"Piractwo mogło oznaczać stratę pieniędzy" ?
Pirat nie wyciąga żadnych pieniędzy z kieszeni dewelopera i nie generuje żadnych kosztów ani strat, po prostu tych pieniędzy do niej nie wrzuca, choć powinien. Wbrew pozorom jest to spora różnica. Powinno być "Piractwo mogło oznaczać mniejsze zyski".
Dalej, do czego zmierzam. Wyleczylem sie z kupowania gier po 300-400 zl ktore są poprostu gównem i na fali hype doją kase gdzie moga, multum DLC gdzie to powinno byc w podstawcea wypuszczaja gry Early Access i mijaja 2 lata zanim gra ' poprawna '. O grach usługach nie wspomnę nawet, studnia bez dna.Jesli coś spirace, to tylko w ramach testu a jeśli jest to warte swojej ceny, kupuje i wspieram.
Najlepszym przykładem jest RE : Requiem. Kupilem w ciemno, chodziło pieknie na starym lapku z gtx. Stabilne 60 FPS, grafa +/- srednie. A wypuszczaja takie gnioty na UE5 z brakiem jakichkolwiek optymalizacji a później wołają RTX5070 jako minimum, albo na odwrót. Niby wymagania słabe, a grac sie nie da bo - brak optymalizacji
Ale w tamtędy czasach istnieli piraci-handlarze, co kopiują cudze gry i nagrywają na dyskietki lub płyty CD, by potem sprzedać na pchli targu. Wtedy to był prawdziwy kradzież, bo ukradli cudze zysków. Do czasu, aż prawa autorskie został wprowadzony do życia, oczywiście.
Doom powstał w czasach, kiedy prawa autorskie dla gier nie było i nikt z policja nie ścigał za to. Twórcy gier wtedy nie mieli nic do gadanie.
No, nadal są piraci, co udostępniają gry na własne strony i przy okazji zarabiają na reklamy. Też pobierali opłaty od graczy-piraci za "utrzymanie strony" (jasne, bo uwierzę...). To też kradzież. Też są piraci, co zarabiali na piracki World of WarCraft (ostatnio było głośno).
Więc nie jest to takie proste, jak niektórzy mogłoby się wydawać. Nie wszyscy piraci udostępniają gry za darmo i nie robią to bezinteresowne. Zawsze mają jakiś w tym interesie.
Sedno wypowiedzi Romero dotyczyło zliczenia użytkowników legalnych kopii shareware jako piratów, co zakłamuje statystyki. To trochę tak jakby użytkowników wersji demonstracyjnych zaliczać do piratów :P
Model dystrybucji sprawdzał się w celach marketingowych. Gra robiła zasięgi, stawała się rozpoznawalna. Jak komuś podobała się wersja shareware, to mógł kupić pełną bezpośrednio od producenta. Zwłaszcza jak gra nie miała dużego wydawcy i miejsca na sklepowych półkach, więc developerzy sprzedawali swoje produkcje wysyłkowo w odpowiedzi na listowne zamówienie z gotówką lub czekiem. Tak przynajmniej działało to w USA.
Sam m.in. dzięki shareware'owym kopiom Exile Jeffa Vogela wkręciłem się w komputerowe RPG. W ogóle w połowie lat 90. sporo shareware'u latało na dyskietkach wśród rodziny i kolegów. Blizzard miał swoje "spawns" - tak chyba nazywali te wersje shareware, że można było komuś płytę z grą pożyczyć, żeby sobie zainstalował taką ograniczoną wersję i pograł np. pierwszych kilka leveli w Diablo i namyślił nad zakupem.
Największą bolączką jest liczenie strat na podstawie pirackich kopii uznając, że wszyscy piraci kupiliby oryginał po jakiejś tam cenie.
Romero przynajmniej sensownie to wyjaśnił i obnażył obłudę Petersena, bo gość pracował przy czymś i nawet do końca nie wiedział przy czym jak widać. Zawsze mnie też to trochę bawi jak niektórzy twórcy gier narzekają na ciężką pracę, tak jakby to oni jedyni tylko zmagali się z czymś takim. Zawsze do wyboru są ciekawsze zajęcia jak choćby kamieniołomy.