Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać
Recenzja gry 16 stycznia 2009, 13:45

autor: Stranger

Władca Pierścieni: Podbój - recenzja gry

Władca Pierścieni ponownie wyrusza na podbój serc graczy. Najnowsza produkcja Pandemic Studios próbuje przeszczepić mechanikę Star Wars: Battlefront do środowiska fantasy wykreowanego przez J.R.R. Tolkiena i Petera Jacksona. Z jakim skutkiem?

Recenzja powstała na bazie wersji PC.

Programiści z Pandemic Studios mają na swym koncie szereg udanych tytułów, lecz to produkty z cyklu Star Wars: Battlefront przyniosły tej firmie największy rozgłos. Stało się tak głównie za sprawą nietuzinkowego podejścia do tematyki sieciowych bitew toczonych w znanych fanom Gwiezdnych Wojen lokacjach. Ktoś najwyraźniej uznał, że sukces ten wypadałoby po ponad trzech latach przerwy powtórzyć, tym razem jednak przenosząc starcia do uniwersum Władcy Pierścieni. Tak właśnie zrodził się pomysł stworzenia Podboju, którego podstawowym i właściwie jedynym założeniem jest skonwertowanie najważniejszych bitew z trzech części kinowej sagi Petera Jacksona do formy elektronicznej. Po wielu godzinach spędzonych przy nowej grze EA jestem zdania, że pomysł ten niestety nie do końca wypalił.

Uwaga na niespodzianki z powietrza!

Niezależnie od tego, czy zdecydujemy się na moduł dla pojedynczego gracza, czy na zmagania z żywymi osobami, na samym początku zabawy musimy dokonać wyboru pomiędzy trybem fabularnym a szybkimi bitwami. W tym pierwszym przypadku do naszej dyspozycji oddane zostają dwie kampanie, przy czym najpierw należy ukończyć „Wojnę o pierścień”. Jest to luźny zlepek lokacji, których scenografia bazuje na filmach. Niestety, sam sposób poprowadzenia akcji jest karygodny i w głowach Czytelników, którzy nie „odświeżają” sobie regularnie dzieł Tolkiena może wywołać niepotrzebny zamęt. Nie dość, że etapy (czyli de facto bitwy) nie są poprzedzone dokładniejszym opisem, to na dodatek wyświetlane pomiędzy nimi filmiki nie mają żadnego praktycznego przekazu. Mają jedynie ładnie wyglądać, zachęcając do powtórnego sięgnięcia po filmy. Troszkę już chyba na to za późno, bo na półce każdego szanującego się fana twórczości Tolkiena dzieła te powinny znajdować się od dawna, najlepiej w „szpanerskiej” rozszerzonej wersji kolekcjonerskiej.

Kampania sił dobra obejmuje między innymi obronę Helmowego Jaru, walki w kopalniach Morii czy finałową część bitwy na Polach Pelennoru. Przebieg wszystkich tych misji może doprowadzić do niekontrolowanych ataków agresji wśród zagorzałych miłośników twórczości Tolkiena. Podbój jest doskonałym przykładem ignorancji wobec pewnych ustalonych reguł danego uniwersum. Żeby nie być gołosłownym, główni podwładni Saurona padają jak muchy i to niekoniecznie w sposób zbliżony do książkowych czy filmowych pierwowzorów. Przejmując kontrolę nad dowolną postacią, nawet pospolitym piechurem możemy zabić Króla Upiorów, Grimę (!), Sarumana (!!), a nawet Balroga (!!!), jakby w tym ostatnim przypadku ostrzeżenia Gandalfa, że zwykła broń okaże się niewystarczająca do pokonania demona, nijak miały się do rzeczywistości.

Podobne niespodzianki czekają nas w momencie rozpoczęcia kampanii sił zła, zatytułowanej „Narodziny potęgi Saurona”. Sam pomysł na opracowanie alternatywnego zakończenia może się jeszcze podobać. Założenia mianowicie są takie, że Frodo po dotarciu do Góry Przeznaczenia postanawia zachować pierścień dla siebie, a Sam mu w tym nie przeszkadza. Sauron zauważa okazję do wykonania ruchu i zleca unieszkodliwienie hobbita, co kończy się sukcesem. Kolejne etapy są już wariacją na temat tego, co by było, gdyby Sauronowi udało się ponownie przyjąć cielesną powłokę i przystąpić do procesu wyniszczania Śródziemia. Tu cut-scenki stają się jeszcze bardziej niedorzeczne, zupełnie nie pokrywając z przebiegiem „fikcyjnej” kampanii. Lepiej gdyby całkowicie z nich zrezygnowano, pozostawiając sam tekst. Zawsze można by też stworzyć nowe filmiki na silniku gry, ale to wymagałoby już odrobiny wysiłku ze strony deweloperów. Szkoda, bo w obecnej postaci zrównywanie Shire czy Rivendell z ziemią nie sprawia tyle frajdy, ile powinno.

Recenzja gry Minecraft: Dungeons – prawie jak Diablo, tylko dla dzieci
Recenzja gry Minecraft: Dungeons – prawie jak Diablo, tylko dla dzieci

Recenzja gry

Zupełnie nowy Minecraft to posiadający niewiele wspólnego z oryginałem hack’n’slash. Przelotny romans Mojanga okazał się całkiem udany, ale równocześnie pozostawił pewien niedosyt, przez który z tego związku raczej dzieci nie będzie.

Recenzja gry Resident Evil 3 – Mr. X był ledwie rozgrzewką
Recenzja gry Resident Evil 3 – Mr. X był ledwie rozgrzewką

Recenzja gry

Resident Evil 3 to na pierwszy rzut oka więcej tego samego co w zeszłorocznym RE2 Remake. Nemezis tkwi jednak w szczegółach.

Recenzja Half-Life: Alyx – najlepsza gra, w którą nigdy nie zagracie
Recenzja Half-Life: Alyx – najlepsza gra, w którą nigdy nie zagracie

Recenzja gry

Half-Life to jedna z najważniejszych serii, która na zawsze zmieniła oblicze gier wideo. Alyx zaś to nie tylko jedna z najlepszych gier na VR, w jakie grałem. To jedna z najlepszych gier, w jakie w ogóle grałem!