Wielka szkoda, że na żadnej z platform streamingowych nie można zobaczyć wersji reżyserskich (Director's Cut) dwóch pierwszych "Alienów". Dawno temu miałem ripy tych wydań z płyt Blue-ray, ale szlag trafił dysk, na którym je trzymałem. Od tej pory nie mogę nigdzie tego znaleźć. Wbrew pozorom całkiem sporo scen tam było: "8th passenger of Nostromo" miał np. moment kiedy Ripley odnalazła Dallasa uwięzionego w kokonie, "Aliens" od Camerona miał tego jeszcze więcej np. sceny z wieżyczkami strażniczymi (sentry guns) czy Cartera Burke'a uwiezionego w ścianie ksenomorfów. No cóż, może kiedyś jeszcze to zobaczę...
We wszystkich częściach jest pełno dodanych smaczków lub wprowadzonych zmian. Pierwszą część w wersji reżyserskiej głównie przemontowano i jest nieco krótsza niż kinowa. W drugiej jest około 17 minut dodanych scen - m.in. ta, w której Elen dowiaduje się o losie swojej córki. Trzecia dostała najwięcej materiału bo około 30 minut - zmieniono np. nosiciela, z którego pierwotnie wylęgł się Xeno (z psa na woła). Nawet czwarta cześć dostała trochę materiału dodatkowego, który wydłuża film o około 7 minut.
Serdeczne dzięki za troskę i oferty panowie :) No cóż, z wiekiem spada popyt na szybkie i łatwe zaspokajanie błahostek, a rośnie zapotrzebowanie na święty spokój ;) W związku z tym, od wielu już lat omijam produkty "Zatoki" i innych podobnych. Z resztą, w erze powszechnej dygitalizacji wszystkiego co nas otacza, kto wie, być może za rok lub dwa doczekam się "Director's cut" w wersji 4K ze wszystkimi bonusami na którejś z platform. Z pozdrowieniem dla miłośników ksenomorfów ;)
To niepopularna opinia, ale pomimo bycia wielkim fanem uniwersum Alien, nie przepadam za pierwszą częścią. Moim zdaniem miejscami jest po prostu zbyt archaiczna i budżetowa, co niestety niszczy moją immersję i psuje mi odbiór całości. Uwielbiam pierwszą "połowę", aż do sceny kolacji i słynnego chestburstera, bo tam mamy głównie brudne hard SF - sceny kosmiczne, powierzchnię LV-426, wnętrza Nostromo, klimatyczną scenografię, kostiumy, rekwizyty, grę świateł, mroczne kadry, ciekawą pracę kamery, sugestywne udźwiękowienie - te elementy trzymają się zadziwiająco dobrze i ledwie czuć po nich te 47 lat na karku, więc obcowanie z nimi nadal potrafi sprawiać frajdę.
No ale potem zaczyna się horror, który mnie przyprawia o cringe i niestety zamienia mój odbiór film w niezamierzoną parodię. Głównie dlatego, że Xenomorph wypada tam po prostu źle. O ile samego kostiumu nie można się przyczepić, bo wygląda nieźle jak na końcówkę lat 70-tych i relatywnie niski budżet, to już niestety całkowicie położono tam kwestię choreografii, której w tym filmie zwyczajnie nie ma! Człowiek w kostiumie, wygląda jak... człowiek w kostiumie, nie za sprawą wdzianka, tylko zbyt ludzkiego zachowania (gestykulacji, postawy, sposobu poruszania itd.).
James Cameron, pracując nad Aliens, doskonale zdawał sobie sprawę, że ten element trzeba koniecznie poprawić, więc w roli Xeno obsadził gimnastyków i tancerzy, żeby zapewnić kosmitom większą gibkość i bardziej "nieludzkie", zwierzęce ruchy. Co więcej, opracował specyficzny sposób pokazywania ich na ekranie, przez co nigdy nie widzimy ich chodzących na dwóch nogach, a gdy się nie przemieszczają, są kadrowani tylko od pasa w górę (co maskuje ich wyprostowaną sylwetkę). Efekt jest niesamowity i jego Xenomorphy do dzisiaj wyglądają dobrze, choć oba filmy dzieli tylko 7 lat, a kostiumy w sequelu są niższej jakości (Cameron chciał dokładne kopie tego z "jedynki", ale budżet nie pozwolił, więc ostatecznie wykonano repliki sporo niższej jakości i pozbawione wielu detali oryginalnego przebrania).
Ekipa "jedynki" o te kwestie nie zadbała, przez co kosmita prezentował się na ekranie dosyć kiepsko, a filmowcy zdawali sobie z tego sprawę już w 1978. Stąd decyzja, żeby pokazywać głównie jego robotyczne szczęki, z których słusznie byli bardzo dumni (do dziś robią wrażenie!), a ograniczać prezentowanie aktora w kostiumie, dodatkowo maskując jego aparycję odpowiednim kadrowaniem i szybkimi cięciami (stąd mamy np. scenę słynnego "przytulaska" z Dallasem...). Niestety, dla mnie to jest element kompletnie niszczący nastrój filmu, ilekroć widzę aliena na ekranie, mam poczucie oglądania kiepskiej parodii i cały klimat horroru znika. Swoje dokłada też Ash z okropnym woskowym modelem i żenującą choreografią w scenie "śmierci", gdzie android turla się po ścianach i wydaje piskliwe dźwięki... Ian Holm przyznał zresztą, że była to jego własna, w pełni improwizowana interpretacja tego, jak mógłby wyglądać "umierający robot", bo tylko takie wskazówki dostał od Scotta. W jego wyobrażeniu miało to wyglądać jak "psująca się, mechaniczna zabawka", nie było zaplanowanej, wyuczonej choreografii, tylko poszli na żywioł i jak dla mnie, wyszło okropnie.
Dla mnie zdecydowanie wygrywa sequel. Wolę horrory od filmów akcji, ale dla mnie "dwójka" jest zwyczajnie bardziej ponadczasowa i lepiej się stażeje.