Filmomaniak.pl Newsroom Filmy Seriale Obsada Netflix HBO Amazon Disney+ TvFilmy
Wiadomość filmy i seriale 9 września 2022, 10:04

autor: Marek Jura

Kto ma więcej powodów do zadowolenia - fani Tolkiena czy George’a R. R. Martina?

Choć to produkcje pod wieloma względami diametralnie inne, wciąż są ze sobą porównywane. Ród Smoka, nowy flagowy tytuł HBO, prequel Gry o tron, ma jak na razie bardzo wysoką oglądalność. Podobnie jak Pierścienie Władzy Amazona.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że mimo pojawiających się ostatnio porównań obu seriali produkcje w istocie nie stanowią dla siebie konkurencji. A przynajmniej nie w takim stopniu, by znacząco ucierpiała na tym oglądalność któregokolwiek z nich. Target Rodu Smoka to nie tylko fani fantastyki, ale też miłośnicy brutalnych rozgrywek politycznych. To na nich opiera się siła serialu. We Władcy Pierścieni polityka również się pojawia – jakżeby inaczej – jednak obserwujemy ją z zupełnie innej perspektywy. Najwięksi fani Tolkiena niekoniecznie muszą być wielbicielami Martina i na odwrót.

Martin wciąż nie skończył Wichrów zimy. Ale książkowy pierwowzór Rodu Smoka już tak!

Ród Smoka został wyprodukowany przez HBO we współpracy George’em Martinem, autorem powieści Ogień i krew, na której motywach serial jest oparty – tym samym gościem, który stworzył sagę Pieśni lodu i ognia, pozwolił gigantowi streamingowemu na realizację Gry o tron i… wciąż nie napisał Wichrów zimy.

Kto ma więcej powodów do zadowolenia - fani Tolkiena czy George’a R. R. Martina? - ilustracja #1

Ród smoka, 2022, HBO

Wiadomo już, że pojawi się drugi sezon, a zważywszy na wysoką oglądalność, nie powinno być problemów również ze sfilmowaniem kolejnych (o ile stacja i Martin będą tym tematem zainteresowani). HBO nie żałuje na efekty specjalne, ze szczególnym uwzględnieniem smoków, jeszcze efektowniejszych niż w Grze o tron. Mimo to najwięcej w Rodzie Smoka dzieje się nie na polach bitew, a w zaciszu zamkowych komnat.

Gra o tron okazała się nie tylko największym sukcesem HBO, ale też czymś więcej niż serial. Przez kilka lat fani na całym świecie śledzili losy swoich ulubionych bohaterów, razem z nimi przeżywając ekranowe cierpienia, miłosne uniesienia, a nierzadko i tortury. Ramsay Bolton stał się jednym z najbardziej znienawidzonych łotrów w historii produkcji telewizyjnych, a nowo narodzone dziewczynki w realnym świecie były nazywane tak samo jak Smocza Królowa. Jakież musiało być zaskoczenie ich rodziców, kiedy obejrzeli ostatni sezon…

Co zaczął ojciec, syn dokończył

Czynny udział w tworzeniu scenariusza kolejnych odcinków bierze udział George Martin, autor książkowego pierwowzoru. Pisarz mimo publikowania obszernych powieści zaledwie raz na kilka lat, wciąż ma w dorobku znacznie więcej książek, niż Tolkien wydał do późnej starości. Angielski profesor pracował nad każdą z nich nieprawdopodobnie pieczołowicie. A kiedy tylko uznał, że nie udało mu się napisać o wszystkim, co chciał, odkładał notatki na półki.

Kto ma więcej powodów do zadowolenia - fani Tolkiena czy George’a R. R. Martina? - ilustracja #2

Władca Pierścieni: Pierścienie Władzy, 2022, Amazon Prime Video

I gdyby nie jego syn, niedawno zmarły Christopher Tolkien, zapewne do dziś znalibyśmy tylko Hobbita i Władcę Pierścieni. Ale kustosz ojcowskich dzieł przez kilkadziesiąt wydawał kolejne z jego niedopisanych książek: Silmarillion, Niedokończone opowieści, Księgę zaginionych opowieści, Dzieci Hurina, Berena i Luthien, Upadek Gondolinu oraz 13-tomową encyklopedię Śródziemia.

Choć prawa do ekranizacji serialu Amazona obejmują tylko Władcę Pierścieni, mroku tam tyle, co w Silmarillionie

Galadriela, jedna z głównych bohaterek produkcji Amazona, nie jest tą samą postacią co w trylogii Jacksona. Jest młodsza, odważniejsza i… mniej przejmuje się losem śmiertelników, przynajmniej jeśli chodzi o jednostki. Pod tym względem wydaje się postacią wyjętą wręcz z Rodu Smoka. Jednak jako że crossover obu produkcji wydaje się nawet nie do końca śmiesznym żartem, można sądzić, że bezduszność Galadrieli miała służyć pokazaniu jej żelaznej konsekwencji w dążeniu do celu i oderwania od świata śmiertelników.

