Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać

State of Decay Recenzja gry

Recenzja gry 10 czerwca 2013, 18:00

autor: Hed

Recenzja gry State of Decay - sandbox w realiach apokalipsy zombie

State of Decay to „GTA w klimatach apokalipsy zombie” z systemem budowania społeczności ocalałych i permadeathem. W recenzji przekonujemy, że ta bezpardonowa i brzydka gra potrafi być piekielnie satysfakcjonująca.

Recenzja powstała na bazie wersji X360. Dotyczy również wersji PC

PLUSY:
  • Ciekawa symulacja małej społeczności po apokalipsie;
  • spory świat z wieloma atrakcjami;
  • satysfakcjonujący system starć;
  • spójny klimat survivalu – błędy kończą się śmiercią;
  • dobrze wykonane podstawy: sterowanie, walka, strzelanie itd.
MINUSY:
  • niedoróbki techniczne – jest ich wiele, ale tylko sporadycznie przeszkadzają,
  • przeważnie dość paskudna grafika.

Zombie. Wszyscy mamy dość tego oklepanego i eksploatowanego do granic możliwości motywu, prawda? Nieprawda, bo ostatnich parę przykładów pokazuje, że wciąż uwielbiamy gry z umarlakami. Warunkiem jest, że muszą gwarantować frajdę lub ciekawe historie, co zaoferowało chociażby The Walking Dead studia Telltale. State of Decay to również taka produkcja. Dzieło studia Undead Labs wygląda niepozornie, graficznie wręcz odpycha, ale przy bliższym kontakcie niesamowicie wciąga i zadziwia ambicjami autorów. Ci wymyślili sobie, że połączą bezpardonowość komiksu Roberta Kirkmana z pełnoprawnym systemem walki o życie i nadzorowania grupy oraz otwartym światem. Przed Wami udana krzyżówka The Walking Dead, Dead Rising oraz Grand Theft Auto.

Nowy (nie)ład społeczny

W State of Decay zaczynamy jako Marcus, wysportowany i rezolutny mężczyzna, który podczas wycieczki krajoznawczej staje w obliczu epidemii zmieniającej ludzi w zombie. Jak widać, fabularnie autorzy z Undead Labs nie silą się na żadne imponujące odejścia od reguły. Raczej powtarzają znane schematy. Szybko okazuje się, że ludzie zostali pozostawieni sami sobie i powstaje nowy porządek społeczny: rządzą najsilniejsi i potrafiący sobie radzić. Gdzieś w tle formuje się pewna społeczność kierowana przez prawo. Przez całą historię przewijają się też oddziały wojska, najwyraźniej niezbyt zainteresowane losem postronnych cywilów. Innymi słowy – typowe środowisko z typowymi wątkami fabularnymi. Mimo to historia potrafi zainteresować– do końca nie wiadomo przecież, czy ludziom się powiedzie. Tym bardziej że w State of Decay, wzorem wspomnianego The Walking Dead, śmierć jest na porządku dziennym. Różnica polega na tym, że tutaj – aby jej zapobiec – nie wystarczy wybrać odpowiedniej opcji dialogowej czy rozdać batoniki. Trzeba się sporo napracować.

Recenzja gry State of Decay - sandbox w realiach apokalipsy zombie - ilustracja #2Studio Undead Labs powstało w 2009 roku z inicjatywy Jeffa Straina, byłego pracownika Blizzard Entertainment (World of Warcraft) oraz współzałożyciela ArenaNet (Guild Wars 2). Przeszłość tego producenta nie jest bez znaczenia, bo State of Decay, określane wewnętrznie jako Class3, ma być pierwszą z paru gier o zombie. Druga, Class4, przeniesie rozgrywkę w tryb online.

State of Decay „prowadzi się” jak Grand Theft Auto. Sterując bohaterem, eksplorujemy na piechotę lub za kierownicą samochodów sporych rozmiarów otwarty świat z nielicznymi tylko ograniczeniami geograficznymi. Przez prawie cały czas, z drobnymi przystankami, możemy podążać za znacznikami misji, aby rozwijać fabułę. Warto jednak zbaczać z tego kursu, żeby zaglądać do okolicznych domów w poszukiwaniu zasobów, sprzętu lub innych ocalałych. Ci ostatni współtworzą kierowaną przez nas społeczność, zamieszkującą początkowo pewien kościółek. Z czasem możemy przenieść się do innych, być może usytuowanych w bardziej strategicznych miejscach domów. Grupa ludzi na karku oznacza odpowiedzialność – trzeba im zapewnić bezpieczeństwo, żywność, łóżka oraz opiekę medyczną. Dużo roboty jak na jednego bohatera, co? Gra ma na to odpowiedź: możemy swobodnie przełączać się między zaprzyjaźnionymi postaciami, aby dać odpocząć Marcusowi, co jest w zasadzie konieczne, bo przy nadmiernym wysiłku bohaterom obniżają się pewne statystyki. Każdą z osób występujących w grze opisano określonymi cechami i umiejętnościami, więc otrzymujemy nieco odmienne style rozgrywki. Niezmienne pozostaje to, że cały czas trzeba pamiętać o jednym. Walka o życie to nie przelewki.

W tym roku w maratonie miejskim wygrywa pan w czapce i z pistoletem. - 2013-06-10
W tym roku w maratonie miejskim wygrywa pan w czapce i z pistoletem.
Recenzja Hyrule Warriors: Age of Calamity - zabiłem 75 000 potworów i dobrze mi z tym
Recenzja Hyrule Warriors: Age of Calamity - zabiłem 75 000 potworów i dobrze mi z tym

Recenzja gry

Hyrule Warriors: Age of Calamity to nie jest być może Zelda, na którą czekaliście – to jednak naprawdę dobra gra z gatunku musou, która wyjmie wam kilkadziesiąt godzin z życia.

Recenzja gry Call of Duty: Cold War - zimna wojna i gorące wybory
Recenzja gry Call of Duty: Cold War - zimna wojna i gorące wybory

Recenzja gry

Po wielkim restarcie marki Modern Warfare, odświeżenia doczekała się także seria Black Ops. Przygody Masona, Woodsa i Hudsona powracają w świetnym stylu, bo Cold War to jedna z najlepszych kampanii w historii CoD-a!

Recenzja Assassin's Creed Valhalla - to jest Asasyn, którego szukacie
Recenzja Assassin's Creed Valhalla - to jest Asasyn, którego szukacie

Recenzja gry

Miniony tydzień był cholernie intensywny. Spędziłem go z grą AC Valhalla, u boku Eivor, dzielnej wojowniczki z Norwegii, która wraz z bandą przyjaciół wyruszyła do Anglii, żeby zbudować swój dom.