Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać
Publicystyka 30 listopada 2010, 12:09

autor: omadaha

Kobiece granie

Mit mówiący o tym, że kobiety nie grają, obalony został już jakiś czas temu. Aktualne pozostało jednak pytanie, w co grają przedstawicielki płci pięknej i dlaczego wciąż wiele z nich nie zdecydowało się na rozpoczęcie przygody z elektroniczną rozrywką.

Mit mówiący o tym, że kobiety nie grają w gry wideo, obalony został już jakiś czas temu. Aktualne pozostało jednak pytanie, w co grają przedstawicielki płci pięknej i dlaczego wciąż wiele z nich nie zdecydowało się na rozpoczęcie swojej przygody ze światem elektronicznej rozrywki?

Czy branża gier to terytorium męskie?

Kobiety zwykle podchodzą do branży gier z dużą rezerwą. Postrzegają ten segment rozrywki jako obszar typowo męski, w którym przedstawicielki płci pięknej raczej nie znajdą dla siebie nic ciekawego. Czy dzieje się tak dlatego, że rynkiem gier rządzą przede wszystkim mężczyźni?

W większości krajów polityka zdominowana jest przez mężczyzn. Sytuacja wygląda podobnie w branży transportowej, samochodowej, prawniczej, a nawet gastronomicznej (w eleganckich restauracjach to zwykle mężczyźni pełnią funkcję szefów kuchni). Nie przeszkadza to jednak kobietom w korzystaniu z tych instytucji i usług z nimi związanych. Niewiele z nich rezygnuje z prawa do udziału w wolnych wyborach, niezawisłego sądownictwa, jedzenia w restauracjach czy jeżdżenia komunikacją miejską, tylko dlatego, że obszary te są silnie zmaskulinizowane. Dlaczego zatem w przypadku gier komputerowych i wideo jest inaczej? Wydaje się, że przyczyn można upatrywać między innymi w tym, iż pierwszy kontakt płci pięknej z grami najczęściej nie wygląda tak, jak powinien.

Warto walczyć w tej samej drużynie, nawet jeśli w grze stoimy po przeciwnych stronach barykady.

Wyobraźmy sobie taką oto scenę: jest wieczór, godzina dwudziesta, znajdujemy się w domu państwa Gralskich, który ulokowany jest na przedmieściach jednego z malowniczych polskich miast. Ona – 32 lata, pracuje dorywczo i zajmuje się domem. On – 35 lat, jest pracownikiem korporacyjnym. O tej porze w domu państwa Gralskich w kuchni na parterze zwykle pali się światło – to pani Gralska przyrządza kolację dla męża i ozdabia danie na talerzach, aby wyglądało bardziej apetycznie. Tymczasem na górze w pokoju sypialnym pan Gralski z zadowoleniem oddaje się jednej ze swoich ulubionych rozrywek. Na ekranie miga rozszalała feeria barw. Z głośników dobiegają odgłosy wystrzałów. Pan Gralski z zapałem wciska lewy przycisk myszy, unicestwiając kolejne watahy potworów. Właśnie jego oczom ukazała się plansza ukończenia poziomu i na ustach pana Gralskiego zagościł uśmiech satysfakcji. Jeszcze tylko jeden etap do końca – pomyślał. Wtem z dołu dało się słyszeć wołanie żony: – Kochanie kolacja! Jeszcze tylko parę minut do celu – pomyślał pan Gralski. Wołanie żony powtórzyło się. Pan Gralski przyspieszył wędrówkę korytarzem. – Już idę! – odkrzyknął. Pani Gralska, stojąc nad dwoma porcjami parującego spaghetti bolognese, powoli traciła cierpliwość. No, ileż można czekać – pomyślała z nutką irytacji. Przy piątej próbie sprowadzenia męża na dół była zdenerwowana nie na żarty, przy dziesiątej – wściekła. Jedenastej próby nie było. Dość tego! – pomyślała pani Gralska. Trzeba skończyć z tym graniem!

Powyższa sytuacja, choć może wydać się lekko naciągana, dobrze obrazuje sposób, w jaki wiele przedstawicielek płci pięknej styka się z grami na co dzień. Znacznie rzadziej pierwszy kontakt ze światem elektronicznej rozrywki wygląda tak, jak powinien: w miłym miejscu, w atmosferze dobrej zabawy, fascynacji i magii. Niewiele pań może po latach powiedzieć, że po raz pierwszy grało w osiedlowej kafejce internetowej, że gry pokazał im dobry znajomy i że nie żałują ani jednej chwili spędzonej przy monitorze. Czy brak takich doświadczeń to główna przyczyna dystansu i nieufności kobiet wobec gier? Nie do końca. Okazuje się bowiem, że niejednokrotnie większe znacznie ma nie to, co przedstawicielki płci pięknej wiedzą o grach (czyli, jakie mają doświadczenia), ale raczej to, czego o nich nie wiedzą. Jak należy to rozumieć?