Kto ma więcej powodów do zadowolenia - fani Tolkiena czy George’a R. R. Martina? - ilustracja #3

Władca Pierścieni: Pierścienie Władzy, 2022, Amazon Prime Video

W końcu zresztą elfka poznaje człowieka, któremu decyduje się zaufać. Wątek ten prawdopodobnie będzie kontynuowany w następnych odcinkach i może przynieść oczekiwane przez dużą część widzów zagęszczenie akcji. Na razie dzieje się bowiem mało. Zupełnie jak u Tolkiena. Najpierw klimat, potem fabuła – to zdanie wydaje się trafnie podsumowywać nie tylko dzieła mistrza fantastyki, ale i twórców serialu.

Choć prób ekranizacji dzieł Tolkiena było na pęczki, do skutku doszła zaledwie jedna oficjalna aktorska (oraz jedna animowana). Ale za to jaka! Peter Jackson nakręcił trylogię, za którą zgarnął nie tylko worek branżowych nagród (z Oscarami na czele), ale też miłość fanów angielskiego pisarza, doceniających tak wierne przeniesienie ich ulubionej powieści na ekran. Z Hobbitem wprawdzie nowozelandzkiemu reżyserowi poszło nieco gorzej, ale to wciąż absolutna klasyka filmowej fantastyki.

Jak opowiadać o niczym tak, by nie dało się oderwać oczu od ekranu

Sformułowanie „opowieść o niczym” to zdecydowanie przesada, ale przez pierwsze dwa długie odcinki we Władcy Pierścieni: Pierścieniach Władzy pojawiają się na dobrą sprawę jedynie dwaj niezbyt groźni jeszcze przeciwnicy. W każdym przypadku walka trwa bardzo krótko. Być może to zasługa reżysera widowiska, Juana Bayony, lubującego się w stawiających na niedopowiedzenie horrorach (Sierociniec). Akcja nie równoważy suspensu, którym twórcy wypchali odcinki aż po brzegi. Lecz mimo takiej narracyjnej nierównowagi ten zabieg wciąż nie pozwala nam się nudzić – chcemy więcej i więcej, a to, co ledwie zasugerowane, sprawia, że trudno się doczekać trzeciego i czwartego odcinka.

Kto ma więcej powodów do zadowolenia - fani Tolkiena czy George’a R. R. Martina? - ilustracja #4

Władca Pierścieni: Pierścienie Władzy, 2022, Amazon Prime Video

Z Rodem Smoka jest zupełnie inaczej. Twórcy od razu wrzucili nas na głęboką wodę, spodziewając się, że większość odbiorców dobrze pamięta jeszcze Grę o tron. I choć akcja rozgrywa się na długo przed walką o Żelazny Tron znaną z największego hitu stacji, fani GoT od początku powinni poczuć się jak u siebie w domu. Ekipa odpowiedzialna za kręcenie bardzo się zmieniła, podobnie jak zresztą obsada aktorska, ale to wciąż serial epicki i… kameralny jednocześnie.

Trudno nie zakochać się w Śródziemiu

Pod względem rozmachu scenograficznego i plenerowego trudno w ogóle porównywać obie produkcje. Najważniejsza jednak różnica polega na tym, w jaki sposób kamera pozwala widzowi odbierać wydarzenia. W Pierścieniach Władzy pokazuje nam ona Śródziemie. Fantastyczną krainę, w której mieszkają i żyją mniej lub bardziej magiczne istoty. W Rodzie Smoka w centrum wydarzeń znajdują się natomiast ludzie, zamieszkujący przy okazji Westeros.

Kto ma więcej powodów do zadowolenia - fani Tolkiena czy George’a R. R. Martina? - ilustracja #5

Ród smoka, 2022, HBO

Gdyby z Pierścieni Władzy wyciąć wszystkich bohaterów i wstawić zamiast nich zupełnie przypadkowych, serial wciąż hipnotyzowałby tolkienowską magią. Postacie z Rodu Smoka można by natomiast przenieść w jakiekolwiek inne uniwersum, a ich intrygi, przemiany charakterologiczne i nagłe zgony angażowałyby tak samo. Tych ostatnich jak na razie trochę się oszczędza, ale przecież, żeby śmierć bohatera była dla widzów naprawdę bolesna, trzeba ich do niego najpierw przywiązać.

Czołówka Rodu Smoka daje radę, ale soundtrack z Pierścieni Władzy kradnie całe show

To, co da się porównać, to oprawa muzyczna. Ramin Djawadi, autor słynnej czołówki z Gry o tron, znów daje się słyszeć przede wszystkim na początku, potem dbając przede wszystkim o to, by nie zagłuszyć głównych bohaterów. Miejsca na dłuższe fragmenty pozbawione dialogów po prostu nie ma, więc i kompozytor ma do wykonania zupełnie inną rolę niż muzyk z produkcji Amazona.

