Oghren wyciągnął topór, ona majaczy, pomyślał. Spojrzał na towarzyszy, Bella nie dawała niczego po sobie poznać, naciągnęła łuk, mierzyła przeciwnika, stała w takim bezruchu, że można było ją pomylić z marmurowym posągiem. Za to Marren był już blady, ręce mu się trzęsły, próbował inkantować jakieś zaklęcia, pewnie ochronne, ale co chwila się jąkał lub łamał mu się głos. Bella wystrzeliła, strzała ze świstem pomknęła prosto w coś, co przypominało głowę. Jednak przeciwnik okazał się niebywale zwinny, zdążył się uchylić i złapać pocisk w locie. Ogrhen nie czekał, w tym momencie był już przy bestii, uniósł topór i wtedy stało się coś dziwnego. Z tyłu błysnęło niebieskobiałym światłem, po czym wszystko ogarnęła błoga ciemność...
Szary Strażnik leżał na twardej i kamienistej posadzce, nigdzie nie miał swojego topora, z trudem spróbował się podnieść, wtedy poczuł, że świat wiruje - sądząc po ogromnych siniakach, przeleciał dobre kilka metrów. Obok niego leżała Bella z rozwaloną głową, a przed nim stał Marren, jednak wyglądał, jakby, jakby starzej...
-Długo musiałem być nieprzytomny – Oghren sam nie wiedział, skąd u niego jeszcze chęć do żartów.
-Oszukał mnie - mag miał łzy w oczach - obiecał wieczną młodość i wielką potęgę, nie rozumiesz?
-Czego nie rozumiem, co się dzieje? Ty jesteś zdrajcą, tak? - krasnolud normalnie czułby niewiarygodną wściekłość, ale teraz był tak wyczerpany, że potrafił się wysilić tylko na chłodną rezygnację.
-Za to co zrobiłem, czeka mnie śmierć, dorwą mnie templariusze, umrę tutaj z szaleństwa i głodu albo z twojej ręki, co za różnica? To, ten stwór to, to demon i jest tu od dawna, bardzo dawna, chciał się uwolnić, znaleźć sposób, żeby na zawsze przeniknąć do naszego świata... Ja, ja obiecałem, że przyprowadzę mu płodną kobietę, najlepiej wysokiego rodu, a potem... Jednak krasnoludy musiały, musiały go odnaleźć, a Gada uciekła, więc kiedy usłyszałem o tej wyprawie, ja, ja zgłosiłem się, Alara musiała mnie widzieć, jak ja, jak ja się z nim kontaktuję...
W tym czasie młody mag już skończył opatrywać rany Gedy:
-Ona sama nie wstanie, nie mówiąc już o chodzeniu, ktoś ją musi nieść.
Wszyscy skierowali wzrok na Oghrena, w końcu był najsilniejszy z nich wszystkich, a Geda , widać bardzo lubiła jeść:
-Ale na czym, to kawał baby, przez ramię jej nie przełożę przecież!
-Krasnolud ma rację, nie mamy noszy, a przenoszenie jej za nogi i ręce może jej tylko zaszkodzić. Nie lubię tego mówić, ale trzeba będzie ją tu zostawić, wrócimy tu z pomocą, to zaklęcie powinno na jakiś czas uczynić Gadę niewidoczną dla pomiotów. - odrzekł mag, zacisnął dłoń, zaświeciło i krasnoludka znikła.
-To zaklęcie nie działa wiecznie prawda? Proponuję, żeby Oghren, jako winny zamieszania został i bronił jej, w końcu masz jakiś honor krasnoludzie, hę? - Alara uśmiechnęła się tak szyderczo, Oghren przez chwilę miał nadzieję, że twarz jej pęknie.
Po kilkunastu minutach w korytarzu zniknęły ostatnie blaski pochodni i umilkły dźwięki.
-A jednak sobie poszli, psia mać, chociaż byście pochodnie mogli zostawić – przeklęci powierzchniowcy.
Nikt nie umiałby powiedzieć ile czasu upłynęło w ciemnościach, najpierw Oghren usłyszał huk, potem jakieś wrzaski w oddali, po chwili kroki, pomieszczenie zajaśniało ciepłym blaskiem pochodni. Krasnolud zmrużył oczy, przyzwyczajał się do nagłego błysku światła.
