Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać
Publicystyka 14 lipca 2004, 10:08

autor: Shuck

Gamedec - recenzja

Gry zaspokajają wszelkie ludzkie potrzeby. To kosmiczne loty i baśniowe przygody, areny e-sportowe, nawiedzone domy, nielegalne tereny łowieckie i miasta zboczeńców...

17 marca 26829 roku pne. Murzynek Bambo wyszedł na górę i przekonał się, że za horyzontem znajduje się kolejny horyzont. 12 października 1492 roku statki Krzysztofa Kolumba przybiły do wyspy San Salwador dowodząc tym niezbicie, że za Wielką Wodą żaden wodospad w czeluście piekielne nie spada. Na przełomie XX i XXI wieku co drugie dziecko marzy o obaleniu Teorii Względności i przekraczaniu prędkości światła dowoli, gdyż hen na niebie czeka mrowie światów do odkrycia i zbadania. Pod koniec XXII wieku prędkość światła wciąż jest nieprzekraczalna, nawet najbliższe gwiazdy są dla człowieka nieosiągalne, lecz światów, po których może on podróżować jest bez liku. I wciąż w produkcji znajdują się nowe.

Rzeczywistość pozorna jest na porządku dziennym, a precyzja z jaką jest ona konstruowana sprawia, że gracze nie tylko zatracają zdolność odróżniania świata realnego od obejmujących wszystkie zmysły projekcji, lecz wpadają również w zagrażające ich życiu tarapaty. Bywa, że w nierealnym świecie potrzebują realnej pomocy i stąd za niespełna dwieście lat pojawia się zawód gamedeka – gierczanego detektywa. Zawód to niebezpieczny, wymagający inteligencji, wszechstronnego obeznania w grach a nawet sprawności fizycznej, gdyż bywa, że śledztwo niekoniecznie prowadzone jest w świecie pozornym... A jednym z najlepszych gamedeków jest Torkil Aymore, na stałe zamieszkały w Warsaw City.

Podobnych wizji w literaturze i filmie nie brakuje – od „Neuromancera” Williama Gibsona począwszy, poprzez „Matrix” braci Wachowskich, na niczym póki co nie skończywszy. Jednak jest coś, co wyróżnia książkę Marcina Przybyłka spośród konkurencji i to wyróżnia bardzo pozytywnie – jest to precyzja i logika, z jaką skonstruował swój świat. Świat Torkila Aymore’a jest w najwyższym stopniu prawdopodobny, a przynajmniej my, gracze początku XXI wieku, skłonni jesteśmy spodziewać się właśnie takiego rozwoju sytuacji. Nie bez znaczenia jest bowiem fakt, że Marcin Przybyłek łączy umiejętność posługiwania się językiem polskim ze znajomością gier komputerowych; wie, czego gracze pragną i czego się spodziewają, jak również orientuje się, jaki wpływ na ludzi mają lub mieć mogą gry.

