Dodaj do obserwowanych
Szukaj...
Kolorystyka
Wyświetlanie

GRYOnline.pl:

Facebook GRYOnline.pl Instagram GRYOnline.pl X GRYOnline.pl TikTok GRYOnline.pl Podcast GRYOnline.pl LinkedIn GRYOnline.pl Forum GRYOnline.pl

tvgry.pl:

YouTube tvgry.pl TikTok tvgry.pl Instagram tvgry.pl Discord tvgry.pl Facebook tvgry.pl

Devil_Jack

Devil_Jack ostatnie wypowiedzi na forum i w komentarzach

06.09.2026 14:35
3
odpowiedz
Devil_Jack
21

Persecuted To ja się wtrącę, bo mam podobne zdanie, co przedmówca. Gra z duszą to uproszczenie, ale można to pojęcie zoperacjonalizować i uczynić nieco mniej subiektywnym. Otóż taka gra powinna spełniać jeden warunek konieczny: powinna to być gra, w którą chcą grać sami deweloperzy. Myślę też, że w mówieniu o grach z duszą pobrzmiewa nostalgia za czasami, kiedy małe studio tworzone przez kilkudziesięciu nerdów, którzy lubili gry, tworzyło je niejako dla siebie, a nie tylko dla słupków w Excelu. Jeszcze inne porównanie: zestaw małą manufakturę, gdzie produkty wytwarza ręcznie rzemieślnik i wielką fabrykę, gdzie pracują ludzie na taśmie, którzy nie bardzo mają pojęcie o swoim miejscu w łańcuchu produkcyjnym. To ta "subtelna" różnica. Dzisiejsze studia to korpo, a gry tworzone są przede wszystkim przez dział marketingu i księgowych.

Oczywiście, może się zdarzyć, że grę stworzy wielkie korpo, ale fakt, że ktoś dobrze nim kieruje powoduje, że całość będzie się bronić - właśnie dlatego, że będzie miała dawać frajdę graczowi, a nie doić go z kasy albo, o zgrozo, edukować na jedyną słuszną modłę. Dla mnie akurat gry Naughty Dog czy od paru lat Rockstar duszy nie mają, ale to kwestia indywidualnej wrażliwości. Czy rację mają osoby z moją, czy Twoją wrażliwością - nie wiem.

Swoją drogą, stwierdzenie, że "Oczywiście ta klasyfikacja nie ma twardych kryteriów, a jedynie "bo ja tak mówię!". To wygodne, ale analitycznie bezwartościowe" jest bardzo odważne. Aby się o tym przekonać, podaj mi twarde, obiektywne kryteria oceny gier albo jakiegokolwiek innego dzieła kultury. W przypadku gier, oprócz braku glitchy i agresywnej monetyzacji, a także fabularnej spójności do głowy nie przychodzi mi nic innego. Dlatego uważam, że subiektywne kryteria są w pełni wystarczające do formułowania ocen, bo inaczej oceny w ogóle byłyby niemożliwe. Nota bene, mógłbym skontrować Twój argument i powiedzieć: Krytykowanie kogoś, kto umie odróżnić gry z duszą i bez duszy, bo samemu nie umie się ich zaklasyfikować, jest jak krytykowanie przez daltonistę kogoś, kto odróżnia kolory zimne i ciepłe. Są ludzie ze słuchem lepszym i gorszym, ze wzrokiem lepszym i gorszym, są też być może ludzie z lepszym lub gorszym zmysłem do oceny gier. NIE MÓWIĘ TEGO i tak nie uważam, bo to by świadczyło, że próbuję się docenić Twoim kosztem, ale pokazuję perspektywę drugiej strony, która może bronić podziału na gry "uduchowione" i nie.

05.09.2026 13:58
odpowiedz
Devil_Jack
21

GreedFire To czym się różni krytyczne wypowiadanie się od stękania? Podaj mi kryterium, żebym mógł je praktycznie zastosować i nie musiał porzucać swojego hobby. Swoją drogą, Twoja początkowa rada jest bardzo nietrafiona, bowiem oprócz narzekających dla zasady są też tacy, którymi kieruje zwyczajna troska o jakość kolejnych produkcji. Myślę, że wielu twórców znacznie bardziej woli krytykę niż pochwały - bo te drugie nic nie dają prócz tymczasowego zadowolenia, a te pierwsze czynią nas lepszymi, a zwłaszcza nasze dzieło lepszymi. No ale jak ktoś woli toxic positivity w stylu Ubisoftu, to proszę bardzo. Tylko nie dziw się później, że co gra to kasztan.

post wyedytowany przez Devil_Jack 2026-09-05 13:59:28
02.09.2026 00:25
4
odpowiedz
Devil_Jack
21

Kwisatz_Haderach No ładnie, pięknie, ale jedna rzecz mi się nie zgadza. Nie umiem sobie przypomnieć żadnego aspektu, w którym GTA byłoby mocno lewicujące. Na tym polegała siła tej marki - że odcinała się od umoralniania kogokolwiek i pokazywania, a nawet sugerowania, że jedne poglądy są lepsze niż inne. O to właśnie chodzi - że w tych grach dostawali wszyscy po równo. Każdy zawód, grupa społeczna, rasa. Dostawali nowobogaccy, hippisi, nerdzi, imigranci i rednecki, politycy i gangsterzy. Ta gra miała w zamierzeniu pokazywać, że między gangusem a politykiem nie ma żadnej różnicy, że bezmyślność, naiwność i brutalność nie mają łatki politycznej. W czym ta domniemana "mocna lewicowość" miałaby się przejawiać?

Dodatkowo - drobiazg - ale "lewacki" Nowy Jork? Miasto, które w latach 1994-2007 miało burmistrzów z partii Republikanów, a w latach 2007-2013 eks-republikanina? Ostrożnie z etykietkami, bo fakty nie chcą do nich pasować.

21.08.2026 20:02
6
odpowiedz
Devil_Jack
21

Persecuted Najpierw byś się przyjrzał, jak to prawo jest stanowione, a potem stawał w jego obronie. Nowe regulacje są wprowadzane w ten sposób, że przychodzi do polityka pan z walizką pieniędzy (w EU nieoficjalnie, ale w USA zupełnie jawnie) i kupuje sobie to prawo. Może być najbardziej antykonsumenckie, a nawet antyludzkie, a jednak przechodzi. A potem Ty musisz się do niego grzecznie stosować i co najwyżej napiszesz sobie w GOL, że Ci się nie podoba. Mówisz, że masz na nie wpływ podczas wyborów? To co powiesz na inicjatywę Stop Killing Games, którą widowiskowo upieprzyła Komisja Europejska? Miliony graczy vs. wielkie korporacje - kto wygrał tę prawną batalię? Swoją drogą, być może wyciek GTA to komercyjna akcja, na której kto się wzbogaci. Ja jednak wolę widzieć ją - a zwłaszcza jej poparcie - jako obywatelskie nieposłuszeństwo, jako powiedzenie NIE patologicznym praktykom świata gamingu. Skoro normalne metody nie działają, skoro opór zgodny z prawem nic nie daje, skoro istnieje niesłuchana i ignorowana część, którą korporacje mają w poważaniu, to może czas zrobić coś inny, mniej legalny sposób? Cytując Ciebie, to jest właśnie smutne, że dorośli ludzie nie ogarniają nawet takich podstaw funkcjonowania świata i wydaje im się, że jeżeli tylko ktoś gdzieś napisał jakieś prawo, to Twoim psim obowiązkiem jest go przestrzegać zawsze, wszędzie i bez względu na konsekwencje. Jest to myślenie skrajnie feudalne, prowadzące do wynaturzeń i katastrof. Chwała borowi zielonemu, że tym razem chodzi jedynie o głupią giereczkę.

07.08.2026 19:15
3
odpowiedz
Devil_Jack
21

Diabeł z Caroc Dla mnie decyzja o trzech bohaterach od początku była błędna. Prawda jest taka, jakkolwiek śmiesznie to nie brzmi, że każde GTA to była stara dobra podróż od zera do bohatera w myśl klasycznego schematu "separacja-inicjacja-powrót". Na przykład: Vercetti traci pozycję w rodzinie, odbudowuje się i wraca na szczyt. Albo: Grove Street upada, wykonujemy misje, rządzimy dzielnicą. Gracz potrzebuje immersji odnośnie do postaci - dlatego tak wielu z nas nie wybiera "złych" opcji dialogowych w RPG-ach, bo nie gramy postacią: my nią jesteśmy. Przy trzech postaciach (w tym jednej tak zaburzonej jak Trevor) nie ma żadnej immersji, świat toczy się obok nas - jesteśmy w niego wrzucani, ale w nim nie uczestniczymy.
Co do satyry... Nigdy nie rozumiałem, co to znaczy, że GTA jest satyrą. Ot, puszcza czasem oko w sprawie zjawisk kulturowych, ale żeby od razu nazywać to satyrą? Jeżeli tak, to zgadzam się: nie jest ona najwyższych lotów (KMP to trafne porównanie :D). Ot, trochę stereotypów (pierwsza misja czarnym - ukradnij rower), trochę kontrowersji, ale w satyrze chodzi o coś jeszcze: o napiętnowanie zjawisk, żeby jednak naprawić świat. A co by nie mówić, GTA się śmieje, ale czy próbuje cokolwiek zmienić? Pytanie z serii tych retorycznych :)
PS. Cieszę się, że widzę kogoś, kto myśli podobnie do mnie w sprawie GTA V. Powszechne zachwyty nad tą grą każą mi jednak czasem zwątpić, czy może nie jestem już starym dziadem, któremu nic się nie podoba. Będę jednak twardo twierdził, że nie :D

07.08.2026 14:30
5
odpowiedz
Devil_Jack
21

Diabeł z Caroc Ja też odbiłem się od piątki, bo nie miała żadnej dystynktywnej tożsamości. Ta gra jest po prostu prostacka w swoich założeniach artystycznych. Vice City, San Andreas, nawet GTA III czy w mniejszym stopniu IV - to były gry stylizowane. Można było przenieść się do innego świata, posłuchać muzyki sprzed dwóch dekad, nacieszyć oczy neonami albo głębokim, pomarańczowym niebem nad Los Santos. Można było zobaczyć początki hip hopowej sceny albo obrazki rodem z Policjantów z Miami. Postaci sytuowały się na granicy pastiszu, ale jednocześnie odpowiadały utrwalonym kulturowym wyobrażeniom (prawnik-kokainista, femme fatale, skorumpowany policjant objadający się pączkami). Odpowiednio dobrano grafikę, znajdźki, aktywności poboczne, postaci i dialogi. Wszystko było spójne, przekonujące i immersyjne, a przede wszystkim - cholernie charakterne.

Szóstka to wszystko zabije - bo pójdzie w realizm, współczesność i memy. Już piątka pokazała, że od strony artystycznej podejście realistyczno-współczesno-memiczne to dosłownie antyteza GTA: że te gry opierają się także na kultowej muzyce, kultowych postaciach wzorowanych na trwałych ikonach popkultury, bezkompromisowym humorze, ale też - no właśnie, artyzmie, klimacie, poczuciu bycia jednostką zagubioną w wielkim świecie, który dopiero musimy oswoić. (Claude Speed, CJ, Nico Bellic, Tommy Vercetti - to wszyscy byli wygnańcy i renegaci w obcym dla siebie świecie, dokładnie tak jak gracz, który ten świat poznawał z nimi.) Dlatego Sleeping Dogs skończyłem trzy razy na 100%, w Yakuzie spędziłem setki godzin, a do GTA V miałem dwa podejścia, z których każde zakończyłem po kilku godzinach jak Ty głośnym "Meh...". I tak, uważam, że Sleeping Dogs i Yakuza to gry lepsze niż GTA V. Że to ostatnie więcej zarobiło? Blanka Lipińska zarobiła nieporównanie więcej niż Maria Dąbrowska, ale ja nie mam wątpliwości, kto pisze lepsze książki.

