To miła niespodzianka, dzięki :)
I gratulacje dla innych wyróżnionych - naprawdę ciekawe teksty. Dziękuję za słowa konstruktywnej krytyki od pani Brzezińskiej i za świetną zabawę w klimatach Dragon Age.
- To już nie ma znaczenia – odpowiedziałem. – Po prostu się stąd wynośmy.
- Niby dokąd? – wycharczał z trudem Szary Strażnik. Wtedy pojąłem, że jego czas się skończył. Że już nigdy nie porozmawia z nami tak, jak przed chwilą. Jego ciało wygięło się w łuk, nabrzmiałe od trucizny żyły zdawały się przebijać przez poszarzałą skórę i już sam nie wiem, czy z jego ust wypływało więcej piany, czy krzyków. – Ona wszędzie… nas dopadnie! – Zrozumiałem tylko tyle. Potem Blackwall osunął się na spopieloną ziemię, by wśród własnej krwi i odchodów toczyć ostatnią, niemożliwą do wygrania walkę.
Żelazny Byk zareagował, zanim zdążyłem chwycić Biankę.
- Nie! – wrzasnęła Morrigan. Wielki, dwuręczny miecz zatrzymał się w połowie drogi do celu. – Jest nam potrzebny!
Oboje, ja i Byk, popatrzyliśmy na nią, jakby do reszty straciła rozum.
- Blackwall ma rację! – czarodziejka krzyczała, ale jej głos i tak prawie zagłuszały krzyki tego, któremu właśnie odmówiła łaski. – Moja matka nas dopadnie, jeszcze tej nocy! Żeby przeżyć, musimy zaatakować pierwsi!
- Nie myślisz jasno! – odkrzyknąłem, kładąc palec na spuście. – To nie jest Flemeth! Ten demon przybrał jej postać, żeby cię omamić… i najwyraźniej mu się udało! Ile jeszcze żyć poświęcisz, by doprowadzić do tego starcia?
Nagle Byk stanął na linii strzału, zasłaniając konającego Strażnika własnym ciałem.
- Nieważne, czy to Flemeth, czy nie! Musimy walczyć – zagrzmiał, po czym zwrócił się do czarodziejki. – Tylko po co ci Blackwall?
- Jest połączony z tym… demonem – Morrigan mogła już mówić normalnym tonem, bo wrzaski zakażonego słabły. - Kiedy Varrik go zranił, smok też odczuł ból. Inkwizytorka również jest jakoś w to wszystko zaplątana. Musimy wykorzystać te więzi.
- Żeby zabić tę kreaturę? – spytałem z powątpieniem.
- Połączenie nie jest aż tak silne – powiedziała do mnie jak do głupiutkiego dziecka. – Ale możemy ją dzięki nim odnaleźć.
- Po nitce do kłębka – mruknął Żelazny Byk. – Znasz zaklęcie?
- Nie – zaśmiała się Morrigan. – Nie ma takiego zaklęcia, które wymieszałoby prawa świata materialnego i niematerialnego. Które zamieniłoby ślady magii na odciski stóp w błocie… Nie ma takiego zaklęcia. Ale jest miejsce, w którym takie anomalie to codzienność.
Wszyscy trzej spojrzeliśmy na zatraconą w Pustce Inkwizytorkę. I na Blackwalla, który też błąkał się gdzieś poza naszym światem.
- Demon jest potężny, ale i tak tkwi jedną nogą w Pustce? – upewniłem się.
- Zapewne.
- Więc dołącz do nich, Morrigan – powiedziałem, wskazując na nieprzytomnych towarzyszy. - Zróbcie to, czego nie możemy dokonać po tej stronie Zasłony. Poprowadź Blackwalla i Inkwizytorkę.
- Poprowadź ich albo giń – dodał Żelazny Byk.
- Niebawem uderzą – odezwała się Morrigan, wypowiadając na głos to, co i tak wszyscy przecież wiedzieliśmy. Nie wiedzieliśmy jednak, że nim dobędziemy broni, wiele się wydarzy; tak wiele, że będziemy się musieli porządnie zastanowić, czy mierzymy nią we właściwego wroga.
Nikt więcej się nie odezwał. Czarodziejka i Byk uważnie obserwowali okoliczne zarośla, szarżownicy zapadli w drzemkę, nie zdejmując wielkich łap z rękojeści mieczy, a ja zacząłem sprawdzać kuszę i bełty, świadom, że w walce za jedną fałszywą nutę w pieśni Bianki mogę zapłacić życiem.
Gdybyście mnie spytali, jak to się stało, że w tak podłym miejscu jak Bagna Nahashinu straciłem czujność, nie potrafiłbym udzielić odpowiedzi. Pamiętam tylko, że kiedy ocknąłem się z półsnu, mgła była dość blisko, by słodkawy odór wdarł się do moich nozdrzy, oczu i gardła. Zamiast ostrzegawczego okrzyku wydobyłem z siebie tylko niewyraźny bełkot, po czym osunąłem się na ziemię.
Obudził mnie krzyk, podejrzanie podobny do tego, który parę dni temu wystraszył Morrigan. Rozejrzałem się wokół i zorientowałem się, że zniknęła zarówno ona, jak i Byk z Inkwizytorką. Mimo ciemności zauważyłem świeżą ścieżkę utorowaną przez wysokie zarośla, ścieżkę o szerokości noszy. Zostawiłem resztę nieprzytomnych towarzyszy i pełen złych przeczuć ruszyłem przed siebie. Po kliku minutach marszu zamarłem w pół kroku, słysząc odległe odgłosy kłótni.
- …i co z tego, że jest parę lat starsza niż większość twoich… nowych pociech? To wyjątkowo zdolny dzieciak, nada się do twoich celów. Ja dotrzymałam słowa, teraz ty dotrzymaj swego!
- Oh, Morrigan… - nie znałem właścicielki drugiego głosu, mogłem tylko zgadywać. Właściwie z dużym prawdopodobieństwem, że trafię, bo w końcu ile mogło być w Thedas osób potężnych na tyle, by owinąć sobie naszą czarodziejkę wokół palca… by zmusić ją do zdrady? – Jesteś taka naiwna.