W jego książce nie pojawiają się bezsensy w rodzaju rozwiązań zaaplikowanych nam przez „Matrixa” – skądinąd dobry i trzymający w napięciu thriller. Tutaj siłą umysłu nikomu się siniaki nie robią, a rzeczywistość pozorna nie powstała na potrzeby robocich zakładów energetycznych (jak to ujął mój przyjaciel: taniej by wyszła hodowla ziemniaków i wbijanie w nie drucików). Jednakże każdy gracz odczuwa potrzebę jak najpełniejszej integracji ze światem gry i swoją, funkcjonującą w nim, postacią. Prawdziwi gracze lubią czuć, że podejmowane przez nich decyzje mają znaczenie i ci nie korzystają z zapisów stanu gry częściej, niż jest to konieczne. Koniec końców, jaki byłby sens ryzykować życiem, jeśli tych żyć miałoby się bądź ile? I udało się Przybyłkowi z tego problemu wybrnąć zgrabnie i w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem. Oto gracz podłączony do aparatury mającej bezpośredni dostęp do jego mózgu, spoczywający często całymi dniami w stanie farmakologicznie spowolnionego metabolizmu, porusza się w świecie komputerowych projekcji; ruch ręką ma zostać wykonany tam, a nie na tonącym w mroku pokoju łożu. Dlatego impulsy nerwowe biegnące z mózgu trafiają do interfejsu, lecz nie docierają już do rzeczywistych organów. Proces, który do tego prowadzi nazywany jest przez Przybyłka dewitalizacją i aby gracz po wyjściu z gry był w stanie odzyskać władzę w ciele, niezbędny jest proces przeciwny – rewitalizacja. Jeśli on nie nastąpi, gdyż z jakichś powodów gracz nie ukończy zabawy z dopełnieniem wszystkich formalności, może się to dlań skończyć szokiem, paraliżem, autyzmem lub nawet śmiercią. Istnieje więc poważne zagrożenie i tym samym istnieje dobry powód po temu, by w grze się starać jak w życiu.

Ale na dobrze skonstruowanym świecie nie koniec. Przyznać trzeba autorowi „Gamedeka”, że nie brakło mu pomysłów na skomplikowanie Torkilowi życia i to zarówno pozornego, jak i tego całkiem realnego. Każde opowiadanie, których książka liczy sobie okrągły tuzin, opiera się bądź na ciekawej intrydze, bądź na niebanalnym pomyśle. Z właściwym powieściom sensacyjnym tokiem prowadzenia opowieści, czytelnik podąża tropem rozgrywającej się przed nim historii wraz z jej bohaterem i równolegle z nim ma możliwość zastanawiać się nad rozwikłaniem zagadki; razem z nim zostaje nieraz zaskoczony nieoczekiwanym zwrotem akcji czy zamianą ról towarzyszących mu postaci. Często, jak to bywa, gdy wydarzenia rozgrywają się na granicy ludzkiej wiedzy o człowieku, czytelnik ociera się o niełatwe problemy egzystencjalne i moralne. Tych jednakże autor nie podejmuje się rozwiązywać, wierny podstawowemu założeniu swojej książki – książki, która powstała głównie po to, by bawić i zaskakiwać, a jeśli przy okazji uda się jej zasiać ziarno niepokoju – tym lepiej.

„Gamedec” zadanie to wypełnia znakomicie i od początku do końca nie nudzi. Jeśli można mieć do Marcina Przybyłka o coś pretensje, to tylko o to, iż styl jego opowiadania bywa nadto prosty. Autor doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co potrafi dobrze napisać i jaka forma mogłaby być dla niego ryzykowna i wie, że różnica między podniosłością a śmiesznością bywa bardzo nieostra. Niemniej jednak zdarza się, że opisom nastrojowych lokacji lub namiętnych sytuacji podcina skrzydła oszczędny styl dziennikarskiej relacji – bezpieczny, gdyż zawsze poprawny, lecz pozbawiony uniesień, jakie zaczynają kiełkować w czytelniku w miarę czytania, a nie znajdują spełnienia. Nie zmienia to wszak faktu, że „Gamedec” jest interesującą pozycją, a podstawowa wątpliwość, jaka może się narodzić z początkiem lektury – czy nie lepiej w grę zagrać, niż o niej czytać – rozwiewa się, gdy tylko Torkil Aymore zagłębia się w świat gier, jakiego nam jeszcze nie jest dane doświadczyć.

Borys „Shuck” Zajączkowski

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
12.07.2004 12:14
😃
zanonimizowany177897
1
Junior

Piękna, delikatna i wycieniowana recenzja. Jestem Pana dłużnikiem, Panie Borysie. Podziwiam zdolności obserwacyjne i wysublimowane wyczucie tego, co w tekście i tego (najważniejszego), co poza nim. Wielka przyszłość przed Panem. Kłaniam się

Marcin Przybyłek.