Mam wrażenie, że dzisiaj w Rockstar mało kto już rozumie, o co chodziło kiedyś z GTA. To nie po prostu duże miasto i nie po prostu konkretne mechaniki. To cała otoczka, której piątka dla mnie po prostu nie ma. Skorupa została ta sama, ale w środku brakuje treści. Nic nie wskazuje na to, żeby z szóstką było inaczej. Całość ujedzie jeszcze na hypie, ale już teraz przeczuwam podstawowy problem z założeniami artystycznymi, a właściwie - ich brakiem.

16.07.2026 13:27
4
odpowiedz
Devil_Jack
21

DocHary Nikt Ci nie poda takich konkretnych przykładów, gwarantując uczciwość. Sęk w tym, że recenzje filmów pochodzą jeszcze ze świata, kiedy ktoś szedł do sklepu, kupował gazetę, a przez to finansowanie rzeczonego pisma odbywało się z uwzględnieniem potrzeb czytelnika. Dziś, skoro nie płacisz z tekst, a za darmo nic nie ma, to płaci ktoś inny - zgadnij kto? Albo producent, który chce reklamy, albo reklamodawca, który wymaga, żeby tekst generował emocje i "się klikał". W skrócie: masz klakierów albo hejterów. Chcesz mieć dobrą treść? Płać. Nikt za darmo nie będzie ślęczał trzech godzin w kinie i potem od 8 do 10 nad recenzją.
Co do polecania wiarygodnych recenzji... Pytanie jest następujące: co chcesz wiedzieć po przeczytaniu recenzji, tzn. jakie elementy są dla Ciebie ważne? Fabuła i jakość wykonania? O tym większość recenzji pisze względnie uczciwie - po przeczytaniu czterech różnych powinieneś mieć w miarę obiektywny osąd. Kwestia wierności adaptacji albo emocjonalna głębia? Od tego są albo poważne strony kulturalne (Dwutygodnik, Culture.pl), albo niezłe tygodniku (od "Polityki", przez "Tygodnik Powszechny" po "Więź" - warto zajrzeć do kilku dla porównania), albo niszowe blogi, gdzie autorzy - często np. akademicy "po godzinach" - dzielą się pasją do filmów. O kwestie ideologiczne? Musisz ocenić je samemu, bo tu pole minowe jest największe.
Nota bene, recenzja jako gatunek literacki to nie kwestia "podoba mi się / nie podoba", ale ocena realizacyjnej sprawności, trafności założeń artystycznych, a wreszcie - fundamentu intelektualnego. Mówiąc najkrócej, recenzent to ktoś, kto w zamyśle widzi w dziele więcej niż sam twórca. Dzisiaj takie teksty nadal powstają, ale jest ich mało, bo większość ludzi ich nie potrzebuje. Jeżeli chcesz zwyczajnej polecajki, to wybacz brutalność, ale najlepiej zapytać znajomych - im przynajmniej nikt nie płaci za opinię.

03.07.2026 15:20
1
odpowiedz
Devil_Jack
21

Lateralus Ja nie mogę. Śmiejemy się z memów, a tu mamy przykład kogoś, kto pyta: "A na co to? A po co to?". No nie wiem... By mieć WYBÓR? Może podam kilka faktów, żeby prościej było to ogarnąć, bo widzę, że Kolega ma problem z przebiegiem argumentu:
1. Nowa technologia nie wypiera automatycznie starej. Obok siebie istnieją e-booki i książki papierowe, winyle, płyty CD i streaming, płyty BluRay i serwisy VOD, kina i Netflix. Tak długo jak istnieją klienci, tak długo istnieje nisza. Więc stwierdzenie, że "chyba to jest ten czas gdzie znów coś się zmienia i trzeba to zaakceptować" jest fałszywe. Nie zmienia się organicznie, samo z siebie, ale z pobudek zupełnie innych niż postęp - mianowicie chciwości. Manipulacja danymi tylko dodatkowo uzasadnia ten wniosek.
2. To, że coś jest postępem, nie oznacza od razu, że jest dla nas korzystne. Rozpoznawanie twarzy czy cyfrowa waluta to oznaki postępu, ale nikt mi nie wmówi, że technologie te mają wyłącznie służyć obywatelowi. Są to narzędzia kontroli. Tak samo jest z zabraniem płyt - to próba narzucenia, co masz kupować, w jakiej formie i co zrobisz potem ze swoim produktem. Wiele firm używa technologii jako narzędzia kontroli do osiągnięcia techno-feudalizmu. Sony daje tu świetny przykład, jak małymi krokami osiągnąć ten ostateczny cel.
3. W ostatnich latach odbywał się proces gotowania żaby. Zabrano książeczki, zabrano możliwość czystej instalacji z płyty, zabrano możliwość grania bez aktualizacji, teraz zabiera się samą płytę. To jasne, można było powiedzieć STOP wcześniej. Ale ważne, żeby w ogóle powiedzieć STOP i to jest taki moment, kiedy należy to zrobić. Więc owszem - dziś już nie zainstalujesz gry z płyty bez aktualizacji i pobierania danych z serwera i jest to NASZA wina jako graczy, bo nie protestowaliśmy, kiedy się to działo. Ale nie wynika stąd, że mamy zaakceptować obecny stan rzeczy.
4. W ostatnich dekadach słowo "posiadanie" mocno się zdezawuowało. Kiedyś nabycie produktu oznaczało dowolne nim dysponowanie: mogłem go sprzedać, pożyczyć, skopiować sto razy i trzymać te kopie, do kiedy miałem oryginał. Dzisiaj zakup takiego samego produktu w takiej samej cenie, ale w wersji cyfrowej nie pozwala na żadną z tych rzeczy. Innymi słowy pojęcie kupna uległo daleko idącej inflacji i przeciwko temu protestują gracze: że radykalnie zmieniły się zasady zakupu, ale nie ceny. I dlatego decyzja Sony jest oburzająca - bo zmienia zasady gry. I dlatego gracze się jednoczą: bo tylko jedność ma szanse w starciu z hegemonem i monopolistą.
Mam nadzieję, że pomogłem zrozumieć, o co toczy się spór.

30.06.2026 19:51
1
odpowiedz
Devil_Jack
21

czorny50 The Division standardową Ubi-strzelanką? Nie mogę się bardziej nie zgodzić! Klimat Nowego Jorku oddanego z ogromnym pietyzmem to coś, czemu nic nie może się równać - spędziłem w tym mieście parę miesięcy, stąd być może moja pozytywna ocena tego aspektu. (Biegnę przez miasto i myślę sobie: "O, dokładnie w tym miejscu brałem kebaba od Turka" albo "O, a tu był sklep Harry'ego Pottera" :D). Śnieg, klimat końca świata, ZNAKOMITE znajdźki w rodzaju rozmów telefonicznych (nigdy wcześniej ani potem nie słyszałem tak dobrze zrealizowanych nagrań dających powalającą immersję) - to wszystko tworzyło obłędną atmosferę, której ze świecą szukać w innych grach. Mówię bez ironii: jeżeli podasz mi tytuł podobny do The Division, to będę szczerze wdzięczny, bo szukam i nie mogę znaleźć! Dla jasności: The Division 2 to już jednak kaszana.
Być może nasze doświadczenia wynikają z różnicy w sposobie gry. Ja w The Division nie miałem absolutnie wrażenia grindu, może dlatego, że dokładnie czyściłem każdy kwartał, przez co wręcz za wcześnie odblokowywałem kolejne dzielnice. Łaziłem sobie po tym mieście, ani razu nie użyłem szybkiej podróży i po prostu chłonąłem atmosferę. Było miejscami cholernie ciężko, bo grałem jako samotny wilk, ale kurczę - w tym też był klimat! DLC? Nie pamiętam, żebym coś kupił, ale możliwe, że w PS Plus dali jaką premium edition, więc oczywiście możesz mieć tu rację.
Widzisz, dla mnie broń w The Division była dodatkiem do chłonięcia atmosfery świata. Cyferki? Im więcej tym lepiej: liczyły się modyfikacje, wygoda użycia i dopasowanie do mojego stylu grania - snajperka, karabin i można iść w miasto.Ale to był środek do celu. Moje ulubione filmy dotyczą apokalipsy, stąd w The Division czułem się jak w domu. A Dying Light? No, zrzucają Cię gdzieś tam, jesteś totalnym słabeuszem i sobie radź. Ale pytań jest bez liku. Słabeusz - czemu? Zaczynasz od naprawdę zaawansowanego parkouru, poruszasz się jak ktoś bardzo wysportowany, a walczysz jak sześćdziesięcioletni otyły astmatyk. Ja rozumiem, że komuś może podobać się poczucie progresu, ale na miły Bóg - to jest po prostu niespójny design postaci! I ta niespójność niszczy coś, co kocham w grach: wiarygodność świata przedstawionego. Wybitnie zadbano o tę wiarygodność w Far Cry 3, gdzie jesteś turystą, który dopiero uczy się walczyć. A tu? Żołnierz, skacze ze spadochronem, jednostka specjalna, co to nie on, a dopiero uczy się biegać, skakać i walczyć. CZEMU? Nie ma to żadnego uzasadnienia fabularnego i gameplayowego. Ot, chodzi o to, żeby utrudnić graczowi życie. No to ja podziękuję. Swoją drogą: to jest dopiero bezsensowny grind - skillowanie postaci, żeby wreszcie mieć przyjemność z grania! To nie dla mnie.

28.06.2026 21:59
odpowiedz
Devil_Jack
21

ciech6 O to to! W większego kasztana bardzo dawno nie grałem. Broń na siedem uderzeń, brak blokowania ciosów, kondycja (zawodowego wojskowego) na trzy uderzenia, tabuny wrogów, poukrywane wybuchające elementy... Do tego fabuła jak z filmu porno (jest po to, żeby nikt nie powiedział, że nie ma), żałosny dubbing PL i tylko nieco lepszy ENG, Klimat taki sobie, radość z grania zerowa. Widzę, że różni napinacze tutaj piszą "O, nie umiesz grać!". Czyżby? To sobie przejdź najpierw The Division w pojedynkę, a potem mów komuś, że nie umie grać. (Nota bene, The Division zamiata takim ścierwem jak Dying Light podłogę.) Ta gra jest po prostu źle wyskalowana, nie pozwala grać po swojemu, nie premiuje walki czy sprytu, tylko ucieczkę. Jak nie grasz jak chcą ten bezmózgie szympansy z Techlandu, to za cholerę nie przejdziesz tej gry. No to niech sobie grają sami. I naprawdę współczuję ludziom, którzy piszą, że "po 15 godzinach się rozkręca". Jak ktoś ma 15 godzin życia do zmarnowania to polecam, ale vita brevis, a lista gier do przejścia, które naprawdę dają radość, długa.

post wyedytowany przez Devil_Jack 2026-06-28 22:00:45
06.01.2026 15:46
👎
2
odpowiedz
Devil_Jack
21

Mam z tą grą pewien zasadniczy problem i piszę ten post po to, by przestrzec osoby podobne do mnie. Na pierwszy rzut oka Clair Obscur powinno mnie urzec od pierwszych chwil. Jestem wielkim fanem turówek, jRPG-ów i dojrzałych fabuł. Ile razy przechodziłem Parasite Eve i X-Com? Nie mam pojęcia - ale dziesiątki. Dlatego kiedy gra pojawiła się jako trial PS Plus zabrałem się do grania i... Skończyłem po trzech kwadransach. Mój największy problem to potwornie melodramatyczne dialogi, które poniekąd wynikają z głębszej kwestii - mianowicie nieumiejętnego obejścia się z tematem wymagających szczególnej dojrzałości. Jestem tu winien pewne wyjaśnienie: w opowieściach szukam zawsze znaczącej ciszy, uczuć, o których się nie mówi, szeptu zamiast krzyku. Przykłady? Life Is Strange czy Detroit: Become Human. Tam nikt nie deklamował o życiu, nadziei czy przeznaczeniu. Postaci żyły i mówiły normalnie, a wszystko działo się w spojrzeniach, drobnych gestach, działaniach. W Clair Obscur każda emocja umieszczona jest nieznośnie wręcz na wierzchu. Przykłady? Cytuję z angielskiej wersji - wszystkie kwestie pochodzą wyłącznie z prologu: "The Paintress stole so many things, including your capacity to dream", "My mind is where I can be free. She can’t touch me there. This is my final act of defiance", "I’m enjoying the uselessness of today, and readying my usefulness for tomorrow". To nie jest dojrzała fabuła - to parodia. Jeżeli ktoś należy do garstki osób lubiących filmy Uberto Passoliniego, Kelly Reichardt czy wczesnej Chloe Zhao, tego on takiej tonacji dosłownie skręci. Dialogi w połączeniu muzyką dają poczucie pompatyczności i pretensjonalności. Miało być dojrzale i poważnie, a wyszedł melodramat i operetka. Do tego jeszcze ta Whedonizacja dialogów, czyli rzucanie sucharem, by rozładować napięcie. Przykład? "You’ll die with a gorgeous head of hair". Kto tak mówi...? Ja rozumiem, że dla przeciętnego gracza poważny temat i pozornie doniosłe dialogi mogą wydawać się artystycznie doniosłe. Sęk w tym, że to fasada: na podobnej zasadzie niektórzy uważają muzykę Piotra Rubika za sztukę wyższą. Nie mnie oceniać, ale jeżeli ktoś ceni szczery artyzm bez zadęcia, ten - prawdopodobnie jak ja - nie przebrnie przez początek. Wspaniałe mechaniki, świetna grafika i fabuła/postaci/dialogi, które to wszystko rujnują. Niestety, ewidentnie twórcy chcieli za bardzo.

