Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać
Recenzja gry 2 lutego 2009, 10:16

autor: Krystian Smoszna

Gra od 1985 roku i nadal mu się nie znudziło.

F.E.A.R. 2: Project Origin - recenzja gry

F.E.A.R. 2: Project Origin w polskich sklepach już za niecałe dwa tygodnie. Czy kontynuacja jest w stanie przywrócić serii dobre imię zszargane dwoma słabymi dodatkami do pierwszej części?

Recenzja powstała na bazie wersji PC.

O wydanej w 2005 roku grze F.E.A.R.: First Encounter Assault Recon można powiedzieć wiele rzeczy, ale na pewno nie to, że była to gra doskonała. Dzieło firmy Monolith Productions na dłuższą metę nudziło i męczyło monotonnymi, mało urozmaiconymi lokacjami. Co innego tryb multiplayer. Zmagania w sieci okazały się strzałem w dziesiątkę i przyciągnęły do tej strzelaniny masę graczy, co niewątpliwie zaskoczyło samych twórców, nie zdających sobie najwyraźniej sprawy, że w tej materii odwalili kawał dobrej roboty.

Marnej sytuacji kiepskiego single’a nie poprawiły dwa beznadziejne rozszerzenia (Extraction Point i Perseus Mandate), którymi koncern Vivendi Universal uraczył żądnych krwi fanów w kolejnych latach. Żenująca próba wydojenia kasy po zerwaniu współpracy z Monolith Productions podziałała na mnie jak zimny prysznic. Szczerze przyznam, że mało brakowało, a w ogóle darowałbym sobie dalszy kontakt z tą serią. Oba wspomniane wyżej gnioty skutecznie mnie do tego zniechęciły.

Od tamtej chwili minęło jednak sporo czasu, zdążyłem ochłonąć i powoli zacząłem śledzić informacje o Project Origin. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Najpierw obiecałem sobie, że dam serii jeszcze jedną szansę, a potem wyraziłem szczerą chęć zmierzenia się z drugim „strachem”. W końcu nadszedł ten dzień. Odpalając grę, byłem wypruty z emocji. Tak naprawdę chciałem jedynie zaspokoić ciekawość, przekonać się, czy opowieść o Almie faktycznie jest w stanie w pełni mnie zadowolić. Zgasiłem światło, założyłem słuchawki na uszy, podkręciłem głośność, a mym oczom ukazała się introdukcja. I wtedy przeniosłem się do innego świata... na bite 10 godzin.

Jest ładniej, bardziej kolorowo, ale wcale nie mniej krwawo i strasznie.

W F.E.A.R. 2: Project Origin gracz nie wciela się w członka drużyny F.E.A.R. (wskutek długotrwałych problemów z pozyskaniem licencji, jednostka ta została całkowicie pominięta w fabule gry), ale obejmuje kontrolę nad jednym z komandosów oddziału Delta – Michaelem Becketem, który wraz ze swoimi kompanami wyrusza z misją aresztowania Genevieve Aristide. Szefowa koncernu Armacham ma zostać ujęta za nadzór nad eksperymentami, które doprowadziły do kryzysu w Auburn. Proste, wydawałoby się, zadanie znacznie się komplikuje, gdy siły specjalne napotykają w budynku żołnierzy pułkownika Vaneka, przebywających tam z bliżej nieokreślonych powodów. Niedługo potem miastem wstrząsa wybuch nuklearny, sprawiając, że jego spora część zamienia się w kompletną ruinę.

Olbrzymia eksplozja sugeruje, że właściwa rozgrywka rozpoczyna się jeszcze przed zakończeniem pierwszej gry z serii F.E.A.R. i tak jest w istocie. Autorzy całkowicie pominęli żenujące rozszerzenia przygotowane przez firmę Timegate Studios i sami postanowili dopisać kolejny epizod do opowieści o Almie. Mała dziewczynka, ofiara nieetycznych eksperymentów koncernu Armacham, po raz kolejny da się graczom we znaki i będzie prześladować naszego podopiecznego z powodów, o których w tym miejscu napisać nie mogę, gdyż są one jedną z istotniejszych kwestii pogmatwanego wątku fabularnego.

Produkt został zaprojektowany w taki sposób, by mogli cieszyć się nim wszyscy chętni, również Ci, którzy nie mieli wcześniej do czynienia z pierwowzorem. Co prawda znajomość wydarzeń z pierwszej części gry znacznie ułatwia zrozumienie całości, ale nie jest ona w żadnym stopniu konieczna. Michael Becket nie ma zielonego pojęcia, kim jest Alma, skąd się wzięła i dlaczego dokonuje takiego spustoszenia. Nasz dzielny komandos dowiaduje się wszystkiego, czytając teksty zapisane na specjalnych nośnikach (zastąpiły one wiadomości z automatycznych sekretarek), a także z komunikatów wygłaszanych przez towarzyszy, którzy kontaktują się z nim drogą radiową – dodajmy, że odbywa się to znacznie częściej niż poprzednio, co eliminuje uczucie totalnego wyobcowania, charakterystyczne dla „jedynki”.

Choć pod wieloma względami gra przypomina swój pamiętny pierwowzór, tak naprawdę F.E.A.R. 2 to zupełnie nowa jakość. Amerykanie wzięli sobie do serca krytyczne uwagi recenzentów i fanów, bo niemal wszystkie elementy, do których można było mieć jakieś zastrzeżenia w poprzednich odsłonach cyklu, zostały w Project Origin zmodyfikowane. Teraz nikt nie powinien krzyczeć, że kampania dla jednego gracza jest monotonna i na dłuższą metę nudna. Nikt nie przyczepi się też do szaroburej konwencji, bo produkt od początku zaskakuje żywą kolorystyką, która w żadnym stopniu nie psuje klaustrofobicznego, ciężkiego klimatu, czego niektórzy miłośnicy serii F.E.A.R. tak bardzo się obawiali. Zresztą, rozmaitych zmian jest znacznie więcej.

Recenzja gry Sniper Elite 5 - coraz mniej snajpera, coraz więcej Hitmana
Recenzja gry Sniper Elite 5 - coraz mniej snajpera, coraz więcej Hitmana

Recenzja gry

Karl Fairburne powraca jako snajper, spec od robienia zdjęć rentgenowskich oraz odpowiednik Agenta 47 lub Sama Fishera w czasach inwazji na Normandię. Sniper Elite 5 zmienia się bowiem coraz bardziej w pełnoprawną skradankę.

Recenzja gry Trek to Yomi - chcę więcej takich gier!
Recenzja gry Trek to Yomi - chcę więcej takich gier!

Recenzja gry

Flying Wild Hog stworzyło produkcję, nijak pasującą do wcześniejszych strzelankowych dokonań tego studia i... naprawdę dało radę. Trek to Yomi to mała, ale świetna gra, która garściami czerpie z dorobku kina samurajskiego.

Recenzja gry Hades - wielka gra dla tych, co mało czasu mają
Recenzja gry Hades - wielka gra dla tych, co mało czasu mają

Recenzja gry

Wiedziałem, że Hades będzie świetną hybrydą action RPG i „rogalika”, ale okazał się także znakomitą grą dla dojrzałych graczy. Zgrabnie porusza poważne tematy, ale robi też coś jeszcze. Szanuje nasz czas.