Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać

Just Cause 4 Recenzja gry

Recenzja gry 5 grudnia 2018, 15:00

autor: Hed

Recenzja gry Just Cause 4 - zapraszamy do piaskownicy

Rico Rodriguez powraca, by wyzwolić kolejne państwo i obalić kolejny zbrodniczy reżim. Czas rozliczyć Avalanche Studios z przedpremierowych obietnic i sprawdzić, czy nowa gra uniknęła błędów poprzedniczki.

Recenzja powstała na bazie wersji PC.

PLUSY:
  1. jeszcze więcej narzędzi do robienia głupot;
  2. solidne misje główne i poboczne;
  3. jak zawsze dużo adrenaliny generowanej przez wybuchy i chaos;
  4. ciekawiej zrealizowana broń i walka;
  5. mnóstwo zabawnego sprzętu (w tym pojazdów);
  6. bardziej zróżnicowana mapa z bardziej przyjaznymi graczowi wyzwaniami pobocznymi;
  7. lepsza optymalizacja (chociaż nie bez błędów).
MINUSY:
  1. trochę za dużo misji eskortowych i aktywowania terminali;
  2. niewykorzystany motyw „dynamicznej wojny”;
  3. problemy techniczne i graficzne;
  4. efekty pogodowe są ładne, ale nie stanowią integralnej części rozgrywki.

Nie ukrywam, że kiedy zaczynałem przygodę z Just Cause 4, byłem lekko zaniepokojony. W jednej z pierwszych misji gra kazała mi eskortować ciężarówkę prowadzoną przez kogoś, kto prawo jazdy wydrukował sobie chyba na domowym urządzeniu wielofunkcyjnym. Ten szemrany typ utknął w idiotyczny sposób nad przepaścią i daremnie próbował poderwać pojazd do działania, pakując się tylko w coraz gorsze tarapaty. Przez bite dziesięć minut próbowałem uwolnić go z pułapki, plącząc linki z hakiem i obliczając w głowie skomplikowane równania rozkładu sił. Obiecywali mi tornada, miała być globalna dynamiczna wojna, przepiękne biomy z pustynią czy ośnieżonymi szczytami, a ja robię za pomoc drogową?

Start pod górkę zwiastował problemy i już na wstępie mogę powiedzieć, że niektóre z pomysłów twórców w Just Cause 4 są wybitnie ryzykowne, a nowości reklamowane w licznych i efektownych trailerach oraz streamach stanowią jedynie dodatek do typowej formuły sandboksowej gry akcji. Formuły, w której namieszano na tyle, że część graczy poczuje się wyobcowana. Na szczęście Avalanche Studios ma asa w rękawie, którym zawsze potrafi mnie kupić: ci goście wiedzą, jak robić naprawdę dobre wybuchy.

Wojna na niby

Rico Rodriguez, znany także jako Skorpion albo Orzeł. Z zawodu specjalista do obalania dyktatur oraz jednoosobowa armia. Po Just Cause 4 bohater ten będzie mógł dorzucić do CV tytuł „poskramiacza tornada” oraz „wyzwoliciela Solis”. Rico przybywa do tego fikcyjnego południowoamerykańskiego państewka, by ukrócić rządy niejakiego Oscara Espinosy, reprezentującego złowrogą frakcję militarną Czarna Ręka.

Recenzja gry Just Cause 4 - zapraszamy do piaskownicy - ilustracja #1
Pranie nie zmoknie – pada tu zaskakująco rzadko.

W tej misji pomagają nam starzy znajomi, w postaci m.in. odwiecznego mąciciela Toma Sheldona, ale nie brakuje też nowych osobowości. Moim ulubieńcem został miłośnik teorii spiskowych César, który w działalności oprawców upatruje aktywności popularnych w internecie reptilian. Fabuła napisana jak zawsze w lekki i pozbawiony poszanowania dla spójności i logiki sposób gwarantuje kilka uniesień na tle rodzinnym, sporo przekomarzania się między postaciami oraz nienachalną dawkę humoru. Wszystko to jest jednak, niestety, nieco wyblakłe, szczególnie widać to w kiepskiej ekspozycji przeciwników, ale na szczęście całość kończy się sceną klasycznego dla Just Cause barbecue, więc fani powinni być usatysfakcjonowani.