Bear McCreary, bo o nim mowa, mógł pójść na całość. W przypadku Pierścieni Władzy za wrażenie epickości i rozmachu odpowiada między innymi wyrazista, niejednorodna ścieżka dźwiękowa. Kiedy trzeba, McCreary ledwo wybija się ponad dźwięki przyrody, tkając muzykę tyleż delikatną, co trudną do zapamiętania. Kiedy jednak należy zwrócić uwagę na zmianę miejsca wydarzeń czy tonu opowieści, potrafi dostarczyć widzom niezwykle dynamiczne kawałki. Motyw krasnoludzki to prawdziwy majstersztyk. Choć to dopiero początek serialu, jestem przekonany, że cały soundtrack McCreary’go wytrzyma porównanie z legendarną już ścieżką dźwiękową Shore’a z filmowej trylogii Petera Jacksona.

Wyrazisty książę Durin i nijaki Elrond

Pod względem aktorskim nieco lepiej zdaje się prezentować Ród Smoka. Milly Alcock, czyli młoda księżniczka Rhaenyra Targaryen, doskonale sprawdza się w roli buntowniczki. Szczególnie dobrze widać to, kiedy dochodzi do spięć z jej ojcem (w tej roli Paddy Considine). Być może nawet jeszcze lepiej radzi sobie Matt Smith wcielający się w księcia Daemona. Na razie brakuje trochę wyrazistych postaci drugiego i trzeciego planu, ale przecież w Grze o tron większość z nich również zwróciła na siebie uwagę później.

Morfydd Clark jako młodsza, bardziej bojowa wersja Galadrieli, sprawdza się przyzwoicie. Może trochę sztuczne wydają się jej patetyczne zapewnienia o konieczności ochrony ludności Śródziemia, ale to naprawdę dobry casting. Trochę ciężej przyzwyczaić mi się do Roberta Aramayo jako młodego Elronda – trudno się dopatrzyć w jego grze rażących uchybień w sztuce, ale brakuje mu iskry Hugo Weavinga; jego kreacja wydaje po prostu nijaka. Na jego tle cudownie wyraziście prezentują się Arthur Owain (krasnoludzki książę Durin IV) i Sophia Nomvete (jego żona, księżniczka Disa).

Kto ma więcej powodów do zadowolenia - fani Tolkiena czy George’a R. R. Martina? - ilustracja #6

Ród Smoka, 2022, HBO

Smoki ładniejsze niż kiedykolwiek

CGI więcej jest w Pierścieniach Władzy. HBO wykorzystuje komputerowe efekty specjalne przede wszystkim do stworzenia realistycznego (o ile można użyć tego określenia w odniesieniu do istot fantastycznych) wizerunku smoków. I wychodzi im to naprawdę genialnie! Gdyby smoki istniały, po prostu musiałyby wyglądać tak, jak te z Rodu Smoka.

Produkcja HBO dobrze operuje greenscreenami, kiedy tylko jest to potrzebne – sam zauważyłem fakt niekręcenia jakiejś sceny w plenerze dopiero po uprzednim zapoznaniu się z danymi dotyczącymi sposobu filmowania. Gorzej rzecz się ma w przypadku animacji stworzeń fantastycznych. Orkowie z trailera prezentują się o niebo lepiej niż w drugim odcinku. Szkoda, bo zepsuło to odbiór sceny, w której młody mieszkaniec wioski pierwszy raz styka się ze spaczonymi stworzeniami.

Radujmy się wszyscy – wreszcie dostajemy takie epickie fantasy, jakie chcemy!

Mimo że obie produkcje nie są jeszcze ideałami, już stały się wyznacznikami wysokiej jakości w swoich gatunkach. Piszę „gatunkach”, bo mimo tego, że jeden i drugi serial można zaliczyć do grona „fantastycznych”, klimat, uniwersum i grupa docelowa są tak inne, że niezwykle trudno dokonać nawet ich ogólnego porównania. Każdy z nich zapowiada się na świetny tytuł. I mam nadzieję, że zarówno fanom Tolkiena, jak i miłośnikom Martina przypadną one do gustu.

O autorze

Jeżeli chodzi o książki, trochę bardziej wolę Tolkiena niż Martina. Jeżeli chodzi o widowiska ekranowe, stawiam je na równi. Wciąż też żałuję, że nigdy nie dostaliśmy drugiego sezonu growej opowieści o Forresterach od Telltale. Do premiery obu seriali podchodziłem z umiarkowanym optymizmem. I chociaż na razie żaden nie skradł mojego serca, na pewno będę od teraz regularnym gościem zarówno w Westeros, jak i Śródziemiu.