usiłujesz wmówić, że jak ktoś coś ukradł, to nie jest to kradzież
Po drugie, to dyskusja dotyczy sposobu w jaki ten dostęp uzykał i tego że autor artykułu nie odróżnia czym jest crack, a czym bypass, co słusznie zauważył kolega stroboskop.
Ty zaś udowodniłeś, że nie dość że nie rozumiesz obu tych pojęć, to jeszcze nawet nie rozumiesz języka jakim się posługujesz, rzucając na na lewo i prawo coś o jakichś kradzieżach w antypirackim zacietrzewieniu (gdzie nikt tutaj nie próbował piractwa bronić ani moralnie usprawiedliwiać, a jedynie dbać o używanie technicznych pojęć zgodnie z ich semantyką).
Tu nie ma znaczenia nazewnictwo, które tu potocznie przytoczono jako "crack" (bo tak łatwiej wszystkim zrozumieć) a wynik i konsekwencja.
Cała dyskusja dotyczy nazewnictwa, a nie twojej oceny piractwa. Możesz sobie nazywać prawdziwki i jagody roślinami, jeśli dzięki temu łatwiej ci zrozumieć otaczający świat, ale nie oczekuj, że inni będą mieli podobne problemy poznawcze, by nie odróżnić grzyba od rośliny, bo co to za różnica, skoro liczy się wynik, że oba rosną w lesie i same nie chodzą.
Czyli np. samochód i auto to w rozumieniu potocznym dwie różne rzeczy, bo gdyby znaczyły to samo, to nie byłoby sensu stosowania ich obu?
Ani termin auto, ani samochód nie wyklarował się w języku potocznym w odpowiedzi na pojawienie się sytuacji i przypadków wymykających się poza dotychczas rozumiane ramy tego drugiego pojęcia. Nie ma więc tutaj analogii.
odpowiadasz za kradzież programu komputerowego w rozumieniu art. 278 § 2
*odpowiadasz za czyn opisany w art. 278 § 2 (gdzie nie pada nigdzie takie sformuowanie jak wyżej).
To nie są "sztuczki erystyczne", tylko po prostu język prawniczy, który jest potrzebny dla zachowania precyzji w dyskusji na temat wykładni prawa. Nie moja wina, że go nie rozumiesz.
Gwoli ścisłości, mowa tutaj była nie o cytowanych fragmentach prawnych (ani też samym fakcie ich zamieszczania), a o towarzyszących im, zupełnie zbędnych wstawkach w tonie wujka dobra rada, typu te o ośmieszaniu się, wymądrzaniu, randomikach z internetu i co tam się jeszcze przewinęło z takich pozamerytorycznych prób zamanifestowania w oczach czytelnika swojej wyższości nad rozmówcą. Z językiem prawniczym ma to bynajmniej niewiele wspólnego, a jedynie wprowadza do dyskusji atmosferę internetowego pieniactwa, oddalając jednocześnie od meritum.
mamy zdefiniowaną w prawie karnym kradzież programu komputerowego
* Mamy zdefiniowany w prawie karnym czyn, który niektóre interpretacje tegoż prawa okreslają mianem kradzieży programu komputerowego (podczas gdy inne starają się unikać takich sformuowań, ciekawe dlaczego)
czytelne w zasadzie dla każdego, bez dodatkowych objaśnień i zastrzeżeń
Gdyby było tak jak piszesz to nie istniałaby w ogóle potrzeba wyodrębniania w języku potocznym pojęcia piractwa, bo wystarczyłoby mówić o kradzieży. Tymczasem program komputerowy można w rozumieniu potocznym zarówno ukraść komuś (jakkolwiek rzadki przypadek by to nie był i jakie to warunki nie musiałyby zajść aby o tym mówić) jak również spiracić. Z powodu tej rozbieżności w prawie istnieją osobne paragrafy, natomiast w interesującej nas mowie potocznej osobne terminy, które w niewiadomym celu probujesz ze sobą utożsamić.