12.07.2004 12:18
👍
odpowiedz
eJay
182
Quaritch

gameplay.pl


W jego książce nie pojawiają się bezsensy w rodzaju rozwiązań zaaplikowanych nam przez „Matrixa” – skądinąd dobry i trzymający w napięciu thriller

Bez przesady, Matrix to kino akcji z science fiction, ale nie thriller. Jak chce ktos thriller to niech obejrzy "Milczenie Owiec". ten film trzyma w napieciu, natomiast Matrix bardziej ciekawi swoimi efektami i wykreowanym swiatem...

14.07.2004 10:15
odpowiedz
Shuck
63
Prefekt

Cała przyjemność po mojej stronie, Panie Marcinie - miło się Pańską książkę czytało. :-)

15.07.2004 12:22
👍
odpowiedz
Xutzl
6
Junior

Trochę nie na temat, ale zaszczycony faktem, że zacytowano moją złośliwą uwagę na temat uniwersum Matriksa poczuwam się do obowiązku wyjaśnienia, o co chodzi z tymi ziemniakami :-)

Wbijając w zwykłego ziemniaka elektrody z miedzi i cynku można uzyskać napięcie ok 0.5V i prąd 0.2mA.
To niewiele, ale warto wziąć po uwagę następujące fakty:
1. Ziemniaki nie wymagają kosztownej i skomplikowanej aparatury generującej rzeczywistość wirtualną,
2. Uciskane ziemniaki nie buntują się (co najwyżej szybciej zgniją, jeśli ucisk będzie zbyt duży)
3. W przeciwieństwie do Neo i spółki ziemniaki nie organizują podziemnej, syjonistycznej partyzantki ;-)

Na miejscu niegodziwych komputerów z Matriksa poważnie zastanowiłbym się nad zmianą profilu hodowli i zastąpieniem ludzi ziemniakami (lub cebulami, ponoć są bardziej wydajne i mają warstwy jak ogry, ale to już inna bajka...).

16.07.2004 07:59
😃
odpowiedz
zanonimizowany177897
1
Junior

Shuck: zatem przyjemność jest obopólna :)
Xutzl: to bardzo ciekawe. W zasadzie argumentacja nie do złamania, choć spróbuję, dla czystej przyjemności gimnastykowania szarych komórek :). Otóż, dajmy na to, jednym z najbardziej opłacalnych biznesów ludzkości jest show-biznes. Nie daje wymiernych korzyści/urządzeń/energii, a mimo to angażuje umysły/urządzenia/pieniądze/ciała. Zatem może i "machines" (mówię głosem Morfeusza z charakterystycznym dla tego potężnego mężczyzny akcentem), zatem, powtórzmy, może i "machines" z Matrixa lubią rozrywkę, jaką jest swoista "telewizja" typu "quasi-reality show"? Gwałciciel zaczajony w wilgotnym lasku i gwałcący w końcu średnio atrakcyjną krzyczącą i płaczącą kobietę też - z zewnętrznego punktu widzenia - ma mierną przyjemność, a mimo to akt powtarza aż do (oby) złapania i ukarania. Może więc i "machines" mają jakąś sadystyczną przyjemność z przerobienia bladawców (Lem) na baterie? W końcu jeśli program z trzeciej części trylogii tak pięknie wykłada czym jest słowo miłość i kryjące się za nim treści, być może "machines" są w stanie odczuwać coś do miłości kontrastywnego? Ot, dygresyjka dla podtrzymania rozmowy ;-)

