Rudobrody zasępił się na chwilę. Jego pomarszczona gdzieniegdzie fizys zdradzała oznaki silnego myślenia.
- Kutwa – w jego czaszce rozbrzmiało echo przekleństwa – Przecież ja tylko chciałem ją uratować. Jeśli opacznie zrozumiałem to wszystko, jestem skończonym idiotą. Ale jeśli się nie mylę i ktoś chce śmierci Gady... To oznacza, że nienaumyślnie pomogłem mu osiągnąć cel. I gdy wygrzebiemy się z tego bryłkowcowego łajna, będę doskonałym kozłem ofiarnym. Powiedzą Harrowmontowi, że to przeze mnie, a on obedrze mnie ze skóry na głównym placu Orzammaru. Ich pewnie wygna z miasta. Ten od czarnej roboty zostanie obsypany złotem za sprawne rozwiązanie problemu. Pytanie tylko, które z nich jest tym zdrajcą i kto jest zleceniodawcą? Harrowmont, czy może... Anora? Jaki interes mogłaby mieć królowa w zabójstwie Gady? Ech, to nie na moje nerwy. Podsumowując, jestem w czarnej dupie. Co by nawet pasowało, zważając, że to Głębokie Scieżki...
- Hej wy tam, pozwólcie już do nas, jeśli łaska – z zamyślenia wyrwał go ostry głos szlachcianki.
Spojrzał na Alarę, która wciąż stała obok, przyglądając mu się z posępną miną.
- Chodźmy więc. Nie ma co czekać, aż Przodkowie się o nas upomną.
- Skoro tak mówisz... – rzuciła elfka, wpatrując się w niego przenikliwie swymi ciemnymi jak antracyt oczami.
Poczuł się nieswojo pod ciężarem tego spojrzenia, więc postanowił jak najszybciej ruszyć w stronę pozostałych członków drużyny. Skrytobójczyni z ociąganiem ruszyła za nim.
Szlachcianka i mag stali nad ranną, która teraz wyglądała dużo lepiej i zdawała się spać, zapewne w wyniku czarów Marena.
- O co chodzi? – spytał krasnolud.
- Nie możemy zdecydować się w której karczmie podają najlepsze piwo w Orzammarze. – wyartykułowała Bella z przesadną emfazą – może taki koneser jak ty jest w stanie nam coś poradzić w tej kwestii?
Piwo? - Oghren zrobił głupią minę, nie wiedząc co ma powiedzieć.
Jesteśmy gotowi do drogi – rzucił szybko młodzieniec, uprzedzając Antivankę, która już szykowała się do wygarnięcia Strażnikowi – opatrzyłem rany jak tylko umiałem i skleciłem prowizoryczne nosze. Jak pamiętam zaoferowałeś się, że poniesiesz Gadę. Powinieneś więc brać się do roboty, bo im dłużej tu zostajemy tym mniejsze mamy szanse na przeżycie.
Krasnolud bez zwłoki złapał z jednej strony za rączki noszy i pociągnął ranną w głąb korytarza, gdzie udała się już pozostała trójka. Ruszyli, powoli zatapiając się w mroku.
Na głębokich ścieżkach śmierć kryła się nie wśród cieni, ale w oślepiającym blasku lawy. Mimo tej różnicy, była, swoim zwykłym sposobem, nieprzejednana i z każdym kolejnym dniem zabierała któregoś z członków naszej ekspedycji, aby ukołysać go w swoich kojących ramionach, w przepastnych odmętach Pustki. Mayren od dwóch tygodni twierdziła, że wyczuwa rychły koniec naszych problemów i choć zwykle jej prorocze umiejętności nie zawodziły, tak w tamtym momencie sama zdawała się tracić wiarę w ich sens. Varrik z początku pocieszał ją jak tylko mógł, ale i on po pewnym czasie wyraźnie spochmurniał. Jeśli o mnie chodzi, byłem na siebie wściekły, ponieważ myślałem, że moce dziewczyny pomogą nam w jakiś sposób osiągnąć cel wyprawy. Krew mnie zalewała, gdy przypominałem sobie z jakim trudem wyrwałem ją wcześniej Zakonowi, powołując się na niezwykłe okoliczności w jakich znalazł się nasz świat i potęgę Inkwizytorskiego tronu, a na końcu pieczętując kruchy sojusz groźbą wojny z templariuszami, jeśli choć włos spadnie z głowy wcielenia Boskiej Andrasty. I gdy pomyślałem, że to wszystko miało pójść na marne, zaczęła narastać we mnie determinacja by iść naprzód bez względu na cenę, aż do ostatniego tchu. Pamiętam, że dnia, gdy wkraczyliśmy do ruin bastionu Garina-niegdyś pierwszego punktu oporu przed mrocznymi pomiotami w tamtej części Ścieżek, morale drużyny było okropne, z powodu kolejnych dwóch żołnierzy, zabitych w niewiadomych okolicznościach przed paroma godzinami. Sytuacja była o tyle dziwna, że znaleźliśmy jedynie szczątki przedniej straży-fragmenty zbroi i trzewi ofiar rozrzucone na całej szerokości korytarza i nikt z nas nie był w stanie wyobrazić sobie zaistniałych zdarzeń. Bastion wydawał się opuszczony, co również rodziło podejrzenia lecz w tamtym momencie chcieliśmy po prostu odpocząć po trudach wędrówki, więc postanowiliśmy rozbić obóz i ustalić dalszy plan działania. Kapitan Barosh podszedł do mnie przy ognisku, gdzie zanurzony w myślach obserwowałem płomienie pełgające po powierzchni niedymiącego, krasnoludzkiego węgla i poprosił o chwilę rozmowy na osobności.
- Zawracamy – rzekł krasnolud stanowczym tonem – i zanim cokolwiek powiesz, wiedz, że pluję na tą twoją misję, jakkolwiek ważna by nie była. Ja i moi ludzie mamy dość tego wszystkiego, już tydzień temu mówiłem ci, że Przodkowie nas przeklęli i jeśli nie zawrócimy, pewnikiem sczeźniemy w tych tunelach. Jeśli chcecie możecie zostać, ty i ta dziewka, nie powstrzymuję was, wiedz tylko, że wyruszamy tak szybko jak tylko chłopaki odzyskają siły. -po czym odwrócił się i już chciał odejść...
- Stój.- powiedziałem – nigdzie nie odejdziesz. Zostaniesz i poprowadzisz nas dalej w kierunku celu. A jeśli nie...
- To co? – kapitan zmierzył mnie lodowatym wzrokiem, a jego ręka powoli powędrowała do rękojeści topora zasadzonego za pas...