Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać
Recenzja gry 13 września 2021, 14:01

autor: DM

Strzelam i jeżdżę – wirtualnie i w realu. Później o tym piszę – krytycznie lub z zachwytem.

Recenzja gry Deathloop - duchowy spadkobierca BioShocka

Najnowsza produkcja studia Arkane – twórców Dishonored – to piorunująca mieszanka roguelike’owych mechanik, intrygującej fabuły i surrealistycznych klimatów. Wszystko to tworzy jedną z najlepszych gier tego roku.

Zagadki dla spostrzegawczych

W parze z intrygującą fabułą idzie rozgrywka, z dość proporcjonalnym udziałem walki i eksploracji. Nie ma tu otwartego świata, tylko cztery (raczej niewielkie) lokacje dostępne o czterech różnych porach dnia. W praktyce dostajemy więc szesnaście nieco różniących się od siebie map, bo zależnie od godziny mają na nich miejsce inne wydarzenia, inne budynki stają się otwarte bądź niedostępne, trochę też zmienia się pogoda. Sami decydujemy, kiedy i dokąd się udać, biorąc pod uwagę sugestie śledzonego właśnie wątku bądź swobodną eksplorację.

Coś takiego jak najbardziej się sprawdza. Jest wrażenie sporej dowolności poczynań, a jednocześnie czujemy, że idziemy właściwym torem, że historia cały czas się rozwija. Do wielu budynków można dostać się na kilka sposobów. Niby są znaczniki na ekranie pokazujące, dokąd się udać, gra wyświetla nawet wielkie napisy nałożone na elementy lokacji, jak w Splinter Cellu: Conviction (choć są to bardziej jakieś ogólne hasła mające naśladować pamięć czy umysł Colta), ale większość istotnych detali nie jest podawana wprost.

Recenzja gry Deathloop - duchowy spadkobierca Bioshocka - ilustracja #1
Walka jest brutalna i satysfakcjonująca, o ile wybierzemy drogę siania demolki.

Najczęściej sami musimy dojść do tego, co z danym fantem bądź zagadką zrobić, bo – przykładowo – informacja o kolejności przecięcia kabelków, aby uniknąć eksplozji reaktora, znajduje się w zupełnie innej sekcji obiektu i trzeba było wcześniej zwrócić na nią uwagę, nie mówiąc o zapamiętaniu. Dodatkowo wiele zagadek opartych na różnych kombinacjach cyfr czy znaków jest losowych i unikatowych dla każdej rozgrywki. Takich momentów występuje tu sporo, obowiązkowych oraz opcjonalnych, i generalnie jest w tym dość dobry balans pomiędzy koniecznością samodzielnego główkowania a wskazówkami w świecie gry. Nie ma banalnego prowadzenia za rękę i równocześnie raczej nie zdarza się utknąć.

Trzeba tylko mieć na względzie, że Deathloop to nie looter shooter. Rozwiązywania opcjonalnych zagadek, otwierania ukrytych sejfów itd. nie wynagradza superbroniami czy unikalnymi ulepszeniami. Co najwyżej przybliża do zdobycia jakiegoś trofeum czy wymaksowania gry, a przede wszystkim zapoznaje z lore’em tego świata.

Recenzja gry Deathloop - duchowy spadkobierca Bioshocka - ilustracja #2
W wielu etapach można się wykazać kreatywnością, np. grupując wieżyczki wartownicze z całego poziomu w jednym miejscu.

Spluwy + moce = to działa!

Dużo swobody mamy również podczas walk z eternalistami oraz wizjonerami. Przy tych drugich często możemy wykorzystać coś na wzór zabójstw z Hitmana – oskryptowane opcje wyeliminowania wrogów w jakiś wyjątkowy sposób bądź też bezpośredni atak w wybranym momencie. Eternaliści z kolei patrolują ulice Blackreef i tylko od nas zależy, czy będziemy ich omijać, atakować skrycie nożem, czy też wykorzystamy pełną siłę ognia wraz z mocami specjalnymi, by siać dodatkowe zniszczenie. W arsenale dostępny jest standardowy zestaw spluw – od pistoletów, przez strzelby czy PM, po karabiny maszynowe i snajperskie, przy czym później można zdobyć daną broń z jakimś losowym perkiem, niczym w looter shooterze. W ten sposób dość bezużyteczny początkowo pistolet maszynowy staje się nagle podręczną apteczką, jeśli tylko trafimy na egzemplarz, który z każdym celnym strzałem przywraca zdrowie.

Recenzja gry Deathloop - duchowy spadkobierca Bioshocka - ilustracja #3
Wiele miejsc intryguje swoją surrealistyczną dziwnością.

Każdą broń można też trochę ulepszyć dzięki znajdowanym po drodze medalionom, co w połączeniu ze specjalnymi mocami pozwala tworzyć coś w stylu minibuildów postaci, np. do działania po cichu lub skuteczniejszych walk na bliski dystans. Warto też podkreślić, że starcia potrafią być bardzo brutalne, z chlustającą wokół krwią i odrywanymi kończynami. Na dodatek zdrowie generalnie nie regeneruje się samo, nie można przenosić apteczek i początkowo niegroźna bitka potrafi zakończyć zabawę w parę sekund.

Walka ogólnie jest satysfakcjonująca i zawsze wymaga wzmożonej uwagi, zwłaszcza w późniejszych etapach, gdy poziom trudności rośnie i kilku przeciwników atakujących równocześnie może być problemem. Z powodzeniem da się też łączyć różne style, eliminując paru przeciwników po cichu, a kolejnych ze snajperki, by następnie rozstawić pięć automatycznych wieżyczek strażniczych i patrzeć, jak dokonują dzieła zniszczenia. Ponarzekać można, standardowo, na sztuczną inteligencję wrogów, którzy potrafią być ślepi i głusi na mordowanie ich towarzyszy pięć metrów dalej.

Recenzja gry Deathloop - duchowy spadkobierca Bioshocka - ilustracja #4
Deathloop zabierze nas w miejsce do zabawy w laser-tagi, ale takie bardziej zabójcze.

W Deathloopie nie ma opcji wyboru poziomu trudności. Rośnie on automatycznie wraz z postępami w grze, a dokładnie – z liczbą zabijanych wizjonerów. Nasza postać może też stawać się z czasem odpowiednio silniejsza, o ile zadbamy o zachowanie zdobywanych ulepszeń.

TWOIM ZDANIEM

Na jakim poziomie trudności grasz zazwyczaj?

Normalnym
60%
Trudnym
25,6%
Łatwym
14,4%
Zobacz inne ankiety