31.05.2025 14:05
odpowiedz
3 odpowiedzi
Devil_Jack
21

Jedno z moich największych rozczarowań w tym roku. Całe szczęście, że ściągnąłem tylko triala, bo gdybym wydał na to pieniądze, byłbym nielicho wkurzony. Niestety, to kolejna gra, która stała się molochem, a przez to nikt nie zwrócił uwagi, jak bezmyślna i jak płytka jest u swoich podstaw. A naprawdę wierzyłem, że ją pokocham. Rozczarowanie przyszło już na samym początku: biegnij na mury i strzelaj z kuszy. OK, tylko dlaczego celownik pojawia się podczas ładowania, a nie strzału? (A to pierwsze sekundy gry! Jak można tego nie poprawić?!). Dalej: jazda konna. Dlaczego napisy wyświetlają się nad głowami postaci, które galopują na koniach, przez co nie sposób ich zobaczyć?! Dalej: panowie rozbijają sobie obóz, a potem siedzą przy stole. Skąd oni go wytrzasnęli? Wieźli na plecach? Dalej: postać podczas biegu kiwa się jak kaczka, przez co bohater wygląda jakby poszukiwał toalety, bo „puka krecik w taborecik”. Dalej: wydzielony ring do walki - bez wejścia, ale za to możesz przeskoczyć ogrodzenie w pełnej zbroi, choć to powinno się złamać od samego spojrzenia. Dalej: idiotyczny samouczek, gdzie postać gada, a obok wyświetla się tekst, który i tak jest nieprzydatny, bo jak postać gada, to przyciski, o których mówi samouczek, są zablokowane. Dalej: trwające wieki filmy z idiotycznymi dialogami, czerstwym humorem i postaciami, z których główna jest takim wymoczkiem, że do tej pory nie pamięta jak wygląda. Dalej: chaotyczny ekran ekwipunku - przy jego otwarciu gracz dostaje cztery strony opisu tego, na co patrzy. Czy ja mam się tego uczyć na pamięć? Czy ktoś pomyślał nad tym, co robi? W końcu powiedziałem: starczy. Nie trzeba pić całego oceanu, żeby wiedzieć, że jest słony. A dobre wrażenie można zrobić tylko raz.

Poprosiłem SI o podsumowanie największych pochwał pod adresem Kingdom Come i dostałem dokładnie to, czego się spodziewałem: pustosłowie o „genialności”, „głębi”, do tego garść słodkich cytryn („bugi tylko dodają uroku tej grze”…). Tylko, że to wszystko to frazesy. Nie trzeba wielkich słów, żeby zrozumieć, dlaczego tak wiele osób dobrze bawi się przy tej produkcji: to idealny rozsadnik eskapizmu, piaskownica, w której można biegać, bić bandytów, pomagać biednym i dobrze się bawić – jeżeli ktoś takiej zabawy oczekuje. Liczyłem jednak, że kandydat na grę roku da mi coś więcej, mianowicie… Bo ja wiem – jakąś psychologiczną głębię postaci? Intelektualną i narracyjną dojrzałość albo dorosłość? Cokolwiek, co sprawi, że gra zapadnie mi w pamięć? Tymczasem już po pierwszych godzinach widzę, że to średniowieczne GTA z dużo bardziej zaawansowanymi skryptami – masz tu miecz, baw się, rozwijaj postać, pobiegaj po świecie. Sorry, ale mając 120 godzin cennego życia wolę przeczytać 15 książek albo przejść kilka mniejszych, ale satysfakcjonujących gier, niż grać w wydmuszkę. Bo ta gra to wydmuszka. I nie jest to wcale miażdżąca krytyka – jest to produkcja lekka, trochę głupia, ale przecież bawi, spełniając doskonale swoją funkcję ludyczną. Słowa te piszę natomiast dla kogoś, kto – jak ja – ceni historię, ciężar gatunkowy, zaangażowanie w życie postaci, wiarygodność świata przedstawionego. Kingdom Come: Deliverance 2 to całkowicie nie ten adres.

06.05.2025 22:56
7
odpowiedz
6 odpowiedzi
Devil_Jack
21

To nie jest gra dla mnie, podobnie jak GTA V, brakuje jej bowiem jednego znaczącego czynnika: odpowiedniej stylizacji. GTA nigdy nie było poważne, ale stawało się szczególnie angażujące za sprawą niepodrabialnego klimatu: depresyjny, zamglony Nowy Jork (GTA 3/GTA 4), neonowe lata 80. (Vice City), gorące, słoneczne San Andreas w klimatach czarnej gangsterki. Do tego ścieżka dźwiękowa dopełniająca świat przedstawiony. GTA V to już czasy współczesne: mdłe, do tego łamiące niby zastały, ale klasyczny schemat podróży jednego głównego bohatera, gdzie o głównej postaci można mówić "Ja".
GTA VI idzie dokładnie tą samą drogą braku klimatu. Gdyby powrócić do przeszłości, stworzyć wehikuł czasu, wypełnić całość dobrze znanymi akcentami, byłoby genialnie. Tymczasem dostajemy obrazek ze współczesności, kojarzący mi się z lekko przebieloną grafiką Days Gone, wymiksowany z „humorem" i przegiętymi postaciami a'la drugie Dead Island albo Far Cry 6. Do tego dochodzi pójście w historię miłosną, która - nieważne jak rozegrana - siłą rzeczy będzie do bólu banalna i wtórna, bo w tym temacie nic nowego powiedzieć się nie da. Dla porównania: w GTA IV dostaliśmy związki rodzinne, dodatkowo bardzo nieoczywiste, bo w Nowym Świecie spotykają się bracia z Europy Wschodniej. Dynamika tej relacji, wzmocniona faktem, że obaj musieli trzymać się razem, by odnaleźć się w zupełnie odmiennych warunkach, tak daleko od domu, była rewelacyjna. Tu nie spodziewam się nic: ot, historia miłosna, jakich wiele, z oczywistymi zwrotami akcji (stawiam na schemat: zdrada i ostateczne odkupienie).
Nie rozumiem Rockstara: mistrzowie w tworzeniu najbardziej fantastycznych światów oferują coś najbardziej oczywistego, a przez to najmniej ciekawego - upichconą po linii najmniejszego oporu współczesność, która przez powszedniość jest po prostu banalna. Ktoś powie: to tylko trailer. Ale jeżeli ten trailer nie pokazuje faktycznego klimatu gry, to oznacza, że jest po prostu złym trailerem. Jestem przekonany, że jeżeli Rockstar pójdzie wytyczoną w ten sposób drogą, to GTA VI spadnie w moim osobistym rankingu niżej niż Mafia II, a już tym bardziej genialne Sleeping Dogs czy Yakuza - gry mechanicznie gorsze, ale przekonujące fantastyczną historią (zwłaszcza dwie ostatnie), niepodrabialną atmosferą i niekiedy przerysowanymi, ale angażującymi psychologicznie postaciami. Na podstawie obu trailerów osobiście uważam, że GTA VI będzie growym odpowiednikiem filmowego Avatara: duże (a może nawet wielkie) osiągnięcie technologiczne, ale mierne osiągnięcie artystyczne. I to mi wystarczy, by po tę grę nie sięgać.

05.02.2025 11:31
2
odpowiedz
Devil_Jack
21

DocHary nie rozumie jednej podstawowej rzeczy: graczom rzadko kiedy przeszkadza samo woke, obecne w wielu dobrych produkcjach - chyba, że jest się nim okładanym po głowie. Graczom bardzo za to przeszkadza następujący schemat: (1) gra jest słaba, ale ma silnie rozwinięte wątki DEI; (2) branżowe portale prześcigają się w dawaniu grze wysokich not, bo jest woke, a tego nie można krytykować, bo jak to; (3) gra jest słaba, bo słabo się sprzedaje - ludzie chcą dobrej zabawy, a nie ideologii; (d) branżowe portale nazywają graczy rasistami, transfobami i toksykami, bo krytykują lub nie daj borze nie kupują super ekstra gry woke.

Nadto, DocHary bardzo upraszcza i nie bierze pod uwagę, że przesadne eksponowanie elementów woke może uczynić grę słabą, np. zabijać immersję i kazać iść na kompromis w kwestiach fabularnych i gameplayowych. Innymi słowy, oddziela woke od jakości gier, a te przecież są powiązane i na siebie wpływają. Przykład Veilguard jest bardzo dobry: nie możesz odgrywać swojej roli w grze RPG, żeby nikogo nie urazić. To najlepszy casus, gdy ideologia ingeruje w rozgrywkę i ją psuje. Nie wydaje mi się to szczególnie trudne do pojęcia.

26.10.2024 13:07
15
odpowiedz
Devil_Jack
21

To se ne vrati..., jak śpiewała Maryla Rodowicz. Dwie dekady temu gry były tworzone przede wszystkim przez wiecznych chłopców, którzy mieli zaciesz z pisania fabuły, kreowania świata, wypełniania go treścią i tworzenia produkcji, które sami chcieliby dostać pod choinkę. Dzisiaj wśród największych rządzą krawaciarze z PR, a kultura korpo w czołowych firmach game devu sprawia, że jesteś trybikiem w wielkiej maszynie, robiącym tylko to, czego się od ciebie wymaga, nieogarniającym całości i niemającym na nią wpływu. W świecie AAA nie ma już miejsca na autorskie wizje czy poczucie sprawczości. Jak tu się zatem dziwić, że brakuje tej radości i pasji?

Jakiś czas temu oglądałem porównanie wywiadów twórców Killzone 2 z Concord na temat tworzenia gier: projektu, wykonania, pomysłów. Polecam znaleźć na YT. Różnica jest - delikatnie mówiąc - niepokojąca.

05.10.2024 10:21
2
odpowiedz
Devil_Jack
21

No oczywiście, bo twórcy gier - zwłaszcza duże studia - nigdy nie zrobiły nic, by spolaryzować graczy, w szczególności ideologicznie. Nikt nigdy nie zrobił nic, by podkopać zaufanie do nowo wydawanych produkcji. Na premierę zawsze dostawaliśmy obiecany produkt w finalnej formie, bez mikropłatności, DLC, z trudem pudrowanego hazardu. Ironizuję, ale chodzi o to, że Kolega Rekvu - zrzucając winę na graczy - zapomina, iż ich negatywne emocje i „toksyczność" to reakcja obronna na karygodne postępowanie branży. Czy gry ocenia się dziś na zasadzie umysłu stadnego? Trudno, by w dobie globalnej Sieci było inaczej. Ale - na miły Bóg - nie czyńmy z każdego niezadowolonego lub zachwyconego bezmózgiego zombie, który ze swej złośliwej natury umie tylko krytykować albo - wprost przeciwnie - klaskać jak foka. On ma swoje racje!

Owszem, gracze żywią utrwalone opinie, które ktoś krytyczny nazwie stereotypami. Trudno, by ich nie mieli. Mamy swoje ulubione studia, innych nie znosimy. I tak było zawsze. Natomiast podchodzenie do gier z „otwartym umysłem" często niestety kończy się - pardon - frajerstwem. Chcę mieć swoje zdanie o produkcji, wydaję niemałe pieniądze, na które pracuję dwa czy trzy dni, a dostanę coś, co jest zupełnie niegrywalne albo okłada mnie po głowie ideologią i poucza, zamiast dać mi zabawę. Co wtedy powie Kolega Rekvu? „To Ty trailerów nie widziałeś? Nie mogłeś gameplaya sobie odtworzyć? Nie czytałeś zapowiedzi?". No właśnie.

Gracze są uprzedzeni i są toksyczni, ale jest to niekiedy (podkreślam - niekiedy, nie zawsze) zdrowy odruch, który świadczy, że nie dotarliśmy jeszcze do etapu, gdzie każdy fan elektronicznej kultury cierpi na syndrom sztokholmski i wciąż z tą samą ufnością i otwartą głową czeka, aż walnie mu się w łeb po raz kolejny. Nawet zwierzęta uczą się, że kijów i kamieni unika się, kiedy tylko się je zobaczy. Czy można się dziwić graczom, że kolejny raz - gdy zostali już niezliczoną liczbę razy zawiedzeni przez branżę - wystawią kły? Ja się nie dziwię.

Kolega Rekvu opisuje zatem celnie pewien proces, ale nie pyta, skąd on się wziął. Binarne myślenie to reakcja obronna. Nieufność dla recenzji to wręcz nasz obowiązek, a opinia, że studia nie opłacają dziennikarzy to samooszukiwanie się i skrajna naiwność. Ostrożność co do nowości to efekt przeszłych doświadczeń (czyli empiria, której Kolega Rekvu graczom odmawia!).

Stanisław Jerzy Lec mawiał: "Umysł miał otwarty, niestety na przestrzał". Cieszę się, że tego samego nie można powiedzieć o graczach, nawet jeżeli czasami są oni stanowczo zbyt radykalni w swoich opiniach. Jak to mawiają Anglosasi, better safe, than sorry. A zbyt wiele razy płaciliśmy już naiwnością i pieniędzmi, by dać się nabrać po raz kolejny.

14.07.2024 00:56
1
odpowiedz
Devil_Jack
21
2.0
PC

Co za taczka krowiego łajna... Niemal wszystko - poza grafiką - jest tutaj nie tak. Fabuła to jakiś nieśmieszny żart. Antagonista to generyczny watażka, widziany już dziesiątki razy w filmach i grach, przy czym do do Pagan Mina brakuje mu lat świetlnych. Każda z „pozytywnych" postaci przerysowana jest do poziomu słabej, komiksowej karykatury. Dialogi musiało pisać pijane AI, bo nie wierzę, że jakikolwiek człowiek mający więcej niż dwie komórki mózgowe mógł na serio zawrzeć w skrypcie pretensjonalne brednie, jakie pojawiają się w cut-scenkach. I te kobiece portagonistki... O żołnierkach w pancerzach już nie mówię, choć to głupota do kwadratu, za który odpowiada polityczna aktywistka zaangażowana do tworzenia skryptu. Ale Clara Garcia i jej przemowa do partyzantów to poziom Radosława Pazury mobilizującego wieśniaków w Sercu gór. Brak elementów RPG sprawia, że traci się motywację do wykonywania zadań i podejmowania aktywności pobocznych. Same misje to także generyczne zadania w rodzaju: idź-zabij-wróć. Customizacja broni jest bez sensu, a niektóre zabiegi - na przykład konieczność zmiany amunicji - to debilizm do kwadratu. Na przykład: broń przecipancerna zadaje większe obrażenia opancerzonym przeciwnikom niż normalnym... Zwierzęcy towarzysz to kwiatek do kożucha, który nic nie wnosi do rozgrywki, poza frustracją, kiedy przez przypadek zdradzi naszą pozycję. Co zresztą i tak często nie ma żadnego znaczenia, bo prowadzenie działań w ukryciu (podobnie jak i na odległość - brakuje dobrych broni dystansowych) nie ma najmniejszego sensu. Jedyna metoda to strzelanie metodą „na Rambo" do wszystkiego, co się rusza. Ubieranie postaci to kolejny casus "Fortnityzacji" cyfrowej rozgrywki - ani to potrzebne, ani ciekawe. Sama mapa jest ogromna, ale zieje nudą i brakiem serca. Słowem, szóstka to typowy produkt growopodobny, który absolutnie wszystko - za wyjątkiem grafiki - robi gorzej niż poprzedniczki.

17.12.2023 12:23
odpowiedz
Devil_Jack
21

Miałem nie dać się sprowokować i nic nie pisać, ale za dobrze znam większość omówionych tu filmów. Szkoda, że w tekście nie pojawia się informacja, iż Eroica napisana jest na podstawie opowiadań Jerzego Stefana Stawińskiego, żołnierza wojny obronnej 1939 i dowódcy kompanii w trakcie powstania warszawskiego. Film po prostu pokazał to, co Stawiński widział na własne oczy i o czym wszyscy doskonale wiedzieli, ale uważali, iż "mądrzej o tym nie wspominać". Natomiastk Matka Joanna to dzieło Jarosława Iwaszkiewicza, który po wojnie chętnie służył władzy, stąd taka tematyka nie dziwi. Sam tekst broni się jednak doskonale i jest kapitalnie udokumentowany.

Na tym tle Pokłosie i Zielona granica to kontrowersja innego stopnia, oparta nie na ujawnianiu niewygodnej prawdy, ale na jawnym kłamstwie. Kiedy czytam, że ten pierwszy film podejmuje "kwestię udziału Polaków w pogromie Żydów", to w mojej głowie pojawia się pytanie: dlaczego nie porusza on kwestii przyczyn pogromu? Czyżby niewygodną prawdą było, iż komunizujący (głównie młodzi) Żydzi na terytoriach okupowanych przez Sowietów masowo wydawali polską inteligencję na śmierć i zesłanie? A może to, że strona niemiecka w latach 60. zaprzestała ścigania prawdziwych inspiratorów pogromów, czyli niemieckich oficerów SS, Gestapo i SD, organizujących tzw. "akcje specjalne"? Pokłosie jest kontrowersyjne, bo przedstawia tylko zakłamaną wersję historii, zapisaną w wielokrotnie kwestionowanych przez zawodowych historyków książkach socjologa Jana Tomasza Grossa. Tak samo z Zieloną granicą, opartą na nośnych fake newsach. Obu filmom znacznie bliżej do prawdziwego enfant terrible polskiej (niemieckiej?) kinematografii i prawdziwwgo skandalu, czyli Heimkehr. Ale co to jest, niech każdy zobaczy sobie sam.

05.12.2023 10:21
1
odpowiedz
Devil_Jack
21

Squishy Nie mogę się bardziej zgodzić. GTA zawsze zwycięzało jakimś przekozackim klimatem. Mroczny, wiecznie osnuty we mgle świat GTA III, szalone lata 80. w Vice City, narodziny rapu w LA AD 1991... To sprawiało, że te światy miały swój niepowtarzalny klimat: muzykę, kolory, charyzmatycznych bohaterów. GTA V to już wyraźny krok wstecz - po prostu gra, a nie zjawisko. Na dodatek pójście na łatwiznę, bo przecież prościej zrobić "komentarz społeczny" niż oddać klimat nieistniejącego już kawałka historii... Szóstka wydaje się iść dokładnie po tej linii: generycznej gry będącej zlepkiem kolorów, pustych postaci i czegoś, co wygląda jak papka dla nastolatków z ADHD. Utinam sim falsus vates...

24.11.2023 12:48
odpowiedz
2 odpowiedzi
Devil_Jack
21

Widzę, że ludzie mają bardzo duży problem z tym, iż filmy można obiektywnie oceniać i wartościować. Ja zaś uwielbiam cytat z Helvetiusa, który głosi: "Stopień rozumu, potrzebny, by nam się podobać, jest dość ścisłą miara rozumu, który posiadamy". Niech to będzie moje motto.

Jak obiektywnie ocenić film? Moją miarą jest zawsze to, czy zadaje on jakieś pytanie, na które następnie próbuje odpowiedzieć albo chociaż rozwinąć. Często jest to pytanie odkrywcze, z którego nawet nie zdawałem sobie wcześniej sprawy. Każdy dobry film rozrywkowy, nie mówiąc już i poważniejszym kinie, zadaje masę takich pytań. Matrix: Jakie są kryteria wiarygodnego poznania rzeczywistości? Podziemny krąg (którego osobiście nie lubię, ale doceniam): jakie jest miejsce pierwotnej męskości w rzeczywistości zdominowanej przez kulturę korporacji? Łowca androidów: Jakie jest kryterium odróżnienia człowieka od jego repliki i gdzie przebiega granica świadome/nieświadome? Im film lepszy, tym takie pytania są bardziej fundamentalne, docierając do spraw najważniejszych: sprawiedliwości społecznej (12 gniewnych ludzi, Noc żywych trupów, Niepokonani, Green Book), sensu wojny i przemocy (Na Zachodzie bez zmian, Urodzony 4 lipca), alienacji niedającej się podporządkować jednostki (Lot nad kukułczym gniazdem, Rambo), tkwiącego w człowieku zła (Władca much, Pianista). Oczywiście kino Marvela od dawna żadnych takich pytań nie zadaje, choć nie zawsze tak było: osobiście bardzo lubię pierwszego Punishera, który - tak jak Max Payne - pyta o granice dopuszczalności zemsty. W każdym jednak razie nie w tym problem, iż Marvel to kino rozrywkowe, ale w tym, że jest to jednocześnie kino całkowicie i zupełnie puste, które jest relatywnie niską formą sztuki filmowej. Ktoś zaraz powie: "Jak możesz oceniać? Każdy lubi co innego!". Niech lubi, ale nie jest w stanie zakwestionować logiki: jeżeli dobry film to wiele różnych składowych, jedną z nich - być może kluczową - jest zaś tkwiące u podstaw fabuły pytanie, na które dana produkcja stara się odpowiedzieć albo chociaż z nim zmierzyć, to brak tego pytania powoduje, iż jest to produkt obiektywnie gorszy, głupszy i pustszy. Na podobnej zasadzie: dzieło fikcji literackiej, które pyta na przykład - jak Conradowski Lord Jim - o znaczenie honoru i konsekwencje jego utraty jest przez sam fakt postawienia nas przed tą kwestią bardziej wartościowe niż składająca się z tych samych liter, ale pozbawiona głębszej treści ulotka supermarketu.

Ogólnie rzecz biorąc, nie ma głupszego twierdzenia, że o gustach się nie dyskutuje i że każda ocena jest subiektywna. Wrażenia są subiektywne, ale bardzo często podaje się jak najbardziej obiektywne kryteria, które uzasadniają albo obalają owo wrażenie. I to one - te obiektywne racje i powody, a nie subiektywne wrażenie - stają się składową oceny. Gdyby było inaczej, to wszelki konsensus w najbardziej podstawowych sprawach byłby niemożliwy, w filharmoniach grano by zaś disco polo. Tak NIE jest. Disco polo jest obiektywnie gorsze niż muzyka klasyczna, bo jest niepomiernie prostsze, banalne, nie wymaga żadnych zdolności muzycznych, a do tego w żaden sposób nie porusza wyobraźni. Dokładnie tak samo można zestawiać Felliniego i Marvela: Marvel to po prostu oglądanie następujących po sobie kolorowych obrazków, czysto zmysłowa przyjemność, która sama z siebie nie jest zła. Ale skoro nie oferuje ona niczego więcej, to jest wybrakowana. Nie da się uciec przed tą konkluzją.

Osobna sprawa to fakt, że widz wychowany na Marvelu automatycznie obniża swoje oczekiwania. Szkoła na przykład męczy uczniów lekturami w szczytnym (ale zupełnie nieosiągalnym w nastoletnim wieku) celu, by wychować go literacko. Otóż to: człowieka się wychowuje, to znaczy stara wyrabiać w nim nawyk sięgania po dzieła ambitniejsze, by - jeżeli już spędza czas z filmem albo książką - wybierał dzieła, które dadzą mu zarówno przyjemność, jak i wleją trochę oleju do głowy. Oczywiście to drugie wiąże się z wysiłkiem intelektualnym, gotowością na zmierzenie się z innym punktem widzenia, znajomością kontekstu kultury i szeregiem innych nie zawsze przyjemnych konsekwencji. Dlatego o wiele łatwiej ogląda się czysta rozrywkę, niż coś - jak to się nie bez racji mawia - wymagającego. Kino superbohaterskie rozleniwia i psuje dokładnie tak samo jak czytanie sieczki pokroju 50 twarzy Greya, a fakt jego popularności jest posępnym barometrem współczesnego społeczeństwa, co zresztą sto lat temu przewidywał już Jose Ortega y Gasset w Buncie mas. Co gorsza, jest to kino antydydaktyczne. Nie zakazywałbym go, ale traktowanie go na równi z prawdziwym kinem jest niepoważne.

19.11.2023 13:21
5
odpowiedz
Devil_Jack
21

Gry spotyka dokładnie ten sam los, co filmy albo książki. To znaczy: nagrody trafiają do tych, którzy oferują interesujące doświadczenie, nowatorskie spojrzenie czy nietypowe podejście, natomiast sukces finansowy osiągają ci, którzy maja lepszy marketing, nawet jeżeli oferują bezprzykładną kaszanę. Ile filmów nagrodzonych w ostatnich dziesięciu latach Złotą Palmą albo Srebrnym Niedźwiedziem umie wymienić przeciętny widz? Jeden, dwa, no - może pięć... A ile filmów Marvela i DC umie wymienić człowiek interesujący się niszowym kinem artystycznym? Bardzo dużo - bo są wszędzie dookoła. Tak samo jest z ksiązkami: kto zna nominowanych do Bookera czy Gancourtów? Tymczasem nawet ja, który Bondy, Mroza ani L.J. Smith nie czytałem, umiem podać kilka tytułów ich książek. Ot, siła promocji. W największym skrócie: o sprzedażowym sukcesie decyduje masa, o sukcesie w plebiscytach i konkursach - ci lepiej zorientowani. A że tych ostatnich jest mniej, siłą rzeczy nagrody branżowe znaczą niewiele, a w każdym razie znacznie mniej niż potężne środki przeznaczane na promocję największego nawet szitu.A więc Ubi czy Bethesda popatrzą na wygranych TGA, otrą łzy dolarami graczy i przystąpią do klepania kolejnej niedoróbki dla mas.

11.11.2023 12:51
9
odpowiedz
Devil_Jack
21

Jakieś osiemnaście lat temu czytałem w jednym z czasopism poświęconych grom - a było ich wtedy jeszcze bez liku - o zjawisku pauperyzacji growej rozrywki. Narzekania zaczynały się od stwierdzenia, że to, czego niedługo będzie oczekiwał masowy gracz, to dostać "fajnom gre z fajnom grafikom". Chodziło oczywiście o to, że gry wideo postrzegane dotąd jako medium dla nerdów i dzieci zaczęły zmieniać się w pełnoprawną gałąź rozrywki, a jednym z motorów tej zmiany był właśnie postęp w grafice, kosztem mechaniki i głębi fabularnej. Następnie autor, którego w kolejnych numerach niemiłosiernie zjechano w listach od redakcji, sugerował, że umasowienie rozrywki uczyni to, co zawsze - przyciągnie wielki kapitał, akcjonariuszy, stanie się maszynką do zarabiania pieniędzy, w której pełni pasji twórcy gier staną się trybikami w wielkiej korporacyjnej maszynie, a gry zaczną przypominać danie z wakacyjnego kurortu (stara ryba ze starego oleju plus dodatkowo płatne frytki jako DLC). Dzisiaj chętnie bym podbił do autora tej wypowiedzi i poprosił o numery w totka.

Otóż na tym polega problem. Do gier dorwała się bezmyślna masa - ta sama, której do zaspokojenia gustów muzycznych wystarczy disco polo, a do zaspokojenia potrzeb w zakresie literatury - 50 twarzy Greya. Szkoda mi tylko obecnej dzieciarni, która - jeżeli nie sięgnie po indyki takie jak Stardew Valley - nie zrozumie, na czym polega pozorny paradoks, iż grę można robić dla pieniędzy, a jednocześnie wpakować w nią masę serca i chcieć sprawić graczom radość, zamiast ich doić. Ja w każdym razie nie mam już ŻADNYCH oczekiwań co do gier AAA. Dlatego GTA VI i TES VI, kolejny Far Cry czy Fallout ani mnie ziębią, ani grzeją. Zwłaszcza, iż nic nie zwiastuje, by ten trend miał się odwrocić albo chociaż zatrzymać.

08.11.2023 22:11
2
odpowiedz
Devil_Jack
21

Ja nie czekam, ale wchodzę na newsy o GTA. Dlaczego? Ano dlatego, żeby zobaczyć, jak wielu ludzi naiwnie wierzy, że dzisiejszy Rockstar to ta sama firma, która z wielki serduchemi i jeszcze większym jajem zrobiła GTA: San Andreas, jedną z najlepszych gier w historii elektronicznej rozrywki. Dziesięć lat od wydania GTA V - które i tak na wielu polach już kulało - to masa czasu, znaczonego komercjalizacją, monetyzacją i innymi niekorzystnymi zjawiskami w branży gier, które w takim kombajnie do koszenia frajerów jak GTA - owa "najbardziej oczekiwana gra na świecie" - z pewnością się znajdą. A dlaczego? Właśnie dlatego, że tej gry wyglądają wszyscy: dzieciarnia i dorośli, caualowcy i hardcore'owcy, fani singla i multi, zwłaszcza zaś - gracze i akcjonariusze, a pogodzenie ich interesów zawsze sprawia, że produkt jest dla nikogo, tracąc swój unikatowy charakter. GTA VI nie interesuje mnie jako gra, ale jako skala porażki świata elektronicznej rozrywki, jako diagnoza stanu zapaści, który trwa w najlepsze i przejawia się wydawaniem generycznych, niedorobionych gier o potwornych wymaganiach sprzętowych w kosmicznych cenach. Innymi słowy, GTA VI będzie barometrem tego, w jak ciemnej DE jesteśmy. I tylko to mnie w tej grze obchodzi.

post wyedytowany przez Devil_Jack 2023-11-08 22:11:55
31.08.2023 01:18
1
odpowiedz
Devil_Jack
21

Wiedźmin: zgadzam się z Kadaj - wydaje mi się, że to inne sytuacje, bo Baldur's Gate 3 miało nigdy nie powstać przez zawirowania wokół praw autorskich. Można wręcz powiedzieć, że BG3 powstał na przekór piętrzącym się przeciwnościom losu. Tymczasem zarówno TES, jak i GTA to potężne IP i wiadomo, że żadne korpo nie zarżnie tej kury znoszącej złote jaja, stąd każdy wie, że będzie ciąg dalszy. Swoją drogą, Larian w międzyczasie nie próżnowało, dając fanom D&D swoisty ersatz BG, czyli Divinity: Original Sin. Tymczasem Rockstar wydaje bieda-remake'i, a Bethesda skręca w zupełnie inną stronę. Dlatego to dwie różne sytuacje. Na myśl przychodzi mi raczej Duke Nukem: Forever, ale też nie do końca, bo Książę nigdy nie był tak znanym IP, wpisującym się w popkulturę i kojarzonym przez zupełne growe zielonki. Na GTA VI i TES 6 czekają dosłownie miliony, ale nie bardzo wiem po co. Jak powiedziałem, nawet growy Mesjasz nie jest wart tak długiego czekania, a nie sądzę, żeby obie te gry prezentowały coś więcej niż mielonkę "dla każdego, czyli dla nikogo", żeby księgowym zgadzały się słupki w Excelu, a akcjonariuszom zyski. Obym się mylił, ale raz jeszcze powtórzę - nie czekam. Jak będzie, może zagram. Jak nie, to w moim życiu nic się nie zmieni.

post wyedytowany przez Devil_Jack 2023-08-31 01:19:31
30.08.2023 21:59
10
odpowiedz
5 odpowiedzi
Devil_Jack
21

Dwadzieścia lat na wydanie kontynuacji gry to zdecydowanie za długo. Być może fani się ze mną nie zgodzą, ale dwie dekady to zbyt długo, by czekać na jakąkolwiek grę. Cała przyjemność z czekania opiera się na tym, że wiem, iż w końcu dostanę to, czego chcę. Tymczasem - mówiąc brutalnie - wiele osób nie dożyje premiery TES 6. A poza tym: co to za frajda, kiedy wiesz, że otrzymasz na przykład wymarzone auto, ale - no wiesz - jeszcze paręnaście lat? (Dobrze znany mechanizm psychologiczny mówi, że potrzebujemy względnie szybkiej gratyfikacji - dlatego powiedzenie palaczowi, że po rzuceniu palenia kupi sobie za X czasu nowe auto nie działa). Nie mówiąc już o tym, że po tak długim czasie jest nikła szansa, iż TES zachowa ducha poprzednich części, zwłaszcza biorąc pod uwagę kierunek, w jakim dryfuje branża gier. Dlatego powiem kontrowersyjnie, ale - nie czekam. Tak samo mam z GTA VI: nawet jeżeli to będzie bardzo dobra gra, czas jej produkcji skutecznie zabija nastrój oczekiwania. Wyjdzie to wyjdzie, nie to nie - pogodziłem się już, że obu tytułów mogę nigdy nie zobaczyć.

28.08.2023 10:47
odpowiedz
Devil_Jack
21

Inquerion "Z pasji nie wyżywisz rodziny. To biznes, a nie organizacja charytatywna. Liczy się zysk".

Boli mnie takie podejście, bo dowodzi ono tego, jak zmieniała się branża, a przede wszystkim jak zmieniła się percepcja samych graczy. Kiedyś wielu twórców gier myślało: "Mam super pomysł na grę, spodoba się on ludziom, którzy tę grę kupią, będą się nią cieszyć, polecą znajomym, a ja zarobię kupę kasy". Oczywiście, że pieniądze są zawsze celem głównym, ale dziś stały się celem JEDYNYM. Kiedyś gry miały dawać radość i tworzone były z sercem, które czuć pod powierzchnią, nawet mimo kanciastej grafiki i przestarzałych mechanik. Wiem, że zaraz ktoś przyjdzie i powie: "OK, boomer". Tylko, że gram sporo w stare gry (w które - nota bene - nie grałem w dzieciństwie, bo mnie stać nie było) i w wielu z nich czuć zabawę tworzeniem świata, fabuły, narracji: czuć część sprawienia graczowi frajdy, wywołania w nim określonych przeżyć, bez kompromisów, przejmowania się słupkami w Excelu i reakcją akcjonariuszy. Nikt nigdy nie robił gier charytatywnie (poza wyjątkami w rodzaju The Fly czy Zenek Zombie albo gierkami flashowymi, świeć Panie nad ich duszą). Ale dzisiejsze firmy zdają się miec algorytm do tworzenia przeciętniaków, zupełnie wypranych z duszy i własnego stylu, skrojonych pod "masowego gracza" zapewniającego szybki i bezpieczny zysk. A wszyscy przecież wiemy, że jak coś jest dla każdego, to jest dla nikogo. Dlatego tak martwi mnie to twierdzenie: myli się gry tworzone dla pieniędzy (+ dla radości gracza) z grami robionymi tylko dla pieniędzy. Te pierwsze tworzą developerzy z wizją i misją (jak Eric Barone), te drugie - księgowi. Niestety, de facto cały rynek gier AAA podąża za tymi ostatnimi.

16.08.2023 19:22
odpowiedz
Devil_Jack
21

Ograłem w niej paręnaście godzin. Gierka nie jest zła, wciąga i daje satysfakcję, ale do Stardew Valley jej daleko. I to nie tylko kwestia diametralnie innego tematu, ale też mechanik rozgrywki, muzyki, a nawet grafiki, która w GK jest bardziej ponura. (Co jest w pełni zrozumiałe). W każdym razie 18 zł. to idealna cena, żeby kupić, spędzić parę godzin i samemu się przekonać, czy chce się więcej. Ja po pewnym czasie odpuściłem i do tej pory nie odczuwam potrzeby, żeby wracać.

16.08.2023 17:23
2
odpowiedz
Devil_Jack
21

Może jestem człowiekiem pozbawionym wyobraźni, ale jakoś nie umiem sobie przedstawić poważnego reżysera, jak Fincher, Scorsese czy (skądinąd niebudzący mojej sympatii) Nolan, którzy mówią, że ich film jest "zwariowany" i "zabawny". Taki sposób mówienia o dziele sztuki (nawet jeżeli to sztuka stricte użytkowa) jest po prostu infantylny i świadczy o wyjątkowo niskich kompetencjach intelektualnych. Źle nikomu nie życzę, ale przeczuwam żenadę roku.

26.07.2023 13:45
odpowiedz
Devil_Jack
21

Jako wykładowca akademicki, zadający studentom prace, uważam, że (1) są one konieczne; (2) sa sposoby, żeby sprawdzić, kto je przygotował (celowo używam słowa "przygotować", a nie "napisać"). Otóż pisemna forma wypowiedzi pozwala pokazać uporządkowany tok myślenia i jest sposobem na dowiedzenie, że student posiadł nie tylko wiedzę, ale także umie ją przekazać w sposób spójny, uargumentowany i krytyczny. W zalewie fake newsów i społecznej polaryzacji umiejętność oceny jakości źródeł, ich wiarygodności, analizy i syntezy, a także krytyczne myślenie to podstawowe umiejętności, które powinnna kształcić każda szkoła wyższa. Jako że rozwijają się one powoli, zaczyna się je ćwiczyć w tekście, by nabyć odpowiednich nawyków intelektualnych. Zanik tych umiejętności będzie katastrofalny dla naszej cywilizacji, pogłębiając wiarę w teorie spiskowe, uleganie propagandzie etc. Natomiast jak sprawdzać prace w dobie AI? No cóż, od zeszłego roku po prostu zapraszam na ich obronę. Nawet jeżeli student oddał pracę napisaną przez AI, to w ciągu kwadransa jestem w stanie sprawdzić, czy ma on elementarną wiedzę na posiadany temat. Jeżeli nie, sprawa jest jasna. Jeżeli tak, pytam poza tekstem, by sprawdzić sposób jego myślenia, kreatywność, umiejętność rozwiązywania nowych problemów. I na tej podstawie oceniam pracę. Dzięki temu wiem, że student posiadł umiejętności - a czy pomogła my w tym AI, wrodzona inteligencja, czy moje ćwiczenia, nie ma dla mnie znaczenia.

13.02.2023 19:59
odpowiedz
Devil_Jack
21

Spokojnie, nauczyciele też się dostosowują. Do tej pory prosiłem studentów o oddawanie prac zaliczeniowych, a następnie zgłaszałem uwagi. Od tego roku nadal proszę o napisanie prac, ale następnie zapraszam na ich obronę. Ktoś, kto nie napisał takiej pracy samodzielnie, nie da rady rozmawiać dziesięć minut na zadany temat. A jeżeli to bot napisał pracę, a student tylko nauczył się jej treści? Świetnie: przecież właśnie o to chodzi - żeby umieć treść pracy, a nie klepać w klawiaturę!

Swoją drogą: uczniowie zawsze oszukiwali. Bot zmienia tyle, że jak na razie nie ma jeszcze sposobu, żeby dowieść oszustwa. Ale sądzę, że to niedługo się zmieni. Jak? Nie wiadomo - podobnie jak nikt nie wiedział, jakie zmiany wywoła pojawienie się ChatGPT. Czas pokaże.

06.09.2022 04:13
odpowiedz
Devil_Jack
21

Jest absolutnie oczywiste i niebudzące wątpliwości, że ocena gry może być uzależniona od jej ceny. Każdy produkt czy usługa ma czynnik jakości do ceny, który należy brac pod uwagę, dokonując końcowej oceny. Dlaczego przemysł growy miałby być świętą krową, która nie podlega tego typu ocenianiu? Ileż to razy recenzenci GOL piszą, iż gra jest zbyt krótka. Skąd takie stwierdzenie? Otóż stoi za nim przekonanie, że gra, która kosztuje - powiedzmy - 300 zł, powinna zapewniać rozrywkę na więcej niż godzinę. Implicite bierze się tu pod uwagę stosunek ceny do jakości, a dokładnie - do czasu zabawy. Mówiąc najkrócej: cena kształtuje nasze oczekiwania i wpływa na ocenę, czy coś jest warte naszych pieniędzy, czy nie. Jeżeli muszę pracować dziesięć godzin, żeby móc zagrać we frustrujący czy krótki produkt, to będę zdenerwowany. Jeżeli na ten sam produkt pracuję godzinę, jestem bardziej wyrozumiały. (To podstawowa teza psychologii, dotycząca relacji przywiązania do zaangażowania). Dlatego cena MA wpływ na ocenę, mówi mianowicie, czy dany produkt jest w stanie wynagrodzić nam koszt poniesiony, by go nabyć. Stwierdzenie: "Strata pieniędzy" albo "Pieniądze wyrzucone w błoto" nie wzięły się znikąd, bowiem relacja mierzalnej oceny wartości produktu do jego ceny jest oczywista i aż mi głupio, że muszę to tłumaczyć.

Jak to się ma do TLOU? Wyobraźmy sobie dwa scenariusze: taki, w którym nie ma remake'u i taki, w którym on jest. W tej pierwszej sytuacji gracz kupuje dziewięcioletnią grę z jej niedoskonałościami, płacąc za nią grosze. W tym drugim nabywa nieznacznie poprawioną wersję, która kosztuje pełną cenę. Wydaje mi się, że U.V. nie może zrozumieć, iż różnica w ocenie obu wersji nie bierze się stąd, iż remaster nie jest warty swojej ceny, ale że nie jest on warty swojej ceny w stosunku do wyjściowej gry. U.V. rozumuje tak: skoro autorzy poświęcili X godzin na oryginalną grę i X+50% na remake (pewnie przesadzam), to jest oczywiste, że dla nowego gracza gra powinna mieć wartość X+50%. Błąd w rozumowaniu polega na tym, że w tym czasie wartość X uległa znacznej deprecjacji: nikt za czas włożony w przygotowanie oryginału nie zapłaci tyle, co dekadę temu, dlatego dodatkowy wysiłek, poświęcony na przygotowanie reedycji również nie jest tego wart. Mówiąc inaczej: jeżeli oryginał jest warty 50 zł, to remake jest warty 75 zł. (Inna sytuacja zachodzi w przypadku dóbr rzadkich, na przykład dzieł sztuki, czy produktów, które zyskują z czasem na wartości - win albo zabytkowych samochodów). Wiedząc to, możemy wrócić do pierwszego akapitu i skonstatować, że zbyt wysoka cena będzie miała wpływ na ocenę gry, ponieważ obniża współczynnik ceny do jakości. Dlatego oburzenie graczy jest w pełni zasadne i zrozumiałe. QED

post wyedytowany przez Devil_Jack 2022-09-06 04:18:11
07.12.2021 18:14
1
odpowiedz
Devil_Jack
21

Gdyby ktoś się jeszcze nie zorientował: to ewidentna pralnia pieniędzy albo sposób na ominięcie podatków. Nic więcej.

02.12.2021 17:59
odpowiedz
Devil_Jack
21

Niestety, od czasu Crash Team Racing gry Naughty Dog to wydmuszki ulepione pod masowego odbiorcę. Co się dziwić, że ludzie uważają fabułę w TLOU za wybitną, skoro w Polsce ponad 60% osób nie czyta rocznie ani jednej książki (na Zachodzie nie jest o wiele lepiej), więc ma problem ze zrozumieniem takich terminów jak "motywacja", "psychologia postaci", "wiarygodność" etc. Dla przeciętnego fana MCU Naughty Dog to bogowie. A tak naprawdę to wyrobnicy żerujący na niezasłużonym hype'ie. Swoją drogą, jeszcze nigdy nie miałem tak wielkiego poczucia nieszczerości, jak grając w Uncharted. Jak gdyby tę grę robiły automaty zaprogramowane na klejenie elementów w programie "Stwórz Dobrą Grę 3.0". Z TLOU było niewiele lepiej. Okropne.

20.11.2021 12:16
2
odpowiedz
Devil_Jack
21

Jeżeli chodzi o Hollywoodzkie filmy, to na ogół mają one zakończenia robione pod przeciętnego Amerykanina, co w przypadku Jestem legendą skończyło się tak, a nie inaczej - sztampą i banałem. Osada to Truman Show bis; nic dziwnego, że znalazła się na tej liście. Wojna światów - mało kto wie, ale książka H.G. Wellsa jest niezwykle depresyjna, powolna i pełna beznadziei, bo ludzkość niemal od razu się tam poddaje. Jeżeli zestawimy zakończenie z pełnym rozmachu filmem, od razu zacznie coś zgrzytać. Zresztą wydaje mi się, że Autor dość sprawnie wskazał techniczne problemy z omówionymi zakończeniami, stąd stwierdzenie, że o gustach się nie dyskutuje, traci tutaj sens. Swoją drogą o wiele bardziej, niż ten wyświechtany frazes, który unieważnia pracę wszystkich recenzentów, kiperów, sommelierów, designerów etc., wolę zdanie z Helvetiusa: "Stopień rozumu, potrzebny, by nam się podobać, jest dość ścisłą miarą rozumu, który posiadamy", co dobrze tłumaczy gust masowego widza.

20.11.2021 11:55
odpowiedz
Devil_Jack
21

A mnie nie przeraża, ani nawet nie dziwi, bo w gruncie rzeczy to wina samych nabywców, zwłaszcza tych, którzy płacą za preordery. Bo czym jest kupowanie preorderów? Nabyciem obietnicy gry. A czym jest kupienie gry na premierę, która będzie łatana latami? Dokładnie tym samym - kupuje się obietnicę, że gra kiedyś będzie działać. Skoro ludzie są gotowi na to, że będą grali za jakiś czas, a nie od ręki, to po co się starać? To oczywiście skandaliczne, ale sami ludzie przyzwyczaili wydawców, że są w stanie zapłacić za produkt, który dostaną za kilka miesięcy czy lat. To ta sama tendencja jak z kredytem argentyńskim albo kupowaniem mieszkania na podstawie wizualizacji. Po prostu branża growa zaczęła bezczelnie wykorzystywać tę psychologiczną tendencję.

post wyedytowany przez Devil_Jack 2021-11-20 11:55:54
19.11.2021 15:22
1
odpowiedz
Devil_Jack
21

Foobara używam chyba z 15 lat i przez ten czas nie znalazłem nic lepszego. No i ten wygląd... Foobar uderzył w minimalizm, zanim stało się to modne.

18.11.2021 18:33
8
odpowiedz
2 odpowiedzi
Devil_Jack
21

Mam wrażenie, że Autor nie bardzo wiedział, czy chce oceniać oryginalne gry + ich odświeżenie, czy może raczej wyłącznie to, co zrobiono w remasterze. W rezultacie ocenił i to, i to, co obniża ocenę świetnym (swego czasu, a dla mnie - również dziś) grom, jednocześnie zaniżając ocenę tej abominacji, którą wypuszczono kilka dni temu. Ocena 5,5 jest stanowczo za wysoka, o czym świadczy fakt, że recenzja składa się praktycznie z samych minusów, tam zaś, gdzie mowa o zaletach (grafika), są one opatrzone zastrzeżeniami (niespójność stylu). Chętnie przeczytałbym uzasadnienie dla końcowej noty, która kłóci się mimo wszystko z treścią tekstu. Szczególnie, że Autor pominął całą otoczkę tego wydania, skupiającą jak w soczewce patologie growego rynku AD 2021.

Zupełnie nie rozumiem natomiast stwierdzenia, że należy zagrać w te gry "choćby po to, żeby móc wyrobić sobie własne zdanie na ich temat". Otóż gry nie są po to, żeby sobie na ich temat wyrabiać zdanie, tylko w nie GRAĆ. Natomiast w trylogię GTA grać się nie chce, a czasami również nie da (bugi, masakryczna optymalizacja na Switchu). To recenzent ma mnie przekonać, że w coś warto zagrać, bo po to wymyślono recenzje. Autor tymczasem krytykuje grę, potem zaś mówi "sprawdź sam". Moje pytanie brzmi: po co?

To wszystko każe mi sądzić - choć może się mylę - że tak unikalne gry jak GTA 3, Vice City i San Andreas nie mogłyby już dziś powstać. Remaster dowodzi chyba tego najbardziej dobitnie i boleśnie. Pod maską starej trylogii czuć serducho i chęć zrobienia czegoś nowego oraz przełomowego. GTA DE to skok na kasę, plastik, tandeta i fuszera. Taka to różnica.

13.11.2021 11:59
27
odpowiedz
Devil_Jack
21

Stwierdzenie, że GTA Trilogy obrywa za wygląd postaci i deszcz to jednak pewne niedopowiedzenie. Przyczyn krytyki jest tu o wiele więcej: tragiczna optymalizacja, fatalne cienie, masa błędów, bugów i glitchy oraz niespójna wizja stylistyczna. A to wszystko za jedyne 270 zł., bez możliwości kupna oryginałów, po skasowaniu tysięcy godzin pracy moderów. Rockstar niniejszym odblokował osiągnięcie Scrooge: wykonaj skok na kasę graczy, oferując remaster pod wieloma względami gorszy niż oryginał.

Swoją drogą, to aż dziwne, że na Metacritic nie ma ani jednej profesjonalnej recenzji. Najwyraźniej Rockstar dołożył wszelkich starań, by nikt nie dostał gry przed premierą. Nieliczne recenzje kończą się oceną 4/10. Nie sądzę, żeby kolejne teksty przyznawały odmienne noty. Jednym słowem - crap.

03.11.2021 20:08
6
odpowiedz
3 odpowiedzi
Devil_Jack
21

Misja wykonana. Nakarmili SI taką ilością danych, że mogą już usunąć tę funkcję. Ciekawe, komu teraz sprzedadzą ten algorytm albo do czego sami go wykorzystają. Myślę, że pierwszym kupującym będą zachodnie rządy, które dużo zapłacą, żeby móc wprowadzić system zaufania społecznego, podobny do chińskiego. Oczywiście wszystko w imię bezpieczeństwa. Możliwe też, że wyniki tych badań okażą się pomocne dla metaverse. W każdym razie przeciętnego człowieka nie czeka nic dobrego.

post wyedytowany przez Devil_Jack 2021-11-03 20:09:03
16.10.2021 16:44
1
odpowiedz
Devil_Jack
21

Wydaje mi się jednak, że nie do końca tak jest. Istnieje przecież cały zestaw kryteriów, które obiektywnie opisują złą grę: jeżeli grafika jest słaba, stylistyka niespójna, interfejs nieczytelny, a głosy postaci nienaturalne, to są to niezależne od gustu wyznaczniki miernej jakości. Ludzie mimo wszystko dzielą wiele przekonań estetycznych (stąd na przykład antyczne reguły stylu), dlatego ich złamanie zawsze będzie świadczyć, że gra jest brzydka albo zła.. Myślę za to, że Twoje stwierdzenie może być prawdziwe w odniesieniu do listy gier najlepszych. Dlaczego? Bo jeżeli wszystkie elementy wykonane są poprawnie, to wtedy rzeczywiście stwierdzenie, że jedna z takich produkcji jest lepsza niż inna, wydaje się arbitralne. Ogólnie jednak o gustach da się dyskutować, a może raczej podobanie lub niepodobanie się to nie tylko kwestia gustu: po to powstają recenzje, po to robi się testy konsumenckie, po to wymyślono sommelierów, kiperów i całą skalę ocen.

15.10.2021 19:41
odpowiedz
2 odpowiedzi
Devil_Jack
21

Abstrahując od tematu, dlaczego używamy angielskiego słowa "scalper", skoro mamy bardzo ładne polskie, pochodzące jeszcze z lat przedwojennych i okupacji - "paskarz"? Mi tam brzmi złowieszczo, lepiej nawet niż "spekulant".

15.10.2021 19:37
odpowiedz
Devil_Jack
21

Gry wideo to typowy przykład laboratorium moralnego: swoistego kreowania świata możliwego, w którym pytamy, "co było, gdyby...". W takim laboratorium możemy dowolnie eksperymentować z dobrem i złem. Dokładnie taką samą funkcję pełnią książki. Czy Raskolnikow zrobił dobrze mordując starą lichwiarkę? Oczywiście zabił - ale uchronił od nędzy wiele istnień. Tu jest oczywiście wielkie miejsce na dyskusję - bardzo szeroką i (ze smutkiem przyznaję) zupełnie nierozstrzygalną. To, co mnie natomiast cieszy, to fakt, że gry wideo z rozrywki dla dzieci stały się w społecznym odbiorze potencjalnym nośnikiem poważnych treści. Wybory moralne stanowią tu jaskrawy przykład, choć bynajmniej nie jedyny. Warto się zmierzyć chociażby z pytaniem: czy granie w grę może być niemoralne? Czy zabijanie, okaleczanie albo torturowanie pikseli na ekranie czyni nas złymi? Czy wcielanie się w postać z Manhunta, Postala czy GTA V nie czyni nas moralnymi potworami? To kwestia, która już wychodzi poza grę i dotyczy nas samych.

PS. A jeżeli chodzi o dylemat wagonika, to nie ma on rozwiązania. Jeżeli ktoś przestawi zwrotnicę, to oczywiście uratuje więcej żyć, ale jednocześnie stanie się odpowiedzialny za morderstwo (to on bowiem zdecydował, że ktoś ma umrzeć). Jeżeli ktoś chce przestawić zwrotnicę, to niech pomyśli, że tą jedną osobą jest on sam albo ktoś jemu bliski: taka perspektywa wystarczy, by przestać liczyć ludzi jak ziemniaki. Z drugiej strony intuicja, że lepiej uratować pięć osób, a poświęcić jedną, jest tak silna i naturalna, że trudno ją zwalczyć.

11.10.2021 19:51
3
odpowiedz
Devil_Jack
21

Ja różnicy za bardzo nie widzę, bo jedno i drugie nie jest do życia niezbędne. W szczególności karty graficzne to jedynie obietnica lepszej rozrywki, którą można by sobie zapewnić w inny sposób. (Ale co kto lubi...) Czekanie po nocach w kolejce w oczekiwaniu na nową kartę graficzną, buty, iPhone'a czy konsolę, świadczy o zupełnym zmanipulowaniu przez marketingowców: wtłoczeniu do głowy przeświadczenia, że musisz coś mieć, bo inaczej tracisz albo jesteś gorszy. Z dwojga złego wolę babcię, która próbuje zaoszczędzić niewielką emeryturę i bije się o karpia, niż młodego człowieka zupełnie omotanego żądzą konsumpcji.

10.10.2021 15:14
2
odpowiedz
5 odpowiedzi
Devil_Jack
21

Cała rzecz w tym, że gry starają się trafiać do każdego: do odbiory dojrzałego, który oczekuje poważnego przesłania, a zarazem do nastoletniego miłośnika Fortnite'a i heheszków. I potrzeba naprawdę nielichego talentu, żeby to połączyć - o ile w ogóle to możliwe. Gra ma w zamierzeniu bawić, a nie być traktatem światopoglądowym. Kiedy zaś się takim staje - jak The Last of Us 2 - to pojawiają się głosy, że odbiera się radość z grania na rzecz uprawiania ideologii. Dobrego rozwiązania tu nie ma. Oczywiście rozdźwięk pomiędzy marketingiem a produktem irytuje, ale to efekt zdywersyfikowania tego, kim jest obecny gracz i tego, co komu zaoferować. Rozwiązanie? Nie wybierać gier środka: które opakowują w wielkie słowa (a de facto korpo-gadkę) produkt niepoważny, skrojony tak, by nikt nie powiedział, że "zamula", "mędrkuje" czy "poucza".

06.10.2021 15:39
3
odpowiedz
Devil_Jack
21

lis22 Podejrzewam, że chodzi po prostu o stare, dobre, antyczne decorum, czyli zasadę zgodności treści z formą. Jeżeli podejmujesz poważny temat, stwarzasz wokół niego gęsty klimat, a potem nagle wyjeżdżasz z czymś totalnie od czapy - jak aligator w szaliku - rażące staje się poczucie dysonansu. Nie mam problemu z błyszczącą, kolorową stylistyką Fortnite, a nawet Destiny 2, choć niekoniecznie ją lubię. Kiedy jednak poważną w zamierzeniu grę ośmiesza się pomysłami "z innej bajki", naturalne jest wrażenie, że coś tu nie pasuje. Nie znaczy to, że trzeba iść w stronę jednowymiarowej rozgrywki: na przykład Telltalowe Walking Dead łączyło komiksową grafikę z genialną, bardzo dojrzałą fabułą. Ale do tego potrzeba wyczucia i gustu. Tu zaś najwyraźniej go zabrakło; powstała eklektyczna mieszanka, która ma się podobać każdemu, czyli nikomu.

06.10.2021 15:27
7
odpowiedz
Devil_Jack
21

sakkra Oooo, kolejny, który nie widzi różnicy między działalnością pożyteczną społecznie - albo niekiedy wręcz niezbędną do funkcjonowania społeczeństwa - a dostarczaniem rozrywki, na dodatek na ogół niskich lotów. Jeżeli ktoś nie odróżnia pracy, niekiedy w wymagającym czy odpowiedzialnym zawodzie, od robienia z siebie debila, to coś jest z nim nie w porządku.

17.09.2021 19:25
odpowiedz
Devil_Jack
21

Wiele osób nie rozumie. Debilizmy w Uncharted 2 do tej pory śnią mi się po nocach. Największy dotyczy całkowitego braku wolności w tym, jak grać. Jak skrypt to przewiduje, to skoczysz z 20 metrów. Jak nie, to zginiesz po skoku z pięciu. Jak chcesz ominąć czołg, a nie go rozwalić, to masz instant death. Serio, CoD daje więcej swobody niż Uncharted. Fabuła jest durniejsza niż słabe filmy o superbohaterach: Drake coś znajduje, ktoś mu to zabiera, potem znowu coś znajduje, i znowu ktoś mu coś zabiera. Do tego dochodzą denne dialogi i scenariuszowe głupotki. O strzelaniu nawet nie mówię, bo to żenada do kwadratu.

Powiem szczerze: dla mnie ostatnia dobra gra Naughty Dog to Crash Team Racing. Od tamtej pory mam wrażenie, że gry tego studia robią księgowi: "tu damy ladną grafikę, tu a'la Indianę Jonesa, tu zagramy na emocjach i luz". Uncharted i The Last of Us wydaje mi się nieszczere i płytkie, pozbawione duszy i głębi. Do Heavy Rain czy pierwszego sezonu The Walking Dead gry ND nie mają startu: tamte gry - mimo ich wad - przeżywa się długo po ich ukończeniu. W grach ND jest poza i markowanie - a przynajmniej takie odczucia mi towarzyszą. Samo pozorowanie dojrzałości czy powagi nie wystarczy - potrzeba jeszcze serca. Tymczasem gry ND od dawna trzeszczą mi plastikiem.

post wyedytowany przez Devil_Jack 2021-09-17 19:25:39
26.08.2021 13:57
odpowiedz
Devil_Jack
21

Większość ludzi zawsze lubiła mało wysublimowaną rozrywkę. Picie do nieprzytomności w karczmie po tygodniu pracy, pośmianie się z karłów albo kobiety-gumy, kiedy przyjechał cyrk, oglądanie walk gladiatorów dla dreszczyku emocji... Mamy błędne wrażenie, że ludzie są dziś bardziej świadomi kultury i wymagają wyższych jej form. Nic z tego. Mało kto czyta, że już o dobrym filmie czy teatrze nie wspomnę. Może jest to smutne, ale chyba nic tego nie zmieni. F&F odnosi sukces kasowy na dokładnie tej samej zasadzie, co liczący koń Hans czy seanse spirytystyczne Leonory Piper - dostarcza igrzysk.

post wyedytowany przez Devil_Jack 2021-08-26 13:58:07
26.08.2021 12:44
4
odpowiedz
Devil_Jack
21

Wydaje mi się, że dyskusja, czy porównywać gry mobilne do gier "stacjonarnych" (?), jest po części jałowa (pojęcie gry jest nieostre), ale raczej zgadzam się z Dzienciou. Ja podam inny przykład, który podważa to, co pisze iydem. Otóż liczenie mobilek to trochę tak jak wliczanie do filmowego box office'u filmów w kinach/na VOD + filmików na YouTube. Jedno i drugie to filmy, przy jednym i drugim wykorzystuje się kamery, światło, scenariusz, etc., ale jednak specyfika jest diametralnie inna. Jeżeli chodzi o gry, to widać to w chwili, gdy w artykule czytamy, że rynek mobilek to 40%, po czym się okazuje, że ŻADNA gra mobilna nie znajduje się w zestawieniu bezstsellerów. Podobnie jest w przypadklu płci graczy: gdyby wyłączyć z zestawienia gry mobilne, okazałoby się, że na konsolach/PC gra znacznie mniej kobiet. A więc uwzględnianie gier mobilnych po prostu fałszuje statystyki, stąd przynajmniej na razie wypadałoby je rozpatrywać osobno.

post wyedytowany przez Devil_Jack 2021-08-26 12:45:38
25.08.2021 21:12
odpowiedz
Devil_Jack
21

Ale niestety tego oczekuje współczesny przeciętny gracz: ma być szybko, absurdalnie widowiskowo i causalowo tak dalece, jak to możliwe. A potem multik, czyli to samo (choć już mniej casualowo). Mnie też się to nie podoba; ja się odbiłem nawet od COD 4, który już wówczas przypominał komiks dla dwunastolatków.

25.08.2021 17:11
odpowiedz
Devil_Jack
21

Pytanie wydaje mi się źle sformułowane, bo tu nie ma żadnego sensu. Pewnie przeciętny gracz ma po prostu poczucie, że jeśli on gra w FIFĘ 21, a wyszła już FIFA 22, to coś traci czy coś go omija. (Ot, szeroko rozumiane FOMO). Są ludzie, którzy spędzają wolny czas na czymś pożytecznym, a są tacy, którzy tracą setki godzin i setki złotych na robienie czegoś w tej samej grze z innym numerkiem, bo mają z tego nierozumianą przez nas satysfakcję. Przyznaję, że przekracza to granice mojego pojmowania i wydaje mi się to nieracjonalne, ale jeżeli ktoś odpowie, że jemu wydaje się to jak najbardziej rozsądne, to chyba nie miałbym nic więcej do powiedzenia.

25.08.2021 17:02
4
odpowiedz
Devil_Jack
21

PonyD669 zapomniał dodać, że po kliknięciu na ocenę Ghostbusters (2016) pojawia się informacja: "NOTE: Our rating mechanism has detected unusual voting activity on this title. To preserve the reliability of our rating system, an alternate weighting calculation has been applied". A zatem zmieniono algorytm tak, by zawyżał ocenę. W rzeczywistości ta (pseudo)feministyczna padaka ma średnią 5.3, a więc mimo wszystko Ghostbusters II "troszkę" wygrywa w tym zestawieniu.

23.08.2021 19:00
odpowiedz
Devil_Jack
21

Nie są nastawieni na hejt (przynajmniej nie większość), tylko mają uzasadnione zarzuty względem CDPR - dewelopera, który klamał i zwodził, a teraz nieudolnie naprawia nieukończony produkt. Jeżeli zostałbym oszukany przez mojego znajomego, to mam prawo czuć do niego długotrwałą urazę, nawet jeżeli będzie on udawał, że nic się nie stało. Chwalenie CDPR tylko za to, że nieskutecznie stara się zatuszować skok na kasę fanów, to wyższy poziom syndromu sztokholmskiego. Normalny gracz ma prawo przez dłuższy czas odczuwać niesmak. I nie ma to nic wspólnego z hejtem. To Redzi najwyraźniej nienawidzą fanów, wypuszczając taką padakę i żądając za nią pełnej ceny.

07.08.2021 18:17
1
odpowiedz
Devil_Jack
21

Cóż, to zdecydowanie nie jest takie proste. Gdyby w Polsce panowała taka relacja reżyser-producent jak w USA, filmy Koterskiego nigdy nie powstały. Co by nie mówić, PRL sprawił, że o poziomie filmów decydowały komisje, najpierw Filmu Polskiego, potem m.in. Toru. Na filmy artystyczne sypano pieniędzmi niejako charytatywnie, dzięki czemu poziom polskiego kina był wybitny. (Choć miernoty też nie brakowało). Do dziś mamy coś takiego jak dofinansowanie PISF, program 30 minut Studia Munka etc., które dają zapomogi, a wręcz finansują filmy bez szans na wielkie zyski. O tym, jak wygląda to na Zachodzie, najlepiej świadczy przykład Aleksandra Forda, który po wyjeździe w 1968 roku do Danii nakręcił dwa bardzo mizerne technicznie filmy, a wcześniej reżyserował Krzyżaków. Innymi słowy, sztuka i zysk na ogół NIE idą ze sobą w parze. Filmy festiwalowe to zupełnie zły przykład: one są gdzieś "pomiędzy", krytykom festiwalowym też trzeba się umieć przypodobać, co nie zawsze oznacza sukces artystyczny. Przykład? "Niebieski" Kieślowskiego, słusznie - moim zdaniem - skrytykowany w kraju i za granicą, ale fetowany w Wenecji.

Pomijam już uwarunkowania psychologiczne. Widz wychowany na intensywnych efektach CGI, nienauczony rozumieć psychiki bohaterów, będzie męczył się na ambitniejszym, spokojniejszym, głębszym psychologicznie filmie. Edukacja filmowa w Polsce nie istnieje, a jest ona nie mniej ważna niż edukacja literacka czy historia sztuki. Jedne filmy mają bawić, a inne wzbogacać. Ale jak nauczyć docenienia tych drugich, skoro na tle tych pierwszych wydają się one nudne?

Owszem, konsument musi mieć wybór, ale większość wybiera to, co łatwiejsze. Czy należy im ten wybór zabrać? NIE! Ale należy zdać sobie sprawę, że kino ambitniejsze - podobnie jak ambitna literatura, muzyka, teatr - traci na umasowieniu, przez co nie sposób traktować tych dwóch rodzajów jako zupełnie niezależnych. I to właśnie miał na myśli Scorsese, który mówi, że dziś mamy do czynienia z przemysłem wizualnej rozrywki, a także kinem. I to drugie będzie nieustannie tracić kosztem tego pierwszego: bo jego twórcy dostają, to co chcą (pieniądze), podobnie jak fani (mało wymagającą rozrywkę). Nie wróży to dobrze rozwojowi kinematografii.

25.05.2021 16:59
odpowiedz
Devil_Jack
21

Stwierdzenie "obecnie coraz bardziej modne (fatalnie to brzmi, wiem) jest spojrzenie na powstanie warszawskie z perspektywy tych, którzy najbardziej przez nie ucierpieli" jest blędne, bowiem "moda" na przedstawianie Powstania z perspektywy ludności cywilnej trwa od czasów PRL. Dobitnym tego przykładem jest na przykład kilkutomowy zbiór relacji i innych dokumentów "Ludność cywilna w Powstaniu Warszawskim" pod redakcją Czesława Madajczyka z 1974 roku. (Nota bene, politruka z okresu najczarniejszej stalnowskiej nocy). Był to sposób na zdyskredytowanie Powstania, bowiem przez całe lata 60. i 70. nie dopuszczano do głosu drugiej strony - tych, którzy Powstanie uważali za konieczne albo chwalebne. (Jego zorganizowany wybuch był lepszy niż spontaniczne rozpoczęcie, które wisiało na włosku, podsycane widokiem cofających się ze wschodu wojsk niemieckich). Również mówienie o "oderwanym politycznie dowództwie" jest nieścisłością, bo w tymże dowództwie panowały duże tarcia związane ze sporami na temat sensowności zrywu, o czym mówią nie tylko źródła, ale nawet popularne teksty w rodzaju dramatu "Ziarno zroszone krwią" Jerzego Stefana Stawińskiego. Nie ulega natomiast wątpliwości, że gra przedstawiająca realia Powstania Warszawskiego byłaby bardzo ciekawa, choć niewiele różniłaby się od This War of Mine. Niestety, takie gry najlepiej wyglądają, kiedy pisze się je z pozornym dystansem i obojętnością. Siłą rzeczy Polakom trudno podejść tak do Powstania Warszawskiego. Rada? O naszym zrywie powinna opowiedzieć inna nacja: może wtedy wyszłaby z tego dobra (ergo: wstrząsająca i angażująca) gra.

post wyedytowany przez Devil_Jack 2021-05-25 17:00:10
18.02.2021 13:31
2
odpowiedz
Devil_Jack
21

DTG Ludzie życzą sobie również, by nazywano ich Jezusem albo Napoleonem, bo tak właśnie się czują. Zakładam, że dla ich komfortu można by się tak do nich zwracać. A mimo to umieszcza się ich w odpowiednich zakładach. Skąd takie podwójne standardy postępowania?

20.12.2020 18:13
odpowiedz
Devil_Jack
21

No tak, jasne. Sony też nakłania do hejtu, bo - co za zniewaga - usunęło ze sklepu tę wspaniałą grę, przy której wspaniale bawią się miliony ludzi! Microsoft też nakłania do hejtu. I nawet devi CDP też, bo przecież ostatnio, podczas spotkania z zarządem, padło ze strony tych pierwszych parę niemiłych słów o Cyberpunku. Wszyscy hejtują.

A tak serio: jeżeli ktoś nie odróżnia hejtu od uzasadnionej krytyki, to powinien zainwestować w dobre okulary. Dlaczego głos mają mieć miliony zadowolonych, a nie miliony niezadowolonych? Jeżeli gra nie działa jak należy, na co są setki dowodów w Internecie, to należy o tym głośno mówić, a nie udawać, że nic się nie dzieje, bo "chlip, chlip, biedni twórcy i ci, którym się gra podoba". CDP skopał sprawę, okłamał część ludzi i tyle. Na tym polega wiarygodność: że nie głosuje się na nią demokratycznie, ale traci po jednej wpadce.

16.12.2020 01:10
2
odpowiedz
Devil_Jack
21

W sumie to nie drze się, tylko - jak sam mówi - jest cholernie smutny. Bo (1) wywalono wiele funkcji, które zapowiadano jeszcze w tym roku; (2) gra jest zbugowana i zglitchowana ponad wszelką przyzwoitość, na co pokazuje jednoznaczne dowody; (3) duży patch wyjdzie dopiero w styczniu, bo święta. Gość dobrze pokazuje, że CDPR został odczarowany, zwłaszcza w oczach obcokrajowców; to firma robiąca ten sam shit, co Bethesda czy Ubisoft. Uświadamia to, jaką wtopę wizerunkową zaliczyli Redzi.

GRYOnline.pl:

Facebook GRYOnline.pl Instagram GRYOnline.pl X GRYOnline.pl TikTok GRYOnline.pl Podcast GRYOnline.pl LinkedIn GRYOnline.pl Forum GRYOnline.pl

tvgry.pl:

YouTube tvgry.pl TikTok tvgry.pl Instagram tvgry.pl Discord tvgry.pl Facebook tvgry.pl