Newsroom Wiadomości Najciekawsze Komiksy Tematy RSS
Wiadomość opinie 20 czerwca 2022, 16:20

autor: Aleksandra Wolna

Spędziłam 150 godzin w serii, o której już prawie zapomniałam

Kreskówki i gry na Gameboya, zabawki z żółtą myszą na każdym straganie... 20 lat temu pokemony były wszechobecne. Co dzieje się z nimi teraz? Przez jakiś czas mnie to nie interesowało, ale dziś znów czuję ich moc.

Każdy zna Pokemony, trudno ich nie kojarzyć. Nie każdy jednak w nie grał, zwłaszcza w Polsce, gdzie popularność konsol Nintendo jest znacznie mniejsza niż w wielu innych krajach. Nawet jeśli ktoś faktycznie zetknął się z Pokemonami bliżej i wypróbował tytuł bądź dwa, z łatwością zauważy, że gracze zaznajomieni z tą serią dzielą się na dwa „obozy”. Pierwszy z nich to zapalczywi fani – kupują wszystko (oczywiście w dwóch wydaniach, które różnią się jedynie drobnymi szczegółami) i pamiętają nazwy większości tych fikcyjnych stworków. Druga grupa to gracze, którzy po latach wypuszczania przez Nintendo kolejnych części serii są zwyczajnie znużeni. Patrząc na ten cykl obiektywnie, nie sposób zaprzeczyć, że jest mocno powtarzalny. Oczywiście mamy pewne wyjątki, ale w gruncie rzeczy wszystkie gry polegają na łapaniu pokemonów i staczaniu przez nie walk, do czego dorzucono odrobinę fabuły.

Bardzo długo byłam w tej drugiej grupie. Pograłam w jedną część, po paru latach w jakąś inną i omijałam większość ukazujących się po drodze, czując, że i tak niewiele tracę. Pokemony? Ładne, ciekawe, urocze. Rozgrywka? Dobra raz na jakiś czas, ale nużąca na dłuższą metę. Fabuła? Na pewno nie jest mocną stroną tych produkcji.

Spędziłam 150 godzin w serii, o której już prawie zapomniałam - ilustracja #1

Niespodziewana zmiana

Nadeszła jednak era Switcha i póki co wszystkie wydania „Poksów” na tę konsolę wniosły do serii coś świeżego. Obie wersje Let’s Go zapewniły najprostszą, tradycyjną wręcz zabawę w tym uniwersum i wprowadziły dużo miłych nowości w warstwie graficznej. Sword i Shield pozwoliły obserwować biegające swobodnie pokemony, które dotychczas były niewidzialne na mapie i pojawiały się jedynie w nagle rozpoczynających się walkach. Brilliant Diamond i Shining Pearl podrasowały klasyczną zabawę, pokazując trochę więcej dodatkowych funkcji i atrakcji w świecie Pokemonów w ulepszonej oprawie graficznej. A potem wyszło Pokemon Legends: Arceus.

Spędziłam 150 godzin w serii, o której już prawie zapomniałam - ilustracja #2

Gdybym nie znała tych gier i nie miała wyrytego w głowie na stałe obrazu Pikachu, tak głęboko zakorzenionego w kulturze popularnej, pewnie nie zgadłabym, że ta gra to Pokemony. Rzecz jasna, mamy same stworki, mamy pokeballe, do których je łapiemy, więc główna mechanika jest raczej oczywista. Cała reszta wydaje się jednak absolutną nowością – po owej serii spodziewałam się chodzenia kratka po kratce po mapie z nieruchomą kamerą od góry. Byłam pewna, że nie zobaczę podczas eksploracji pokemonów i zamiast tego, brodząc w wysokiej trawie, dostanę powiadomienie, że atakuje mnie Eevee czy też inny stworek. Nastawiałam się na rozgrywkę skupioną na rozwijaniu i ewoluowaniu złapanych istotek oraz poruszaniu się od miasta do miasta, tymczasem w Legends: Arceusie nie było absolutnie nic takiego.

O co chodzi z tym Arceusem?

Pokemon Legends: Arceus to jedna z głośniejszych premier tego roku na Nintendo Switch. Najprawdopodobniej głównie dlatego, że bardzo różni się od wcześniejszych części Pokemonów, którym nie brak powtarzalności, tytuł ten przyciągnął do siebie wielu nowych graczy. Tak też stało się i ze mną – po zapomnieniu o serii na wieki spędziłam z Arceusem 150 godzin. Wciągnął mnie ogromny i bardzo zróżnicowany półotwarty świat, mnóstwo pobocznych zadań i przede wszystkim zabawa związana z oglądaniem pokemonów w ich naturalnym środowisku. Przy Legends: Arceusie seria pokazała, że nie tylko potrafi zapewnić graczom porządne, dość klasyczne RPG, ale też iść z duchem czasów. Kamera nie pozostaje już nieruchoma w jednym rzucie, tylko podąża za nami, a grunt pod stopami nie jest już podzielony na maleńkie pola. Wisienkę na torcie w tej świetnej grze, która zaskoczyła mnie tak pozytywnymi zmianami w dużej części gameplayu, stanowi całkiem udana fabuła (i nieźle pomyślanych aż 120 misji pobocznych).