Ważniejsze jest to, że gra kontynuuje wątek Rico jako dowódcy armii partyzantów. Także w Solis otrzymujemy do pomocy lokalną ludność, a teraz możemy nawet dowodzić ruchami jednostek. Ten element, reklamowany jako dynamiczna kampania wojenna, jest jednak tylko nowym sposobem prezentacji systemu progresu.

Nie musimy już oswabadzać każdego z miasteczek w danym sektorze z osobna, zamiast tego, by przesunąć linię frontu, trzeba wykonać specjalną misję w danym dystrykcie, a później przenieść tam wojska z poziomu mapy taktycznej. Wystarczy więc jedno kliknięcie. To wszystko spina system poziomów chaosu, nabijanych poprzez sianie destrukcji – im więcej rakiet poślemy w budynki przeciwnika, tym więcej ludzi zachęcimy do dołączenia do naszej sprawy. Podsumowując, samą wojnę zaprezentowano w sposób statyczny i wizualny – wzdłuż linii frontu stoją dwie armie strzelające do siebie na ślepo. Nie spodziewajcie się więc działań na froncie czy taktycznych zagrywek rodem z Jagged Alliance. Nasze wojska jedynie udają, że walczą, a wszystko jak zawsze pozostaje w rękach gracza.

Recenzja gry Just Cause 4 - zapraszamy do piaskownicy - ilustracja #2
Tesla? Chyba mamy coś lepszego.

W „PIĄTCE” ZMIERZYMY SIĘ Z AGENCJĄ?

Po premierze każdej nowej odsłony danej serii pojawia się pytanie: co dalej? Tu Just Cause 4 jest dość bezpośrednie i chociaż definitywnie zamyka historię walki o Solis, daje jasną wskazówkę co do tego, co ujrzymy w ewentualnej następnej części. Otóż Rico Rodriguez dochodzi do słusznego wniosku, że może czas wyrównać rachunki z najbardziej niejednoznaczną frakcją w uniwersum gry, czyli Agencją. Bohater pracował dla niej w pierwszej i drugiej odsłonie serii, ale w Just Cause 3 drogi dotychczasowych partnerów nieco się rozeszły.

Operacje i kaskaderstwo

Fabuła kampanii kręci się wokół operacji odbicia technologii związanej z kontrolowaniem pogody. Kolejne etapy tej misji możemy zaliczać w dowolnej kolejności, ale każdy z nich wymaga spełnienia konkretnych warunków. Gra prezentuje te główne misje w całkiem zabawnej konwencji „skoku” rodem z Ocean’s Eleven. Żeby przebić się przez burzę piaskową, musimy zdobyć pociąg, załadować na niego działo i przysposobić do podróży. W praktyce oznacza to konieczność odbicia paru sektorów mapy i wypełnienia misji w znajdujących się w nich bazach.

Recenzja gry Just Cause 4 - zapraszamy do piaskownicy - ilustracja #3
Silniki odrzutowe w akcji.

Oprócz tego gracz może wykonywać zadania poboczne zlecane przez postacie pomagające Rico. Mamy więc misje treningowe dla nowych rekrutów, w których wspieramy naszą armię, zadania kaskaderskie, w których Rico staje się gwiazdą filmu akcji kręconego przez lokalną ekipę, oraz wątek antropologiczny, w którym badamy starożytne świątynie i pomagamy zachować pamięć o kulturze Solis (także poprzez niszczenie konkurencji). Większość z tych pobocznych aktywności została zrealizowana naprawdę nieźle. Poza tym, przemieszczając się po mapie, trafiamy na pomniejsze mieściny i bazy, do których przypisane są te najmniejsze wyzwania, jak np. niszczenie sterowców czy zadania kaskaderskie, polegające zwykle na konieczności pokonania niewielkiej liczby bramek w odpowiednim pojeździe albo przy pomocy wingsuita. W poruszaniu się w tym gąszczu misji pomaga system szybkiej podróży – możemy przenieść się do każdego namierzonego i odblokowanego punktu na mapie.

Fani poprzednich odsłon serii rozpoznają w powyższym układzie rozwiązania ze starszych gier. Sporym zaskoczeniem jest dla mnie jednak to, że twórcy postanowili sprowadzić Rico na ziemię. W Just Cause 3 większość czasu spędzaliśmy, szybując nad kolejnymi bazami i mieścinami, wysadzając w powietrze instalacje propagandowe i militarne.

Recenzja gry Just Cause 4 - zapraszamy do piaskownicy - ilustracja #4
Terminal - twój najlepszy przyjaciel w Just Cause 4.
Recenzja gry Just Cause 4 - zapraszamy do piaskownicy - ilustracja #5
Szybkie samochody wreszcie prowadzą się po ludzku.

W „czwórce” destrukcja schodzi na dalszy plan, a my zajmujemy się przede wszystkim – uwaga, trzymajcie się mocno – hakowaniem terminali oraz eskortowaniem postaci niezależnych. Nie każdemu się to spodoba, co jestem w stanie zrozumieć. Niemniej, choć koncepcja latania od jednego komputera do drugiego nie brzmi ekscytująco, muszę przyznać, że generalnie system kampanii nawet przypadł mi do gustu. To prawda, że misje bazują na podobnych do siebie założeniach, ale i tak są ciekawsze niż poprzednio. Avalanche było też świadome, że tworzy grę napędzaną chaosem, więc dodało więcej checkpointów, dzięki czemu nawet w razie porażki nie tracimy czasu. A destrukcja? Jest obecna, jak zawsze, tyle tylko, że teraz bawimy się w nią „przy okazji” pracy nad kolejnym terminalem.

JUST TOMB RAIDER

Jedno z pozytywnych zaskoczeń stanowi rozwinięcie motywu pradawnych grobowców z poprzednich gier. Wcześniej były one tylko prostą znajdźką, a teraz przypominają coś w stylu elementów z Tomb Raidera czy Uncharted. Żeby poznać ich tajemnicę, musimy zebrać wersety z pradawnego tekstu poprzez lokalizowanie ukrytych świątyń. Robimy to, przetaczając na odpowiednie miejsca wielkie głazy z wyrytymi twarzami (trochę w stylu Rock of Ages). Każda ze świątyń jest nieco inna, więc stanowi miłą odskocznię od typowej gry.

TWOIM ZDANIEM

Jaką grę Avalanche powinno zapowiedzieć w następnej kolejności?

Mad Max 2
61,4%
Coś zupełnie nowego
27,4%
Just Cause 5
11,2%
Zobacz inne ankiety
Recenzja Ghost of Tsushima – wspaniałe pożegnanie PS4
Recenzja Ghost of Tsushima – wspaniałe pożegnanie PS4

Recenzja gry

Ghost of Tsushima to pożegnanie Sony z Play Station 4 w naprawdę wielkim stylu. Tę przygodową grę akcji przesycono orientalnym klimatem i wypełniono interesującą zawartością.

Recenzja The Last of Us 2 – gry, która podpali świat
Recenzja The Last of Us 2 – gry, która podpali świat

Recenzja gry

Na The Last of Us: Part II czekaliśmy jak na zbawienie. I wiecie co? To murowany kandydat do tytułu gry roku 2020 – i nawet Cyberpunkowi 2077 będzie ciężko przebić nowe dzieło Naughty Dog.

Recenzja gry Valorant – świetny zlepek sprawdzonych pomysłów
Recenzja gry Valorant – świetny zlepek sprawdzonych pomysłów

Recenzja gry

Riot Games zebrało pomysły już dawno obecne na rynku i stworzył strzelankę niczym Frankenstein swojego potwora. Wyszło im jednak trochę lepiej.