-Gada???? Co ty... ja... tego... przecież..., ale... - zaskoczony Oghren rozejrzał się po komnacie, podłoga była czysta, nie dostrzegł nawet martwych pomiotów.
-Nie ma czasu na gadanie Oghrenie, drzwi są otwarte, szybko, zaraz się zrobi gorąco!
NA GŁĘBOKICH ŚCIEŻKACH ŚMIERĆ KRYŁA SIĘ NIE WŚRÓD CIENI, ALE W OŚLEPIAJĄCYM BLASKU LAWY.
Plan odbicia Taighu Cadash od początku nie miał szans powodzenia. Pomioty zbyt dobrze znały teren, znikali kolejni żołnierze, wojsko była już na granicy wytrzymałości, zapasy jedzenia się wyczerpywały, a chłód i wilgoć tuneli powodowały błyskawiczne wychłodzenie ciała - nikt już nie myślał o chwale, ale o przetrwaniu. W końcu król nakazał odwrót, Oghren miał nadzieję, że nie za późno, zgłosił się na ochotnika, żeby poprowadzić zwiad - wziął ze sobą Barregha i Villuna, weteranów w królewskiej armii.
Od tamtego momentu minęły dwa dni, przynajmniej tak się wydawało, może to tylko kilka godzin, a może wieczność? Wilgoć przenikała ubranie, nogi odmawiały posłuszeństwa, wzrok zasnuwała już delikatna mgiełka - to brak snu, ale szli, musieli, bo tak nakazywał honor. Na szczęście nie napotykali pomiotów, chociaż dla Oghrena był to raczej powód do niepokoju, coś szykowały, jednak wolał nie straszyć i tak już przerażonych towarzyszy. Grupa trafiła na wąski korytarz, gdy weszli weń, usłyszeli dudnienie, zwiadowcy spojrzeli po sobie, jakby każdy chciał się upewnić, że to nie wytwór jego wyobraźni, nie potrzebowali słów, wystarczyło krótkie spojrzenie w oczy, przerażony i zbłąkany wzrok mówił całą prawdę, wybuchła panika. Ściany zaczęły pękać, a ze szczelin zaczęła wylewać się lawa, która rozświetliła cały tunel, Oghren nakazał ucieczkę, choć nie miało to już znaczenia. Barregh miał najmniej szczęścia, czerwona ciecz wylała się wprost na niego, wydał z siebie tylko zduszony jęk, na szczęście pozostałym dwóm krasnoludom udało się uniknąć poparzeń.
Ocaleni wybiegli z tunelu tylko po to, żeby natknąć się na cały oddział pomiotów:
-To pułapka!!! Jak mogłem ich nie wyczuć - wrzasnął Oghren, jednak nie było wiadomo, czy to okrzyk bezradności i przerażenia, a może wściekłości, może jedno i drugie - nie możemy walczyć, oni na to czekają Villun, nie możemy zginąć, mamy misję, chociaż mam straszną ochotę zatopić mój topór w paru pomiotach. Dalej, musi tu być gdzieś wyjście, przodkowie są dziś z nami!
Łucznicy wroga napięli cięciwy i już celowali, zwiadowcy spojrzeli w lewo, był tam mały tunelik, wyglądał na opuszczony, trzeba było spróbować, więc rozpoczęli rozpaczliwy bieg, mimo całkowitego wyczerpania dawali radę zasłaniać się jeszcze tarczami - determinacja dodawała sił. Udało się im wbiec pierwszym do tuneliku, było tam mniej wilgotno i nawet nie cuchnęło, co było rzadkością na Głębokich Ścieżkach, niestety pomioty nie chciały tak łatwo ustąpić, doganiały krasnoludów.
- Nie damy rady we dwóch, tunel jest wąski, dam radę ich zatrzymać na jakiś czas. Znasz drogę Oghren, wróć i powiedz królowi, że nie zginąłem jak tchórz... - choć Villunowi łamał się głos z przerażenia, w jego oczach malowała się wściekłość i nieokiełznana żądza krwi. Oghren nie miał zamiaru uciekać, ale nie było czasu na kłótnie, misja była zbyt ważna, dowództwo musiało się dowiedzieć co nadciąga. Mimo wszystko jednak, przerażona twarz Villuna pozostała we wspomnieniach krasnoluda do końca życia.