16.07.2004 11:28
odpowiedz
Xutzl
6
Junior

Czepiam się Matrixa, bo za młodu czytałem za dużo "Hard S-F" :-).
Z pewnością potrzeba rozrywki to tajemnicza i potężna siła. Może pchać zarówno do rytrualnych mordów jak i do kolekcjonowania srebrnych papierośnic (obie czynności są jednakowo irracjonalne, choć dają skrajnie różne efekty).
Trudno nie zgodzić się z potęgą show-biznesu, nawet znajomość zasad funkcjonowania tej maszynerii nie uwalnia spod jej wpływu. Założę się, że obaj weszlibyśmy bez wachania w świat Matrixa ("tylko na chwilkę"), gdyby nagle takie cudo VR ukazało się w sprzedaży ;-).
Zakładając, że "machines" mają swoje słabostki (czyli jakieś uczucia i popędy, choćby odrobinkę sadyzmu), można jakoś uzasadnić fabułę Matrixa. Ziemniaki bardziej ekonomiczne, za to bladawce można dręczyć.
Zwracam jednak uwagę, że użyty tutaj wytrych potrzeby rozrywki to straszna broń (oczywiście nie zauważyłem tego jako pierwszy).
W ten sposób można uzasadnić KAŻDĄ bzdurę wygenerowaną przez hollywoodzkich scenarzystów. No, może poza faktem, że komputery pokładowe najeźdźców z "Dnia Niepodległości" były podatne na wirusa wygenerowanego na Macintoshu Jeffa Goldbluma. Choć... bo ja wiem... może ichniejszy administrator bardzo pragnął zmierzyć się z ziemskim hakerem, tak dla rozrywki??? Ha! Ten "wytrych potrzeby rozrywki" to prawdziwa Broń Chaosu. :-)

17.07.2004 10:18
😃
odpowiedz
zanonimizowany139812
9
Pretorianin

Ziemniak jako taki jest niezły, ale prędzej jako kpina z "genialnego" pomysłu Wachowskich, którzy mogli się bardziej postarać - wystarczyło wymyśłić, że "machines" pracują na chipach biologicznych jakichś i potrzebują tkanki na części zamienne czy coś (soylent green is made of people...:). Ja do tej pory nie potrafię zrozumieć zaś dlaczego "machines" nie postawiły sobie paru elektrowni termojądrowych (wodór też się skończył?), tudzież pływowych, tudzież geotermicznych, tudzież jeszcze jakichś innych - nie tylko ze słońca można brać energię.
Owszem, jeżeli "machines" potrzebują ludzi do rozrywki, jak rybki w akwarium, to niech mają, tylko po kiego grzyba od owego akwarium uzależniać swoją egzystencję? No, chyba że tylko się ludziom wmówiło, że są bateriami, żeby się nie załamali psychicznie po zdaniu sobie sprawy, że są małpami w zoo, indianami w rezerwacie, zamknięci i pilnowani, żeby drugi raz świata nie rozwalili i sobie krzywdy nie zrobli. Takie trzecie dno... Tylko, że to trochę skomplikowane...

17.07.2004 10:28
😃
odpowiedz
zanonimizowany177897
1
Junior

Zgadzam się z tym, że argument "dla rozrywki" może być bardzo niebezpieczny. Zgadzam się z krytyką pomysłu wirusa Goldblooma (swoją drogą niewykorzystany aktor. Pamiętacie jego kreację w "Mr Frost"? Moim zdaniem był genialny). I w zasadzie mógłbym nie mieć nic do dodania, ale, znowu, dla gimnastyki: "machnes" powstały nie same z siebie, ale na wzór i podobieństwo ludzi, inaczej być nie mogło, bo właśnie ludzie je stworzyli. W człowieku (homo sapiens) zawsze była (cząstkowa) ciągota do patosu, potęgi, epickości, (różnie pojętej) wielkości. Czy widziałeś kiedyś coś bardziej megalomanijnego niż wieże hodowlane w dziele Wahowskich? Nie, nie, argument nie trzyma sie kupy ;) Może coś innego. Filozoficznego. Zacznę od założenia, że uczucia rządzą intelektem (nie będę go wyjaśniał, bo nie mam siły). Drugie założenie (sokratejskie, a w zasadzie platońskie): uczucia są biegunowe (połączone "negatywne" i "pozytywne"). Trzecie założenie (najbardziej śliskie): potęga kreacji zależy od potęgi uczuć (cały czas zakładam, że "machines" czuły). Zatem by stworzyć szczyt kreacyjny (Matrix) i szczyt destrukcyjny (planty energetyczne) potrzebny był mix najważniejszych, skrajnych uczuć, wedle pojęcia sprawiedliwości ukutego przez Arystotelesa, symetrycznych: miłości i nienawiści. Na symetrii zasadza się świat. Tu cię hoduję, a tu cię mamię. Też brak proporcji w tym dowodzie ;) Chociaż może jest. Tu cię nienawidzę a tu cię kocham. Kreator z trzeciej części zdaje się w sobie zawierać tę opozycję, hę?