Co do reszty wypowiedzi to zamiast stosowania jakichś tanich sztuczek erystycznych (i tak ignorowanych) odniósłbyś się po prostu do zarzutu jak w swojej definicji kradzieży łączysz warunek jej bezprawności z faktycznym wystąpieniem (nawet w rozumieniu potocznym). Jeżeli dajmy na to Putin, zalegalizuje u siebie piractwo (a chyba nawet były tam takie pomysły w odniesieniu do podmiotów zachodnich), utożsamiane przez ciebie z kradzieżą, to w tym momencie przestaje ono nią być nawet w rozumieniu potocznym, czy tylko w świetle ichniejszego prawa? Bo tak by wynikało trzymając się tego co piszesz:
nawet w rozumieniu potocznym, kradzież nie wymaga odebrania komuś czegoś (mienia, prawa, idei itd.), a jedynie pozyskania czegoś w sposób bezprawny (nielegalny)
Nie moim zdaniem, tylko według komentarza (który sam tu przytoczyłeś), a którego autorem jest niejaki Piotr Seledec i który to stanowi jedną z wielu interpretacji zapisów z art. 278 k.k. i to jemu zarzucaj gimnastykę intelektualną, że zamiast (w myśl twojego życzeniowego myślenia) po prostu użyć słowa kradzież to sili się na określanie takiego czynu jako nowego przestępstwa, będącego swoistym odpowiednikiem kradzieży rzeczy.
A to, że taka akurat interpretacja pokrywa się z tym co pisalem wcześniej i tak jest bezprzedmiotowe w temacie dyskusji, bo w polskich przepisach mógłby sobie nawet jak wół widnieć zapis "piractwo nie jest kradzieżą" i nadal nie byłoby to dowodem na poparcie takiej tezy, bo równie dobrze w innym kraju system prawny mógłby zawierać zapisy twierdzące odwrotnie (stąd przykład z autobusem). Dyskusja zaś dotyczyła samej semantyki zagadnienia, gdzie w twojej jego definicji już na starcie był błąd logiczny zakładający konieczność "bezprawności" takiego czynu, co z marszu dyskwalifikuje ją jako sensowne wytłumaczenie (stąd też, w takiej dokładnie formie nie znajduje poparcia w żadnym z przytoczonych komentarzy), niezależnie od spełnienia (lub nie) pozostałych warunków, jak konieczność fizycznego wyjęcia rzeczy spod władztwa właściciela (gdzie jak się okazuje, nie ma konsensu w świecie prawa, przynajmniej polskiego, i zdarzają się też interpetacje popierające taką tezę).
Tym bardziej, że tytułowe stwierdzenie dotyczyło jeszcze innej składowej problemu, skupiając się na warunku konieczności wystąpienia właśności by można było mówić o kradzieży (jak się czegoś nie da zakupić, czyli w domyśle nabyć na własność, to nie można też tego ukraść, przynajmniej zdaniem autora Minecrafta), co niezależnie od oceny samego w sobie (czego nikt się tutaj nawet nie podejmował) i tak nie miałoby znaczenia jeśli któryś z pozostałych warunków nie byłby spełniony.
A pierwsze dwa zdania przeczytałeś?
A skąd pochodzą te zdania przeczytałeś? To jest tylko komentarz autorów, interpretujących przepisy, które już wrzucałeś. Niżej masz już dwa inne komentarze, których autorzy już umyślnie unikają nazywania tego przestępstwa kradzieżą (pierwszy określac je swoistym odpowiednikiem kradzieży, drugi zaś czynem z kategorii przestępstw materialnych), z czego jeden nawet tłumaczy dlaczego jest to inne przestępstwo. A wszystko ze względu na brak w języku prawnym zdefiniowanego odpowiednika potocznego terminu piractwa (podobnie jak kiedyś miała się sprawa ze wspomnianą wcześniej pedofilią), ani konsensusu co do interpretacji takiego działania. Stąd od początku mówione było, by nie traktować języka prawnego jako jakiegoś wyznacznika w tej dyskusji, bo raz że może to różnie wyglądać w różnych krajach (być może w jakimś obcym systemie prawnym nawet pojawia się zrównanie obu przypadków już na poziomie przepisów, a w innym zaś wyraźne rozdzielenie), a dwa, że nawet w obrębie tego samego systemu prawnego być różnie interpretowane, zaś same interpretacje ze sobą sprzeczne, jak w tym przypadku (nie można być naraz czymś i odpowiednikiem czegoś). Na co od dawna się zreszta zwraca uwagę, np. tutaj:
Analiza semantyczna występku określanego mianem kradzieży programu komputerowego jest szeroko omówiona w wielu publikacjach i komentarzach. Z ich analizy nie wynika jednak, że poglądy autorów są ze sobą tożsame. Opinie komentatorów i sądów odnoszące się do poszczególnych znamion przedmiotowego czynu zabronionego nie są całkowicie zgodne, częstokroć wręcz się wykluczają. Należy stwierdzić, że jest to doskonała materia dla kształtowania się jednolitego poglądu na interpretację normy art. 278 § 2 k.k., którego to poglądu, co podkreślmy, ciągle nie ma.
kwartalnik.akademiapolicji.edu.pl/index.php/numer-1-2023/images/M_images/04ziaja.pdf
Ustawodawca traktuje piractwo jako* kradzież
Jak* kradzież.
