było przekonać się o ich skutkach - wszystkie zakończenia narrator podsumowywał krótkimi komentarzami. Poza tym dialogi, choć rzadko mogliśmy dokonywać faktycznych wyborów, były dosyć rozbudowane - wracając co jakiś czas do postaci z wcześniejszych lokacji otrzymywaliśmy nowe dialogi, traktujące o późniejszych questach etc.
Jeżeli nowi deweloperzy zachowają te cechy, które wyróżniały oryginał i zrobią do tego solidny, przemyślany gameplay, możemy dostać naprawdę dobrą grę. Nie jakieś Bóg wie co na miarę Tormenta, Baldura czy innych izometrycznych RPGów, ale naprawdę solidnego i wciągającego średniaka.
W sumie miałem napisać coś podobnego jak Matekso - ten screen przywodzi na myśl właśnie przygodówki, które ładnych parę lat temu miały wcale nie gorsze plansze, choć oczywiście wynikało to z tego, że świat sprawiał jedynie złudzenie trójwymiarowego. Inna sprawa, że o grze Astronautów wiadomo tak mało, że nawet nie można niczego wywnioskować z tych obrazków - nie mamy żadnego odniesienia.
Po prostu niektórzy twórcy biorą sobie artyzm i swoje wizje tak bardzo do serca, że zapominają, że gra musi pozostać grą a nie przeobrażać się w jakiegoś dziwoląga. I o ile świetna mechanika może uratować grę z pretekstową fabułą, bo będzie po prostu dawać frajdę, tak wybitna fabuła i narracja potrafią być zmarnowane przez niesatysfakcjonującą rozgrywkę. Fabuła, dialogi czy narracja wciąż powinny być clue gry, ale powinny iść w parze z pasującym i satysfakcjonującym gameplayem. Inna sprawa, że ostatnio niektórzy twórcy tak silnie starają się przekonać graczy, że ukazana w grze historia jest najważniejsza, próbują być tak ambitni, że ostatecznie okazuje się, że fabuła to - jak pisał ktoś wyżej - przeintelektualizowany bełkot, który nie ma żadnego sensu i jest luźnym zlepkiem artyzmu i ambicji. I w ten sposób albo mamy gry AAA, w których pretekstowa fabuła jest na poziomie kalosza albo super ambitne, intelektualne indyki czy wybitne dzieła sztuki, które są tak wycudowane i przekombinowane, że przyprawiają o ból głowy.
Podoba mi się tekst, bo temat wyjściowy jest ciekawy, ale zupełnie zabrakło mi jakichkolwiek konkretów - z DayZ styczności nie miałem i po przeczytaniu tekstu wiem dokładnie tyle samo ile wcześniej. Gra ma jakieś błędy, prowokuje jakieś zachowania i nawyki, jakieś rzeczy są wynoszone z gry - naprawdę nie zaszkodziłoby rzucić jakimiś przykładami, bo z tych ogólników absolutnie nic nie wynika :) Filmik powinien być dodatkiem do tekstu a nie niezbędnikiem do zrozumienia jego treści.
Miałem z rok temu, było trochę paniki, ale dałem radę. Przede wszystkim policyjne okienko wyskakuje (chyba, że coś się zmieniło) w przypadku gdy jesteśmy połączeni z siecią - wyjęcie kabelka z obudowy dało mi trochę większe pole manewru. Przeszedłem do trybu awaryjnego, ściągnąłem najnowszą wersję Malwarebytes i aktualizację bazy (miałem go na dysku, ale kompletnie o nim zapomniałem, więc miał mocno nieaktualną bazę). Potem na "żywym" systemie odłączonym od sieci puściłem po prostu skan i wywaliłem większość tego syfu. Trzeba było przeskanować jeszcze z raz czy dwa i użyć zwykłego antywirusa żeby odpicować system na 100%, ale dało radę bez karkołomnych sztuczek.
Jeżeli jednak nowa wersja blokuje tryb awaryjny - nieciekawie, bez wcześniejszego zabezpieczenia się na wypadek wojny użytkownik ma mocno związane ręce. Artykuł jak zwykle pomocny, do zakładek poszło kilka przydatnych (odpukać) linków :)
Dying Light jakoś specjalnie zainteresowany nie byłem, ale jeśli to faktycznie skórka z dodatkami na Dead Island, to podziękuję. DI rzuciłem po jakichś 4 godzinach i nie zamierzam wracać - monotonia, drętwość, brak poczucia interaktywności i immersji, pretekstowa "fabuła"... Meh. Nie pomaga nawet granie z kumplami, nudne to to jak flaki z olejem, a tłuczenie zombiaków nie daje żadnej satysfakcji.
Może mi ktoś powiedzieć czy do steamowej wersji dwójki da się zaimportować save z jedynki? Kupiłem wczoraj dwójkę, aczkolwiek w najbliższych dniach pewnie nie dane będzie mi zagrać, a w sumie wolałbym wiedzieć - niby ten save dużej różnicy chyba nie robi, ale jednak :)
Robin Hood: Legenda Sherwood miał również naprawdę sympatyczną polonizację - aktorzy pasowali do ról, a kwestie były odgrywane z życiem i polotem. Były momentami nieco przejaskrawione, ale w niczym to nie przeszkadzało - przez to lepiej zapadały w pamięć. Dialogi i wypowiedzi bohaterów z tej gry zapadają w pamięć równie mocno, jak teksty z Baldura czy Icewind Dale.
Pamiętam, że z raz z tego korzystałem i pograłem co nieco w Guardians of Light. O ile pamiętam, o usłudze dowiedziałem się właśnie z newsa na GOLu, ale potem kompletnie o niej zapomniałem i nie słyszałem o projekcie aż do teraz. Nie grałem dużo, ale działało to całkiem w porządku. Inna sprawa, że marketingowo się nie popisali, ale skoro to był test, który miał zostać zamknięty, po co mieli to reklamować.
Ja już dawno się przejechałem i pilnuję się jak ognia - każdy, dosłownie każdy "pomocnik" instalacji instaluje nam jakiś syf, który zamula komputer, samoistnie zmienia strony startowe, pozbycie się takich rzeczy bywa czasem naprawdę uciążliwe - tutaj skórę ratuje zwykle zestaw Adwcleaner (<3, chociaż ma dosyć denerwującą metodę aktualizacji) + standardowe skanowanie wykrywające "resztki", takie jak POPy i ewentualny groźniejszy element - zwykle pobieżny lub pełny skan systemu Malwarebytesem załatwia sprawę. Swego czasu jednak trochę się męczyłem i teraz się nie bawię - jeżeli chcę ściągnąć jakikolwiek program, to jeśli tylko to możliwe, udaję się na stronę jego producenta, chociaż i tu zdarzają się niespodzianki - instalka Daemona z oficjalnej strony również miała w sobie niespodziankę, którą musiałem odpowiednio potraktować, być może właśnie nie odznaczyłem jakiegoś "ptaszka" przy instalacji. A seria ciekawa, choć nie czytałem wszystkich artykułów, takie sprawy mogą spędzać sen z powiek mniej doświadczonym użytkownikom komputerów.
Salusta - przecież ja tego nie kwestionuję i sam serię bardzo lubię. Stwierdzam tylko, że nie bardzo podoba mi się kierunek zmian.
Nie podoba mi się kierunek w jakim to zmierza. Ta gra wygląda gorzej niż pierwsze Lego Star Wars. Klocków poza ludzikami jest tu tyle co kot napłakał, co gorsza przez ten efekt z odbijającym się od klocków światłem wszystko wygląda nienaturalnie. Wciąż nie jestem też przekonany co do wstawiania dialogów z filmu - pierwsze części pokazały, że brak voice overu może być zaletą, po co to zmieniać? Wzięliby się lepiej za jakieś usprawnienia rozgrywki, dali jakiegoś sieciowego co-opa... Zresztą, rozpisywałem się przy jednym z poprzednich newsów, więc nie będę się powtarzał. I tak ta seria pociągnie jeszcze ładnych kilka lat.
I tak Ubisoft kolejna część jest już pewnie w połowie zrobiona i jak zwykle koło lutego ją ogłoszą, AC2015 też pewnie jest już w produkcji, więc ta ankieta dotyczy w najlepszym Assassin's Creed VI lub VII, jakkolwiek miałyby się one nazywać, bo numeracja tych gier działa bez większego ładu i składu. To jest problem z AC - pojawią się recenzje, opinie, jakiś feedback a i tak nie wpłynie to w większym stopniu na kolejną część, która musi pojawić się rok później, więc ewentualne uwagi graczy zostaną wzięte pod uwagę trzy części później. Poza tym w kółko robią te ankiety, a od kiedy wypracowali sobie solidny szkielet struktury gry i rozgrywki w dwójce boją się jakichkolwiek większych zmian w samym rdzeniu rozgrywki.
Po tylu latach mogliby chociażby przysiąść do modelu walki i spróbować zrobić go w jakimś topniu od nowa bo już w Revelations (ostatnia część w jaką grałem) był to kompletny samograj - zero wyzwania. Jasne, wygląda to ładnie, efektownie, ale kiedy nie musimy w ogóle się starać, żeby wygrać walkę a sztuczna inteligencja leży i kwiczy, to walka staje się po prostu nudna. Przeciwnicy w ogóle nie potrafią wykorzystać przewagi liczebnej i pojedynczo zachowują się tak samo jak w grupie - stoją i czekają aż wymordujemy ich towarzyszy. W jedynce przynajmniej trzeba było dobrze ogarnąć kontry, potem nawet tego nie było... Poza tym mogliby rozbudować grę od strony fabularnej, np. wprowadzić możliwość rozmawiania z wieloma postaciami jak w RPGach, nie tylko w trakcie cutscenek i takie tam.
Co do ankiety to podoba mi się pomysł ze zmianami w mieście pod wpływem naszych działań - lubię dynamiczne światy gry, o ile nie będą to zmiany na zasadzie remontowania sklepików...
A nie lepiej poczekać kilka dni i włączyć do plebiscytu trailery z VGX? Na pewno pojawi się kilka wartych uwagi.
[4] - nie mam nic przeciwko wychylaniu jako takiemu. Problem w tym, że w Dishonored możemy wychylać się na przynajmniej pół metra zza krawędzi ściany/zakrętu, a idący prosto na nas strażnik i tak nas nie zauważy, bo domyślnie jesteśmy przecież za tą ścianą, a nasza głowa wychylana poprzez wciśnięcie Q/E jest w większości przypadków niewidzialna. Twórcy nie silą się nawet na pozory (np. możemy wychylić się tylko na 2-3 sekundy, a gdy przeciwnik zwróci się w naszą stronę mamy tylko moment na powrót za róg). W DH NPCtom zapalają się nad głowami jakieś błyskawice i takie tam, ale wystarczy schować się (na ich oczach) i dwie sekundy później zachowują się jakby nic się nie stało - to samo tyczy się AC. Piszę o tych dwóch tytułach, bo chcę odnosić się do konkretnych sytuacji z gier, w które grałem przez ostatnie miesiące, a nie sypać ogólnikami bez poparcia - może wspomniane sytuacje nie zachodzą zawsze i wiadomo, że pewne uproszczenia są nie do przeskoczenia, bo jednak gra to gra, ale nie przesadzajmy też w drugą stronę - mnie takie rzeczy po prostu rażą - tym bardziej, że Dishonored jest naprawdę dobrą grą. Jeśli jednak twórcy trąbią o skradaniu się i działaniu w ukryciu, to niech podejdą do tematu profesjonalnie.
Będzie jak z Indianą Jonesem, rok później wydadzą Lego Hobbit 2 z całą zawartością jedynki + trzeci film. Za bardzo im się ten biznes kalkuluje. A w sumie trudno ich oskarżać o odcinanie kuponów, bo to nie seria typu AC, gdzie trzeba przejść wszystkie części po kolei, żeby ogarniać co i jak - tu każdy gra po prostu w tę część, która go interesuje, jeden pogra w Star Warsy, inny w LOTR, jeszcze inny w Batmana, także nie ma poczucia, że wychodzi po kilka gier rocznie (choć od 2005 wyszło ich pewnie już kilkanaście). Mimo wszystko mogliby naprawdę trochę poczekać, dać w końcu sieciowego coopa. Ale na co ja liczę, to wymagałoby utworzenia jakiejś infrastruktury, a tak podstawia się nowe uniwersum pod gotowy szkielet i mamy grę - w końcu to gra o klockach, więc po prostu od 8 lat budują nowe rzeczy z od dawna istniejących elementów - pomyślcie ile pracy oszczędzają na samych postaciach, które mają tę samą bazę. Zresztą idę o zakład, że dostają od projektantów zabawek trójwymiarowe modele większości klocków i na nich bazują, łącząc je i dodając animację. Toż to samograj produkcyjny. Pograłbym w coś nowego z tej serii, bo od czasu do czasu pykam jedynie w demówki, ale wolę zostać przy drugiej części Lego, bo jest nieśmiertelna ;)
Temat ciekawy i poruszany nie raz, ja jednak zwróciłbym uwagę na nieco inny aspekt - nawet tam, gdzie skradanie jest jedną z możliwych dróg prowadzenia rozgrywki, lub gdy występuje tylko jako jeden z wielu aspektów gry, jest ono w zatrważającej większości przypadków po prostu niebywale uproszczone i kompletnie niewiarygodne. I nie, nie chodzi mi o to, że Corvo blinkuje po krawędziach, a Ezio chowa się w stogach siana w ułamku sekundy. Chodzi o to, że patrząc na misje czy fragmenty, w których gracz się skrada, jedyna możliwa reakcja to śmiech z tego, w jaki sposób zostaje to przedstawione. W niemal wszystkich grach ostatnich lat skradanie się jest czysto umowne i bazuje na oskryptowanej od punktu A do B, ograniczonej sztucznej inteligencji przeciwników. Bohater jak gdyby nigdy nic stoi na dachu, wisi na latarni tuż nad czyjąś głową, truchta pięć centymetrów za ofiarą podzwaniając pełnym rynsztunkiem, a NPCty z klapkami na oczach i tak niczego nie widzą, dając nam iluzoryczne poczucie "bycia ninja".
W Dishonored Corvo zdaje się być nieważki i zupełnie bezgłośny (i nie mówię tu o głosie) - możemy wychylać się na kilometr zza rogu budynku, siedzieć na lampie na środku ulicy, a nikt nie zauważy nas, dopóki nie znajdziemy się dokładnie na wprost niego, w jego linii wzroku. W Assassin's Creedzie mowa jest o działaniu w ukryciu (wiem, że to nie gra skradankowa i nie o tym chcę pisać), tymczasem wszelkie misje polegające na śledzeniu kogoś wyglądają tak nieprzekonująco, jak to tylko możliwe - nasz skrytobójca lezie przez miasto w podejrzanym kapturze, obwieszony toną broni, a gdy śledzona osoba odwróci się i nas zauważy, wystarczy schować się w jakimś absurdalnym miejscu na kilka sekund i wszystko wraca do punktu wyjścia. Podobnie jak zamaskowany towarzysz z Dishonored, obładowani żelastwem asasyni są zupełnie bezgłośni i niewidzialni, dopóki nie znajdą się w wyznaczonym linią prostą polu widzenia przeciwnika, który nie reaguje czasem na śmierć kompana, który stoi centymetr obok niego.
Znów Dishonored - podobnie jak my, przeciwnicy mogą zaglądać przez dziurki od klucza. Początkowo w takich sytuacjach uciekałem jak najdalej od drzwi, po pewnym czasie zauważyłem jednak, że to tylko pic na wodę - możemy po drugiej stronie drzwi urządzić dziką balangę, NPC i tak niczego nie zauważy. To oczywiście tylko dwa tytuły (a raczej gra i seria gier), które w tym momencie przychodzą mi do głowy, ale w innych produkcjach wygląda to tak samo - skradanie nie stanowi żadnego wyzwania, trzeba wyjątkowo "zawalić sprawę" albo mieć słabe rozeznanie w misji, by dać się nakryć. Wszystko to pic na wodę, bo przeciwnicy widzą tylko to, co stoi dokładnie na wprost, na poziomie ich wzroku, są też kompletnie głusi. Szczerze mówiąc to w Skyrimie skradanie się jest bardziej realistyczne niż w niektórych grach, w których teoretycznie działamy "tajniakiem" - tam przynajmniej NPCty reagują na hałasy i mają trochę bardziej rozbudowane pole widzenia. A pamiętam, że kiedyś skradanie się było naprawdę wymagające i sprawiało frajdę dlatego, że czuliśmy, że zawdzięczamy sukces swoim umiejętnościom a nie umownemu systemowi. Trzeba było zapamiętać ścieżki strażników, czekać, aż wszyscy się odwrócą. Można było odwracać ich uwagę czy zwabiać w konkretne miejsce. Teraz nawet jak nas zobaczą, to mają nad głową jakieś "liczniki" i gracz ma masę czasu, by schować się z powrotem jak gdyby nigdy nic.
Co do tematu - zwykle jeśli mam wybór, wolę się skradać, bo raz, że jest to jakoś bardziej klimatyczne i wyrafinowane, dwa, w teorii daje więcej satysfakcji. Z drugiej strony czasem mam wrażenie, że granie "100% ninja" lub "100% rambo" odbiera frajdę z rozgrywki, bo zamiast zachowywać się naturalnie, wchodzimy w jakiś fikcyjny wzorzec zachowań oparty na chęci "zaliczenia" gry w ten czy inny sposób czy zdobycia jakiegoś osiągnięcia - i tak np. granie w DH bez zwracania uwagi na siebie i bez zabijania ani 1 osoby wydaje się mocno nienaturalne. Fajnie mieć wybór, ale najlepiej chyba grać tak, by mieć z gry największą frajdę, a nie stresować się i irytować próbując przez godzinę ukrywać ogłuszonego bossa, którego mogliśmy ciachnąć jednym uderzeniem miecza - choć akurat Dishonored dawało tu większą swobodę, bo zabijać mogliśmy również na wiele sposobów, nie tylko bezpośrednio.
PS Apostrofów nie stosujemy tak jak przy "Hitman'ie" czy "sequel'e". Apostrofy dodajemy, gdy wyraz kończy się na samogłoskę -w uproszczeniu, bo i tu nie zawsze - np. gdy wyraz kończy się dwoma samogłoskami, a ostatnią jest "y" apostrofu nie używamy (Wheatleya, Wheatleyowi etc.).
No i rozwiązane ;) Poziom był całkiem ok, na niektórych zagadkach trochę się zacinałem, ale często wystarczy jedno słowo by się odblokować (lub zablokować). Duże znaczenie ma też świeżość umysłu - wczoraj myślałem i myślałem nad piątką, dzisiaj prawie od razu wpadłem na rozwiązanie. No i gry były jednak nieco bardziej znane, więc łatwiej wpadało się na odpowiedź. Życzę powodzenia pozostałym rozwiązującym.
Drakensang byłby całkiem przyjemną grą, gdyby nie absurdalnie zaimplementowane mikropłatności - na pewnym etapie jest po prostu niegrywalny, chyba, że ktoś ma ochotę wybulić tony pieniędzy na doprowadzenie wszystkiego do akceptowalnego stanu...
4/5 poszło, tym razem jest nieco łatwiej, ale i tak wystarczająco ciekawie. Muszę przyznać, że trójka była na tyle abstrakcyjna, że myślałem nad nią od wczoraj ;) Teraz trzeba tylko wymyślić, o co chodzi w drugim obrazku z piątki :D
[6] - gdyby skupili się na eliminowaniu wrogów z ukrycia i ewentualne na starciach z grupkami 4-5 przeciwników, byłoby rewelacyjnie, ale fragmenty, w których Lara stawiała czoło nieprzerwanym falom przeciwników, miotających w nią całym arsenałem świata zupełnie zabijały klimat. Pomijam już kwestię realizmu, ale momentami faktycznie przegięli z ilością przeciwników (np. scena przy helikopterze czy przedzieranie się przez zastępy samurajów w końcowej fazie). Za to sekwencje, gdy można było się przekradać, atakować z zaskoczenia czy z drzew były jak najbardziej ok, przy czym przez 99% czasu i tak używałem łuku, bo prucie z broni maszynowej mnie nie przekonywało ;)
A, czyli kontynuacja przygód Lary Croft będzie kontynuacją przygód Lary Croft? Pytam, bo mogłem się pogubić w tych zawiłościach fabularnych opisanych w newsie.
A tak na serio - naprawdę, mogliście już ograniczyć newsa do kwestii budżetu, bo te wstawki o "kolejnym rozdziale" (które notabene pojawiają się w tym newsie więcej razy niż ustawa przewiduje) to jakieś potworne masło maślane i oczywista oczywistość. Chyba wiadomo, że nie przedstawi poprzedniego rozdziału z życia, skoro nic ciekawego się w nim nie działo :D
[10] -> trochę szkoda, chociaż ma to jakiś sens, muszą zostawić sobie coś na później. Jest jeszcze taka opcja, że na mapie są tylko obszary, które są oficjalnie potwierdzone/dostępne w becie, w samej grze może być ich więcej. Po prostu nie kupuję tego, że "come back for more" ma oznaczać "wróć za rok, jak wypuścimy dodatek". Moim zdaniem to nie wszystko, ale to tylko gdybanie ;) Niemniej będę niepocieszony, jeżeli nie będzie można udać się do Vivek, siedzib Telvanni, czy Ald'ruhn. No i chcę zobaczyć Czerwoną Górę z prawdziwego zdarzenia, bo to drugi co do wielkości szczyt kontynentu, a w Morrowindzie była płaska jak placek ;p
A czy przypadkiem "We’ll be expanding the map in the future" nie oznacza rozwijania tej INTERAKTYWNEJ mapy, a nie mapy świata gry? Ja to rozumiem tak, że to dopiero początek i co jakiś czas strona będzie aktualizowana o kolejne obszary - szczerze mówiąc jestem o tym przekonany, bo tak wynikałoby z kontekstu wypowiedzi - bardzo mało prawdopodobne, by to był cały obszar dostępny na premierę. Po prostu dawkują informacje ;)
Zresztą widniejące pod mapą "come back soon to explore new areas" chyba rozwiewa wszystkie wątpliwości. Po prostu nie rzucili za jednym razem wszystkim asów i najciekawsze rzeczy zostawią na później.
Nie wiem, albo mi szare komórki siadają i mam zbyt mało lotny umysł na takie zabawy, albo faktycznie jest trochę za trudno - przez ostatnie kilka dni nawet nie próbowałem, ale tuż po rozpoczęciu konkursu zrobiłem 1, 3, 12 i 14 i od tamtej pory na nic innego nie mogę wpaść. A może inaczej - wpadłem na wiele pomysłów, ale cały czas to nie to. O 14 nawet nie słyszałem i trafiłem w sumie przypadkiem - wpisywałem w GOLową wyszukiwarkę słowa kluczowe związane z obrazkami i wstawiłem pierwszy pasujący tytuł. To samo z numerem 3. Lubię takie zabawy, ale tu mam wrażenie, lekkiego przerostu formy nad treścią - przy każdej zagadce obowiązują inne zasady - raz rebus, raz skojarzenia, raz trzeba zauważyć coś ogólnego, podczas gdy obrazek dobitnie sugeruje nam coś konkretnego, a jak się okazuje - niezwiązanego z tematem.
Część osób rozwiązała większość zagadek, więc były do rozwiązania (nie poświęciłem temu jakoś dużo czasu), jednak na pewno nie nazwałbym ich w każdym przypadku oczywistymi i logicznymi - inaczej patrzymy na takie rzeczy, gdy znamy rozwiązanie i znamy swoje rozumowanie, prowadzące do powstania takich a nie innych łamigłówek, inaczej, gdy musimy to rozplątać od drugiej strony ;) Jeżeli możliwość rozwiązywania nie zniknie, spróbuję jeszcze coś porozwiązywać, bo szalenie lubię takie zabawy i gratuluję inicjatywy, jednak czuję się trochę bezsilny :D
Inna sprawa, że nie lubię wspominanej przez autora konieczności uciekania się do takich chwytów jak wrzucanie wyciętego obrazka do wyszukiwarki Google. Moim zdaniem to jakoś zabija ideę zgadywania, choć może ratować w sytuacji, gdy ktoś faktycznie nie ma pojęcia co przedstawia obrazek - generalnie jednak staram się tego unikać, bo z różnych względów kojarzy mi się to z oszukiwaniem ;) Problemy sprawia także to, że, jak wspominałem, niemal każdy obrazek ma inne reguły, a ograniczenie gier do "tego dziesięciolecia" nie ułatwia sprawy ;) I tak o 14 nigdy wcześniej nie słyszałem i nie jestem pewny czy jest to "bardziej znana produkcja". Gier jest tyle, że nie sposób wszystkich kojarzyć i pozostaje liczyć na łut szczęścia, że o uszy obiły nam się te same tytuły co autorowi.
Dobra, ale ja się tu rozwlekam, a zagadki same się nie rozwiążą ;) Liczę, że będzie ciąg dalszy a poziom trudności wynika z obecności nagrody i następnym razem będą zagadki na różnych poziomach trudności, a nie dla samych wyjadaczy z mnóstwem czasu :D
EDIT: Yay, poszła 2, ale jestem z siebie dumny. Kombinowałem, a nie przyszło mi do głowy, że to takie proste.
Możecie się zrehabilitować, w związku z problemami technicznymi premierę "Helm's Deep" przeniesiono na 20 listopada. Ech to Turbine, ich serwery padają jak muchy :D
Niestety, [3] ma trochę racji - o niektórych grach pisze się dziesięć razy miesięcznie, wspominając o każdym, najmniejszym patchu w osobnym newsie, inne dostają w porywach jednego newsa na rok. Rozumiem, że są jakieś kryteria popularności etc., jednak premiera dodatku do bądź co bądź popularnej i dużej gry MMO zasługuje chyba na miejsce w czymś takim jak "Przegląd MMO" nieco bardziej niż patch ileś.ileś - patche wychodzą non stop, dodatek to jednak jakieś wydarzenie. To oczywiście tylko przykład, jednak zauważyłem to niejednokrotnie, nie tylko w przypadku MMO - dobór newsów jest dosyć wybiórczy i subiektywny. Jedne gry dostają newsy bo pojawiły się 3 nowe zrzuty ekranu, inne nie zasługują na wzmiankę nawet w dniu premiery ;) Nie czepiam się, bo fani danej gry i tak czytają newsy na stronach poświęconych konkretnym tytułom, jednak przydałoby się zrobić nieco większy research, a nie pisać tylko o tym o czym trąbią zagraniczne serwisy - a jestem pewny, że na każdym portalu o grach MMO jest choćby wzmianka na ten temat ;)
Zakończenie ME3 nie było idealne, ale nie zasługuje na 3/4 tego hejtu. Prosty przykład: czy zakończenia jedynki i dwójki uwzględniały nasze decyzje z całej gry? Absolutnie nie. Niezależnie od tego kogo uratowaliśmy, kto zginął, ostatecznie i tak mogliśmy wybrać: ocalić radę albo pozwolić im zginąć. Zachować bazę Zbieraczy albo ją zniszczyć. Obie te decyzje w żaden sposób nie były uwarunkowane czymkolwiek, co robiliśmy wcześniej. Ale nikt nie narzekał, bo oprócz tego mieliśmy masę małym, "osobistych" zakończeń dla każdej postaci - czy Wrex przeżył na Virmirze, kto przeżył misję samobójczą etc. A w trójce ludzie jakby o tym zapomnieli i skupili się wyłącznie na 5 ostatnich minutach...
W ME 3 w takiej czy innej formie (fizycznie, w mailach, dialogach czy zasobach wojennych) pojawiają się praktycznie wszystkie postacie z poprzednich odsłon i to z uwzględnieniem wyborów. Nawet postacie z pierdółkowatych questów pobocznych mają mniejszy lub większy wpływ na pewne questy, nawet gdy pojawiają się bardziej jako ukłon w stronę fanów niż coś, co faktycznie zmienia fabułę. Przykładowo misja z Conradem Vernerem uwzględnia nawet takie rzeczy jak licencje, które wykupiliśmy w jedynce i fakt, czy przez skanowanie planet znaleźliśmy zapiski asari i takie tam.
Tak jak napisał [9] ludzie chyba oczekiwali super zakończenia z fajerwerkami, gdzie wszyscy przeżyją i będzie celebracja w wiosce Ewoków. Pewne rzeczy dzieją się niezależnie od naszych decyzji i mi się to uczucie bezradności w trójce podobało - gdy jakaś postać ginęła przez swoje własne wybory, a my nie mogliśmy nic na to poradzić. Pewne decyzje miały znaczenie "lokalne" i w ostatecznym rozrachunku były istotne tylko dla danych postaci, inne były "globalne". Jedynkę i dwójkę "wymaksowałem", ocaliłem wszystkich, których dało się ocalić, zrobiłem wszystkie questy i non stop byłem zaskakiwany powrotem postaci, które pojawiły się w jakimś drobnym quescie dwie gry temu, wiadomościami od uratowanych osób i tak dalej - tym bardziej zaskoczony po hejcie, który czytałem przed zagraniem.
Jestem w stanie zrozumieć narzekanie na zakończenie od strony fabularnej - komuś nie spodobało się rozwiązanie genezy Żniwiarzy i tak dalej - ok. Ale narzekanie na brak wpływu decyzji? Samo mówienie, że mamy tylko trzy zakończenia jest bzdurą - w zależności od zgromadzonej floty i ekipy do budowy Tygla nawet jeden wybór (np. zniszczenie Żniwiarzy) ma kilka możliwych skutków - Tygiel gładko masakruje Żniwiarzy albo rozwala przy okazji pół galaktyki i tak dalej. A jeśli doliczymy do tego epilogi z rozszerzonego zakończenia, otrzymujemy pewnie ponad 20 różnych zakończeń. Fajnie, koleś zrobił swoją wersję zakończenia w postaci filmiku - jeden scenariusz. A teraz pomyślcie, ile jeszcze scenariuszy wydarzeń zostało do przerobienia? Gdyby tak szczegółowo uwzględniać wszystkie decyzje, trzeba by zrobić kilkadziesiąt zakończeń co zajęłoby więcej czasu niż zrobienie całej reszty gry, bądźmy realistami, to prawie niewykonalne. Jeśli potraktować trylogię ME jako jedną całość, to żadna inna gra nie ma tak rozbudowanego systemu konsekwencji i przenoszenia decyzji na kolejne gry i wątpię, żeby w najbliższych latach się taka pojawiła. Owszem, są pewne uproszczenia (pewne misje wyglądają identycznie, w zależności od wyborów pojawiają się w nich po prostu inne postacie, pewne decyzje zostały sprowadzone do roli zasobów wojennych w formie tekstowej), ale nie przesadzajmy z tym brakiem znaczenia ;)
[7] - no niestety, ostatnio tanie serie CD Projektu (nie licząc gamebooków) w ogóle znikają z półek, a dorwać starsze tytuły to prawdziwe wyzwanie. Pierwszego ME nie widziałem już naprawdę dawno, ale największe prawdopodobieństwo jest w Media Markcie, tam zawsze mają tych gier dużo i ostają się dosyć długo ;)
Innym istotnym elementym rozgrywki będzie zdobywanie fortów, które zostanie podzielone na etapy – zaczniemy od ostrzelania z armat, a skończymy na zlikwidowaniu przeciwników już w samym serce bastionu.
Sea Dogs 2, znane także jako Piraci z Karaibów? ;) Gameplayem może nie powalało, ale klimat był świetny, ciekawe czy chociaż tyle odtworzą w Black Flags, bo z atmosfery assassyńskiej nie zostało tu chyba nic. Gra może i będzie dobra, nie oceniam, bo nie grałem jeszcze nawet w trójkę, ale jeśli chodzi o oryginalny klimat i zamysł ta seria odeszła daleko od korzeni a zwłaszcza umownego realizmu, których jedynka wyróżniała się od kontynuacji. Zrobili na potrzeby dwójki świetny szkielet rozgrywki, teraz usprawniają istniejące jego elementy i dobudowują nowe - co kto lubi, ale fajnie, jakby szła za tym ciekawa fabuła i bohaterowie, bo trochę się boję, że w czwórce będzie to już tylko pretekst dla rozgrywki. Mogliby wprowadzić jakiś element polityczny, czy choćby system reputacji w stosunku do poszczególnych państw (Anglia, Portugalia, Francja) i możliwość wspierania sojuszników w bitwach morskich (lub analogicznie uzyskania wsparcia) - tak jak właśnie w Sea Dogs 2.
[2] - ja bym jednak wolał w tawernach coś w tym stylu ;)
http://www.youtube.com/watch?v=fb7BlNwfE5s
[3] DLC to "zawartość do pobrania", więc jeśli dodatek jest dostępny wyłącznie online, to jest to DLC, niezależnie od wielkości. A że mało które dodatki wychodzą teraz w formie pudełkowej, to prawie wszystko jest DLC - są po prostu mniejsze (typowe popierdółki) i większe (Dawnguard, Dragonborn). Dodatek to po prostu rodzaj DLC, który oferuje znaczną ilość zawartości, a nie jedną ekskluzywną misję i trzy skórki ;) Generalnie jednak pojęcie "expansion pack" można już chyba odesłać do lamusa - obecnie twórcy wolą wypuścić 10 pojedynczych misji niż jeden obszerny dodatek zawierający wątek główny i aktywności poboczne. DLC oferują szczątkowe ilości nowej zawartości, a kosztują niewiele mniej niż niegdysiejsze dodatki, więc faktyczny koszt "kompletnej" gry jest wielokrotnie wyższy niż jeszcze kilka lat temu. Inna sprawa, że teraz połowa gier zawiera mniej zawartości niż dodatki sprzed kilku lat. Różnica jest też taka, że kiedyś dodatki były faktycznie dodatkową zawartością i twórcy robili je już po wydaniu podstawki, a nie cięli grę na kawałki by sprzedawać ją w 10 porcjach. Także ten. A Obsidianowi życzę powodzenia, należy im się sukces.
Sam cosplay super, tylko cosplayerkę mogliby dać inną, bo twarz mało podobna do EDI.
Ciekawe gry, jak chociażby Darksiders czy Kingdoms of Amalur sprzedają się w jakichś śmiesznych nakładach, przez co serie trafiają do kosza bez szans na rozwój, a twórcy muszą zwijać manatki, a takie coś ma prawie 30 milionów sprzedanych kopii. Kaman, dokąd zmierzasz świecie.
nowa generacja to nie tylko lepsza oprawa graficzna czy fizyka, ale również bardziej realistyczne dialogi czy interesujący bohaterowie
Prawdopodobnie najgłupsze zdanie, jakie słyszałem od dłuższego czasu, a trochę głupot ostatnio słyszałem. Serio, co ma nowa generacja do scenariusza? Chyba, że to taki skrót myślowy i chodziło o lepszą mimikę, ekspresję i animację postaci, ale to raczej podchodzi pod "grafikę czy fizykę". Jak ktoś chce, to zrobi miażdżące umysł dialogi i wpadające w pamięć postacie na pegazusie, jak ktoś nie umie, to nie zrobi tego nawet na PlayStation 5 i Xbox Two. Nawet lanie wody powinno zachować jakikolwiek sens.
Mogliby z czasem do pomarańczowej klasyki dawać kompletne wydania gier wydawanych przez Bethesdę. Fallout 3 już dawno powinien być w tej serii, teraz to powinni dać GOTY. To samo tyczy się Obliviona, który wciąż jest dostępny tylko w podstawowej wersji. Kaman, te gry mają już po 100 lat, nikt nie będzie płacił siedmiu dych za GOTY, którego zresztą poza internetami chyba nigdzie nie można dostać ;p
Mam takie pytanie, może nie do końca związane z tematem wpisu, ale cóż. Zainteresowałem się ostatnio uniwersum Marvela i chciałbym jakoś ugryźć komiksy. Niestety, ich ilość i niepojęta dla mojego umysłu liczba alternatywnych światów skutecznie mnie odrzuca, a znalezienie sensownego spisu czy "poradnika" też jest problematyczne. Na razie wiem tyle, że jest jakiś główny kanon (czy główna linia czasowa) oznaczana jako Earth-616, w której ukazała się większość pozycji (pewnie over 9000). Nie jaram się Spider-Manem, X-Manami czy Fantastyczną Czwórką i chwilowo chciałbym skupić się na Avengersach. I tu moje pytanie - czy mógłby mnie ktoś nakierować, od czego powinienem zacząć, na czym się skupić a co sobie odpuścić? Może jakieś najważniejsze pozycje z najważniejszymi wydarzeniami? Chętnie bym sobie poczytał, zobaczył jak mi to leży, myślałem nawet o kupnie któregoś z tomów recenzowanej serii, ale wydawanie kilku dych w ciemno, przy kompletnym braku wiedzy o uniwersum, jest dość ryzykowne. Z góry dzięki za każdą odpowiedź. W sumie nie zależy mi na przeczytaniu wszystkiego (to chyba niewykonalne) i jakieś wielkiej chronologii (komiksy z ubiegłego wieku są w ogóle spójne z obecnymi?), ale od czegoś chciałbym zacząć ;)
W większości serii pomiędzy kolejnymi grami jest jakiś odstęp czasowy i twórcy mają już jakiś feedback dotyczący ostatniej gry, wiedzą co się spodobało, a co należy wywalić, poprawić czy doszlifować. Przy takim cyklu produkcyjnym praktycznie nie ma o tym mowy, bo gdy wyjdzie jedna część, druga jest już w sporej części ukończona i zbyt dużego pola do manewru nie ma. Jeżeli mają pomysły na ciekawą i sensowną historię (co IMO najważniejsze), niech robią, można przeboleć gameplay, który nie ulega większym zmianom, ale jeżeli to ma być na zasadzie "wymarzyliśmy sobie, że teraz zrobimy Assassina w takiej a takiej epoce i wymyślimy do tego jakąś prowizoryczną historyjkę i dodamy trzy nowe rozwiązania gameplay'owe" to podziękuję.
W trójkę nie grałem, bo po Revelations byłem trochę zmęczony serią i trochę nie podoba mi się kierunek, w jakim to zmierza. Finał historii Ezia miał naprawdę niezły klimat i sposób prowadzenia historii (czym IMO bił na głowę Brotherhooda z jego słabiutką jak barszcz fabułą), o tyle nie dało się uniknąć wrażenia, że poszczególne gry prawie niczym się nie różnią. Nie mówię, żeby od razu przerzucili się na cykl Bethesdy czy Redów (kolejne części co 3-4 lata, każda stworzona zupełnie od podstaw), ale jechanie w kółko na tym samym szkielecie i nakładanie nowych skórek-realiów historycznych i dodawanie paru zabawek (hak, kusza) do niczego nie prowadzi - za parę lat te wszystkie gry zleją się wszystkim w jedną masę i nikt nie będzie umiał powiedzieć, co było w której części...
Niestety, ale w 100% muszę podpisać się pod postem Beriala - nie dość, że tekst nie porusza w zasadzie żadnego interesującego tematu, to jeszcze wygląda jak napisany w jakieś 2 minuty. Jeden potok słowno-myślowy, z milionem zbędny wtrąceń. Brak tu prób nadania temu jakiejkolwiek sensownej, bardziej wyszukanej formy, stylistycznie przypomina to po post na forum dyskusyjnym - ot, ktoś się czymś zbulwersował i jak najszybciej musiał przelać swoją frustrację na klawiaturę. Poza tym pisanie o tym jest nie mniej absurdalne niż samo opisywane zjawisko. Pozwolę sobie sparafrazować fragment tekstu: "Na początku pomyślałem jak można coś takiego w ogóle napisać, czy autor przegląda Internet od wczoraj?" Jasne, to o czym tu napisano, jest w pewnym sensie żenujące, ale ludzka głupota i naiwniactwo są stare jak świat i Internety, każdy kto korzysta z sieci, codzienne natrafia na przynajmniej kilka takich kwiatków, ale nikt nie robi z tego sensacji. Naprawdę, czytając ten wpis miałem wrażenie, jakby autor dopiero co doznał objawienia, że Internet składa się w 90% z idiotów i trolli. Nie chcę powtarzać tego, co napisał Berial, ale mam nadzieję, że autor potraktuje te komentarze nie jako atak na jego osobę czy hejt, ale kubeł zimnej wody, który po prostu trzeba przyjąć na klatę i przetrawić. Na gameplayu są różni autorzy i różne teksty, raz lepsze, raz gorsze, ale jednak zachowują zwykle jakiś poziom - nawet jeśli nie stylistyczny to przynajmniej merytoryczny. Ten tekst wygląda trochę jak mało śmieszny dowcip. Nikogo nie zainteresuje, nikt się z niego niczego nie dowie, a jedyna dyskusja, jaką może sprowokować będzie dotyczyła jego samego, a nie omawianego tematu. Chyba, że to jakaś misterna prowokacja, bo ja nie widzę uzasadnienia dla powstania takiego tekstu...
[17] - zapewniam Cię, że jest bardzo wiele osób, które wstrzymywały się z zakupem Skyrima, czekając na kompletną edycję - tak jak z większością gier Bethesdy. Chwali się, że przynajmniej można kupić coś takiego i mieć na wieki wieków wszystkie dodatki i patche na płytce, EA chyba w życiu do głowy nie przyjdzie, żeby wydać rozszerzoną wersję Mass Effecta 2 czy 3, przynajmniej dopóki ludzie będą kupować DLC.
A co do wydania - wydali kompletną edycję Obliviona, Fallouta 3 i New Vegas, czemu mieliby nie wydać Skyrima? Inna sprawa, że ceny "pudełkowych" wydań DLC są bandyckie.
W newsie jest jakiś dziwny błąd, to piąty a nie dziewiąty dodatek. Było Mines of Moria, Siege of Mirkwood, Rise of Isengard i Riders of Rohan, reszta to zwykłe apdejty. Po wprowadzeniu f2p grałem w to przez dłuższy czas i co jakiś czas wracam, ale ostatnio coraz rzadziej, a na kanałach społeczności widzę spore niezadowolenie - bardziej dbają o sklepik z mikropłatnościami niż o grę, jest ponoć masa błędów i czasem nie da się grać. Poza tym ceny są grubo przesadzone - niby f2p, ale darmowe są cztery strefy, dalej możemy co najwyżej zwiedzać, bo żadnych questów nie dostaniemy - a każdy quest pack to minimum 600-700 punktów czyli dobre kilka dych - punkty dostaje się za Deedsy, ale to śmieszne ilości. Żeby wykupić dostęp do wszystkich questów trzeba by wybulić co najmniej kilka stów, a dodatki to już w ogóle masakra - zwłaszcza ostatni był krytykowany za cenę nieadekwatną do zawartości (za instancje etc. trzeba było płacić oddzielnie czy coś), a główny bajer, walka konna, to technologiczny potworek. Mimo to nie da się odmówić grze rewelacyjnego, ciężkiego klimatu - gra trzyma się książek, jest tam dużo lore, główny wątek fabularny jest ciekawy i jest to faktycznie jedna z niewielu gier, w którą można grać dla fabuły, nie rajdów czy instancji. Stopień immersji jest duży, sposób w jaki przeniesiono do gry Śródziemie jest godny podziwu. LOTRO ma tez spory potencjał jeśli chodzi o role play i ogólnie gra się w to całkiem przyjemnie, ale takimi seriami po tydzień, dwa trzy - potem zaczyna trochę nużyć i trzeba sobie zrobić przerwę ;) Inna sprawa, że mikro transakcje, choć wszechobecne, nie narzucają takich ograniczeń jak w TORze - główna fabuła, nawet z dodatków, jest dostępna za free, dostęp do nowych lokacji też, dostajemy 100% xp, nie ma głupich restrykcji (w starłorsach dostaje się jakiś ułamek normalnego xp, sprint i połowę rzeczy odblokowuje się po kilku(nastu) godzinach gry, są tylko 2 skill bary). Mimo to obie gry lubię i w obie gram od czasu do czasu, z jednego prostego powodu - obie stawiają na znany, ciekawy świat i fabułę. W WoWach i wszystkich azjatyckich MMO fabuła to jakiś pretekst do grindu.
W skrócie jest tak, jak można było się spodziewać - ładna wydmuszka, a którą można sobie popatrzeć, jeśli ktoś nie oczekuje od filmu jakiejkolwiek wielowarstwowości i głębszej fabuły. W sumie na nic więcej nie liczyłem, jednak szkoda, że brakuje sci-fi, które jednocześnie jest ładne i fabularnie/emocjonalnie angażujące. Szczególnie, że Michael Arndt, jeden ze scenarzystów, pracuje nad scenariuszem do siódmego epizodu Gwiezdnych wojen, choć na wnioski jeszcze za wcześnie. Każdy film rządzi się swoimi prawami, Abrams pokazał (zwłaszcza w serialach), że ma talent do zapadających w pamięć postaci i historii, więc może jakoś to pociągnie. A co do Obliviona... miałem zobaczyć w kinie i ta recenzja wcale nie pomaga podjąć decyzji. Z jednej strony to dla mnie kolejny film do obejrzenia "za jakiś czas", na spokojnie, bez spiny, bo takie produkcje wtedy zyskują, z drugiej strony jakość oprawy wizualnej sprawia, że chciałoby się zobaczyć to na dużym ekranie. Połączenie pięknych, surowych krajobrazów i sterylnej, ale nie bajeranckiej technologii na zwiastunach robi wrażenie.
[14] - to gra wydawana, nie tworzona przez Bethesdę, więc nie ma co krakać na zapas. Co do samego BGS, to jeśli już coś [FO4] zapowiedzą, to najprawdopodobniej na VGA - akurat minie trzy lata od zapowiedzi Skyrima, a sama gra wyjdzie w 2014. Na TES VI poczekamy pewnie do 2015/2016 roku. W każdym razie cieszy, że po kilku niepowodzeniach z wydawaniem nowych marek (Hunted, Brink, częściowo Rage) Bethesda nie rezygnuje ze świeżych IP i cały czas stara się wpuszczać na rynek coś nowego - nie licząc gier wyprodukowanych przez Bethesdę, ostatnio wydają same debiutanckie marki.
Szczerze, to wszystkim fanom Pieśni lodu i ognia polecam przede wszystkim "Retrospektywę". "Pieśń..." ledwo liznąłem, ale prawda jest taka, że choć sławę przyniosła mu ta saga, to za jego szczytowe osiągnięcia uważam właśnie opowiadania. "Pieśń dla Lyanny" chociażby - rewelacyjne opowiadanie z żywymi emocjami. Również część jego opowiadań sf (znaczna część osadzona jest w tym samym uniwersum) robi wrażenie. Gra o tron nie robi szału ani pod względem literackim, ani fabularnym. Opowiadania nie są może wybitne (przynajmniej nie wszystkie), ale czytało mi się je o wiele lepiej - również wstawki biograficzne są napisane całkiem ciekawie.
A ja tam cały czas czekam na The Legend. pomijając wykorzystanie CryEngine 3, pod względem klimatu zapowiada się wybornie - dotychczasowe filmiki są naprawdę nastrojowe, motyw muzyczny wyborny, a dodatkowe historie zapowiadają się równie ciekawie ;) A za Arrival też trzeba się będzie wziąć.
Ale bzdury. Mam wrażenie, że czytam te formułki już 20 raz, przy okazji każdej gry, która ma problemy z serwerami i infrastrukturą powtarzają tę samą bajeczkę. Ludzie, nie róbcie sobie jaj, jesteście jednym z największych wydawców na świecie, SimCity to szalenie popularna marka, zrobiliście olbrzymią kampanię reklamową za grube miliony, a potem wmawiacie wszystkim, że nie spodziewaliście się takiego zainteresowania? Trzeba mieć klapki na oczach, żeby uwierzyć w coś takiego.
EA zajmuje się grami od lat, wydało dziesiątki, jeśli nie setki gier z trybami on-line a tłumaczy, Maxis chyba też ma jakieś doświadczenie, a tłumaczy się jak debiutujący deweloper z Koziej Wólki. Kiedy w końcu wydawcy/deweloperzy zrozumieją, że czasem lepiej się przyznać i powiedzieć, że nie podołali w 100% i gdzieś popełnili błąd na etapie produkcji, bo nikt ich za to nie zje, zamiast łgać graczom w żywe oczy, choć wszyscy wiedzą jak było naprawdę i do reszty utracić zaufanie? To jest serio aż tak skomplikowana zależność? Takimi gadkami tylko się pogrążają...
Jeżeli robią grę, w której sprawne działanie serwerów jest podstawą i która (teoretycznie) jest w całości na nich oparta, to coś takiego jak badanie maksymalnych obciążeń i określenie potencjalnego ruchu po premierze powinno być oczywistą oczywistością i ludzie z EA/Maxisa doskonale zdają sobie z tego sprawę. Ale skoro wolą brnąć w bagno po uszy, ich sprawa, tylko następnym razem mocno się na tym przejadą.
Co do tytułu - w Polsce jest niestety tendencja do traktowania widza jak debila, tak więc niezależnie od tego, czy chodzi o tłumaczenie, czy oryginalny polski tytuł, musi być jak najrzadziej dosłownie i łopatologiczne - tak, żeby po przeczytaniu tytułu od razu było wiadomo, czy chodzi o miłość, obijanie mordy czy inne kosmosy. Nie mówię tu już tylko o perełkach w stylu Szklanej pułapki - jak się przyjrzeć, dotyczy to 90% filmów i seriali. Albo tłumaczy się zupełnie w oderwaniu od oryginału (czasem też treści), albo dodaje się do tytułu różne "dodatki", które od razu sugerują, że to film kryminalny/sci-fi/komedia romantyczna, whatever. Najgorsze są tytuły polskich filmów - zero inwencji. Albo kompletna łopatologia ("Bitwa warszawska", "Tajemnica Westerplatte", dziwne, że "Czasu honoru" nie nazwali "Cichociemnymi w okupowanej Warszawie"), albo masło maślane i tytuły, które można nadać 100 innym filmom. Ewentualnie tytuły są sucharami i pseudo-inteligentnymi gierkami słownymi. Jeśli chodzi o tłumaczenia, to ostatnio też pojawiają się same kwiatki: "After Earth" to "1000 lat po Ziemi", "Star Trek Into Darkness" to "W ciemność Star Trek". TVN zabłysnął, tłumacząc tytuł "Person of Interest" jako "Wybrani", przebijając tym samym poprzedni polski tytuł, "Impersonalni". Oba nie mają żadnego sensu ani związku z treścią serialu. Wisienką na torcie jest wlepianie 3D jako elementu tytułu, albo "007" przed "Quantum of Solace", jakby ktoś nie wiedział, że idzie na film o Bondzie. Czasami mam ochotę, żeby po prostu zostawiali te tytuły w oryginale, bo ręce opadają. Wiem, wiem, że wpis nie o tym, ale filmu nie widziałem, więc ciężko mi się odnieść, a kwestia tytułów osiąga powoli poziom absurdu.
[158] - ja jestem graczem, który stara się wyciągnąć z gry co się da i niestety nie pomaga to takim tytułom jak Upadek Setarrif - gdybym miał kiedykolwiek zagrać po raz drugi (zupełnie nie wiem po co) , przeleciałbym ten dodatek najszybciej jak się da. Są słownie ze 2 questy poboczne, które nic nie wnoszą, crafting, który był taki sobie już w podstawce, teraz zupełnie tracił sens, bo w skrzyniach na środku drogi znajdujemy coraz lepsze pancerze i bronie. Na palcach jednej ręki mogę policzyć nieobowiązkowe zaułki czy odnogi korytarzy, zwykle znajdowały się w nich skrzynie z dziesiątkami niepotrzebnych przedmiotów i tonami zupełnie zbędnego złota - ani razu nie skorzystałem z usług sklepikarzy, którzy wołają o pomstę do nieba... A raczej wołaliby, gdyby ktoś nagrał dla nich kwestie dialogowe - ni stąd ni zowąd w ruinach miasta pojawia się dwóch randomowych NPCów, z którymi można pohandlować.