Spędziłam 150 godzin w serii, o której już prawie zapomniałam - ilustracja #3

NIE WSZYSTKIM SIĘ PODOBA

Mimo że na ten tytuł spadło sporo krytyki – to pierwszy półotwarty świat z prawdziwego zdarzenia w ramach tej franczyzy i wielu graczy uważa, że zdecydowanie za dużo w nim pustki – ja się z tym nie zgadzam, bo gdyby na tak ogromnych mapach występowały jeszcze znajdźki, gry nie ukończyłabym pewnie do przyszłej zimy. Wspomniana „pustka” pozwala skupić się na samych potworkach. Z krytyką spotkał się też brak dubbingu typowy dla wielu japońskich gier, w tym dla Pokemonów.

Jak córka marnotrawna wróciłam do serii i błagam o przebaczenie za te lata, przez które trzymałam się od niej z daleka. Pokemon Legends: Arceus tym powiewem świeżości, którego od dawna mi brakowało, sprawiło, że znów świeciły mi się oczy przy udanych rzutach pokeballem i zdawało mi się, że nigdy tak naprawdę nie zapomniałam setek nazw poszczególnych stworków.

Rozgrywka jest tu, wbrew pozorom, bardzo zróżnicowana. Mogłoby się wydawać, że to tylko bieganie dookoła i walki pokemonów, ale do tego wszystkiego dochodzi cała masa urozmaiceń. Mamy samodzielne tworzenie pokeballi i innych przedmiotów z zebranych roślin, kamieni itp., bardzo rozbudowany kreator postaci i całą masę pobocznych misji. Przede wszystkim jednak samo zapełnianie pokedexu, co stanowi główny cel gry, nie jest powtarzalne – każdy napotkany gatunek pokemonów wymaga wykonania zupełnie innych zadań po to, by gra nam go „zaliczyła”.

Jedyny aspekt, który trudno mi uznać za jednoznaczną zaletę, to niski poziom wyzwania. W grze, jak to w Pokemonach, nie mamy wyboru stopnia trudności, a ona sama jest dość łatwa; możliwość uniknięcia walk czyni ją jeszcze łatwiejszą niż zwykle, bo nie musimy użerać się z pokonywaniem w kółko tych samych potworków. Dzięki temu Arceus to raczej relaksująca, przyjemna rozgrywka, a momentów sprawiających, że rozważnie planujemy każdy ruch, jest tu niewiele. Ciężko trudność uznawać za wadę, ale mnie osobiście momentami brakowało nieco prawdziwych wyzwań na ogromnych terenach Hisui. Wydaje mi się, że dodanie paru bardziej wymagających elementów wyszłoby grze na plus, nie wpływając zbytnio na fakt, że Pokemony z zasady są raczej proste.

I oby tak dalej

A co z kolejnymi odsłonami serii? Wygląda na to, że od teraz będzie jej bliżej do Arceusa niż do poprzednich gier. Niedawno zapowiedziane Pokemon Scarlet i Pokemon Violet znów skupią się na otwartym (przynajmniej częściowo) świecie. W trailerze widzimy skradanie się z pokeballem, co sugeruje, że ponownie, zamiast nagłych starć, będziemy mogli sami wybrać, czy wchodzimy w interakcje z pokemonami swobodnie poruszającymi się po mapach. Same regiony, które przez krótkie momenty da się dostrzec w zapowiedziach, bardziej przypominają rzeźbą terenu te z Arceusa niż płaskie obszary z poprzednich gier, a całość jest utrzymana w zbliżonym do niego stylu graficznym. Dodatkowo nadchodzące tytuły mają umożliwić rozgrywkę w co-opie, co na pewno ułatwi od dawna już sprawnie funkcjonujące wymienianie się pokemonami online. Na Scarlet i Violet zamawiam pre-order i jeśli od teraz seria będzie rozwijać się właśnie w takim kierunku, na pewno zamówię też każdy inny nadchodzący tytuł. Mogę też wróżyć z fusów i bujać w obłokach, ale wydaje mi się, że pokemony w wersji open world RPG sprawią, iż więcej osób na nowo zakocha się w tej serii. Albo też zakocha się w niej po raz pierwszy, czego po przygodzie z Arceusem szczerze zazdroszczę, bo sama chętnie przeżyłabym ją jeszcze raz.

OD AUTORKI

Budowanie drużyny uroczych różowych pokemonów w Arceusie sprawiło mi taką frajdę, że znów czułam się jak za dzieciaka, kiedy napotykanie nowych gatunków tych stworków zawsze wzbudzało wielkie emocje. Widzę w grze pewne niedociągnięcia, o których często wspominają inni recenzenci, ale żadne z nich nie przeważyło nad autentyczną radością, jaką sprawiła mi rozgrywka. Miks znanych schematów z nowymi rozwiązaniami, zdający się kultywować teraz seria, to dla mnie rozwiązanie idealne. Za to bardzo chętnie usłyszę inne opinie na temat rozwoju Pokemonów – w komentarzach tutaj bądź na Instagramie.