Art. 278 § 2 k.k. dotyczy zatem zupełnie nowego przestępstwa, swoistego odpowiednika kradzieży rzeczy
Przecież właśnie potwierdziłeś w tym momencie to czym piszę od początku, gdzie to co potocznie nazywamy piractwem zostaje nazwane innym przestępstwem, będącym swoistym odpowiednikiem (a nie po prostu przykładem/rodzajem) kradzieży, podlegającym tej samej karze. I nie, w przypadku tego przestępstwa zabór nie musi powodować fizycznego wyłączenia rzeczy spod władztwa właściciela (ani też nikt nie twierdził, że aby spiracić program trzeba go ukraść z komputera autorowi, bo inaczej nie będzie przestępstwa).
Żeby udowodnić swoją karkołomną definicję słowa kradzież musiałbyś więc znaleźć analogiczny przykład, ale w oparciu o §1 z art. 278 k.k. (który dotyczy właściwej kradzieży, a nie jej "swoistych odpowiedników"). Powodzenia.

nawet w rozumieniu potocznym, kradzież nie wymaga odebrania komuś czegoś (mienia, prawa, idei itd.), a jedynie pozyskania czegoś w sposób bezprawny (nielegalny)
Definicja: kradzież = "pozyskanie czegoś w sposób bezprawny (nielegalny)" to jedynie wynik twojej radosnej twórczości, w dodatku niezbyt przemyślanej, bo w myśl takiej definicji wystarczyłoby zalegalizować dane działanie by przestało być kradzieżą (nie spełniając już jej kryteriów). Co jest oczywiście bez sensu w rozumieniu potocznym, gdzie nie obchodzi nas w jaki sposób (i czy w ogóle) sankcjonuje takie działanie jakieś prawo, a nawet są przypadki gdzie mówimy o "kradzieży w majestacie prawa" itd (co wedle twojej definicji nie mogłoby w ogóle zaistnieć). A co do wymogu odebrania komuś czegoś, to nawet prawna definicja (na którą od początku się powołujesz) wyraźnie zaznacza konieczność fizycznego wyjęcia rzeczy spod władztwa właściciela, więc i tutaj mamy do czynienia z jedynie twoją interpretacją rzeczywistości.
jej przewłaszczenie nadal jest* kradzieżą
*Podlega tej samej karze.
Język potoczny =/= język prawny.
Dyskusja dotyczy uniwersalnej semantyki wyrazów, czyli czegoś co nazwałeś językiem potocznym, a nie prawniczego, w którym to samo zagadnienie może być inaczej ujęte różnych systemach prawnych (a nawet w tym samym, ale w różnym czasie), a twórca Minecrafta, do którego słów się tutaj odnosimy, używając słowa kradzież bynajmniej nie rozumiał przez to tego co podlega pod paragrafy o kradzieży w polskim prawie AD 2025.
Możesz sobie znaleźć gdzieś na świecie system prawny gdzie przejechanie autobusem na gapę będzie podlegało tej samej karze co kradzież biletu, penalizowane w ramach dokładnie tych samych artykułów i paragrafów (bo tak sobie wymyślił jakiś prawodawca), co nie zmienia faktu, że przejechanie się autobusem na gapę nie jest i nigdy nie będzie tożsame z kradzieżą biletu. I tyle, tak samo w przypadku piractwo =/= kradzież.
Według polskiego prawa piractwo jest traktowane jak kradzież (podlega tej samej karze), a nie jej równoważne i nigdzie nie pada takie zrównanie, a to z prostej przyczyny, słowa w języku polskim mają swoją semantykę i to co nazywymy piractwem zwyczajnie nie spełnia definicji kradzieży, staniowiąc inny, równie karygodny (przynajmniej w polskim prawie, w innych krajach być może nierównie) proceder.