Na Głębokich Ścieżkach śmierć kryła się nie wśród cieni, ale w oślepiającym blasku lawy.
Zdarza się, że kostucha obserwuje cię złowrogo z ciemności, uśmiechając się lekko i wlepiając w ciebie zimne spojrzenie, którego możesz się tylko domyślać, ale wyraźnie czujesz je na swoich plecach. Tu, pod ziemią, przybiera zupełnie inną formę. Zrzuca swój utkany z cieni płaszcz i staje prosto przed tobą, szczerząc się skalistymi zębiskami i liżąc cię jęzorem płomieni. Patrzy się prosto w twoje oczy, rzucając ci nieme wyzwanie, dobrze wiedząc, że musisz jej ulec. Odwzajemniałem jej spojrzenie, zastanawiając się w krótkich, coraz rzadszych chwilach pełnej świadomości, na ile to, co widzę jest prawdą, a na ile wytworem mojego powoli gasnącego umysłu. Po wielu dniach forsownego marszu prosto w gardziel Mrocznego Pomiotu niepokój moich kompanów zdążył praktycznie wyparować i przemienić się w obezwładniające znużenie, które zdawało się siadać ciężko na ich barkach, spowalniając kroki i sączyć w zmęczone umysły upojne wizje odpoczynku. Na szczęście moi towarzysze nie poddawali się im łatwo: dziesięciu krasnoludzkich wojowników osławionego Legionu Umarłych oraz mój najwierniejszy druh Oghren nie wypowiedzieli ani jednego słowa skargi, choć dobrze wiedziałem z jak wielką radością zzuliby ciężkie buciory i odpoczęli choć trochę. Chciałbym spełnić ich pragnienie, ale teraz liczyła się każda chwila. Stukot naszych stalowych butów rozbrzmiewał w upiornie cichych salach opuszczonego thaigu. Na samym czele tej kompanii straceńców kroczyłem ja, Berthold Cousland, Szary Strażnik, komendant Twierdzy Czuwania, Pogromca Arcydemona, Zbawca Fereldenu, Ostatnia Nadzieja Amarantu. W ciągu swojego zbyt krótkiego życia dorobiłem się wielu imion. A teraz, w czterdziestym czwartym i jednocześnie ostatnim roku mojego życia, o swoją część chwały zaczął dopominać się mój stary towarzysz, bez którego nie osiągnąłbym żadnej z tych rzeczy - Skażenie, które oplatało moje myśli mackami urojeń i gotowało krew w żyłach. Ścigaliśmy się teraz, ono i ja, w szaleńczym wyścigu z czasem, który tak czy inaczej zakończy się moją śmiercią. Resztką sił broniłem więc murów mojej jasności umysłu, szturmowanych bezlitośnie przez obłęd i cały czas zadawałem sobie pytanie czy będąc już na wpół obłąkany, zdołam domknąć ostatnią niedokończoną sprawę w swoim życiu i zabić Architekta zanim Skażenie do reszty zniszczy mój umysł?
Krótko po wypowiedzeniu tych słów osunęła się nieprzytomnie na ziemię. Mgła, którą jeszcze niedawno powstrzymywała swoim zaklęciem, nie potrzebowała lepszej zachęty.
