Tamtego lata przyjmowaliśmy obelgi i błogosławieństwa z tą samą obojętnością. Maszerowaliśmy na północ, a wokół nas kraina obracała się w popiół.
Z ruin Lothering do Denerim było 3 dni drogi. 3 dni pełne niebezpieczeństw. Morrigan doprowadziła nas na skraj Głuszy Korcari... I ani kroku dalej. Bała się
wszędzie węszących templariuszy, szukających apostatów, zdolnych przywoływać nieumarłych. Morrigan, zawsze pewna siebie, arogancka i nieustępliwa... Teraz nie chciała wyjść ze swego ukrycia, nawet pod osłoną nocy.
I my nie byliśmu bezpieczni. Po rozprawieniu się z armią Eldara mieszkańcy Fereldenu mieli do nas mieszane uczucia. Jedni wychwalali nas pod niebiosa, inni
ganili za pozbawienie wątpliwej ochrony mrocznych sił. Ale musieliśmy iść do króla Alistaira, powiadomić o zniszczeniu niebezpieczeństwa. Żelazny Byk miał co do
tego duże wątpliwości. Twierdził że wystarczy wysłać posłańca z wiadomością, a my powinniśmy wracać do Skyhold. uważałem, że zagrożenie jest zbyt duże, aby tak
lekkomyślnie je bagatelizować. Ferelden pamiętający wydarzenia Piątej Plagi nie był wystarczająco silny, aby poradzić sobie ze wszystkimi bolączkami.
A przecież Inkwizycja powstała właśnie po to, aby pomagać w najtrudniejszych sytuacjach... Rozbiliśmy obóz na skraju Lasu Brecililian, tuż po zachodzie Słońca.
Nie byliśmy gotowi na wydarzenia nadchodzącej nocy nocy...