Co do reszty dodatku - o ile początek jest w miarę ciekawy, a lokacje ładne (dżungla, wulkan) o tyle po dotarciu do Setarrif rozgrywka staje się mordęgą - niby mamy jakiś główny wątek, ale jest on strasznie słaby i jest jedynie pretekstem do bezsensownej młócki. Cała rozgrywka ogranicza się do przebijania się przez hordy jednakowych przeciwników, którzy nie stanowią żadnego wyzwania - nawet jak nas otoczą i zadadzą nam jakieś obrażenia (w tej grze trzeba się naprawdę postarać, żeby zginąć), nie są stanowią specjalnej przeszkody.
Tak na dobrą sprawę mamy w tym dodatku ze 4 rodzaje przeciwników, bo poza modelem i nazwą połowa przeciwników niczym się nie różni - te same animacje, ataki, styl walki. Samo Setarrif również jest okropne - po dwóch godzinach miałem serdecznie dosyć tych tuneli.
Nawet walka z ostatnim bossem wyglądała jak uproszczona wersja finału podstawki - unikamy pocisków bossa, rozwalamy miniony, zadajemy kilka ciosów głównemu przeciwnikowi. Jeśli dobrze opanowaliśmy przewroty i bloki, finałową walkę da się przejść bez używania jakichkolwiek mikstur - Śniący nawet nie ma szans nas trafić.
Bardzo słabo wypadły również fragmenty, w których kierujemy innymi postaciami - model bohatera zastąpiono modelami Gorna czy innych bohaterów, w rozgrywce nie ma ŻADNEJ różnicy - te same animacje, ruchy, ciosy. Poza tym etapy te trwają w porywach do 5 minut...
Całości na pewno nie ratuje fabuła, która jest po prostu słaba, sztampowa i slapstickowa, podobnie jak dialogi. Polski dubbing zawsze był siłą serii, tu wszyscy grają na jedną modłę. Do tego garść żenujących sucharów i 3 rodzaje modeli postaci dla wszystkich bohaterów (co jest o tyle bolesne, że postaci mamy tu 5 na krzyż) - nie chciałem przekreślać tego dodatku dopóki sam w niego nie zagrałem, ale naprawdę jest AŻ TAK zły. Podstawka miała przynajmniej w miarę ciekawą fabułę, ładne lokacje, a walka i rozgrywka, choć nie najlepiej wykonane, nie frustrowały.
Upadek Setarrif to w zasadzie bardziej slasher niż RPG, przy czym slasher wyjątkowo słaby, bo dysponujemy jednym atakiem, którego używamy przeciwko 3 rodzajom identycznych przeciwników... Rozumiem jednakową zbroję, animację, broń, ale po pokonaniu tysięcznego żołnierza z identyczną twarzą (zresztą, magowie również mieli ten sam model tylko inne ubranko) robiło mi się już słabo... Gdyby chociaż historia była znośna, mógłbym machnąć ręką na beznadziejny gameplay, ale o tej grze, mimo najlepszych chęci, nie da się powiedzieć nic dobrego. O ile podstawkę mogę polecić komuś, kto będzie umiał podejść do niej na luzie, o tyle stanowczo odradzam sprawdzanie tego dodatku - zmarnowane 5 godzin z życia. 3/10, za początkowe etapy na plaży i w dżungli, które trzymały jako taki poziom...
Zdaje sobie sprawę, że dodatek ucierpiał na kłopotach finansowych JoWood i zmianie wydawcy, ale jest tak tragiczny, że nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien puszczać go do sprzedaży. Biorąc pod uwagę, że początek gry nie jest tragiczny, cała reszta (Setarrif) była pewnie robiona na szybko, na kolanie, byle wydać ten produkt. Mogli już okroić go o połowę i sprzedać taniej - zamiast sztucznie wydłużać go hordami jednakowych przeciwników w jednakowych lokacjach...
Swoją drogą news mógłby mieć bardziej neutralny wydźwięk. Nie twierdzę, że Wiedźmin 3 nie będzie powalał graficznie, za wcześnie na takie stwierdzenia, ale news powinien być napisany neutralnym, obiektywnym tonem, a tu, niestety, zarówno z tytułu jak i z treści wylewa się "zobacz, no zobacz jakie to będzie za....". Zwykle nie zwracam uwagi na takie rzeczy, ale jeśli te "najwyższej jakości" screeny mają prezentować "piękną grafikę", to chyba powinny wybronić się same, bez całego tego smarowania miodem ;) Dobra, narzekam, ładne obrazki, ale news to news, a nie wpis na blogu ;p
Wkradł się drobny błąd - w pierwszej kolejności na PS3 ukaże się Dragonborn, to starsze dodatki wyjdą w późniejszym terminie. Cieszy, że Bethesda w końcu zamyka za sobą ten niezbyt udany rozdział z czasową ekskluzywnością dla Xboxa i wszystkie platformy będą na bieżąco, zwłaszcza, że dodatki (nie licząc Heartfire) są naprawdę warte uwagi. Szkoda tylko, że aby w nie zagrać będziemy musieli czekać kolejny rok na GOTY (Bethesda planuje pewnie kolejne DLC, więc wcześniej raczej nie wyjdzie).
W sumie to książka ma inny tytuł, ale widocznie "Blade Runner" był bardziej rentowny ;) Co do samych audiobooków... zawsze wolałem książkę przeczytać (chociaż coraz trudniej przychodzi mi wygospodarowanie sobie czasu na tę przyjemność), wersję audio zawsze traktowałem jako ciekawostkę - ot, tu odsłuchałem jakiejś próbki. Cieszy jednak, że dziedzina ta intensywnie się rozwija i zaczyna stanowić bardzo atrakcyjną propozycję. Może nie jako alternatywę dla czytania, ale jednak jest to ciekawe doświadczenie. Przede wszystkim chwali się postawienie na aktorów, nie lektorów. Audiobooki są długie i żeby zaprzęgnięto do nich nawet najlepszych lektorów, to nie wyobrażam sobie słuchanie przez kilka godzin jednego głosu - monotonia wkrada się niezauważalnie, traci się też zainteresowanie nagraniem. Poza tym jestem wzrokowcem i trudno mi się skupić na dźwięku - często, słuchając różnych nagrań, audycji, podcastów łapię się na tym, że słyszę, ale nie słucham i nie mam pojęcia o czym była mowa przez ostatnie 5 minut ;) Mam więc nadzieję, że ta "rewolucja" (nie siedzę w temacie, więc nie wiem czy to duża nowość) sprawi, że w końcu zmierzę się z jakimś audiobookiem, a Philip K. Dick na pewno jest wart próby ;)
Gracz hardkorowy to moim zdaniem osoba, która (niezależnie od tego w co gra, na jakiej platformie i na jakim poziomie trudności) w jakiś sposób zajawia się, interesuje tytułem, w który gra, daje się ponieść immersyjnemu oddziaływaniu gry. Dla gracza hardkorowego granie nie jest jedynie sposobem spędzania wolnego czasu czy zwykłą rozgrywką. Gracz hardkorowy to taki, który gra, by poznać losy uniwersum, przeżywać losy postaci, zgłębiać historie. To gracz, dla którego najważniejsze jest nie ukończenie tytułu, ale doznania płynące z grania. Szuka informacji o świecie przedstawionym, autentycznie cieszy się dobrymi grami i złości, gdy widzi zmarnowany potencjał tytułu. Gracz casualowy z kolei to osoba, której jest wszystko jedno, która gra dla zabicia czasu, dla samego "zaliczenia" tytułu. Jest to gracz, którego nie interesuje fabuła i postacie, która nie zgłębia dodatkowych opcji dialogowych, nieobowiązkowych lokaci czy pobocznych questów, jest obojętny wobec tego, kto wygra wojnę domową w Skyrim i kto zginie na Virmirze. To oczywiście moja własna, niczym nie poparta definicja, ale myślę, że na swój sposób trafna i nie budząca sporów i hejtu ;p Dzielenie graczy ze względu na preferowaną platformę, hgatunek czy poziom trudności to IMO zupełnie inna sprawa. Chodzi o stopień zaangażowania ;) Tyle offtopu :D
na temat wydania jego gry inSANE, utrzymanej w klimatach.
W klimatach to ona na pewno będzie utrzymana, tylko jakich? :D
Świetne narzędzie, na pewno przyda mi się ze względu na to, że od dawna gubię się w zakładkach - cały pasek zakładek mam zapełniony folderami, w których mam czasem kilkaset (sic!) stron czy artykułów i zwyczajnie w tym ginę. Szczególnie podoba mi się możliwość dostosowania zapisanego tekstu do swoich preferencji - ustawianie czcionki czy dopasowanie tekstu do szerokości ekranu. Poza tym mogę skupić się wyłącznie na tekście - czasami po przeczytaniu krótkiego tekstu spędzam pół godziny na wertowaniu zamieszczonym pod nim komentarzy ;p
Bezi -
spoiler start
z Azogiem jest taki problem, że ten cały wątek został stworzony prawie w całości na potrzeby filmu. Postać była wspomniana w twórczości Tolkiena, jednak większość wydarzeń nie ma z nią nic wspólnego. Azog zginął na długo przed wydarzeniami z Hobbita, stworzony wyłącznie na potrzeby filmu jest też motyw z polowanie na ród Thorina.
spoiler stop
Ja mam mieszane odczucia. Mam to do siebie, że potrafię spojrzeć na film z boku z uwzględnieniem grupy docelowej, wiem, że w przeciwieństwie do Władcy był robiony, podobnie jak książkowy pierwowzór, przede wszystkim dla dzieci. Problem w tym, że Jackson po Trylogii nie może (i nie chce) zrobić czegoś skromnego, jak książka Tolkiena i próbuje - z różnym skutkiem - w mniej lub bardziej nachalny sposób wnieść tu coś z podniosłego charakteru epopei o Pierścieniu. Poza tym, PJ z trudem balansuje pomiędzy luźną historią przygodową a próbami przypodobania się fanom poważniejszych wątków. I na tym rozdwojeniu jaźni cierpi cały film. Z jednej strony mamy poważne narady, nawiązania do Czarnoksiężnika, z drugiej - co mnie trochę boli - baśniowość rodem z Opowieści z Narnii. I tu jest kolejny problem. Chociaż Hobbit był dla dzieci, był zupełnie innym typem opowieści, fantasy niż cykl o Narnii. Tymczasem niektóre sekwencje z filmu - Radagast, król Goblinów, cały wątek z Azogiem - wyglądają jak żywcem wyjęte z tej serii filmowej (lub czegoś podobnego) i niestety, ale jest spory rozdźwięk pomiędzy poszczególnymi scenami. Moim zdaniem momentami jest zbyt bajkowo i niepoważnie, co nijak ma się do reszty filmu i po prostu razi. Te elementy zwyczajnie nie przystają do filmowego Śródziemia, wyraźnie odstają. Zwłaszcza, że wątek Azoga jest IMO słaby i w żaden sposób mnie do siebie nie przekonuje. Jackson potrzebował jakiegoś dużego, równoległego wątku by rozciągnąć fabułę na trzy filmy i widać to na kilometr.
Inna sprawa, że ten sztuczny podział da się odczuć w każdym aspekcie filmu. Jackson ustalił sobie, że pierwszy film skończy się na takim a takim wydarzeniu i stawał na głowie, żeby rozepchać to do trzech godzin. Jest to o tyle frustrujące, że miałem wrażenie, że pewne rzeczy oglądam w tym filmie po kilka razy. Szczególnie mocno da się to odczuć przy wspomnianych przez autora tekstu scenach odsieczy (o tym później) oraz naburmuszaniu się Thorina. Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy w tym filmie widziałem scenę, gdy koleś dostawał butthurta i zaczął jeździć po Bilbo i zarzucać mu, że nie nadaje się na wyprawę. Raz, dwa - okej, ale IMO mocno z tym przesadzili. Jeśli zaś chodzi o wspomniane w tekście tarapaty... Niestety tam, gdzie książka dawała radę, film poległ. Jackson, zamiast zakamuflować pewne uproszczenia fabularne, jeszcze je uwydatnił. Co 15 minut bohaterowie wpadają w tarapaty, co nie budzi żadnych emocji - za drugim czy trzecim razem widz po prosty siedzi i czeka kiedy Gandalf przybędzie z odsieczą. Najgorsze jest to, że każda z tych scen wygląda łudząco podobnie. Ni stąd ni zowąd pojawia się nasz czarodziej, przy akompaniamencie motywu muzycznego, identycznego za każdym razem. Ileż można? Scena z trollami, scena z wargami, scena z goblinami, scena z orłami - praktycznie każdy "cudowny" ratunek wygląda identycznie i jest oczywisty nawet dla kogoś kto jakimś cudem nie czytał książki.
Kolejna sprawa - o czym już pisałem - to spory rozdźwięk stylistyczny. Z jednej strony mamy mroczne, poważne sceny, z drugiej serwuje się nam absurdy i sceny akcji, których nie powstydziliby się Niezniszczalni. Bohaterowie co i rusz spadają w jakieś przepaście, coś na nich spada, pakują się w starcia z wielokrotnie liczniejszymi grupami, a mimo to wychodzą z nich bez szwanku. To, co w książce nie przeszkadzało, w filmie razi, tym bardziej, że Jackson dodał kilka absurdalnych motywów od siebie. Szczytem wszystkiego była scena z kamiennymi olbrzymami - IMO najgłupsza sekwencja całego filmu. Niestety, cierpi na tym przede wszystkim spójność produkcji. Z jednej strony mamy niepokojące nawiązania do wydarzeń z przeszłości, z drugiej zupełnie abstrakcyjne sekwencje rodem z kina fantasy klasy C.
Mimo wszystko film ma też sporo zalet - powalające widoczki i miejscówki (Erebor jest piękny!), rewelacyjnie zrealizowane retrospekcje, bardzo dobrych aktorów (choć w kwestii Armitage'a zgadzam się z Cayackiem - jego wieczny butthurt na pewno tu nie pomaga), niezłą muzykę (chociaż soundtrack jest trochę biedny - mam wrażenie, że w kółko leciały 3 czy 4 motywy) - na szczególne brawa zasługuje pieśń krasnoludów i jej wariacja lecąca przy napisach końcowych. Dla mnie mocne 7,5/8- - może trochę naciągnę, ale mimo wszystko jest to świetne kino (od strony warsztatowo-artystycznej), które jednak zawodzi nieco od strony fabuły i dialogów (było kilka perełek, ale nawet Gandalf nie uniknął kilku sucharów i banałów) i rozpisania postaci. Najwięcej film traci jednak na rozdźwięku stylistycznym - ma problemu z określeniem własnej "tożsamości", grupy docelowej. Jackson chyba nie bardzo wie, jaki film i dla kogo właściwie chciał nakręcić. Również podział całości na trzy części odcisnął tu swoje piętno.
PS Zapomniałem wspomnieć - o ile animacja Golluma i sceny z jego udziałem były rewelacyjne, o tyle trochę przesadzono z eksponowaniem mimiki stwora - przedłużajcie się zbliżenia na jego twarz i kolejne miny Golluma przypominały raczej pokaz technologiczny niż scenę z filmu. Zresztą to samo da się powiedzieć o kilku innych sekwencjach. Miejscami spory przerost formy nad treścią.

Ciekawostka: zwiedzałem sobie wyspę przy pomocy noclipa i w Thorniarze (tuż za bramą, przy której rozpoczyna się dodatek) natrafiłem na ślady jakiejś wyciętej misji/wątku. Kilka metrów od wspomnianej bramy stoi grupka rycerzy, a jeden z nich ma całkiem sporo do powiedzenia - opcje dialogowe wskazują, że jest do dalsza faza jakiejś misji, prawdopodobnie związanej z Burzowymi Krukami spotykanymi pod Setarrif (rycerz mówi o statkach grabieżców z innej wyspy). Jedna ze ścieżek nie jest w ogólne nagrana a całość nijak się ma do reszty gry (zresztą, ta miejscówka teoretycznie jest w dodatku niedostępna), więc to pewnie kolejna rzecz, która ucierpiała na kłopotach finansowych JoWooD - widać, że w tym dodatku miało być trochę więcej zawartości, ostatecznie wszystko okrojono i została słabiutka historyjka i miliard wrogów do usieczenia, których wrzucono tam z braku lepszego pomysłu na rozgrywkę ;)
"A komu to potrzebne?" :D Fajna inicjatywa, niemniej ja w Uplinka zagrałem właśnie po to, by sprawdzić najstarsze oblicze serii, bez wszelkich usprawnień graficznych, poprawek, lepszych tekstur czy usprawnień w grywalności - chciałem zobaczyć, jak to wyglądało w zamierzchłych czasach. Odpalanie tego w podrasowanej wersji trochę mija się z celem, bo pomijając już fakt, że jest to całkiem nowa historyjka stworzona na potrzeby dema, to zbyt wiele zawartości tu nie ma i ucieka cały toporny klimacik. Niemniej, pomysł się chwali, liczę, że to tylko przygrywka do dalszych, większych projektów. Szczerze to wolałbym już moda do Decay, bo OF i BS powstają, choć na horyzoncie ich nie widać ;) Ciekawe, czy doczekamy kiedyś czasów przerabiania HF2 z dodatkami na modłę kolejnego Source'a... :D Pewnie jeszcze trochę poczekamy, chociaż po tylu latach skok pomiędzy sourcem sprzed kilku lat, a nowym powinien być znaczny.
Nie ogarniam, jak z normalnego pytania można przejść do wniosku o zazdroszczenie konsolą... I co rozumiesz przez "ambitne produkcje"? Bo choć The Las of Us na pewno będzie świetną grą z ciekawymi rozwiązaniami i świetną animacją/mimiką, to na tym etapie trudno powiedzieć coś więcej, jeśli chodzi o tematykę i historię to ja tu czegoś szczególnie innowacyjnego i ambitnego nie widzę ;)
Wyszedł mi post nie na temat, ale trafia mnie, gdy widzę doszukiwanie się na siłę "hejtu" tam gdzie go nie ma ;p
Nie kupowałem zbyt wielu pism komputerowych, ale większość tego, co nabyłem, stanowią właśnie wydania KŚGry i zawsze myślę o tym magazynie z nostalgią, nawet jeśli forma wprowadzona w ostatnich latach mi nie odpowiada. Na początku 2004 roku zacząłem interesować się grami (pierwszy komputer) i jako "zielona" osoba strasznie jarałem się gazetką wprowadzającą mnie w nowy, nieznany świat. Mój komp był też stosunkowo słaby, więc pełniaki cieszyły i dawały sporo frajdy - chociażby Kurka wodna czy Wormsy ;) Nie kupowałem regularnie (poza wakacjami ;)), ale raz na kilka miesięcy, gdy zainteresowała mnie jakaś pełna wersja. Potem były coraz większe przerwy i "zrywy", gdy kupowałem po kilka numerów. Potem skończyło się na jednym na rok (jakiś jubileuszowy z Gothikiem II, potem z Nostradamusem) a ostatni kupiłem w 2010 roku (z Baldurem II).
Niestety, wzrost ceny i zmiana formy nie zachęcały mnie do sięgania po kolejne numery - na dwie strony numeru przypadał olbrzymi artwork, 10 screenów i pięć linijek, co trochę zniechęcało. Niemniej, mimo iż większość osób wieszała na KSG psy, ja wciąż miałem do niego sentyment, chociaż czułem, że tak to się skończy - darmowe MMO i wirtualna kasa jako dodatki do gazetki, tytuły, o których nikt w życiu nie słyszał, dorzucanie archiwalnych numerów... Jakoś mnie to nie przekonywało i nie trudno było zauważyć, że poprawa raczej nie nastąpi.
Niemniej, szkoda pisma - po ostatni numer na pewno sięgnę, bardziej na pamiątkę niż z "materialnych" pobudek. Na pewno miło będę wspominał wydania z lat 2004-2007/8, długie, rzeczowe teksty, przejrzyste i profesjonalne tabelki z komentarzami recenzentów, ciekawe zestawienia - dla mnie jako gracza-nowicjusza była to niezapomniana przygoda i drzwi do świata gier ;) No i ta muzyczka na płytach z pełnymi wersjami :D
A nie można podrzucić info o plebiscycie na GOL czy tam facebookowy profil GOL/gameplay.pl? Bo mam wrażenie, że większość osób spojrzała na to w dniu publikacji i albo zagłosowała od razu, albo po paru dniach a reszta nawet nie wie, że coś takiego się odbywa ;)
Boję się trochę, żeby zmieniając wizerunek Lary z twardzielki na zwykłą, delikatną dziewczynę walczącą o przetrwanie nie przeszli z jednej skrajności w drugą - oglądam któryś z kolei materiał o tej grze i mam wrażenie, że przez jakieś 90% czasu Lara jęczy, stęka, przewraca się, płacze lub doznaje licznych urazów :D
Barthez, faktycznie, w sumie VGA nigdy nie budziło jakichś większych emocji i opadu szczęki, wyjątek stanowi tu właśnie 2010 rok, gdy dostaliśmy teaser Skyrim i pierwszy trailer Mass Effecta 3 ;) I tak już się przyzwyczaiłem, że na początku grudnia oczekuję jakiejś bomby. Niemniej, liczę, że w tym roku faktycznie dane nam będzie zobaczyć coś mocnego. A na deser jeszcze jeden teaser, o którym zapomniałem, a który też jest mocny: http://www.youtube.com/watch?v=sJaYq3vnEjw Moim zdanie, za całokształt kampanii promocyjnej złoty medal i talon na balon powinno dostać Darksiders II, bo wyszło raptem kilka zwiastunów, a prawie każdy był na wysokim poziomie ;)
Ciężki wybór, bo choć w tym roku nie mieliśmy zbyt wielu trailerów, które robiły wrażenie tak jak te z zeszłego roku, to jednak jest w czym wybierać - dużo, różnorodnie, porządnie. Jakoś tam wybrałem "najlepszą" trójkę, aczkolwiek wymienię też kilka pozycji wartych uwagi, z których każda zasługuję na choćby jeden punkcik ;) Poza tym zgadzam się z [3] - czuję, że grudzień może sporo namieszać. Chyba, że kolejny plebiscyt będzie obejmował okres - 1 grudnia 2012 - 30 listopada 2013 ;)
[4] Dishonored Gameplay Trailer http://www.youtube.com/watch?v=-XbQgdSlsd0 Nie miałem wątpliwości. Oczywiście, znowu znajdą się pewnie osoby, które stwierdzą, że cały trailer "robi" muzyka, ale chyba o to właśnie chodzi - odpowiednie dobranie, zestawienie i zmontowanie warstwy wizualnej i dźwiękowej. A ten zwiastun zrobiony jest perfekcyjnie - oglądałem go dziesiątki razy i zupełnie mi się nie nudzi - nie wspominam już o tym, ile razy słuchałem motywu przewodniego ;)
[2] Wiedźmin 2: Intro http://www.youtube.com/watch?v=fCUVJo2dDU8 Tutaj miałem pewne opory, bo jednak materiał został przygotowany jako intro do gry, przy okazji wykorzystano go w celach promocyjnych. Nie zmienia to jednak faktu, że filmik jest rewelacyjny od każdej strony - zarówno jeśli chodzi o animację jak i muzykę, z którą zwiastun świetnie sie komponuje. Mimo to gameplay'owe zwiastuny wersji na X360 nie zachwyciły, do "Pogardy i strachu" z zeszłego roku nie ma startu.
[1] Dear Esther http://www.youtube.com/watch?v=D7VJ4lP-05A Wbrew pozorom to właśnie z trzecim miejscem miałem największy problem. Każdy z wymienionych niżej trailerów w jakiś sposób na nie zasługuje, niemniej Dear Esther kupiło mnie klimatem i prostotą ;)
Poza tym:
Darksiders II: Death Eternal http://www.youtube.com/watch?v=CExRGMDAvTY W zasadzie nie wiem, co takiego podoba mi się w tym teaserze, jednak często do niego wracam. Prosty, a efektywny ;)
Mass Effect 3: Take Earth Back http://www.youtube.com/watch?v=eBktyyaV9LY Zastanawiałem się nawet nad podium, bo początek jest naprawdę rewelacyjny, ale zwiastun jest moim zdaniem trochę za długi a końcówka psuje efekt - nawalanka z huskami nie pasuje mi kompozycyjnie do początku. Początkowy fragment jest jednak świetny. Szkoda, tylko że tak zwany "launch trailer" nie umywa się do tego z dwójki.
Darksiders II: Know Death http://www.youtube.com/watch?v=E7dxK_N5HQk I znów Darksiders, tym razem konkretniej. Świetny zwiastun, zarówno jeśli chodzi o montaż, jak i o dobór przytoczonych wypowiedzi postaci. "His fate concerns me. Yours does not" FTW.
BioShock: Infinite: Beast of America http://www.youtube.com/watch?v=bLHW78X1XeE W założeniach bardzo podobny do trailera Dishonored, jednak nie robi aż takiego wrażenia. Mimo wszystko to wciąż klasa sama w sobie.
Co ponadto? Teasery The Walking Dead i gry Reset a przede wszystkim zwiastuny fabularnych dodatków do Skyrim: Dawnguard i Dragonborn. Oba, choć nie miotają po ścianach jak trailer podstawki, stoją na bardzo wysokim poziomie, łącząc w sobie zgrabną prezentację nowych funkcjonalności i miejscówek z ciekawą narracją i świetnie dobranym soundtrackiem. Na uwagę zasługują też trailery Assassin's Creed III, ale czegoś mi w nich zabrakło - cinematic Revelations postawił poprzeczkę zbyt wysoko, bym w pełni mógł cieszyć się zwiastunem trójki, a gameplayowe trailery zaczęły mnie w pewnym momencie nużyć, nie licząc tego z piosenką "Radioactive", z tym, że to bardziej zasługa podkładu niż trailera.
[16] - gdzieś dzwoniło, tylko nie pamiętałem, w którym kościele - oczywiście, że w Japonii, za dużo rzeczy na raz chciałem napisać i babol wyszedł :D
Tak przy okazji, do autora - nie, żebym był grammar nazi, ale nazwy wydarzeń historycznych, poza Wiosną Ludów i Wielką Rewolucją Francuską i kilkoma innymi wyjątkami - z małych liter. To taka uwaga na przyszłość, żadne czepialstwo :D
Przeszedłem sobie właśnie pierwszy poziom i muszę przyznać, że gra się całkiem przyjemnie, a z samą rozgrywką nie ma żadnych problemów. Co ciekawe grałem grubo ponad pół godziny (robiłem wszystkie wyzwania), a według licznika pozostało mi 6 z 10 minut :D W sumie podoba mi się taka forma, oczywiście jeśli chodzi o mniejsze gry dzielone na poziomy, w tytułach, gdzie rozgrywka jest ciągła dziwnie by to wyglądało.
Starożytność nie jest w żaden sposób wykluczona, wszak było wyraźnie powiedziane, że zarówno asasyni jak i Templariusze istnieją od czasu zagłady pierwszej cywilizacji. Templariusze z czasów wypraw krzyżowych (mówię oczywiście o grach, nie naszej historii) stanowili jedynie część konspiracji, publiczny wizerunek - wszak templariuszami byli również członkowie innych zakonów, Saraceni, rzekomi lojaliści zarówno Ryszarda jak i Saladyna. Oczywiście w przeszłości nie musieli nazywać się dosłownie templariuszami, ale to wciąż ta sama organizacja - wszak z ukrytych wiadomości Subject 16 i nie tylko wiadomo, że "templariuszami" (a raczej ich marionetkami) byli chociażby Cezar i Kleopatra (oboje zabici przez asasynów).
Wydaje mi się jednak, że czasy starożytne byłyby trochę powtórką z rozgrywki - w sumie pierwsze 4 gry rozgrywały się w basenie kultury Morza Śródziemnego, więc starożytny Rzym czy Grecja, nie mówiąc już o Bliskim Wschodzie, byłyby lekką powtórką z rozgrywki. Egipt, Mezopotamia, Babilon etc., choć również były terenem walk obu bractw, również są mało prawdopodobne - mało rozpoznawalne postacie, niezrozumiałe dla współczesnego odbiorcy zasady społeczne etc.
Jeśli chodzi o II wojnę światową - sami twórcy stwierdzili, że to mało interesujące, tak samo wypowiedzieli się o feudalnych Chinach. Zresztą, widok uzbrojonych w muszkiety żołnierzy, przyglądających się mordującemu ich Connorowi jest absurdalny - wyobrażacie sobie asasyna unikającego serii z broni maszynowej lub walczącego w zwarciu z nazistami? Mueh. Jeśli natomiast chodzi o Hitlera - w wiadomościach 16 było powiedziane, że
spoiler start
Hitler zabił w bunkrze swego sobowtóra, lecz gdy uciekał z jabłkiem Edenu, dopadł go jakiś asasyn. Poza tym praktycznie wszyscy przywódcy - Hitler, Stalin, Churchill i Roosevelt - byli templariuszami, a cała wojna miała jedynie wprowadzić "new world order" i dać wolną rękę w kształtowaniu granic powojennego świata.
spoiler stop
Co do przyszłego settingu - ja chciałbym wrócić do średniowiecza, ale takiego "krwistego", europejskiego, Robin Hood i te sprawy :D Ewentualnie można udać się do Kalifornii i wcielić się w asasyna imieniem Zorro.
Mueh, szkoda, że nie da się "dokupić" punktów. Miałem 99 pkt, których nie było na co wydać, za rejestrację dostałem 300, które przeznaczyłem na 2 gry, a teraz znowu zostało mi te 99. 51 punktów i zawsze coś tam by wpadło ;) Zresztą, na co ja narzekam, mam na GOGu wszystkie stare Fallouty za darmo :D Poza tym za te 300 punktów można było dostać Wiedźmina, więc to czysty interes, mimo iż wolę mieć gry na płytce i z pudełkiem.
619 złotych? To 2x tyle ile kosztują w tym momencie wszystkie części na PC (przy założeniu, że ACIII będzie po jakieś 120zł), a przecież Brotherhood i Revelations niedługo zejdą pewnie do odpowiednio 35 i 55zł, więc nie wiem dla kogo ta oferta. Chyba, że to cena wersji na konsole albo jakaś bajerancka edycja z dodatkami.
Niestety, miałem sporo gier CDP, głównie z ekstra klasyki, kupionych jeszcze w czasach gdy nazywało się to "wirtualną walutą" (żółte nalepki na pudełkach) i było połączone z gram.peel. Strasznie się tym jarałem, bo wychodziło mi łącznie kilkadziesiąt złotych, tylko jakoś nigdy nie miałem okazji tego zarejestrować. Wziąłem się za to rok temu, okazało się, że wszystko działa na innych zasadach i mam teraz 99 punktów... I taka robota, z jednej strony trochę tych punktów jest, z drugiej na nic mi nie starczy i najzwyczajniej w świecie przepadną... Pewnie wystarczyłaby jedna duża gra, z samej eXtra klasyki ciężko coś uciułać :D Szkoda tego starego programu, bo można było kupować taniej pudełkowe wersje. Tak to jest, jak się czeka nie wiadomo na co ;p
Mimo wszystko w ostatnim kadrze dymki nie potrzebne - sam obrazek w zupełności by wystarczył, tak znowu zaleciało człowiekiem-betonem tłumaczącym własne dowcipy :)
Flyby -> bynajmniej nie mam zamiaru czegokolwiek kruszyć, po prostu chciałem rzucić kilka argumentów w obronie newsa, choć faktycznie, sam trochę za bardzo się napiąłem ;) Może i sformułowanie i opieszałość empiku nie jest w pełni satysfakcjonującym wyjaśnieniem, ale częściowym - na pewno. Reklamą jest sama informacja, wysyłanie ludzi do empiku przed czasem trudno za nią uznać, więc można założyć, że intencje były dobre, tylko informacje niepewne ;)
Flyby -> "powinna pojawić się". Może napisali tak, bo taka jest oficjalna informacja od wydawcy? Faktycznie, argument, że w empiku czegoś nie ma. Prawda jest taka, że w empiku niektóre rzeczy pojawiają się MIESIĄC po oficjalnej dacie premiery, która podana jest na ich [empiku] stronie i przez ten czas rzeczy te dostępne są tylko teoretycznie. Wiem co mówię, książek w empiku nie szukam zanim nie minie 2-3 tygodnie od premiery, chyba, że jest opcja ściągnięcia z magazynu. Poza tym w newsie jest "powinna pojawić się", a nie "stoi na półkach od 5 rano". Nie chodzi mi o jakieś bronienie GOLa, tylko Twój post jest trochę bezsensowny. Od kiedy to redakcja odpowiada za wyposażenie sklepu? Otrzymują informację, przekazują ją, nikt nie będzie latał po sklepach żeby zobaczyć jaki jest stan faktyczny. Widocznie Dawnguardy jeszcze nie dotarły, po co tyle krzyku ;)
Chodzi o to, że on traktuje to jako formę wsparcia i wyraz uznania od tych, którzy mogą i chcą zapłacić. To tak jak z muzykami, którzy udostępniają całe albumy na YT przy jednoczesnej możliwości zakupienia płyty - w ten sposób każdy może się zapoznać z danym tworem, a ci, którzy chcą, wspierają twórcę. Skoro twórcy to nie przeszkadza, tym bardziej nie powinno to przeszkadzać graczom. Jeżeli godzi to w czyjeś poczucie uczciwości, to zapłaci, kto nie ma "skrupułów" - autor od tego nie biednieje, bo większość z piratów i tak by nie kupiła a przez takie działania zachęca ich, by w przyszłości się "zrewanżowali" i zapłacili za kolejny projekt, jeśli ich zainteresuje. Dla mnie takie typowe zrzędzenie: "Jak już ja zapłaciłem, to nie fair jest, że ktoś może mieć to samo taniej/za darmo. Jakbym nie zapłacił, to by było spoko." Co innego, gdyby to była budżetowa gra, za którą ktoś zapłacił 150zł, co innego, gdy mówimy o niezależnych projektach.
[13] - nie mam nic do "cyferek" jako takich, bo same w sobie są potrzebne, ale do ich zbytniej ingerencji w rozgrywkę. Jeśli spędzam nad nimi więcej czasu niż przy dialogach etc., to coś jest nie tak. Dla mnie system rozwoju z TESów jest o niebo lepszy niż w takim Baldurze - rozwijam to, czego faktycznie używam, używając tego realistyczne i logiczne. Dla mnie decydowanie o specjalizacjach postaci i nabijanie punktów w dany rodzaj broni po 5 sekundach rozgrywki zawsze było trochę dziwne. Ale, jak mówiłem - co kto lubi, nie ma się co kłócić. To, że lubię TESy nie znaczy, że nie cenię "izometrycznych" RPG, chociaż nie widzę powodu, by wrzucać je do jednego worka - i tak np. w pierwszego Fallouta grało mi się bardzo przyjemnie, czego nie mogę powiedzieć o Baldurze, a szkoda, bo chciałbym zgłębić się fabułę - po prostu nie podchodzi mi taki model rozgrywki. Tyle.
[6] - nie do końca. Po zniszczeniu Vvanderfell (główna wyspa prowincji Morrowind), wiekszość jej mieszkańców ewakuowała się do wschodniej części Skyrim i właśnie na Solstheim, więc Solstheim na pewno nie jest takim odludziem jak w Przepowiedni. Co do zbroi - kościane i chitynowe zbroje były obecne w Morrowindzie, ale o ile się orientuję, były raczej średniawe, na pewno słabsze od orkowych, więc musieliby przerobić je na lepsze od daedrycznych i smoczych ;p
Wiesz, gdyby chcieli dać wcześniej, musieli mi od nowa balansować praktycznie całą grę ;p Poza tym Rohan ma dużo otwartych przestrzeni, we wcześniejszych lokacjach ciężko by było manewrować.
[7] - e tam. RPG to przede wszystkim, jak sama nazwa wskazuje, odgrywanie ról, możliwość dowolnego kierowania losami postaci, podejmowanie decyzji. Statystyki, tabelki, zarządzanie nie są najważniejsze. Nawet w papierowych sesjach RPG, od których wywodzą się wszystkie "klasyczne" RPG chodziło przede wszystkim o immersję i wczucie się w historię, a nie tę całą numerkową otoczkę. Nie mam nic do starych erpegów, ale ten cały "pochód hardkorowców" robi się nudny. Nikt Wam nie każe grać w "pseudo RPG", skoro uważacie, że sterowanie 1 postacią, widok zza pleców czy zręcznościowy charakter są nie do przebolenia. The Elder Scrollsy są starsze niż Baldury czy Icewind Dale, nigdy nie było w nich sterowania drużyną, a chyba nie nazwiesz Daggerfalla czy Morrowinda pseudo RPG, nie? Zresztą, w Falloucie też kierowałeś 1 postacią, zarządzanie drużyną było mniej rozbudowane niż w Mass Effekcie. I co, też pseudo RPG? To, że ktoś nie lubi zarządzać kilkoma jednostkami jednocześnie i woli np. kierować jednym bohaterem, nie jest powodem by krytykować to, w co gra. Ja też nie przepadam za sterowaniem kilkuosobową drużyną, bo dla mnie rozmywa się wtedy istota całej gry - połowę czasu spędzam nad dwudziestoma ekranami umiejętności postaci. Co kto lubi.
"Gracze, którzy kupią Riders of Rohan będą mogli zwiedzić wschodnią część Rohanu i rozwinąć w niej postacie do wyższego, 85 poziomu doświadczenia."
Nowe tereny i 85 poziom, a także kontynuacja głównej linii fabularnej są dostępne dla WSZYSTKICH graczy, podobnie jak walka na koniu. Dodatek odblokowuje wszystkie pozostałe questy, bardziej zaawansowane opcje walki konnej i tak dalej ;)
Wkradł się drobny błąd: zamiast linku do hobbitowych monet jest zdublowany link halloweenowy ;)
Szczerze mówiąc, nie mam nic przeciwko. Od tego typu widoczków są ... inne strony, niech media branżowe skupią się na grach. Przede wszystkim jednak, jak wspomniał autor, wszystkie te panie miały z grami mniej wspólnego, niż sprzątaczki, które zbierały każdej nocy ulotki porozrzucane wokół stoisk ;) Nie oszukujmy się, to działało na zasadzie typowej "zasłony dymnej" - nie mamy nic ciekawego, pokażmy, to, na co wszyscy zwrócą uwagę :D "Hostessy" nikomu nie przeszkadzają, ale faktycznie, ostatnio mamy lekki przerost "formy" nad treścią :)
Bo takich protestów pewnie nawet nie było. Ludzie w większości państw są na tyle kumaci, że ogarniają w czym rzecz i nie robią z tego powodu spiny. Wiadomo, że na świecie nie ma podziału na "idealistów i renegatów", to, że Amerykanie walczą o wolność, nie czyni ich nietykalnych - skoro Connor na nich poluje, musieli coś przeskrobać ("Even your allies turned their backs on you" czy jakoś tak). Zresztą Connor jest częściowo Indianinem, a jak wiadomo, Amerykanie nie pałali do nich wielką sympatią. USAńcom już się w tyłkach poprzewracało. Zresztą, dam głowę, że większości zwyczajnych graczy to nie przeszkadza, Ubi bało się pewnie, że jakieś purytańskie i świętsze od papieża FOX znowu zacznie pieprzyć i robić anty kampanię w mediach - normalnie nic by o tej grze nie mówiono, tak od razu ktoś zwróciłby uwagę "jakież to brutalne, czy chcemy by nasze dzieci MORDOWAŁY ludzi, którzy walczyli o ICH WOLNOŚĆ?").
Wiadomo, że gdyby zrobili AC w XIX wiecznej Polsce, a asasyn, walczący np. w powstaniu listopadowym, zacząłby nagle mordować towarzyszy broni, byłoby nieciekawie. Tylko problem w tym, że skoro ich zabił, to znaczy, że mieli coś na sumieniu (np. faktycznie kolaborowali z carem) etc. Ubi woli nie ryzykować i przyjmuje zachowawczą, dziecinną postawę.
To nie jest normalne. I tak wokół gry jest niezdrowa atmosfera, bo od samego początku stawiane są zarzuty o to, że seria wraz z trzecią odsłoną skręca w stronę najbardziej mdlącego, nachalnego, amerykańskiego patosu i "patriotyzmu", rodem z produkcyjniaków o "naszych dzielnych chłopcach". Twórcy starali się te zarzuty odeprzeć, gadali, że to nie jest tak, że Brytyjczycy są be, a rewolucjoniści szczerozłoci. I co? Tuż przed premierą gry taki numer. Bez jaj, całe AC było o tym, że podziały ze względu na religię czy narodowość są złudne w obliczu intryg Templariuszy (patrz jedynka, gdzie do konspiracji należeli zarówno Saraceni jak i krzyżowcy) a teraz...
Dla mnie to jest wyraz słabości wydawców i producentów, którzy boją się, by nie zrobiono im antyreklamy. Z jednej strony Ameryka to wolność, cud miód i orzeszki, z drugiej, jak coś jest tam tabu, to za poruszenie jakiegoś tematu od razu zaczyna się medialny lincz. Krew może lać się hektolitrami, ale cycki są niedopuszczalne. Ruskich i Arabów można zarzynać tysiącami, jednak każdy Amerykanin, zwłaszcza żołnierz, musi być kryształowo biały.
Najgłupsze w tym wszystkim jest to, że przecież te sceny BĘDĄ W GRZE. Tak jest, w grze wciąż będziemy zabijać amerykańskich rewolucjonistów. Na jaką cho...libkę wycinać więc to z trailera? To tak, jakby ze zwiastuna GTA wyciąć wszystkie sceny z bronią i mówić, że to gra dla dzieci...
Na pocieszenie mamy kilka naprawdę niezłych artworków (zwłaszcza przedostatni, chyba pójdzie na pulpit). Swoją drogą w najbliższych miesiącach wyjdzie więcej gier osadzonych w tym uniwersum, niż przez ostatnie kilka lat (LOTRO: Riders of Rohan, gra na podstawie Hobbita, Legosy, teraz te 2 cuda).
[1] - może jeszcze dubbing i frytki do tego :D? To jest filmik z gry, a nie film przyrodniczy emitowany w telewizji, nikomu by nawet do głowy nie przyszło dawanie lektora do czegoś takiego. Tak w ogóle to zanim wyślesz post, przeczytaj go jeszcze raz, bo szczerze mówiąc momentami mam poważne problemy ze zrozumieniem, o czym mówisz.
Jakby nie patrzeć, jeśli faktycznie zrobili o kilka zdjęć za dużo, to prawo złamali, za fotografowanie mew na morzem by ich nie aresztowali. Nie ma znaczenia czy to na potrzeby gry czy nie - zasada to zasada. Sprawa pewnie rozejdzie się po kościach, ale jakaś nauczka zostanie. Oczywiście nie mnie oceniać to zajście, nie znam przecież szczegółów, może faktycznie wojskowi byli zbyt wyczuleni - z zewnątrz pewnie i tak nic specjalnego nie a się sfotografować, ale coś chyba jest na rzeczy. Podejrzewam, że gdyby spróbowali się dogadać wcześniej, może dostaliby jakieś ograniczone przepustki czy coś, nie każdy obiekt na terenie bazy wojskowej jest tajemnicą w stylu strefy 51 ;p
W sumie fajnie by było kiedyś zobaczyć jakiś crossover, chociaż raczej nie ma co liczyć na to, że wydawcy pozwolą sobie na podział zysków z innymi. A nawet gdyby coś takiego powstało, poszliby raczej w najpopularniejsze postaci/marki, więc raczej nie doczekalibyśmy się Greysona Hunta czy Serious Sama. Z drugiej strony możliwości jest bez liku - albo (jak wyżej) sami twardziele, albo zróżnicowany team z podziałem na role, gdzie miejsce znalazło by wielu innych... W sumie G-Man mógłby ściągnąć Gordona Freemana i złożyć międzywymiarową ekipę do walki ze złem ostatecznym... whatever :D W każdym razie mogłoby kiedyś powstać coś w tym stylu (crossovery w bijatykach się nie liczą ;p).
Geez, a czy to jest forum dla specjalistów od seriali animowanych czy graczy? Może Was razi taka "nieścisłość", ale 99% ludzi po przeczytaniu "anime" od razu kojarzy styl graficzny i wie, jak będzie wyglądał mniej więcej film a o to chodzi. Z samego "filmu animowanego" nic nie wynika. Filmem animowanym może być Shrek i może być wieczorynka o Żwirku i Muchomorku. Może i nie znamy się na terminologii, ale większości ludzi anime kojarzy się właśnie z taką techniką/kreską/whatever, zwłaszcza, że za projektem stoją ludzie, którzy zwykle pracują przy anime. Wszystkie kreskówki z całego świata można wrzucać do jednego wora, ale jak ktoś się pomyli przy czymś związanym z anime, to od razu zapalają się pochodnie :D
Graficznie to jest jakiś 2004 rok ;p Rozumiem, że to "taka tam gierka" i grafika pełni tu rolę drugorzędną, ale tłum rodem ze "Skoków narciarskich 2003" i modele wyglądające jak te z renderowanych przerywników RPGów z początku dekady to przegięcie. Zresztą w ogóle wygląda to jak produkcja klasy C. Liczyłem, że jak zrobią grę na licencji Spartacusa, wprowadzą jakiś ciekawy system walki, np. kontrolowanie obu rąk jak w Skyrimie, cokolwiek... ehh.
Wpis niczego sobie, aczkolwiek mam drobne zastrzeżenia (czy konstruktywne, nie mnie oceniać). Zwięzłość wpisów się chwali, jednak nawet jeśli tekst miał na celu pokazać stosunek autora do pewnych spraw, można było to wszystko rozwinąć. Czuję się trochę tak, jakbym przeczytał wypracowanie na angielski, gdzie mamy temat w stylu "Za i przeciw [...] podaj po dwa argumenty." Nie chodzi mi o to, że oczekiwałem jakichś Bóg wie jak dogłębnych analiz, jednak trochę dziwnie czuję się czytając tekst, który wygląda tak: "o czym będę mówił - jest takie zjawisko i myślę o nim to, a o drugim śmo - szast prast, podsumowanie". Chętnie poznam zdanie autora, jednak trudno "wczuć się w artykuł", gdy każda kwestia załatwiana jest jednym zdawkowym zdaniem ;) Do takiego tekstu nawet ciężko się odnieść - w zasadzie brak tu prezentacji jakiegoś stanowiska, z którym można się zgodzić czy nie, chociaż generalnie mam podobne podejście do większości kwestii.
Dobra, wiem, zrzędzę ;p
[7] - cóż, przyznaję, wyłożyłem się z tą premierą Obliviona, zdawało mi się, że wyszedł wcześniej. Co bycia fanboyem/haterem - tym drugim na pewno nie jestem, konsoli nie mam żadnej, więc generalnie mi to wisi, co do fanboystwa... nie ukrywam, że lubię Bethesdę i TESy, więc jakoś ich tam bronię. Dalej jednak podtrzymuje zdanie, że jest to kwestia faktycznych problemów a nie "interesów" - w końcu jaki mogą mieć interes w tym, by nie wydać DLC, za które zgarnęliby sporo kasy? Kwestię wyłączności czasowej pomijam, bo to faktyczny idiotyzm.
[3] - nie do końca. Microsoft zapłacił za wyłączność na miesiąc, dalej im to zwisa (lol, przecież nikt nie kupi konsoli i Skyrima ze względu na dostępność DLC). Bethesda też nie ma żadnego interesu w olewaniu PS3, bo gdyby wydali, kupiłaby je masa ludzi. W tym przypadku jestem skłonny uwierzyć w problemy techniczne, bo Bethesda zawsze miała problemy z PS3 - nie tylko przy samym Skyrimie (więcej błędów, opóźnione patche), ale i wcześniej. Oblivion wyszedł na PS3 rok po premierze, o wydawaniu Morrowinda na PS2 pewnie nikt nawet nie myślał (a na pierwszego Xboxa wyszedł).
[2] - a za co ma pozwać, skoro Bethesda sama propaguje rozwój fanowskich modów? Projekt nie jest komercyjny, więc ani nikt na tym nie zarabia ani nie traci.
Brzmi bardzo pozytywnie i w sumie sam nasuwa się pewien wniosek - czy przypadkiem skupiając się na tym, co znajomego autora zupełnie nie obchodzi - czyli skupiania się na "przejściu", "zwycięstwie", "rozkminieniu" czy poznaniu fabuły - nie omija nas czasem może najbardziej prymitywny, ale zarazem tak istotny element elektronicznej rozgrywki - czysta radocha i satysfakcja z grania samego w sobie, a nie z realizacji jakichś odgórnych założeń. Coś jak latanie po GTA i rozwalanie wszystkiego dla fajerwerków, bez zwracania uwagi na policję, zdrowie i całą resztę przez osoby, które nie mają pojęcia o grach :D
No i oczywiście ważne jest samo "tworzenie historii", które jest domeną nie tylko strategii, ale wszelkich gier "swobody", chociażby Elder Scrollsów, gdzie leząc, gdzie nogi poniosą, sami generujemy losową, niezależną od nas (bo kto wie, co jest za rogiem?) historię ;)
Zmienili nazwę z "Curiosity" na "Curiosity: What's inside the cube" by poprawić sobie pozycjonowanie, a teraz dają po prostu "Cooperation"? Good luck, żeby znaleźć cokolwiek o tej grze bez dopisywania "Peter Molyneux" ;p
Przy okazji, tak prezentuje się mapa obszaru z dodatku, Eastemnetu, czyli wschodniej części Rohanu http://i1061.photobucket.com/albums/t473/Faruqtheotter/RoR-MapRevised-1.jpg Na Westemnet (Helmowy Jar, Edoras) pewnie trochę poczekamy ;p
Myślałem, że nowe screeny zwykle lądują na liście w codziennych "wiadomościach ze świata", a nie dostają osobnego newsa przy każdej najgłupszej aktualizacji. Rockstar zachowuje się jak panisko, wiedząc, że co by nie pokazał, fanbaza i tak zemdleje z zachwytu i roztrąbi to na cały świat. Może i renoma studia i serii na to pozwala i jest to w jakiś sposób uzasadnione, ale IMO coś tu jest bardzo nie w porządku. Nie są znowuż ósmym cudem świata i bóstwami developingu, które łaskawie pozwalają biednej tłuszczy zobaczyć, jak wygląda ich wiekopomne dzieło. Wiem, ze narzekam tak samo jak przy poprzednim newsie, ale mnie taka sytuacja osłabia. Żeby to był "first look" gry, z której nie widzieliśmy żadnych ujęć. Ale kaman, w zeszłym roku wyszedł długi trailer z MASĄ ujęć z gry, jak ma się do tego wypuszczanie 3 "wyreżyserowanych", podrasowanych screenów? Niech puszczą 20 na raz to zrozumiem sens pisania newsa. Ale trąbienie o 3 obrazkach, podczas gdy inne gry dostają newsy raz na ruski rok, jest... Za 2 dni pewnie powtórka z rozrywki.
[2] - możliwe, nie śledziłem kampanii marketingowych przy poprzednich grach Rockstara. Jeśli tak, to tym gorzej dla nich. Chociaż z drugiej strony to fani gry sami to prowokują - po co udostępniać materiały, skoro przed każdymi targami wszyscy jarają się GTA bardziej, niż czymkolwiek innym, chociaż gry i tak na nich nie będzie... Rockstar mógłby nie podawać żadnych info przez rok i powiedzieć, że jutro premiera, a i tak wyszedłby na tym lepiej, niż inne tytuły, które starają się przebić. Cóż... Dlatego mam nadzieję, że Valve zwleka z nowym HF, żeby nie iść taką drogą - zapowiedzą, jak już będzie prawie gotowy.
IMO Rockstar trochę przegina. Rozumiem, uznany deweloper, uznana marka, ale dla mnie takie newsy są śmieszne. Po 9 miesiącach rzucają trzy screeny, z których nic nie wynika, jak jakiś ochłap, a psychofani GTA i tak będą się jarać jakby BioWare puściło nowy cinematic do The Old Repuplic ;p Jak się zapowiada grę, to się coś o niej mówi. Po co puszczać trailer w 2011, skoro nie ma się nic więcej do pokazania przez najbliższe 9 miesięcy? Albo robi się tak jak BioWare i przez trzy lata od zapowiedzi gry regularnie udostępnia materiały, albo jak Bethesda - zapowiedź niecały rok przed premierą, kiedy spokojnie mogą coś pokazać. Robią z tego GTA tajemnicę jak wokół strefy 51 ;p
[11] - spoko, tylko w tym głosowaniu brały udział tylko europejskie gry, więc co ma do rzeczy BioWare, które jest studiem kanadyjskim?
Problem z ocenami jest taki, że nie wiadomo, czy 7 na 10 to po prostu porządny średniak, który jest ok, ale niczym na kolana nie rzuca, czy gra pod pewnymi względami wybitna, ale zawierająca pewne błędy w mechanice, bugi, niewygodne sterowania, czy zniechęcająca jakimś twistem fabularnym, whatever. Poza tym ocena ocenie nie równa - dwie gry mogą mieć 8/10, pod wieloma względami różniąc się poziomem w wielu kwestiach. Wiedźmin 2 dostał na GOLu 9,5, Skyrim 10. Niby prawie to samo. Ale zaraz podnoszą się głosy sprzeciwu - jak główny wątek do Skyrima ma się do Wieśka, toż to herezja. A z drugiej strony - gdzie eksploracja, gdzie wolność i swoboda? I po to są potrzebne recenzje - w cyferce niewiele da się zawrzeć. Z drugiej strony one też nie mogą całkowicie zniknąć, bo są jednak jakimś wyznacznikiem. Czy mówimy o przypadku 1. (gra porządna, ale nie powala) czy 2. (niby świetnie, ale parę rzeczy nie styka), gdy na kilku serwisach widzimy oceny oscylujące w okolicach 7/10, wiemy, że mimo wszystko warto zainteresować się tytułem. gdy widzimy 2-3/10, nawet sobie głowy nie zawracamy.
No i jest jeszcze jeden problem - idiotyczna skala oceniania, która można ostatnio zaobserwować. Jeśli gra jest naprawdę dobra i spełnia oczekiwania, prawie na bank dostanie co najmniej 9. Doprowadza to do absurdalnych sytuacji, że (np. na GOLu) gry dostające 7-8 uważane są za średniaki. LOL. Po to jest 10-stopniowa skala, żeby był pełen przekrój. Oceny 9-10 powinny być zarezerwowane dla gier wybitnych. Prawie w ogóle nie widzi się piątek, szóstek, takie gry od razu spisywane są na straty, oceny od 4 w dół pojawiają się raz na ruski rok przy totalnych crapach...
Ta "zmiana" zakończenia ma prawdopodobnie polegać na kilku dodatkowych linijkach dialogów w zakończeniu, więc trudno to nazywać jakąś zmianą. Najwyżej delikatnym rozbudowaniem.
Kto zrobi to najszybciej, ten jest najlepszy. To naprawde proste.
Ok, tylko problem leży w rodzaju gier. Jeśli chodzi o wspomnianego Ninja Gaidena czy inne gry o podłożu zręcznościowym - ma to sens. Zręczność to zręczność. Problemem są natomiast gry RPG, w stylu Fallouta, który powraca co kilka postów - to jest zwykłe lecenie na wariata. Żadna zręczność, po prostu wyuczenie się gry na pamięć i pomijanie 90% zawartości. A Portal? Ok, wiadomo, że jak ktoś zna poziomy na pamięć, to nie problem. Ale co innego normalne przejście z ukończeniem każdej zagadki, tylko "jak najszybciej i za pierwszym razem" a co innego lecenie na oślep, bo wyuczyło się na pamięć pewnej techniki omijania zagadek - to nie jest speedrun. Dlaczego? Bo to nie jest ukończenie gry. To tak, jakby ktoś przebiegł obok płotków i szpanował, że jest szybszy od tych, co skakali.
[21] - ale rajdy samochodowe na tym polegają. To jest ich istota i cel. Speedrunning to "dyscyplina" sztuczna. Podbijam do porównania z mojego poprzedniego postu - to tak, jakby np. rzut młotem czy oszczepem potraktowac w kategorii "na czas". Rajdy polegają na byciu najszybszym. Gry nie. Dlatego speedrunning nie jest czymś tak oczywistym dla gier i ta analogia nijak ma się do tematu.
Z hardkorowością też można przesadzić. I po raz kolejny - bicie rekordów to jedno, to jest cel rozgrywki z założenia, speedrunning - nie. Poza tym o własnych osiągnięciach też czasem ciężko mówić - taki speedrunner opiera się na dziesiątkach rzeczy, które ktoś wyłapał przed nim, on wciela je w życie. Jeden speedrunner to efekt dyskusji i spostrzeżeń setek graczy. Poza tym zdaje się, że problem wynika z rozbieżności w pojmowaniu pewnej kwestii - co innego "bycie hardkorem" w tym, na czym gra polega (przechodzenie na najwyższym poziomie trudności etc.), co innego szalenie w czymś "sztucznym". Dla mnie bardziej godny uznania jest ktoś, kto w małym palcu ma całą fabułę gry, konsekwencje wszystkich decyzji w erpegach czy odnalazł wszystkie easter eggi etc. niż ktoś, kto wie jak przefrunąć przez Portala w 7 minut. Ale z drugiej strony to po prostu udziwniony "sport" - ludzie mają różne kręćki, ich wola. Dla mnie porównanie ze sprintem jest mało miarodajne - to tak, jakby Majewski skupiał się na tym, by oddać wszystkie pchnięcia w jak najkrótszym czasie, zamiast skupiać się na odległości.
[10] Może nie exploit, ale chyba wiadomo, o co mi chodzi - o to, że pomijanie fragmentów gry, czy inne cuda-wianki mi nie podchodzą. To kwestia podejścia - ja gry powtarzam, by przypomnieć sobie fabułę, zobaczyć inne warianty etc. - w takim wypadku pomijanie pewnych lokacji czy przechodzenie gry na około (nawet jak się da) mija się z celem.
[12] Owszem, zgadza się. Chodzi mi tylko o to, czy naprawdę warto. Mimo wszystko to nie jest sprint olimpijski, korzyści są mało wymierne, sława krótkotrwała, a ten czas lepiej poświęcić na inne osiągnięcia. W grach można wykazać się na wiele bardziej sensownych kłopotów. Ale jak mówiłem na początku, to jest osobista sprawa każdego gracza, więc jeśli ktoś chce "przyszpanować" znajomością gry na wylot, no problem. Morrowinda też się pewnie da przejść w kilkanaście minut, tylko trzeba nie mieć sumienia, żeby nazwać to ukończeniem gry :D
Wykorzystywanie metod pozwalających ominąć trudne walki to jedno, omijanie fragmentów gry to drugie. Odpowiedz i tylko na pytanie - jeżeli komuś nie chce się setny raz męczyć z tym a tym, to po co setny raz przechodzi grę? Gra się (m.in.) dla przyjemności, jeżeli ktoś nie czuje się na siłach po raz n-ty przechodzić jakiegoś fragmentu, to znaczy, że chyba pora odpocząć od danego tytułu, przynajmniej na jakiś czas. Wiadomo, że pewne nużące elementy gier chciałoby się pomijać przy kolejnym podejściu, ale to chyba całkiem inny temat.
Choć to sprawa tylko i wyłącznie owych "speedrunnerów" i nic nam do tego, dla mnie największym problemem jest marnowanie czasu. Nie chodzi o to ile razy przejdzie się grę - bo nawet takiego Mass Effecta żaden normalny człowiek 50 razy nie przejdzie. Ludzie grają dla fabuły, świata, przyjemności, satysfakcji. Taki speedrun prawdopodobnie daje olbrzymią satysfakcję, ale na jak długo? I jakim kosztem? Te 10 minut wymaga dziesiątek godzin treningu. A to nie olimpiada. Tu nie ma medali i wiecznej chwały. I jest jeszcze jedna sprawa - rodzaje speedrunu.
Dla mnie prawdziwy speedrun to taki, który jest NORMALNYM przejściem gry, tylko w w najkrótszym możliwym czasie - ktoś zapamiętuje rozkład miejsc, drogi, co ma kiedy zrobić etc. Speedruny tego typu nie mają sensu. Ostatnio oglądałem filmik ze speedrunem Portala - co z tego, że nie używa kodów czy trainerów, jak całość opiera się na wyłapanych exploitach etc.? Ty skacze tyłem, tu omija 90% przeszkód trafiając portalem w jakiś idealny punkt. Nie o to chodzi. Niech zrobi speedrun, w którym normalnie pokonuje wszystkie zagadki, wtedy pogadamy.
W skrócie - speedrun to z założenia ukończenie gry w jak najkrótszym czasie, ale powinno to pozostać PRZEJŚCIEM GRY. Jeżeli jest to jazda bez trzymanki od New Game do creditsów, to sensu to nie ma.
Mnie najbardziej boli to DLC z proteaninem, bo wnosi, z tego co czytałem, naprawdę dużo do uniwersum, a dla mnie to przede wszystkim jest siłą tej serii - dialogi, leksykon, opisy planet, poszerzające wiedzę o jednym z najbardziej koherentnych światów stworzonych na potrzeby gier. Za pasem Leviathan, który z kolei ma rzucić zupełnie nowe światło na pochodzenie Żniwiarzy. I nie jest ważne to, czy te dodatki powstają po zakończeniu prac nad podstawką czy nie. Ważne, że zawierają rodzaj kontentu przeznaczony dla podstawek. DLC powinny być w stylu np. Dawnguard do Skyrima - rozbudowane, ale oferujące DODATKOWĄ treść - w końcu to DODATEK. Jest coś takiego jak główna oś fabularna (Shepard, Żniwiarze, proteanie, Zbieracze etc.) i poboczna (DLC z Kasumi czy projekt Overlord). Te drugie są wtedy zupełnie opcjonalne - ciekawe, rozwijające uniwersum, ale niezwiązane z główną historią. Ja oczekuję od twórców takiego właśnie rozgraniczenia. Wtedy pewne DLC mogę wedle uznania olać/kupić. A w sytuacji, gdy informacje kluczowe dla pełnego zrozumienia "mitologii" trafiają do DLC mam dylemat - mimo całej miłości do ME nie wybulę za 1-2 misje i garść dialogów 1/3 czy 1/4 ceny całej gry, gdzie za np. 120zł dostaję takich misji kilkadziesiąt.
No i gwóźdź do trumny - EA nie wydaje GOTY, przynajmniej do ME (gdyby mieli zrobić do dwójki, już by wyszło). Liczą, że ludzie będą kupowali te DLC za 5 lat czy jak? Obstawiam, że DLC na płycie pojawią się najwcześniej za jakieś 2 lata, gdy wyjdzie antologia wszystkich trzech części...
W wielu przypadkach moje "nawyki" pokrywają się z już wymienionymi.
1) Przeszukiwanie gry centymetr po centymetrze, nawet jeśli jest ona maksymalnie liniowa. Nie ma siły, żebym pominął jakiś zaułek, skrzynkę, beczkę, korytarz, tunel, whatever. Nawet gdy wiem, że pewnie nic tam nie znajdę. Do szewskiej pasji doprowadza mnie sytuacja, gdy nie mogę wrócić i sprawdzić innej drogi (bo np. wybranie drogi w prawo odpala cutscenkę/skrypt i nie można wrócić). Kończy się to wczytaniem save'a i wypróbowaniem obydwu opcji.
2) Zachowywanie potężnych broni/zwojów/amunicji etc. na "czarną godzinę", co kończy się tym, że grę kończę z pełnym ich zapasem.
3) Przekopuję się przez wszystkie opcjonalne "nośniki informacji" - datapady, wiadomości, książki, leksykony, opisy etc. Zawsze staram się przebadać wszystkie "dowiedz się więcej".
4) Nawet jeśli przejdę dany etap gry, przechodzę go jeszcze raz, gdy uważam, że mogłem stracić mniej życia i amunicji. Oszczędność FTW.
5) Notoryczne zapisywanie stanu gry, nawet jeśli nie zrobię specjalnego postępu.
6) Czuję się "nieswojo" gdy kończę grę (zwłaszcza RPG) bez ukończenia wszystkich questów pobocznych. Generalnie lubię przechodzić gry, w miarę możliwości, na "100%", choć z drugiej strony nie mam parcia na wycudowane achievementy. W każdym razie mogę "pochwalić się" tym, że w pierwszym ME znalazłem Mako wszystkie surowce, sondy i co tam kosmos rozbił o planety, w dwójce natomiast każda planeta ma status "brak złóż". LOL
7) Nigdy nie przewijam cutscenek za pierwszym podejściem.
8) W MMO/RPG w 99% przypadków gram klasami melee, zwykle różnego rodzaju warriorami, barbarzyńcami, etc. Jeśli mogę wybrać rasę, nigdy nie wybieram człowieka. Jeśli można zadecydować o płci, gram mężczyzną.
9) Używam noclipa by zajrzeć, gdzie wzrok nie sięga i docierać w różne dziwne, nieprzewidziane przez twórców miejsca. Oczywiście nigdy tego nie zapisuję, ale c'mon, jak można nie odwiedzić Morrowind w Skyrim ;)
10) W grach, gdzie można dobierać drużynę (np. ME) dobieram postaci bardziej pod kątem dialogów, które mogą pojawić się w czasie misji, niż ich zdolności.
11) "Rycerz w białej zbroi".
12) W MMO zawsze gram na maksymalnym oddaleniu.
13) Lubię mieć włączone napisy, niezależnie od wersji językowej. Nie chodzi nawet o to, że czegoś nie zrozumiem, gra mi się po prostu bardziej komfortowo.
14) Też nie lubię ograniczeń czasowych, nawet ze sporym zapasem.
Niestety, sam się przyłapuję na tym, że "marnuję" kupę czasu na nieustanne "sprawdzanie". Ile razy chcę coś obejrzeć, w coś pograć, czegoś posłuchać, łapię się na tym, że enty raz od iluś minut przeglądam nowe linki na FB, oceny znajomych na FW, newsy na GOLu, etc. Wiem, że wystarczyłoby, gdybym sprawdzał je 5 razy rzadziej, ale czasem chęć bycia na bieżąco jest silniejsza. Gdy tylko z jakiegoś powodu robię sobie przerwę w oglądaniu filmu/whatever - to samo. Najgorsza jest nieumiejętność zrezygnowania z czegoś, zwłaszcza po długim "odcięciu" od przepływu informacji - np. po wyjeździe. Dodaję wtedy do zakładek miliardy artykułów i filmików z nadzieją, że "nadrobię", chociaż wiem, że tego nie zrobię ;p
Co do wczytywania - próbowałeś minimalizować i ponownie maksymalizować pierwszego Mass Effecta? The Old Republic to przy tym śmiech na sali ;)
E tam Hobbit, Tolkien by się wziął za ekranizację "Przygód Toma Bombadila", to jest dopiero materiał na co najmniej dwie trylogie! A sorry, w Śródziemiu Jacksona nie istnieje takowa postać ;p
Co do podziału na trzy filmy - w sumie sporo zamieszania można by sobie darować przez zwykłą zmianę tytułu. Po nadawać tytuł "Hobbit" filmowi, który ukaże wydarzenia z innych źródeł, nie mając z książkowym Hobbitem nic wspólnego? Gdyby Jackson powiedział "kręcę Hobbita i jeszcze dwa filmy na podstawie innych prac Tolkiena" nie było by aż takiego zamieszania. Inna sprawa, że nie podoba mi się sposób, w jaki ta 3. część zostanie zrealizowana. Co innego, gdyby została nakręcona po zakończeniu prac nad dwoma filmami, a co innego, gdy powstanie coś na zasadzie "po co dawać to w niewykorzystanych scenach, trochę roboty i wyjdzie kolejne filmidło". Zresztą, ktoś tu w ogóle wierzy, że tę decyzję podjęto dopiero teraz? Bo mi coś tu nie pasuje - niewykorzystane sceny z planu 1. i 2. części starczą na kolejny film? I jest tam bitwa o Dol Guldur? Srsly? IMO to było od początku kalkulowane na trylogię, po prostu nie chcieli ryzykować z ujawnianiem tego od samego początku - już i tak było marudzenie, że są dwa filmy.
A tam jakieś pandy i WoWy, 5 września wychodzi dodatek Raiders of Rohan do LOTRO ;p
Akurat Lindelof stojący za filmem może być jedną z głównych przyczyn takiej a nie innej struktury fabularnej obrazu. Przez wiele lat szanowałem go za to, co zrobił przy Lost, ale ostatni sezon serialu i późniejsze skandaliczne akcje z jego udziałem i wypowiedzi na temat fanów i prac innych autorów sprawiły, że z tego szacunku zostały strzępy. Nie wiem w jakim stopniu Lindelof odpowiadał za całokształt fabuły, jednak widząc powtarzające się zarzuty w obydwu gameplay'owych tekstach (przede wszystkim ten, że nie wiadomo o co tak naprawdę chodzi, a wątki sypią się garściami), cały czas mam przed oczami Lost. Najpierw było niewinnie, budowano świetną atmosferę elementami mitologii, starożytnych cywilizacji, by ostatecznie zupełnie to olać i zamiast przedstawić szczątkowe, racjonalne wyjaśnienie lub pozostawić wszystko owiane mgiełką tajemnicy - zepsuć to historyjką skleconą na kolanie, która nijak ma się do całości serialu. Szczerze mówiąc wolałbym, żeby ten pan na razie nie mieszał się w kolejne produkcje.
A co do Prometeusza - dla mnie brzmi to jak typowa próba schwytania zbyt wielu srok za ogon. Widocznie Scott sam nie był pewien, czy chce zrobić spójny, solidny prequel, zupełnie nową markę, która przyciągnie starą gwardię fanów tym samym uniwersum czy taką tam nową serię sf, przyjemną, ale na pewno nie będącą żadnym kamieniem milowym. Szkoda.
Banda proroków się zebrała ;p. To, że jest podana tylko angielska wersja językowa nie oznacza, że gra nie ukaże się po polsku. Na razie nie było nawet żadnej oficjalnej zapowiedzi, więc większość informacji w encyklopedii GOL to "wersja robocza". Wystarczy trochę pomyśleć, to nie jest wyrocznia. 99% gier wychodzących w Polsce w wersji pudełkowej pojawia się w polskiej wersji, dwie poprzednie części TW wyszły po polsku, a Wy biadolicie i psioczycie na studio, bo w encyklopedii wisi takie a nie inne info. Co do dubbingu to faktycznie, można się przyczepić, ale to też nie musi wynikać z jakichś zaniechań dewelopera. Problem w tym, że Two Worlds sprzedaje się przede wszystkim na Zachodzie, m.in. w Niemczech, w Polsce natomiast nie ma aż tak wielkiego parcia na tę serię, nie cieszy się jakąś olbrzymią popularnością a wiele osób nawet nie wie, że odpowiada za nią rodzimy deweloper. Polski dubbing może się zwyczajnie nie kalkulować, zwłaszcza, jeśli chce się go zrobić porządnie, a nie tak jak w Afterfall: inSanity. Poza tym takie rzeczy zależą bardziej od wydawcy, przecież to nie deweloperzy nagrywają dialogi.
[2] Nic dodać, nic ująć. W sumie nie bardzo łapię target tych filmików związanych z uniwersami BioWare - ostatnio wyszło coś w związku z Dragon Age i stylistyka była zbliżona (nie jestem pewny czy w ogóle ukazała się anglojęzyczna wersja). Nie mam nic do anime jako takiego, po prostu nie jaram się i nie oglądam, ale jak już robią coś, co ma poszerzyć stosunkowo popularny świat, zachodnia stylistyka bardziej by tu pasowała. Nie wiem, zupełnie mi to nie pasuje do ME... no i ta cudaczna, japońska animacja - wszystko wygląda, jakby miało lagi i działało na zrywach, z opóźnieniem ;f Byleby chociaż fabuła była ciekawa i warta uwagi, wnosząca coś do serii a nie "takie tam kolejne przygody".
Dzięki za cynk, z pewnością przyjrzę się tym grom. Mam tylko pytanie - gry należą do pewnego uniwersum/serii - czy w sytuacji, gdy nie mam o Ultimie zielonego pojęcia, wciąż mogę spokojnie zagrać? Bo nie wiem, czy tytuły te wymagają jakiejś wiedzy na starcie, potrzebnej do zrozumienia uniwersum, czy nie jest to konieczne.
Akurat atakowanie z grzbietu konia jest dostępne za pomocą najnowszej, darmowej łatki. Ale reszta prezentuje się zacnie. Raczej do Tribunal/Bloodmoon/Shivering Isles będzie sporo brakować, ale i tak ilość zawartości robi wrażenie.
[2] - to w sumie nie grupa, tylko bardziej "forma". O ile wilkołaki miały swój wątek fabularny, o tyle wampiry nie bardzo. Dlatego nie bardzo wiem po co wysnuwać tak daleko idące wnioski ;p
Heart Fire to angielska nazwa jednego z miesięcy w kalendarzu Tamriel (w Morrowindzie tłumaczone jako "X dzień ogniska domowego").
Pff, to jak puszczają tylko w 3D, to u mnie może nie być w ogóle. Niby Lublin jest miastem wojewódzkim, niby jest to Cinema City, osiem sal i bajery-rowery, ale jak przyszło co do czego, to ŻADNE kino w mieście nie wyświetlało Mrocznego widma w 3D. CC na e-maile odpowiedziało grzecznie, że nie mają odpowiedniej technologii (choć filmy w 3D, w tym Avatara, tam puszczali). Ehh...
Ja tam w sumie na jakieś fajerwerki nie czekam, większość gier i tak jest ujawniana przed/po E3 (więcej dużych zapowiedzi jest już w grudniu na VGA), więc zadowolę się:
- zapowiedzią/trailerem Dawnguard (BGS więcej raczej nie pokaże, Fallouta 4 zostawią sobie na VGA 2012/13)
- kolejnym cinematic trailerem TORa (kij z grą, ale nowy render mogliby zrobić :D)
- czymś o Dishonored
- Two Worlds 3?
Z pobożnych życzeń:
- Beyond Good & Evil 2
- nowa, duża gra z uniwersum Star Wars - nie licząc The Old Republic, mamy tu totalną stagnację; do 2008 co i rusz ukazywało się coś fajnego, po pierwszy The Force Unleashed nie dzieje się nic - nie licząc totalnie bezpłciowych gierek opartych na marce The Clone Wars, Lego SW III i Kinectowych wygibasów, przez ostatnie 4 lata dostaliśmy tylko TORa (mimo wszystko - MMO) i nijaki sequel TFU (ok, gierka nie jest najgorsza, ale raz, że fabularnie kuleje, dwa, że jest beznadziejnie krótka). Nowy prezes LucasArts odgrażał się, że TOR jest ostatnią grą robioną przez zewnętrzne studio - ok, ale niech coś wyjdzie - RPG/FPS/RTS/slasher - cokolwiek
- Rayman 4, a nie jakieś tam Originy; może i gierka jest fajna, ale chciałoby się w końcu pograć w jakąś sensowną platformówkę z prawdziwego zdarzenia
- Mafia III?
- jakaś nowa, świeża marka
[1] - dlatego można używać albo języka smoków, albo nazw okrzyków w języku angielskim.
A tam. Ja spędziłem ze schodami prawię godzinę i w sumie nie mam poczucia straconego czasu, chociaż nie da się ukryć, że po pewnym czasie prędzej można umrzeć z nudów niż z jakiegokolwiek napięcia. Nikt nie mówi, że to jest straszne czy też strasznie klimatycznie (zresztą, to tylko aplikacja zrobiona ot tak), ale w sumie fajne doświadczenie ;p
Zagrałem dwa razy i muszę przyznać, że naprawdę działa na wyobraźnię. Niezależnie od tego jak bardzo próbowałem "wrzucić na luz" i przeć do przodu-obrót myszą w prawo-do przodu, cały czas czułem, jak serducho zaczyna mi przyspieszać. Za pierwszym razem skończyło się koło 50 piętra/poziomu, co gorsza "cień" i finał praktycznie się na siebie nałożyły. O ile cień nie zrobił na mnie aż tak dużego wrażenia (akurat intensywnie machałem kamerą, prawie go przeoczyłem), o tyle "obiekt"... brr. Najgorsze w tej gierce jest to, ze nie ma tu żadnych krzyków, dzikich wrzasków, nic na ciebie nie skacze, tylko... niepewność, poczucie beznadziejności. Cień na ciebie włazi i gdy oczekujesz jakichś dantejskich scen, ten po prostu znika a ty... schody, schody i jeszcze raz schody. Nie wspominając już o obiekcie.
spoiler start
Przyznam, że gdy zamiast nieprzebitej ciemności, pół piętra niżej zobaczyłem jakąś jasną plamkę, serce podskoczyło mi do gardła. Chcąc nie chcąc zlazłem prosto ku "oczom" i... WOW.
spoiler stop
Co ciekawe przy kolejnym podejściu gierka wcale nie jest mniej emocjonująca, zwłaszcza, że dobiłem praktycznie do "setki" a po drodze zaliczyłem 4 "cienie". Końcowy obiekt próbowałem dla odmiany przeskoczyć (LOL), efekt był wiadomy. Szczerze mówiąc nawet nie zwróciłem uwagi (chyba nie da się tego stwierdzić, bo w "finale" nie schodzi się na "płaskie") czy za obiektem są kolejne schody w dół, czy to już koniec. Poza tym cała warstwa graficzno-dźwiękowa, a przede wszystkich monotonia towarzysząca podróży i usypiająca czujność dodaje gierce niesamowitego klimatu. Brr.
PS Wiem, że to tylko gierka, ale po drodze przyszła mi do głowy taka teoria, że owe "cienie", obiekt i towarzyszące im sapania, kroki i łomoty, to "duchy" naszych poprzedników... whateva.
Bardzo zachęcająca recenzja, a i dodatek wydaje się przedni, choć pewnie zgarnę w jakiejś reedycji, jak wyjdzie coś w stylu "edycji rozszerzonej", podstawka + dodatki (choć gry EA już takich nie otrzymują - patrz gry BioWare; z drugiej strony wyszedł Crysis + Warhead, więc kto wie...).
A wracając jeszcze do poruszonej wcześniej kwestii, nieszczęsny "protagonista" ostał się jeszcze w ostatnim akapicie recenzji ("nasz główny protagonista nie należy do najciekawszych postaci"). ;)
[10] - Jakby nie patrzeć gameboywik ma rację ;) Komentarze służą do komentowania treści, której dotyczą, wstawianie spoilerów nie ma tu więc specjalnego sensu ;p Zresztą kaman, tu nie chodzi o jakieś zaskoczenie, tylko o zwykłego banana na twarzy (co się zresztą udało), spoiler czy nie, nie ma to wielkiego znaczenia ;)
Przy ostatnim newsie ("Lord Vader na starość") nie ma żadnego odnośnika do owych zdjęć :(
[9] - w takim razie przepraszam za nadinterpretację ;) Myślałem, że wszyscy ze znaczkami GOL/Gameplay/etc. mają uprawnienia moderatora. No i oczywiście wyszedłem z założenia, że gameplay'owicz nie napisałby czegoś, co wymusiłoby interwencję moderacji ;p
[7] - "dowcip" polega na tym, że pierwszy komentarz napisał właśnie moderator, a wpis o jego edycji jasno sugeruje co miało tam się znaleźć, ale z oczywistych powodów znaleźć się nie mogło ;) Takie zastąpienie treści formą ;p
Inicjatywa słuszna w założeniach, bo nawet przy najlepszych chęciach sporo ciekawych rzeczy się pomija, a zawsze to wygodniej, gdy wszystko mamy w jednym miejscu, jednak ilość materiałów przytłacza. Proponowałbym zwiększenie częstotliwości, by to nieco rozładować. Ewentualnie można by rozłożyć na cały weekend (połowa w sobotę, reszta w niedzielę ;p).
[2] Ups, faktycznie, tak właśnie mi się zdawało, że się z tym "Lotem..." machnąłem, ale nie byłem pewny. Dzięki za uwagę ;)
W takim razie 1) to:
spoiler start
Codename: Panzers - Faza Druga
spoiler stop
spoiler start
1) ? (Zespół [Pantera] + Jack Nicholson w "One Flew Over the Cuckoo's Nest" + recykling...)
2) Left 4 Dead (skręt w lewo [left], pan [Ford], dalej jakieś [ead] ;p)
3) Angry Birds ("Ptaki" Hitchcocka; wściekłe to one były na pewno)
4) Uncharted... ([UN] - siły ONZ, [chart] - pies, [Ed] od Eda i Ediego + ...)
spoiler stop
Taka uwaga ściśle związana z dyskusją ;p - polskie znaki w tagach dostały strzały w kolana, więc warto by je poprawić ;)
[7] - masz piwo, o Sur'Kesh pisałem już wczoraj i nic ;p Co do tych wydarzeń z Arrival jestem lekko zaniepokojony. W materiałach z bety, gdy Shepard i Anderson spierali się o uziemienie Normandii i wydalenie z Przymierza, Anderson wspominał o zniszczeniu przekaźnika i śmierci batarian. W demie tego nie ma, co może powodować, że sytuacja Sheparda będzie lekko niezrozumiała dla tych, którzy nie grali w DLC. Co więcej miałem nadzieję, że zamiast trzech prostych i nieistotnych wyborów kwestii w rozmowach z Andersonem i dowództwem Przymierza, otrzymamy coś w stylu "procesu" Sheparda, gdzie będziemy mogli się bronić, wykorzystywać argumenty itd. etc. - taki smaczek + fajne podsumowanie info z poprzednich części. Niestety wygląda na to, że gra zacznie się od cutscenki przedstawionej w demie. Szkoda. Niemniej, czekam z wypiekami, bo klimat (oby i fabuła) są trochę bardziej zbliżony do tego z jedynki, a fabularnie zapowiada się świetnie.
[14] - akurat z tego, co się orientuję, w demach nigdy nie było możliwości importowania save'ów (swoją drogą ME to jedna z niewielu serii oferujących takie rozwiązanie i to na taką skalę, więc trudno o jakieś porównanie). Z drugiej strony niewielki fragment z początku gry i jedna misja z dalszej części raczej nie pozwoliłaby Ci zbytnio przetestować. I tak jest nieźle, że w demie można wybrać tło historyczne i określić, kto zginął na Virmire. Mnie ciekawi jedna rzecz - w materiałach z bety, gdy Shepard i Anderson spierali się o uziemienie Normandii i wydalenie z Przymierza, Anderson wspominał o wydarzeniach z The Arrival (zniszczenie przekaźnika i śmierć batarian). Tutaj tego nie ma, co może powodować, że sytuacja Sheparda będzie lekko niezrozumiała dla tych, którzy nie grali w DLC.
[27] Dokładnie. Mafia ma jedno z najlepszych zakończeń w historii (jeśli nie najlepsze) w kontekście opowiadanej historii i w odniesieniu do typu narracji w grze... Nie mówiąc o tym, że jest dość poruszające i świetnie wyreżyserowane (i nie chodzi mi o reżyserię w stylu CoDów). Fakt, że sporo w tych gier nie grałem, nie mój typ, ale widać, gdzie robiono listę - jest to w pewnym sensie (nie dosłownie oczywiście) odzwierciedlenie wyników sprzedaży i popularności tytułu - ludzie głosują na CoDa, bo w przypadku znacznej liczby amerykańskich graczy są to jedne z niewielu gier, których zakończenie widzieli... A podejrzewam, że w tej grupie 13,5tys. graczy znajduje się spory odsetek tych milionów kupujących. Zresztą Zeldy itd. też są popularne raczej za Oceanem, w przeciwieństwie właśnie do Mafii i tego typu produkcji. Zresztą brakuje wielu innych wręcz "oczywistych" tytułów, nie mówiąc już o jakichś odległych pozycjach erpegów...
Drobne uwaga dot. newsa - link do wiadomości o "Infiltratorze" składa się z dwóch "sklejonych" linków, warto by to poprawić ;) A bliżej niesprecyzowana planeta to Sur'Kesh, ojczyzna salarian ;)
Zwykle staram się przechodzić, ale czasem są z tym problemy, bo... staram się przejść gry na 100%. Po prostu, wewnętrzne parcie. O ile w przypadku większości gier nie jest to wielki problem, o tyle przy RPGach (a w te głównie gram) zaczynają się schody. Wiedźmin? Ok. Pierwszy Mass Effect? Myślałem, że zajeżdżę się tym Mako na śmierć, ale 101% wyrobione. Dwójka? To samo, chociaż przez skanowanie i wykorzystywanie wszystkich opcji dialogowych, jedno podejście zajęło mi prawie 100 godzin (z DLC). O Morrowindzie czy Skyrimie nie mówię, bo quest z głównego wątku wykonuję średnio co 10 godzin gry, więc do "ukończenia" ich mi daleko - zresztą w TESach nigdy nie chodziło o główny wątek. Mimo wszystko jest sporo gier, których nie kończę, bo jednorazowe przejście zajmuje mi nawet... parę lat. Czasem złapię fazę na jakąś grę, dojdę do pewnego momentu, profilaktycznie zapiszę sejwy na pendrive'a i wracam do gry co kilka miesięcy, na kilka godzin. Jakoś tak. Co do gier, które przeszedłem na "101" i to nie raz, tak, że mogę powiedzieć "widziałem już wszystko", to mogę wymienić tu tylko Robin Hooda: Legendę Sherwood. Przeszedłem z 5 razy ;p
Napiszę to samo co pod tekstem na gameplay'u - ogólnie rzecz biorąc jest w porządku, jednak brakuje mi (z tego, co zauważyłem do tej pory) tej drobnej sekcji w encyklopedii, zawierającej nazwę dewelopera, wydawcy światowego i polskiego (jak też linków do stron zawierających wszystkie związane z nimi gry) oraz rozgraniczenia daty premiery na polską i światową. Chyba, że gdzieś przeoczyłem. W każdym razie to właśnie encyklopedia podoba mi się najmniej w tej nowej odsłonie. Jest mało encyklopedyczna. Teraz jest to po prostu hub ze wszystkimi materiałami na całej stronie związanymi z danym tytułem.
EDIT: A jednak to mój błąd - wygląda na to, że ów hub dotyczy danej gry w wersjach na wszystkie platformy, apo wybraniu jednej z nich jest już ok ;)
Z niepodobających się mi zmian, które zdołałem wychwycić do tej pory, najbardziej brakuje mi czysto "encyklopedycznej" części wpisów o poszczególnych tytułach w encyklopedii. Wcześniej mieliśmy koło okładki i tytułu ładną i podręczną rozpiskę zawierającą nazwę dewelopera, wydawcy światowego i polskiego (co więcej na każdą z nazw mogliśmy kliknąć, przechodząc do strony zawierającej wszystkie pozycje związane z danym deweloperem/wydawcą). Oprócz tego rozpiska dat premier zawierała rozgraniczenie na światową i polską datę premiery, co również było użyteczne. Teraz to wszystko jakoś ginie. Poza tym przydałby się w końcu bajer pozwalający obejrzeć nie tylko miniaturkę okładki, ale umożliwiający wyświetlenie jej pełnej wersji ;p Mnie najbardziej cieszy jednak, że pomimo natłoku informacji na "głównych" podstronach, moje linki w zakładkach wciąż działają - i tak nie muszę "omijać" całego placu obrazków, zanim dojadę do głównych newsów, a od razu mam gotową listę, jak poprzednio.
Drobna uwaga: na końcu tekstu o Amalurze powinno być "Reckoning", a nie "Age of Reckoning" - to nie Warhammer ;)
Ja od siebie mogę dodać, że jestem członkiem redakcji i administracji Biblioteki Ossus, czyli polskiej wikii poświęconej Gwiezdnym wojnom, a zarazem jednej z największych tego typu wikii w Polsce. Oprócz tego swego czasu aktywnie edytowałem polską Lostpedię, a także kilka mniejszych projektów. Początkowo może się wydawać, że to czasochłonne i skomplikowane, ale gdy ma się już na koncie prawdziwą masę edycji i artykułów, sprawia to olbrzymią satysfakcję i frajdę ;)
Widzę, że zarzuty względem dwójki są podobne, choć ja mam nieco większe zastrzeżenia. Oczywiście, ME2 jest grą świetną, zarówno pod względem gameplay'a jak i kreacji postaci, dialogów, świata czy klimatu. Mimo wszystko to ostatnie nie dorasta jedynce nawet do pięt. Pierwszy Mass Effect, chociaż był nieco mniej epicki, questy poboczne były dość generyczne, a sam główny wątek [chyba] nieco krótszy, to pod względem fabuły i klimatu jedynka bije dwójkę na głowę. Atmosfera, klimat - jak zwał, tak zwał - pierwszej części była niesamowita. Chodzi mi tu przede wszystkim o to, że BioWare udało stworzyć się niezwykle sugestywne poczucie... kosmosu? Poczynając od menu-launchera, przez muzykę, kolorystykę, kreację lokacji aż po opowiadaną historię - wszystko było odległe, przytłaczające. Może i jeżdżenie Mako doprowadzało do białej gorączki (zwłaszcza osoby takie jak ja, które nie popuszczają grze zanim nie wycisną z niej 100% zawartości), ale atmosfera tych wszystkich niezbadanych światów była niepowtarzalna. Obcość, poczucie bezkresu kosmosu, w którym jesteśmy ledwie drobiną. Choć Shepard pokonał Suwerena, to cały czas czułem się małym, wcale nie tak istotnym trybikiem. Nawet zwiedzając samą Cytadelę czuło się pewien respekt przed potęgą przestrzeni, historią pełną wymarłych cywilizacji. Wszystko było owiane tajemnicą. A do tego główny wątek.
Tu właśnie leży druga, zasadnicza różnica pomiędzy obydwiema grami. Fabuła pierwszej części nie zaczynała się od jakichś wiekopomnych wydarzeń, zwiastujących koniec wszechrzeczy. Miała wymiar personalny - zemstę za śmierć Nihlusa, zdradę Sarena. Jeśli się temu przyjrzeć, każda z pięciu postaci dołączyła do drużyny w wyniku naturalnego biegu wydarzeń, ze swoimi osobistymi pobudkami i motywacjami, każda miała jakiś własny powód do ścigania Sarena. I pomimo całego wątku Żniwiarzy to właśnie Saren był główną osią wydarzeń. Namacalny, realny wróg z krwi i kości, z imieniem, osobowością i celem. A do tego nieprzewidywalność i tajemnica. Pierwszy ME co i rusz zaskakiwał nas może nie tyle efektownymi sekwencjami, co okdryciami, dotyczącymi historii galaktyki. A to rozmowa z Suwerenem, która (tu niestety polska wersja nie umywa się do oryginału) jest jedną z najbardziej baddassowych w grach wideo w ogóle (według mnie, rzecz jasna) i sprawiała, że po plecach przebiegały ciarki, a człowiek czuł się mały i bezsilny. Jak z tym walczyć? Jakie mamy szanse? Z drugiej strony zarówno ta konwersacja, jak i pogawędka z Vigilem na Ilos stanowiły kopalnię wiedzy, wywracając naszą wiedzę o uniwersum do góry nogami - co krok to nowa rewelacja o Żniwiarzach, Cytadeli, przekaźnikach masy, opiekunach, kanale, proteanach - fabułę aż do samego końca śledziło się z żywym zainteresowaniem, a pomimo zwycięstwa nad Suwerenem miało się świadomość, że to dopiero pierwszy powiem przed huraganem.
A co z dwójką? Dwójka, w moim odczuciu, może nie tyle utraciła klimat (wysnuwać takie stwierdzenie byłoby bluźnierstwem ;p), ile zmieniła jego... hmm, kierunek? Zabrakło tego poczucia "obcości", wszystko stało się jakoś bardziej "swojskie", Shepard stał się jeszcze większym kozakiem. Nie było poczucia niepewności, tajemnicy. I zaskoczenia. Niestety, w sporej mierze fabuła była dość przewidywalna, nie licząc epizodów w stylu zniszczonego Żniwiarza. Oczywiście cały wszechświat został rozbudowany, wątki poboczne niczym nie ustępowały głównemu, odwiedziliśmy wiele światów, poznaliśmy wiele kultur, ale... Zabrakło "spiny". Praktycznie na początku gry dostaliśmy ostateczne zadanie: "Słuchaj Shepard, jest sprawa. Zbieracze robią dla Żniwiarzy, giną tysiące ludzi, a robactwo siedzi za przekaźnikiem Omega 4. Zbierz parszywą dwunastkę i znajdź sposób, by trafić do bazy Zbieraczy i ją rozwalić." Znikają tysiące ludzi, a ja nie czuje tego, że galaktyka wisi na włosku. Zbieracze są niby super tajemniczą rasą, w której istnienie mało kto wierzy, jednak dla połowy postaci ich istnienie jest oczywiste i co trzecia miała z nimi kontakty. Co więcej, nie mamy tu żadnego stopniowego rozwoju wydarzeń, gdzie jedna rzecz implikuje następne wydarzenia - jak napisał yasiu - mamy początek, koniec, a cały środek to zbieranie ekipy i zdobywanie ich lojalności, przetykane misją na Horyzoncie, statku Zbieraczy i na wraku Żniwiarza. Zbieracze teoretycznie zniszczyli pierwszą Normandię i przyczynili się do śmierci paru członków załogi (w tym naszej, sic!), a jednak nie pragniemy żadnej zemsty... są nam (graczom) obojętni. Tu nie ma żadnego Sarena czy Benezji, charyzmatycznej postaci na czele armii. Tutaj głównym wrogiem jest sama armia, pozbawiona charakteru, cywilizacji, motywacji... ma się wrażenie, że walczymy z niebezpieczną, ale bezmózgą (pomimo całej posiadanej technologii) masą w stylu orków z dowolnej gry fantasty. Poza tym zabrakło nieoczekiwanych obrotów zdarzeń. Poza odkryciem "tożsamości" Zbieraczy i poznaniem paru faktów na temat Żniwiarzy w ostatniej misji, zupełny brak zaskoczenia. O wiele ciekawsze było dla mnie coś, co na szczęście nie zmieniło się od jedynki - pośrednie nawiązania do Żniwiarzy, smaczki w opisach planet, jakieś pozostałości ich poprzednich inwazji. A szkoda. W zasadzie to najlepiej wyszły chyba wątki osobiste poszczególnych postaci, które poszerzały naszą wiedzę o świecie lubo motywacji bohaterów (Mordin i genofagium, Grunt i kultura krogan, a przede wszystkim Legion, będący kopalnią wiedzy o gethach - chylę czoła). Z drugiej strony mamy postacie ciekawe, ale zupełnie nieuzasadnione fabularnie. Ok, Zaeed czy Kasumi są w porządku, ale czy najemny żołnierz, mistrzyni złodziejstwa, zabójca (Thane) są naprawdę niezbędni w walce ze Zbieraczami? Polemizowałbym.
Pozostaje mieć nadzieję, że fabularnie trójką będzie jakąś wypadkową jedynki i dwójki - jedynki pod względem sposobu prowadzenia i klimatu, dwójki w kwestii dialogów, postaci i "epickosci". :)
Poniższe dwa są moim zdaniem najlepsze. Może niezbyt pomysłowe, ale dobrze dopasowane ;)
http://www.youtube.com/watch?v=YOxVjbGvUpI
http://www.youtube.com/watch?v=fqzxCzDZO9c
Czy czytam? Jak najbardziej, choć nie zawsze jestem w stanie się zmobilizować. Pytanie to wiążę przede wszystkim z uniwersum The Elder Scrolls, gdzie książki liczy się w setkach, a łączną ilość stron w tysiącach. I, co najważniejsze, to choć wiele osób postrzega je w kategoriach "czasem podskoczy mi jakaś umiejętność", to z perspektywy osoby żywo zainteresowanej losami tego (tamtego?) świata jest to cud, miód i orzeszki. Jak wiadomo, Bethesda od lat dba o niezwykłą szczegółowość, wiarygodność i rozbudowywanie swego uniwersum. Mamy więc nie tylko książki, które zwiększają jakieś tam skille (co jest uzasadnione, bo książeczki faktycznie traktują np. o technikach walki etc.), ale i pełen przekrój innych tematów - od ekonomii, przez księgi historyczno-biograficzne, po legendy, opowiadania, dzienniki i listy. Już w Morrowindzie zdarzało mi się "zarwać" z godzinkę gry, bo w ręce wpadło mi 30-stronicowe opowiadanie. Owszem, nie wszystko jest ciekawe, nie wszystko fajnie napisane, a ilość tego przytłacza i odstrasza - niemniej warto. Chociaż do tomików z poezją i pieśniami nic mnie nie przekona ;p Co więcej, książki te często pozwalają nowym graczom (w sensie takim, którzy przed Skyrimem nie widzieli na oczy żadnego TESa) zapoznać się zarówno z fabułą, jak i wszelkimi informacjami z poprzednich odsłon (ba, z lekkim niedowierzaniem odkryłem, że część książek z Morrowinda przetrwała 2 stulecia, by w niezmienionej formie trafić do prowincji Skyrim ;p). Jednak "weterani" też znajdą coś dla siebie. Między Oblivionem a Skyrimem mamy 200 letnią lukę, którą wypełniają właśnie książki. Stąd wiemy o wielkiej wojnie z Thalmorem, o zniszczeniu prowincji Morrowind przez erupcję Czerwonej Góry itd. itp. Co mi się najbardziej podoba? Ano to, że jest to coś całkowicie opcjonalnego, co każdy może dostosować do swoich potrzeb. Czyta ten, kto chce, a przebrnięcie przez niektóre książki daje niesamowitą satysfakcję, pozwalając na wyłapanie wielu smaczków. Przykład - 2 książki w Skyrimie, traktujące o Alduinie i wchodzące ze sobą w pewną polemikę. Jedna napisana z perspektywy światłego imperialnego, użalającego się nad ciemnotą Nordów i stwierdzającego, że Alduin i Akatosh to jedno i to samo. Druga napisana przez prostego Norda, nieco ułomnym językiem, w którym ten z zażartością i prostotą dowodzi, że to dwa różne bóstwa. Dla mnie takie rzeczy stanowią o sile imersji.
Co więcej, w książkach nierzadko znajdujemy cenne informacje. Przykład - notatka bandyty, w której informuje nas o miejscu ukrycia skarbu. Tak, opisowo, nie macie co liczyć na znacznik na mapie i wpis w dzienniku questów. Czytanie popłaca ;p A swoją drogą zdarza się też, że aktywuje ciekawe questy. Poza tym czytając dzienniki można dowiedzieć się sporo o postaciach, które spotykamy, jak też przewidzieć, co czeka nas podczas eksploracji danej groty.
Wada - ilość książek mimo wszystko przytłacza. Jest ich strasznie dużo, niby każda ma wagę 1 kilograma [whatever] ale i tak kończy się na tym, że znoszę je do skrzyni w domku i obiecuję sobie, że kiedyś na pewno. Mam ich już z milion, przeczytałem może ze 30 ;) Dobrym pomysłem byłoby zrobienie jakiegoś (wiem, że z perspektywy realizmu świata nie ma to sensu) "czytnika", w którym zapisywałaby się treść wszystkich tomów, które można by z czystym sumieniem wyrzucić.
A co z innymi tytułami? W pierwszym Wiedźminie było ok, ale ograniczenia ekwipunku sprawiały, że szybko pozbywaliśmy się większości knig. Z drugiej strony pod opasłymi tomiskami kryły się zwykle króciutkie notki poszerzające jakoś wiedzę o wiedźmińskim uniwersum. Miały też często wartość czysto użytkową - dodawały wpisy do glosariusza, bestiariusza, spisu składników, etc. W sumie fajny system, aczkolwiek ceny książek czasem zniechęcały (choć z drugiej strony pod koniec gry miało się bezużyteczne kilkanaście tys. orenów ;p) W dwójkę nie grałem, nie wiem jak to zostało rozwiązane. W Gothicu, o ile pamiętam, książki jedynie podnosiły statystyki, nie dało się ich czytać. Od choooo czytania było w Planetscape: Torment, ale to była w sumie interaktywna książka, jakby nie patrzeć ;p
Poza tym zaliczyłbym tu nie tylko książki - weźmy chociażby różnego rodzaju nagrania, rejestry, wiadomości, jak chociażby w KOTORach, choć one były bardziej do słuchania. Ważną częścią tematu są też wszelkiego rodzaju leksykony (Mass Effecty, Wiedźminy, nawet The Old Republic), które są dla mnie zawsze pozycją obowiązkową. Moim zdaniem najciekawszy patent na leksykon (jak dotąd) opracowała Bethesda w przypadku Morrowinda (zakładka "tematy" i cały ten system odnośników), dziś jednak trudno byłoby coś takiego powtórzyć - mamy wszak dialogi, a nie komunikaty wyświetlane po wybraniu słowa-klucza z ramki. Poza tym system wymagał sporych usprawnień (głównym problemem było to, że dziennik zamiast poszerzać się o skróty, "wnioski" z rozmowy, tworząc małe kompendium wiedzy, zapisywał słowo w słowo wypowiedzi NPC). Poza tym wszystko trafiało do tematu,, w związku z którym zostało wypowiedziane - stąd totalny bajzel w sekcjach typu "najnowsze plotki" i "informacje o Morrowind"). Niemniej pomysł wart był rozbudowania, szkoda, że go zarzucono.
Ale, ale, bo komentarz wyszedł dłuższy niż sam tekst i troszkę nie na temat. W każdym razie - czytam i szczerze wszystkich zachęcam do tego samego ;)
[16] -> cieszę się, że nie jestem osamotniony w tym spostrzeżeniu ;) Ale i tak pewnie skończy się na flejmie, że to średniak, badziewie i nie ma polskiego dubbingu. Jak zwykle...
Polski deweloping rośnie w siłę, zdobywa rozgłos i zaskakuje coraz to lepszą jakością - na zdrowie ;) Szkoda tylko, że na GOL-u (nie chodzi mi tu o jakieś szukanie dziury w całym, po prostu zwróciłem na ten fakt uwagę) brakuje coś wzmianek o Reality Pump. A przecież jeszcze w tym roku Two Worlds II debiutowało w Stanach i na Wyspach, wyszła (fakt, że raczej mizerna) produkcyjka "Castle Defence", a przede wszystkim ukazał się obszerny dodatek "Pirates of the Flying Fortress", który w Polsce w ogóle przeszedł jakoś bez echa. A szkoda, bo mam wrażenie, że więcej uwagi (nie wspominając o recenzji) poświęcono chociażby "Back to Karkand", czyli kilku mapkom do multi w BF3 ;p Ale to tylko moja upierdliwość, udziela mi się od czasu premiery Wiedźmina 2, kiedy we wszystkich pojawiających się w mediach zestawieniach najlepiej sprzedających się polskich gier skwapliwie pomijano Two Worldsy ;p
Wracając do tematu, ten rok dla polskich gier był wyśmienity. Choć 2012 obejdzie się może bez aż tak spektakularnych wydarzeń jak premiera Wieśka 2, to mam nadzieję, że branża wyjdzie też z jego cienia, a na świecie (a tym bardziej u nas) termin "polska gra" przestanie ograniczać się wyłącznie do Wiedźminów. Bo, niestety, na Zachodzie mało kto zaprząta sobie głowę tym, że Bulletstorm, Dead Island czy Hard Reset to gry polskie. Zresztą w ogóle wydaje się, że poza Europ w ogóle nie zwraca się uwagi na "pochodzenie" gry. A szkoda, bo to zawsze jakaś "wizytówka". Czesi mają Mafię, Ukraińcy STALKERa i METRO, Chorwaci Serious Sama, a Niemcy Gothika czy Risena. Ale już np. Ubisoft stał się na tyle "międzynarodowy", że nikt nie mówi o Assassin's Creed, Raymanie czy Beyond Good and Evil jako o grach francuskich. Tak samo, jak rzadko mówi się, że Battlefielda 3 zrobili Szwedzi. Cóż, ważne, żebyśmy "my" robili dobre gry i mogli się nimi chwalić ;)
W górach? Dobra myśl. To ja rezerwuję pokój u Greybeardów, w Hrothgarze, na Throat of the World ;D
The legend ends - the Dark Knight rises? Trochę nijak ma się to hasło do tytułu ;) Chyba, że jest tu jakieś dziesiąte dno, albo pojawi się nowy Mroczny Rycerz.
The Elder Scrolls V: Skyrim
Tym razem nie mam żadnych wątpliwości. Zwiastun ten, jak i z 50 jego przeróbek, oglądam non stop od lutego i wcale nie czuję przesytu. Tu chyba nie ma większej filozofii, mamy Skyrim, mamy Fus Ro Dah, mamy Maxa Von Sydowa, mamy muzykę Soule'a z elementami soundtracku Morrowinda. Shh.
Co do Wiedźmina 2, to nie do końca się zgodzę. W poprzednim etapie dałem go jako drugą propozycję (jako pierwszy zresztą), a do "wiedźmińskiego" patriotyzmu mi daleko. Ani się tą grą jakoś specjalnie nie jara(łe)m (ba, jeszcze nie miałem okazji zagrać), a w maju miałem po dziurki w nosie całego tego hype'u i powodujących opad rąk, komentarzy w stylu "Hej kto Polak, na bagne... po Wiedźmina". Pierwsza część, mimo świetnego klimatu, zniechęciła mnie średnich lotów fabułą i jeszcze niższych lotów mechaniką. Ani okres promocji i "oczekiwania ludu polskiego" na grę, ani jej premiera nie były dla mnie niczym szczególnym. A jednak właśnie ten trailer sprawił, że gra w jakiś sposób zapisała się w mojej świadomości, lekko mnie podkręciła. I chociaż grę kupię pewnie za jakiś rok, to trailer wciąż odpalam od czasu do czasu. I dla mnie to wystarczająca rekomendacja. I nie ma tu znaczenia fakt, że to polska gra. Gdyby tak wyglądał trailer Dragon Age'a 2, to właśnie na niego bym zagłosował. Nie jestem specjalistą od promocji i zwiastunów, głosowałem po prostu na to, co najbardziej zapadło mi w pamięć i co zawsze lubiłem sobie "odświeżyć". Dla mnie to wystarczający argument. Dla mnie. Nikogo do niego nie przekonuję. Trailery Dead Island, Revelations czy Deus Exa również mi się podobały, nie zaprzeczam, ale poza tym drugim (zastanawiałem się nad oddaniem na niego głosu), żadnego z nich nie chciało mi się oglądać więcej niż 3-4 razy. Tyle z mojej strony.
Uff, troszkę lania wody, ale jako osoba, która wstawiła go na samym początku (a pewnie kilka osób się tym zasugerowało przy głosach, nie oszukujmy się), postanowiłem podzielić się swoją "motywacją". Peace, love and Skyrim, pipól ;)
PS Barthez - masz zamiar przeprowadzić dodatkowy plebiscyt po VGA ;)?
[38] -> Po primo, pomyliłeś tematy, ten służy do składania kandydatur do plebiscytu trailerów, nie do dyskusji o rozwoju łucznika. Po drugie, nawet jeśli już musisz koniecznie wiedzieć jak swego Robin Hooda rozwijać, warto by napisać o jaką grę Ci chodzi ;) Nie trudno się domyślić, że chodzi o Skyrim, jednak wypadałoby to zaznaczyć ;p
Barthez -> może wrzuć link do plebiscytu na Facebookowe konto gameplay'a/GOLa (jeśli masz możliwość), bo komentarze do tutejszych artykułów mają to do siebie, że po 2-3 dniach toną w czeluści innych wątków, a trochę głosów by się jeszcze przydało ;)
Fajno, ale nie da się ukryć, że akurat w przypadku Wieśka CDProjekt (jako wydawca, nie deweloper) się nie popisuje. Ja rozumiem, że super hiper mega polski hit i w ogóle, ale to trochę niepoważne, żeby po 4 latach pierwszy Wiesiek dalej był tylko w Platynowej Kolekcji za te 60 czy 70zł. Ponad połowa gier CDP (nie licząc tych od Blizzarda) wydanych od tamtej pory (w tym tytuły takie jak Mass Effect czy gry wydane rok-dwa temu) jest już w eXtra klasyce za 25 zeta, względnie w TopSellerze za 40. Poza tym, z newsa wynika, że w zestawie znajdzie się podstawowa wersja Wieśka 2. Oczywiście mogli tego po prostu nie zaznaczyć, jest to jednak mało prawdopodobne. Skoro już wydają wznowienie, to powinni wgrać na płytkę wersję 2.0 ze wszystkimi dotychczasowymi patchami i DLC. Ok, są darmowe i można je sobie pobrać, ale po co zasysać kilka GB skoro można by to zainstalować z płytki. Założę się, że do tych boxów wsadzono obecne wersje gry (czyli Wieśka 1 z Platynowej i Wieśka 2 w wersji premierowej). Za 160zł można się odrobinkę postarać, audiobooki są akurat średnią zachętą. Poza tym promocja żadna, bo pomijając przeceny w MM i innych Saturnach, zakup obu gier pojedynczo to kwestia może 10 złotych więcej.
[3] The Elder Scrolls V: Skyrim
http://www.youtube.com/watch?v=PjqsYzBrP-M
[1] Wiedźmin 2: Zabójcy królów
http://www.youtube.com/watch?v=pw_YVj5qb70
W zasadzie w obydwu przypadkach zadecydowała muzyka. W przypadku Wiedźmina bardzo klimatyczna, w przypadku Skyrim... no bez jaj, jak można nie dostawać mrowienia w karku od muzyki Soule'a do Morrowinda i Skyrim :D? Rozważałem zwiastuny AC:R z E3 (ponownie za muzykę Woodkida) i pochodzący również z tej imprezy cinematic The Old Republic, jednak dwa powyższe są poza konkurencją. 2 poprzednie zwiastuny TORa wywarły na mnie większe wrażenie. Aktorski zwiastun piątego TES również niczego sobie, jednak nie umywa się do pierwszego zwiastuna z gameplay'em i narracją von Sydowa.
Świetny tekst, ważny problem. Myślę, że wynika on po części z tego, że to właśnie czytelnicy nie lubią dowiadywać się, że owej "racji" nie mają. Może to tylko jedna ze stron problemu, ale zwykle wygląda to tak, że ludzie (nie tylko w kwestii gier) lubią w każdej kwestii zabrać jakieś zdanie, nawet mając nikłe pojęcie o temacie. Przejrzą 2-3 informacje, screeny, albo usłyszą coś o nowej odsłonie ich ukochanej/znienawidzonej marki i wyrabiają sobie jakiś trwały pogląd na ich temat na długo przed premierą, trwając z nim z klapkami na oczach do samego końca. Oczywiście uogólnianie w ten sposób jest nieco niesprawiedliwe, ale nie da się ukryć, że mamy sporo wyraźnych "grup poglądowych". I tak znajdą się gracze, którzy ubzdurają sobie wielkość jakiegoś tytułu i będą bronić go do upadłego, znajdą się też hejterzy, który krytykują z zasady. Może słusznie, ale na pewno jest to w jakiś sposób podyktowane ich "stylem bycia". I tak mamy "patriotów", którzy będą wrzucać na każdego erpega chwaląc przy tym Wiedźmina 2, "hardkorowców", którzy będą pastwić się nad każdym kolejnym Mass Effectem, pogromców odgrzewanych kotletów, którzy może i czasem mają rację, ale nie docierają do nich żadne argumenty. Np. jeśli ACR, MW3, Gearsy 3 czy Uncharted 3 to dla nich "kotlety", to przy każdej okazji będą domagali się, by traktować te gry na jednakowych zasadach i nic nic do nich nie trafi - nie do przyjęcia jest dla nich sytuacja gdy jeden kotlet zostaje przez jednego z recenzentów wychwalony, a "powtórki" zaakceptowane, a drugi zjechany - taka sytuacja jest dla nich nie do przyjęcia. Nie rozumieją, że być może gdyby obie gry zrecenzowali obaj recenzenci, to każdy obydwie by zjechał/wywyższył. Recenzent to dla nich tylko nazwisko, które udostępniło klawiatury do jakiejś wyroczni w postaci cyferki przy recenzji, która jest wynikiem długoletnich obrad Redakcji, zatwierdzonej dziewięcioma pieczęciami przez wszystkich jej członków, skazującym grę na wieczne potępienie/zbawienie. Owszem, można nie zgadzać się z recenzją. Ale dyskusja polega na wskazaniu, że "w przeciwieństwie do autora uważam, że muzyka jest słaba"/"moim zdaniem natomiast walki są całkiem przyjemne"). Każdy ma inne wymagania i oczekiwania, problem w tym, że niektórzy oczekują jedynej, słusznej oceny. Hejterzy zawsze będą czepiać się krótkiej kampanii i braku innowacji w kolejnych CODach (słusznie zresztą :D), nieciekawych postaci w TESach ("popatrzcie na Wiedźmina !@!one@#") czy odcinanie kuponów. Owszem, mogą mieć rację. Ale trzeba też zaakceptować to, że poza "nieciekawymi" postaciami TES ma fascynujący, olbrzymi świat, kolejne części odcinanych asasynów sprawiają komuś niesamowitą frajdę, a odgrzewany CODlet może zabrać komuś kilkadziesiąt nocy z życia za pomocą multi. Podejrzewam, że w przypadku wielu gier każdy członek redakcji wystawiłby jej inną ocenę. I każdy byłby najprawdopodobniej tak samo wystawiony na społeczny ostracyzm. Zawsze znajdzie się ktoś, kto nie jest w stanie czegoś zaakceptować. Prowadzi to do tak kuriozalnych komentarzy jak "jak jakaś dwuwymiarowa gierka ze Steama mogła dostać recenzję większą niż Wielka Wypaśna produkcja?". Ano mogła. Bo w swojej kategorii i w kryteriach, wedle jakich się ją ocenia, jest np. najlepsza. Nic to. Zawsze znajdą się ludzie, którzy będą stawiali "korytarzowego" Mass Effecta i rozległe Elder Scrollsy w jednym rzędzie, atakując z obu stron, to dialogi i postacie jednego, to casualowość i ograniczenia drugiego. Zawsze znajdzie się ktoś, kto nie zaakceptuje tego, że inny gracz nie podziela jego poglądu na dany temat. Zawsze znajdzie się ktoś kto nie rozumie, że cyferka cyferce nie równa i że na temat gier i nie tylko dyskutuje się na poziomie szczegółów a nie ogółów. Ludzkiej natury zwalczyć się nie da, pozostaje głęboki facepalm i pisanie kolejnej recenzji ;)
Tak gwoli ścisłości: BioWare zapowiedziało, że WSZYSCY, którzy zapisali się na betę PRZED 11 LISTOPADA otrzymają KLUCZE OD BIOWARE. Chodzi o to (o czym BW samo pisało), że jeśli ktoś się do tej grupy łapie, to nie ma potrzeby ubiegania się o klucz przez inne portale, to jest dla tych, którzy się NIE łapią ;) Także jeśli ktoś się zapisał na betę przez 11.11, na 100% w ciągu paru tygodni zostanie zaproszony ;p
Argonianie nie mogą nosić butów :D Do tej rasy należała moja pierwsza postać w Morrowindzie, ale jako ze grałem wtedy w TPP, nie mogłem znieść stałego patrzenia na ten pokraczny chód ;) Zresztą i tak wcięło mi sejwy, a na następną postać wybrałem Dunmera, z tym, że przestawiłem się na słuszne (zwłaszcza z racji niemożności patrzenia na drętwy chód Nerevarejczyka) FPP. Jak już kiedyś dorwę się do Skyrim (na razie nie czas i pora), pewnie znów wybiorę Dunmera. Przede wszystkim dlatego, że ci nie są w prowincji Skyrim szczególnie lubiany i jak znam życie, pod moim adresem padnie wiele nieprzyjemnych komentarzy. Nord to wybór zbyt "domyślny", elfów leśnych/wysokiego rodu nie trawię, Khajici to jakaś perwersja, a Bretoni/Redguardzi są jacyś mdli. A cesarskich nawet się nie tykam ;p Do wyboru zostaje jeszcze Ork ;)
Pieniądz z "dolarowych preorderów" mają sprecyzowanego odbiorcę, Amnesty International ;) To, że się "nie uda" nie było niczym zaskakującym. Ważne, że mieli odwagę i zaparcie żeby przeprowadzić taką akcję, a 20 tysięcy dolarów pójdzie na organizację charytatywną. Actvision nawet by przez myśl nie przeszło.
Mam nadzieję, że na blogu pojawi się na dniach coś w związku z sountrackiem piątych Elder Scrollsów, bo poza opartym na motywie z Morrowinda motywem przewodnim spod batuty Jeremy'ego Soula, cały soundtrack (różnorakie fragmenty znalazły się ostatnio w kilku "behind the scenes" i pochodnych) zapowiada się niezwykle wyśmienicie i klimatycznie. A Jesper Kyd to już klasa sama w sobie ;)
Wystarczy wejść na podlinkowane forum. Niby są te trzy tryby, ale wszystko można ustawiać oddzielnie w opcjach (rożne poziomy trudności + wybór rodzaju dialogów (ręczna i automatyczna skrzynia biegów ;p). Ogólnie jak przejrzałem te screeny, to jestem jak najbardziej na tak. To dopiero wczesna wersja gry a wiele rzeczy już jest znacznie bardziej rozbudowanych niż w dwójce.
A, no i btw, na Normandii pojawia się
spoiler start
Urdnot Wrex :D
spoiler stop
Kaszanka -> tylko, że te 2 miliony to ŁĄCZNA suma osób grających. Czyli tych opłacających abonament i bawiących się za darmo. A nie trudno się domyśleć, że grubo ponad połowę społeczności stanowią ci drudzy, którzy pykają w to MMO tak długo, jak długo nie muszą płacić. Gdyby zaczęto doić z nich kasę, to zostały pewnie niecały milion. Zresztą sama gra miała nikłe powodzenie sukcesu. LEGO są spoko, adaptacje serii filmowych w ich konwencji od Traveller's Tales też. Ale MMO bez określonego targetu? W takie LEGO SW, Indianę Jonesa etc. zagrają i miłośnicy klocków i fani filmów. Ot, jednorazowy wydatek 60-70 złotych i ubaw po pachy. Ale MMO, w którym mamy "klocki dla klocków", a poza jednorazowym wydatkiem należy co miesiąc uiszczać wynoszący kilka dych abonament, po to, żeby sobie poukładać klocki na ekranie? Za te pieniądze można pograć w ambitniejsze MMO (np. odkładać na The Old Republic) albo kupić sobie co miesiąc średniej wielkości zestaw klocków (chociaż nie wiem jak teraz jest, bo ceny zawsze były horrendalne). To nie miało szans powodzenia.
Toż tankowanie aut to już było w pierwszej Mafii, dziesięć lat temu ;) Swoją drogą fajnie, gdyby w GTA pojawiło się więcej "realizmu" rodem z The City of Lost Heaven. nie chodzi mi o realizm w przedstawianiu wydarzeń czy rozwałce wszystkiego dookoła, wszak to ma być GTA, ale takie smaczki jak wypadające łuski pocisków, większa czułość bohatera na obrażenia, "ekwipunek" (tzn. możemy nosić przy sobie kilka broni krótkich, które można chować, jakiegoś shotguna za poły płaszcza + bronie ręczne/długie bez możliwości ukrycia) oraz policję reagującą na łażenie po mieście z wyciągniętą bronią (zamiast prucia się o porysowanie samochodem radiowozu :D).
Uwielbiam gdy jakaś gra, zwykły filmik na YT czy nawet najbardziej prozaiczna rzecz potrafi naprowadzić na jakąś dobrą piosenkę, co z czasem przeradza się w kilkugodzinną sesję z całą dyskografią artysty. Nie raz już tak w moim przypadku było, również jutro będzie czego słuchać. Oby i dłużej ;)
A ja tak z ciekawości zapytam: czemu jedne recki z gameplay'a dodają się do ocen na GOLU (jako oceny ekspertów) na wszystkie platformy, a inne (np. tu) tylko na jedną? Rozumiem, że czasem wersje jakoś się różnią i nawet na golu są oddzielne recenzje (albo konwersja wyszła jakiś czas później, jak chociażby w przypadku Darksiders), niemniej działa to na troszkę niejasnych zasadach. I tak 2 recki AC:B z gameplay.pl wliczają się do samej wersji PeCetowej, tekst Łosia nabija średnią iteracji na xklocka, a Ezio z konsoli Sony jest przez ekspertów zapomniany ;p
Ja osobiście nigdy nie byłem, ale chętnie bym kiedyś spróbował, chociaż zastrzegam, że tematyka/filmy musiałby mnie jakoś zainteresować, bo nie byłbym w stanie wytrzymać kilku bitych godzin na czymś, co mnie zupełnie nie kręci. Idea jest fajna głównie ze względu na samo niecodzienne i dość abstrakcyjne doświadczenie, w znacznym stopniu wykluczające się z racjonalnością, ale dające pewnie niemałą satysfakcję. Oczywiście wszystko z umiarem - jeśli maraton trwa do 8-9 godzin, to pewnie nie jest to nic strasznego. Jestem natomiast raczej negatywnie nastawiony do wszelkich maratonów w stylu tygodniowego seansu wszystkich odcinków Losta, czy bajerów w tym stylu. To już jest dla mnie nienormalne, organizm też pewnie buntuje się na etapie końcówki pierwszego sezonu ;)
Tak z czystej ciekawości, bo jestem nie w temacie - czemu te teksturki są na oddzielnej płycie, a nie wypalone od razu z całą grą? Przecież w przypadku konsol nie ma czegoś takiego jak "wymagania sprzętowe", więc czemu to rozdzielono?
Ale Russel Crowe średnio nadawałby się na Norda :D Ja bym proponował Hulka Hogana, prawdziwe muły i aktorstwo, a nie jakieś tam gladiatory ;) A najbardziej pasowałby Steven Segall, on najlepiej umiałby oddać ekspresję twarzy bohaterów ze świata TES :D
[8] -> no wiesz, konflikty rasowe. Z Khajitami Nordowie tłukli się non stop, na zamieszkaną przez Dunmerów prowincję Morrowind przeprowadzili inzwazję, a Argonian nikt nie lubi ;) Dobra, ale to szukanie dziury w całym, chodziło o pokazanie takie o trailerka, który moim zdaniem wyszedł bardzo klimatycznie, aczkolwiek szkoda, że nie pokusili się, choćby przez chwilkę o jakiś kawałek Jeremy'ego Soula (już nie mówię o main theme, ale jakimkolwiek kawałku soundtracka). Bo mimo wszystko "nie czuć" tu Elder Scrollsów w Elder Scrollsach. Rozwalają mnie też komentarze z YT ("w końcu pokazano gameplay z PC" :D). Może w okolicach 2016-17 roku, kiedy pewnie wyjdzie szóstka, a na rynku zadomowi się nowa generacja konsol, grafika będzie porównywalna z trailerem ;)
PS, Dovakhiin dalej biega w bezrękawniku, cieplej i bezpieczniej ;)
Jeśli chce się tanio, a słusznie, to za zbliżoną cenę warto sięgnąć po Żubra/Wojaka, a po dorzuceniu 20-30 groszy można smakować Perełki Chmielowej. Warto dodać, że Harnaś powstaje z piwa analogicznie do parówek i mięsa, znaczy ze zlewek ;) Ale jeśli ma się miedziaki w kieszeni, nic nie straszne. Tylko po wypiciu 2/3 na dnie pozostaje srogi muł. I trzeba pić szybko, bo po kilkunastu minutach od otwarcia jest niepijalne. Ale to tylko moje odczucia :]
Z powracających jesienią tylko Fringe, z nowych Person of Interest i może Terra Nova, chociaż ten drugi będzie cierpiał pewnie na te same przypadłości co Falling Skies... Ewentualnie sprawdzę jak radzi sobie TWD w drugim sezonie.
Nie wiem jak to jest na konsolach, ale w przypadku gier PCtowych zawsze lubiłem makulaturę w pudełkach. CD Projekt opracowywało świetne instrukcje, które zawsze fajnie było przejrzeć - pomijam już samą kwestię objaśniania mechaniki, zawsze stanowiły one jakieś "wprowadzenie" do produktu. I tak instrukcja z Morrowinda zawierała opisy poszczególnych ras, ich bonusy, mapki świata z ważniejszymi traktami komunikacyjnymi i lokacjami, a także fragment poradnika, którego pełna wersja znajdowała się na płytce. Owszem, instrukcje te były zwykle czarno białe, ale w niczym to nie przeszkadzało. Owszem, instrukcja była też na płytce, ale kluczowe jest tu słowo TEŻ. Zwłaszcza, że znajdowały się tam TEŻ mapki świata i kilkuset stronicowy poradnik. Co więcej - poza instrukcją w prawie każdej grze, czy to CDP czy to Cenegi, znajdował się gruby, w pełni kolorowy katalog gier wydawcy na dany okres, a kody rejestracji/seryjne znajdowały się na oddzielnych, teksturowych karteluszkach/okładce instrukcji. Teraz jest to bida z nędzą. Przykład - ostatnie 2 gry, które kupiłem - Mass Effect: Edycja rozszerzona z eXtra klasyki CDP i ME2 z EAClassic. Niby mam gry "fizycznie" (tak, jak lubię najbardziej), niby mam pudełko, a zupełnie tego nie czuję. Jedynka ma w środku 2 płytki (w tym jedna w kopertce - gdzie te czasy, kiedy do gier na dwóch/trzech płytach wychodziły specjalne pudełka z miejscami na nie?), a instrukcja (instalacji, nie gry) oraz kod rejestracji zostały zapisane na... obwolucie pudełka - trzeba ją z zewnątrz dociskać do plastiku, żeby dało się coś odczytać. Electronic Arts z kolei zamiast zwykłej, papierowej koperty, dało wątłą tekturkę z logiem EA (ani koperta ani płytki nie są w żaden sposób stylizowane, czarny kolor, logo EA i malutki tytuł gry na płytkach) oraz ulotkę z kodem do sieci Cerberusa. Kiedyś biorąc do ręki wypchane po brzegi pudełeczko z grą, czułem jego masę. Dzisiaj oglądając gry w empiku mam wrażenie, że trzymam prawie puste pudełeczko z płytką w środku. I chociaż ja zawsze wolałem i będę wolał wersje "fizyczne", to nie dziwię się, że ludzie przechodzą na dystrybucję elektroniczną - pomijając kwestie ceny, w tej chwili wersje pudełkowe nie mają sobą nic do zaoferowania. Jeśli chce się znaleźć w pudełku coś poza grą, trzeba kupować kolekcjonerkę za kilka stów. Gry takie jak Wiedźmin 2 to tylko wyjątki potwierdzające regułę (bo W2 był dla wydawcy szczególnie ważny, w związku z czym zadbano o jego bogate wydanie). Nie wiem jak jest z premierowymi wersjami gier (rzadko je kupuję), ale nie sądzę, by było jakoś inaczej. A szkoda. Jak tak dalej pójdzie, to gry będą wydawane w tych małych, kwadratowych pudełeczkach, które kupuje się za grosze w sklepach komputerowych. Bo po co dawać wielkie pudło, skoro nie chce się do niego wkładać nic poza płytkami?
Optiores -> szczerze wątpię, EA należy do tych firm, które walną tą swoją kolekcję w stylu "Classis", utrzymaną na poziomie mniej więcej 50zł i już z tego nie schodzą. Gdyby była jakaś "tańsza" seria EA, może starsze tytuły by tam przeszły, ale na razie nie ma szans. Oczywiście prowadzi to do absurdów takich jak to, że gry z uniwersum Władcy Pierścieni, czy pierwsze części Harry'ego Pottera, które mają prawie po 10 lat kosztują tyle samo co Mass Effect 2, Dragon Age: Origins czy Battlefield: BC 2. Ja się cieszę, że jakiś czas temu udało mi się trafić na promocję i zgarnąć z tej serii ME2 za niecałe 30 złotych. Mogliby przynajmniej zrobić kompilacje (np. żeby za te 50zł było kilka części Wojny o Pierścień, Pottera czy NFSa). Gry Lincomp Empik M. (np. te od LucasArts) są pod tym względem jeszcze gorsze - tam w ogóle nie ma tanich serii. Z jednej strony można kupić takie KotORy w wydaniu "premierowym", z drugiej strony ceny są straszliwie zawyżone. Dlatego gratuluję Ubisoftowi inicjatywy. Do tej pory mało które gry schodziły poniżej 70 zł, a chciałbym kiedyś zapoznać się z takim Assassins Creedem. Jednak siedem dych za pierwszą część, która ma już te 3 czy 4 lata było dla mnie ceną zaporową. 35zł jest już rozsądną propozycją do rozważenia (poczekam też aż do najtańszej serii trafią dwójka i Brotherhood). Co ciekawe w tym samym empiku, gdzie pierwszy AC chodził po 70zł, Brotherhood był w promocji za... niecałe 60zł (w "premierowej" wersji, pół roku po premierze!). Jak widać, w Polsce jest jeszcze sporo do zrobienia jeśli chodzi o reedycje gier i puszczanie starszych tytułów do tanich serii. Nie licząc CDProjektu i Cenegi, wszystko leży i kwiczy. Takie newsy dają jednak nadzieję ;)
Z tego co się orientuję, w Australii wcale nie mają o wiele lepiej, z tym, że tam gry wychodzą po prostu z niejednokrotnie absurdalnie zawyżonymi granicami wieku :)
W czym rzecz: na stronie plebiscytu (http://events.gry-online.pl/gry-dekady-2001-2010-plebiscyt.asp) znajduje się lista 100 gier, które jak dotąd uzyskały najwyższą liczbę głosów w każdym kolejnym roku (po 10 na dany rok). Jak widać są to gry najpopularniejsze - Mass Effect, Wiedźmin, GTA i tak dalej - gry, które większość osób dobrze zna. Celem serii artykułów Cayacka jest zwrócenie uwagi na to, że w latach tych ukazało się wiele różnych perełek, o których nie każdy pamięta, a na które również warto zagłosować.
[9] -> Dla pełnego zestawienia - dane z maja b.r. (przed premierą Wieśka 2)
Two Worlds - 3 mln
Two Worlds II - 2,5 mln
Wiedźmin - 1,7 mln
Call of Juarez: Więzy Krwi - 1,5 mln
Snipe: Ghost Warrior - 1 mln
Call of Juarez - 1 mln
Bulletstorm - 1 mln
Pewnie będzie kilka wersji zakończeń (np. 3 "główne", zależne od ogółu decyzji z trzech gier i jakieś pojedyncze różnice w finałowej partii zależne od poszczególnych wyborów). I tak np. Idealista może odnieść pyrrusowe zwycięstwo, odpierając inwazję na Ziemię z pomocą wszystkich ras, raknii i gethów Legiona, a Renegat zawiedzie mając za sobą pojedynczych sojuszników... chociaż wątpię, by BioWare tak to uprościło. Poza tym, nie wiadomo, czy Harbingera poprowadził na Ziemię całą flotę Żniwiarzy. Równie dobrze koniec ME3 może być dopiero początkiem wojny, a upadek/ocalenie Ziemi będzie pierwszą potyczką w tej wojnie... Chociaż wątpię, by po batalii o Ziemię jakakolwiek rasa mogła zrobić cokolwiek Żniwiarzom. Sovereign poległ tylko dlatego, że Shepard zniszczył jego tarcze w momencie pokonania zmutowanego Sarena, a martwy Żniwiarz z dwójki został trafiony parę milionów lat temu z działa tak potężnego, że do opracowania podobnego nawet turianom brakuje pewnie kilku tysięcy lat ;)
BTW, na końcu trójki Shepard mógłby polecieć (ciekawe jak ;p) do Mrocznej Przestrzeni, takie nawiązanie do Revana i jego Nieznanych Regionów ;)
Akurat to, dlaczego nie będzie ekipy z ME2, jest do wyjaśnienia na poziomie fabularnym. Nie licząc Tali czy Garrusa, większość ekipy z ME2 miała wspomóc Sheparda głównie w ataku na bazę Zbieraczy. Raz się zgodzili pomóc, ok. Ale nie będą przecież latać na Normandii całe życie. Zaeed czy Kasumi mają nieco inne poglądy na prawo, wątpię by Przymierze błagało ich o współpracę. Mordin, Samara, Thane i reszta mają swoje własne sprawy, plany, którymi chcą się zająć - to wcale nie znaczy, że nie odegrają roli w walce ze Żniwiarzami, ale nie muszą w kółko latać za nieustraszonym komandorem. Z tego co słyszałem, potwierdzono, że cała drużyna z ME2 powróci w postaci zwykłych NPC, więc to nie jest tak, że gdzieś wyparują. Zresztą, jeśli ktoś się postarał, większość z 12 postaci mogła zginąć. Jak więc wyobrażasz sobie zaimportowanie tego do ME3? Jeden będzie miał dwoje towarzyszy a drugi 20? Owszem, jest to konsekwencja poczynań w dwójce, ale postacie z drużyny wymagają większych nakładów pracy niż reszta NPC i nie można dawać do załogi niezliczonych ich ilości. Będzie Garrus i Tali (jeśli przeżyją), wróci też Liara i Kaidan/Ashley - team z jedynki prawie w komplecie. Ja tam wolę mniej, za to lepiej rozwiniętych postaci, z głębszymi wątkami emocjonalnymi - w dwójce różnie to wypadło, jedne postaci rozpisano lepiej, inne gorzej. Było ich też stanowczo zbyt wiele. Co do Wrexa to już w ME2 wyjaśniono, że stanął na czele Urdnotów i stara się zjednoczyć krogan, więc nie może wrócić do drużyny. Mimo to z wypuszczonych gameplay'ów z trójki jasno wynika, że odegra sporą rolę w nadchodzących wydarzeniach, podobnie zresztą jak Mordin. Zdaje się też, że przez pewien czas Sheparda będzie wspierał Legion (choć nie jako kompan). Z Twojego postu wynikać by mogło, że BioWare siłą wyrwało Ci wszystkich towarzyszy i kazało w pojedynkę przechodzić grę...
Co do tego zgrzytu fabularnego - autor zapewne nie przytoczył go, bo nie chciał nikomu zaspoilerować gry (bardziej niż tego wymaga napisanie zapowiedzi), lub też z innego powodu. Jeżeli padła informacja, ze takowy występuje, to prawdopodobnie tak jest - [5], piszesz tak, jakbyś sam przeszedł cały początek gry i mógł się pod tym podpisać rękami i nogami. Filmiki w sieci to jedno, samodzielna gra to drugie. Może na gamescomie pojawiło się kilka nowych scenek, może w filmikach, które krążą w necie od czasu E3 pewne rzeczy celowo pominięto, a może to szczegół tak niewielki, że sam go przeoczyłeś.
Co do samej gry, to sądzę, że przebije dwójkę gameplay'owo i fabularnie. Rozwój postaci znowu powrócił do poziomu podobnego jak w ME1, modyfikacje broni znacznie zwiększą pole do popisu, a to, że walka będzie jeszcze bardziej rozwinięta ("przeskakiwanie" od osłony do osłony, granaty, omni-ostrze etc.) może wyjść grze tylko na lepsze. Chociaż jedynka była najbardziej RPGowa, noszenie ton ulepszeń do broni, amunicji, pancerza, stu rodzajów zbroi, karabinów, strzelb, pistoletów i snajperek, a później opylanie tego u kwatermistrza Normandii wcale nie było jakąś wielką frajdą. Chociaż nie da się ukryć - fajno, jak broń ma statystyki - porównywanie spluw w ME2 było... no w sumie to go nie było ;) Optymizmem napawa mnie też fakt, że fabuła będzie bliższa jedynce - stopniowe odkrywanie tajemnic, zwroty akcji o 180 stopni, nowe informacje, które wywrócą do góry nogami to, co wydaje nam się oczywiste i mniej oczywisty rozwój fabuły (zbierz drużynę, zrób misje lojalnościowe, rozwal Zbieraczy). Byleby pojawił się w końcu system badania planet nie doprowadzający do białej gorączki.
[4] Eee, z tymi wyborami (zwłaszcza w kwestii głównego wątku) w Wiedźminie 2 to nie przesadzajmy. Może zrzędzę, ale osobiście wolę zwiedzać nawet te same lokacje z dziesiątkami subtelnych, rzeczywiście wynikających z moich wyborów różnić (chociażby ME) niż jarać się tym, że od trzech kliknięć myszką na krzyż pod koniec pierwszego aktu zależy, czy dalej odwiedzę miejscówkę A czy B, by po jej zaliczeniu dojść i tak do tego samego. IMO jeśli w W2 mówimy o nieliniowości dającej prawdziwą satysfakcję, to przede wszystkim w kontekście questów pobocznych. Rozwiązanie z dwoma wersjami jednego aktu z jednej strony robi wrażenie a z drugiej jest w pewnym sensie pójściem po dość niewielkiej linii oporu. Owszem, fajnie, że nie zobaczymy wszystkiego przechodząc grę raz. Ale to nie jest tak, że to wynika z wielu decyzji i iluś godzin gry. Równie dobrze można wczytać save'a z końcówki pierwszego aktu i zaliczyć ścieżkę Roche'a/Iorwetha. W przypadku wspomnianych wcześniej "subtelniejszych różnić" często nawet nie wiemy, że podejmując takie a nie inne wybory mogliśmy doprowadzić do tego, że pojawią się inne postacie/questy etc. Nie chodzi mi o krytykowanie rozwiązania CDPR. Po prostu stwierdzam, że takie rozwiązanie niespecjalnie zachęca mnie do tego, by zaraz przechodzić grę drugi raz.
[2] -> teraz w modzie jest wydawanie 4/5 gry, dzielenie pozostałej 1/5 na milion DLC i dojenie za całość podwójnej ceny ;)
[8]/[9], Dzięki za odpowiedź ;) Skoro takie jest podejście BioWare, to chyba nie będę na siłę gonił za tymi DLC.
Mam pytanie odnośnie dodatku, jako, że aktualnie przechodzę dwójkę. Fabuła fabułą, ale czy w dodatku podejmujemy jakieś decyzje, których reperkusje odczuć nam będzie dane w trójce? Chodzi mi o to, że skoro wiadomo już, że Shepard na początku gry będzie sądzony za czyny z "Arrival", można dojść do wniosku, że do wydarzeń z DLC "dojdzie" tak czy siak, niezależnie od naszego udziału. Chętnie bym zagrał w dodatek, ale jeśli nie dokonuje się w nim jakichś znaczących wyborów... prościej przeczytać streszczenie/obejrzeć cutscenki na YT. "Lair of the Shadow Broker" (wysoko oceniony przez autora powyższego tekstu) ma ponoć mieć znaczący wpływ na przyszłe wydarzenia, więc skoro, tak jak "Arrival", jest w kategorii "DLC pomostowych", można się spodziewać, że i tu podejmiemy kluczowe decyzje. Kwestia druga - czy da się to jakoś podpiąć do polskiej wersji gry? Wiem, że Shadow Broker i Arrival nie są z nią (a także z czeską i węgierską wersją) kompatybilne, ale słyszałem, że fani jakoś pokonali te przeszkody. Owszem, po zarejestrowaniu gry można chyba pobrać za darmo wersję oryginalną, ale nie widzi mi się ściąganie 14GB i przechodzenie gry od nowa (bo wątpię, by save'y działały między edycjami językowymi). Pytam, bo nie wiem czy warto wydawać kupę kasy na te punkty BW, skoro te dość drogie dodatki teoretycznie nie będą działać, a jeden z nich może być fabularnie nieistotny. Ehh... czasem żałuję, że dwójki również nie wydało CDP... Z góry dziękuję za odpowiedź ;) Szkoda tylko, że ów "pomost" zapowiada się na średniawe One-Man Army vs the Reapers.
Ehh... jako osoba obracająca się trochę w tematyce serialowej, z bólem muszę stwierdzić, że nazwisko Abramsa to marka, która ugina się pod własnym ciężarem... Kiedyś nazywany "złotym dzieckiem telewizji", obecnie powraca jak mantra przy każdej nowej produkcji, równie szybko znikając. Nie ma miesiąca, by nie zapowiedziano nowego super-serialu Abramsa, które to produkcje często są zdejmowane, zanim się w ogóle dobrze zaczną (chociażby Undercovers). Większość seriali, które rozwinęły skrzydła, a sygnowane są marką J. J. została już dawno przez niego porzucona, a sukces zawdzięczają one ludziom, których Abrams wcielił do projektu. I tak chociażby Fringe, które w trzecim sezonie rozwinęło skrzydła ma z J. J. raptem 1 wspólną rzecz - nazwisko w intro. Ekipa produkcji już nie raz wypowiadała się, że Abrams nie bierze już przy produkcji żadnego udziału od jakichś 2 lat. Z Lost było dokładnie to samo. Żeby nie za bardzo odchodzić od tematu, wrócę do meritum. Choć Super 8 nie oglądałem, więc ocenić go nie mogę, to w słowach Cayacka wyczuwam smutną prawdę. Abrams stał się marką rzucającą pomysł i pieniądze, gromadzącą wokół inne nazwiska i lecącą do kolejnego projektu. Człowiek, który potrafi stworzyć naprawdę niezłe rzeczy od pewnego czasu serwuje nam nieustanne schematy, powtórki, cliché, a kolejne produkcje, jak S8, to po prostu wysokobudżetowe oglądadła, przy których nie ma co liczyć na jakieś cuda wianki. A szkoda, bo mógł z tego wyjść po prostu przyjemny, porządny film rozrywkowy. Być może kiedyś go obejrzę, jednak recka Cayacka jest już swoistym gwoździem do trumny po tym, co czytałem lub słyszałem z ust tych, którzy zdecydowali się zaufać duetowi Spielberg-Abrams. Oby ten pierwszy również nie podążył serialowymi chwytami J. J. przy nadciągających Falling Skies i Terra Nova, które i tak zapowiadają się mocno przeciętnie. A jednasto/dwunastoletnie, wygłaszające sentencje na lewo i prawo, dzieci, wkurzające były tak trzydzieści lat temu, jak i obecnie ;)
Reklama proporcjonalna do wielkości świata udostępnionego do eksploracji. Piąte Elder Scrollsy miały do tej pory raczej niezauważalną promocję, więc najwyższy czas, by coś zaczęło się dziać ;) Do pełnego efektu przydałby im się głośnik ze wzmacniaczem, z którego codziennie o 12 leciała by ścieżka Soule'a ze Skyrim ^^
Recenzja niezwykle przypadła mi do gustu, merytoryczna, treściwa, "konkretna", jeśli można to tak ująć. Bo, że Wiedźmin jest zbawicielem polskiego gamingu i tak dalej, słyszałem od kilku ładnych miesięcy, takoż o bogatej, pozbawionej stereotypowych podziałów na dobro i zło fabule, jak też nietuzinkowych postaciach. Mimo wszystko gra jak gra, idealna być nie może. Przyznac więc muszę, stety-niestety, że ten tekst, w porównaniu do wielu innych jakie na temat produkcji przyszło mi czytać, w tym też do "oficjalnej" recki GOL, był dla mnie najbardziej informatywny. W grę na razie nie grałem i pewnie prędko nie zagram (jestem gdzieś w środku jedynki, w kolejce czekają oba Mass Effecty, dociągnięcie Morrowinda), ale w końcu byłem w stanie wyrobić sobie nieco szerszy pogląd, wiedząc, z czym mi się kiedyś przyjdzie zmierzyć, o ile część rzeczy nie zostanie zniwelowana przez patche. Tak więc, choć z grą kontaktu nie miałem, śmiem twierdzić, że recenzja została napisana, a ocena wystawiona bardzo rzetelnie. Nie chodzi o sam fakt obniżenia jej w stosunku do opiewających Wieśka 9,5 w skali nie-Beauforta, ale o to, że widzę z czego ta ocena wynika i jest ona dla mnie uzasadniona, bez podcierania się wyświechtanym gamingowym patriotyzmem, którego obydwu częściom Two Worlds i innych gier polscy recenzenci pożałowali. I bardzo dobrze, bo ocena gry ma być przede wszystkim podsumowaniem jej techniczno-merytorycznej prezencji, nie laurką za promowanie kraju nad Wisłą. Nie mam oczywiście na myśli, że ocena Verminusa, CDA itd. itp. jest wystawiona za "polskość", ale nie ukrywam, że czuć w tym leciutkie faworyzowanie ;) Każdej grze należy się trochę miodu i trochę wrzodu, w proporcach zasłużonych rzecz jasna. W każdym bądź razie tekst jest dla mnie jak najbardziej w porządku, czekam na wiedźminowy tekst związany bardziej z tematyką bloga, czyli jakaś szersza opinia na temat soundtracku :)
Moim zdaniem trochę przekombinowali z szachowaniem datą premiery w grudniu '10. Poza tym jesień była terminem nie tylko zbyt szybkim, ale i mocno konkurencyjnym. Weźcie pod uwagę, że jesienią wychodzi nie tylko bardzo mocna konkurencja w postaci piątego TESa (Skyrim), ale też (choć oficjalnej daty po 2,5 roku od zapowiedzi brak), najprawdopodobniej, drugi kosmiczny (MMO)RPG BioWare, czyli Star Wars: The Old Republic. Abstrahując od zwykłych przyczyn obsuwy, wydanie obu tych gier naraz byłoby lekkim strzałem w stopę ;) Widocznie BW uznało, że trzy duże roleplay'e wydane w ciągu 9 miesięcy to nie najlepszy pomysł ^^
Logika EA nie jest bezpodstawna - na dwóch beznadziejnych grach zarobią więcej niż na jednej. Nie mam nic do Pottera, ale jak dotychczas wyszło 9 gier (7 "filmowych", legosy, quidditch) i ze 3 na krzyż były w miarę grywalne. Reszta to typowe adaptacje, robione po najmniejszej linii oporu. Co komu szkodziło by zrobić zwyczajnie coś w stylu "expanded universe", puścić grę osadzoną w realiach HP, a niezwiązaną bezpośrednio z książkami/filmami? Raz, że takie gry mają już od początku odgórne ograniczenia, narzucane przez podążanie za fabułą pierwowzoru, dwa, że są robione pod marketing a nie pod graczy. Niestety jest to nagminny proceder i szczerze wątpię, żeby coś się zmieniło.
Chociaż otwarcie przyznam, że na grę bardzo czekam, to oczywiście nie mam zamiaru oceniać niczego na podstawie trailera, chociaż wierzę, że się uda. W "Obliviona" niestety niedane było mi zagrać, natomiast sam nie pomnę ile czasu spędziłem w prowincji Morrowind, Daggerfala też kiedyś liznąłem. TES, co by o nim nie mówić, to marka w pewnym sensie ikoniczna i budząca sentyment. Chociaż gorąco kibicuję Wiedźminowi 2, kocham erpegi od BioWare, to TESy zawsze miały w sobie to coś, czego próżno było szukać gdziekolwiek indziej (i nie mówię tu o drewnianych NPCach z kijek zamiast kręgosłupa :)). Fakt, że niekiedy monumentalność i epickość tej serii powalała, ale liczę, że będzie to swoisty powrót w kierunku Morrowinda. Co do "gry roku"... dla mnie wszystko jedno co nią zostanie - mnie obchodzi czy mi się gra podoba. Jeżeli w 2011 wyjdzie kilka świetnych gier, o zagram w kilka gier, niezależnie od tego czy któraś z nich będzie najlepsza. Wiedźmin 2 nie musi być najlepszą grą 2011 (i pewnie nie będzie, nawet w kategorii RPGów). Dla mnie ważne, żeby miał bardzo dobry poziom. A jeżeli "wygra" inna gra - cóż, będziemy mieli co najmniej dwie świetne gry. Zresztą... 2011 dla fanów ROG to cud, miód i orzeszki - miłośnicy każdego z podgatunków znajdą coś dla siebie. Wiesiek 2, Deus Ex, Dragon Age II, Mass Effect 3, Star Wars: The Old Republic (co by nie mówić, to jest RPG w czystej postaci, tyle, że jednocześnie MMO), Skyrim, Dungeon Siege III i wiele, wiele innych.
Nawiązując do trailera - motyw przewodni Morrowinda zawsze mnie wprawiał w jakiś stan "uduchowiony", a połączenie tego ze ścieżka Skyrima i tym chórem... it blew my mind. 1:08 zwala z nóg i to dosłownie. Nie będę porównywał do trailera Dead Island (bo tam liczył się przede wszystkim artyzm i kompozycja) czy zwiastunów The Old Reublic, ani wgłębiał się w kwestię "gameplay czy skrypty": trailer jest po prostu niesamowity.
Oo, nie spodziewałem się, że LucasArts wygrzebie z czeluści uniwersum nieśmiertelnego "Nerfherdera" :D
Pomijając większą część wątku: co tam w ogóle robiło "The Force Unleashed II" ;p? O ile jedynka, co by nie mówić, jakiś przyzwoity poziom historii miała (czytaj: dało się przełknąć) i mimo wszystko dołożyła cegiełkę do Expanded Universe, to dwójka była jakimś nieporozumieniem. To trochę wstyd dla Akademii w ogóle rozważać kandydaturę tej gry :) W przyszłym roku sporo do powiedzenia będą miały pewnie "Deus Ex: HR", "Star Wars: The Old Republic", "Skyrim" czy "L. A. Noire".
Drobna uwaga: Quesh odkryto w czasie wielkiej wojny, ale galaktycznej, nie nadprzestrzennej :) Niby jedno słowo, ale mimo wszystko oba konflikty dzieli prawie 1400 lat ;p Ale ze względu na podobne nazwy nie trudno je pomylić. Za to planeta prezentuje się bardzo interesująco. Co do wielkości: z dotychczas udostępnionych informacji wiadomo, że planety startowe klas mają być najmniejsze (ale i tak spore), a pozostałe mają oferować znacznie większy obszar. Goście z DarthHatera, co jakiś czas zapraszani przez BioWare, zdradzili, że Coruscant jest podobno naprawdę olbrzymie i robi wrażenie :)
Tydzień tygodniem, ale pierwsza całostka tego tekstu, jest dla mnie kluczowa - wielkie brawa. Nie tylko za nakreślenie problemu, ale też sposób jego przedstawienia. Może za filmiki z gier się jeszcze nie brałem, ale często przejawiam różne aspekty twórczości internetowej i nie tylko i wiem jak to jest. Sprawa jest taka: krytyka jest potrzebna. Bez krytyki stalibyśmy w miejscu, a nawet cofali się względem innych. Dzięki krytyce mamy szansę się rozwinąć, coś poprawić, nabrać wprawy. A do tego otrzymujemy mocnego kopniaka motywacyjnego. Problem w tym, że krytyki nie ma prawie wcale. Bo krytyka to nie wyrażenie negatywnego stanowiska. To wskazanie niedociągnięć, szukanie ich przyczyn i zasugerowanie rozwiązania. Odświeżyłem sobie te filmiki użytkowników, bo trochę mi już z głowy wyleciało, ale przede wszystkich przewertowałem komentarze. Nie chcę tu teraz dojeżdżać z jakim sztampowym tekstem w stylu "to zrób lepiej jak potrafisz, a nie krytykujesz", bo taki odpowiedzi nie są specjalnie lepsze od tej pseudo krytyki. Chodzi o to, że wśród wielu internautów panuje przekonanie, że każdy rodzi się półbogiem i od pierwszy minut czasu antenowego (czy czegokolwiek innego) powala swoją erudycją, dykcją i błyskotliwym, zdystansowanym poczuciem humoru. Każdy od czegoś zaczyna, niektórzy po prostu swoich pierwszych prób nie publikują, zaczynając ofensywę w Internecie od któregoś z kolei, już bardziej udanego materiału. Osoby, które umieszczają fan-made'owe materiały często nie mają w tym praktycznie żadnej wprawy i stawiają pierwsze kroki po to właśnie, by - po primo - się przełamać, a po drugie liczą na jakieś słowa konstruktywnej krytyki, chcą, by ktoś je lekko objechał, jednocześnie pokazując w czym leży problem i sugerując jakieś remedium na jego rozwiązanie. Niestety internauci, którym przyświeca myśl Wielkiej Krucjaty, uważają, że jak w starożytnej Sparcie, każdy musi urodzić się półbogiem i wszystkie niedoskonałości i skazy trzeba zdusić w zarodku, niczym Spartiaci zabijający chore niemowlęta. Tacy zbawiciele Internetu objeżdżają kogoś pustymi, nie zawierającymi w znacznej mierze żadnego przesłania, słowami krytyki, jak komentarze, o których napomknął Krzysztof. W takiej sytuacji osoba publikująca, jeśli nie znajdzie w czymś "oparcia" (jakkolwiek by to w tym kontekście zabrzmiało), zjechana od góry do dołu, często zaprzepaszcza szansę na poprawę, po prostu rzucając cały pomysł w cholerę. I właśnie w ten sposób umierają ludzie, którzy robią coś porządnie, a świat zapełniają nam nieokrzesani laicy - ci, którzy mają na coś szansę, giną w fali krytyki, a pozostają ci, którzy robią coś na tyle "przyzwoicie", że krytyka ich omija, a oni schlebiając własnemu ego, zatrzymują się na poziomie strawnej papki. Osobiście uważam, że komentarz względem produkcji początkującego, powinien być takim lekkim kuksańcem - z jednej strony głaszczącym za pomysł i dobre chęci, ale z drugiej dającym lekkiego kopniaka ku odpowiednim drzwiom. Krytykujmy więc tak, aby zachęcić kogoś do intensywniejszej pracy nad sobą, a nie wrzucenia kolejnego projektu do śmietnika. Nic nie robi się samo.
Na moce Leptysa, calm down. Ja tam LP nie słucham, więc się nie wypowiadam, ale Wasze komentarze są cokolwiek niepoważne. Niezależnie od tego jakie na serio zdanie mają Lord i Koniu, mogą sobie mówić co chcą, zwłaszcza, że to nie była krytyka, tylko (a przynajmniej ja to tak odczytałem) bardziej "humorystyczna" wstawka mająca wywołać białą gorączkę u wszystkich fanboy'ów tegoż zespołu. Nie chcę się tu wymądrzać, bo być może nie mam racji, ale niezależnie od tego co rzekli w Przed Seansem, niektóre reakcje są zupełnie nieadekwatne, a te groźne komentarze są czasem godne trzech popcornów. Mamy na świecie miliony miłośników Chopina, którzy "odkrywają go po swojemu", a wymowne miny Lorda i Dela nie robią wśród nich takiego fermentu jak wzmianka o LP. Zwłaszcza, że ten trailer czy cokolwiek to jest jest badziewiasty, ni to trailer ni to reklama. Po prostu panowie uznali całą tą "kampanię" za lekko odchyloną :) Żeby mnie nikt źle nie zrozumiał, nie mam ani zamiaru ani ochoty czepiać się kogokolwiek, bo nie mam tu nic do powiedzenia, ale po prostu niektóre komentarze są dla mnie wzięte z jakiegoś spróchniałego sufitu. Co do samego programu - wiadomo, że lecą grube suchary i betony i autorzy doskonale zdają sobie sprawę, że tworzą farsę farsy, nikt tu nikomu nie wmawia, że to jest "śmieszne", co zresztą zależy od gustów. Mi się formuła programu podoba, bo nie oglądam go, żeby posłuchać "jaki świeży dowcip zarzuci ekipa tvgry" tylko by obejrzeć sobie program tworzony przez ludzi z dystansem i dla ludzi z dystansem podchodzących do padających w nim komentarzy. Zapewne w internecie są materiały, w których ekipy omawiają jakość renderowania CGI i kierunkowość oświetlenia (whatever), więc każdy ogląda, co mu w danej chwili pasuje.
BTW, pozdrawiam, bo to mój pierwszy post, choć śledzę od dłuższego czasu.