Zaczęła obmywać nas niczym woda tonący okręt. Wlewała się do naszych nozdrzy i ust, oddzielała nasze oczy od świata kurtyną mlecznych kłębów. Słyszałem krzyki pozostałych, błądziłem po omacku w stronę skąd zdawały się dobiegać. Rozpaczliwie próbowałem dojrzeć w niej sylwetki towarzyszy, ale na próżno - gdziekolwiek bym nie spojrzał, otaczała mnie nieprzejrzysta zasłona oparów, w której ginęła nawet moja wyciągnięta przed siebie ręka. Im bardziej zbliżałem się w stronę, z której dochodziły gardłowe krzyki Qunari, tym wyraźniej widziałem jasny punkt przebijający się przez gęste jak śmietana wyziewy, w którym upatrywałem ogniska. Cała moja nadzieja uczepiła się tego malutkiego punkciku niczym gromadka wiejskich bachorów wędrownego bajarza. Przebierałem nogami tak szybko, jak mogłem, przeklinając w duchu polujące na moje stopy pieńki, kamienie i Stwórca jeden wie co jeszcze. Światło stawało się coraz wyraźniejsze. Gdy wreszcie było tak silne, że musiałem zamknąć oczy, by nie oślepnąć, moja noga wpadła w zastawioną przez jakiś wyjątkowo podstępny pieniek pułapkę, podrywając resztę kończyn do chwilowego lotu, z którego najmniej była zadowolona głowa waszego pokornego sługi, która zakończyła go lądowaniem na czymś dalece zbyt twardym jak na jej przyzwyczajenia. Nie można mieć więc do niej pretensji, że niczym obrażona dama, odmówiła wszelkiej współpracy, przez co oślepiające światło szybko zaczęło niknąć w oceanie czerni.
Kiedy otworzyłem powieki, świat tańczył mi przed oczami, nijak nie chcąc stanąć w miejscu.
Leżałem na brzuchu i patrząc tępo przed siebie, wyławiałem z kolorowego, wirującego chaosu kolejne elementy krajobrazu. Nieznane mi rośliny o fantazyjnych kształtach, niepokojąco powykręcane skały, fragmenty kolumn, osobliwy pomnik przypominający wyglądem zakapturzoną istotę z rogami i mackami zamiast rąk, a w końcu rozciągający się za tym wszystkim szarozielony horyzont. Wszystko to wydawało się nieostre i rozmazane.
Gdy tak leżałem, próbując zrozumieć co się wokół mnie dzieje, do moich uszu dotarły jakieś słowa, ale mój krzyczący z bólu mózg nie zdołał ułożyć z nich nic sensownego. Głos odezwał się ponownie, tym razem zdradzał ślady zniecierpliwienia.
Sytuacja nie przedstawiała się zachęcająco.
Tamtego lata przyjmowaliśmy obelgi i błogosławieństwa z tą samą obojętnością. Maszerowaliśmy na północ, a wokół nas kraina obracała się w popiół.
Im bardziej zbliżaliśmy się do naszego celu, tym oczywistsze stawało się, że pogłoski były prawdziwe. Chylące się ku zachodowi słońce karmiło nasze oczy widokiem koszmarnie poszarpanych, zwęglonych ciał, leżących w najdziwniejszych pozach na drodze do wioski. Jeżeli ci ludzie próbowali uciekać, to w swoich ostatnich chwilach mogli poczuć się rozczarowani rezultatem.
Podążaliśmy dalej, starając się nie zwracać uwagi na makabryczny widok rozciągający się tuż pod naszymi nogami.
Po kilku minutach marszu dotarliśmy do feralnej wioski, która wyglądała, jakby przeszła przez nią horda mrocznych pomiotów z Arcydemonem na czele. Rozsiane wszędzie zwłoki wydawały się wlepiać w nas oskarżające spojrzenia i pytać niemo: "Gdzie byliście, kiedy was potrzebowaliśmy?".
W milczeniu obserwowaliśmy ten teatr śmierci i spustoszenia.
Ciszę przerwał okrzyk Morrigan.
Podążyliśmy wzrokiem we wskazaną przez nią stronę.
Na pierwszy rzut oka były to zwłoki jak każde inne. Dopiero po chwili dało się dostrzec czym różniły się od reszty.
Spalone, rozszarpane ubranie było szatą maga.
- Więc mówicie, że zbyt ostro obchodzimy się z Saarebas? - zagadnął Żelazny Byk, patrząc z lekkim uśmiechem na Morrigan, która odwdzięczyła mu się jadowitym spojrzeniem.
Wyglądało na to, że spędzimy w tym miejscu nieco więcej czasu niż zakładaliśmy.