17.07.2004 11:14
😜
odpowiedz
zanonimizowany48740
0
Senator

Wy tu o ziemniakach, a nie lepiej by było jakby maszyny owszem, wrzuciły ludzi do matrixa tyle że zamiast w czasach współczesnych ludki żyły by sobie np. w starożytności.

Wtedy by biedni nawet nie wiedzieli co to komputery :)

17.07.2004 11:23
odpowiedz
zanonimizowany139812
9
Pretorianin

możliwe:) Nie chce mi się zagłębiać w psychologię maszyn:) zwłaszcza w przypadku tak absurdalengo filmu, w którym ludzie mieli skądś energię a maszynky nie, w którym ludzie tworzyli skomplikowaną maszynerię a nie potrafili sobie uszyć jakichś niepostrzępionych ubrań, i choć potrafili wykorzystac impuls emp to nie potrafili go ukierunkować i skupić wiązki, choć możliwe jest to już nawet teraz:)

Choć z drugiej strony - nie widać w Matrix tej miłości i nienawiści - może tylko na przykładzie smitha z pierwszej części, który nienawidzi "wirusów". Poza tym wygląda to na podejście czysto utylitarne, które, jak już wspomniałem, jest absurdalne w swych założeniach. owszem można dorabiać do tego jakąś ideologię, ale nawet gimnastykę lepiej uprawiać na porządnym sprzęcie, a nie jakimś wadliwym i źle pomyślanym :)

17.07.2004 20:59
odpowiedz
zanonimizowany177897
1
Junior

Taaaak. No, skoro nie warto dorabiać do Matrixa ideologii, to... nie wiem, czy mi wypada, ale może zaproponowałbym powrót (trudno to powrotem nazwać, bo dyskusja w zasadzie jeszcze się nie zaczęła) do tematu, którym, jak mi się wydaje jest... gamedec. Macie jakieś zdanie? Pomysły? Sugestie? Chętnie posłucham, bo choć tom II jest w zasadzie gotowy, ciągle pracuję nad konspektem do odsłony nr III.

21.07.2004 09:29
👍
odpowiedz
zanonimizowany177897
1
Junior

Cisza. Genialne :). Pamiętam, jak kiedyś, na forum ŚGK kilka razy zagadnąłem graczy, co sądzą o (rewelacyjnym moim zdaniem) Tormencie. Też była cisza. Dopiero jak ich sprowokowałem stwierdzeniem, że zdaje się nikt nie grał w tę grę i jest to po prostu katastrofa, odezwało się kilku sprawiedliwych. Dyskusja potem była całkiem całkiem ;-)

21.07.2004 09:36
odpowiedz
zanonimizowany135328
46
Generał

Mnie w Matrixie ciekawi tylko jedno. Po co maszyny używały ludzi do produkcji energii? Skoro nad chmurami świeci słonko, a to chyba o wiele wydajniejsze i lepsze źródło energii. Nie potrafiły wzlecieć ponad chmury? Buhahaha. A Matrixa jednak wymyśliły. To jakiś totalny bezsens. To tak off topic.

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze