Miksowanie polskiego i angielskiego w rozmowach
W tym roku kilka razy byłem tego świadkiem (na siłowni, w tramwaju itp.) więc to chyba jakiś trend/moda. Otóż ludzie młodzi (na oko 20-25 lat) podczas rozmowy mieszają ze sobą polski i angielski w ramach jednego zdania. Coś w stylu: „byłem wczoraj on shopping i kupiłem sobie nowe trousers i belt. Albo „You must pójść ze mną na ten movie”.
Zetknęliście się z czymś takim albo może sami to praktykujecie? Czy to jakiś nowoczesny sposób na utrwalanie języków obcych?
^Podobnie jak kolega wyzej. Wkurwi@jace na maxa :/
Zazwyczaj ci co tak uzywaja slowek angielskich i sa tacy "Amerykanscy" jak przychodzi co do czego to nie umieja jednego zdania po angielsku wypowiedziec poprawnie.
Bylem swiadekiem jak jakis obcokrajowiec podszedl do pewnej grupki mlodziezy ktora byla taka trendi i uzywala angielskich slowek, to jak przyszedl anglik i zapytal o droge to nic nie zrozumieli a potem zaczeli lapami machac.
Mniej wiecej ten sam poziom debili co to niby w UK sa 2 tygodnie i oni juz po Polsku zapomnieli, a potem slysze takich i poziom angielskiego na poziomie podstawowki.
Nic nowego. Od zarania dziejów ludzie tak robią. Kiedyś mieszali z łaciną, potem francuskim, a teraz angielskim. Przy czym dawniej to była chyba raczej moda, a teraz korpomowa, albo też duży wpływ Internetu, gdzie jakby nie było, angielski jest językiem wiodącym, przynajmniej w kulturze zachodu.
Sam trak robię od lat, głównie przez internet i gierki, a także wrodzone lenistwo - często angielskie słowa są krótsze, jest ich więcej więc niekiedy lepiej oddają sens, a niekiedy prościej mi się je wypowiada.
"AjŁontSiku" usłyszałem po raz pierwszy jakieś 30+ lat temu na jakiejś piwnej imprezie (nie wiem jak teraz mówi się na imprezy? - domówki?) i wśród moich znajomych się przyjęło, więc problem zdecydowanie nie jest nowy.
Najgorsze i tak jest w korpo, kto tam pracuje, ten wie, jak bardzo gwałcony jest język polski tymi śmierdzącymi anglicyzmami.
A młodzi, cóż od urodzenia w internecie, chłoną masę filmów po angielsku i pitolą tak bez opamiętania.
Zależy jak wrzucane.
Przypomnę że siedzimy na forum w teorii z branży która angielskie słowa czy skróty z miejsca wrzuca w rozmowy.
Od choćby
Hack and slash
Armor
DPS
FPS
TPP
MMO
RPG
pull
slide
lol
idk
...
I jak wrzucane są w rozmowie o grach nie przeszkadza
Ale wkurzają jak ktoś zdania w stylu pójdę do łazienki nie potrafi powiedzieć idę do bathroomu i tyle :)
jeżeli robi to angielski native speaker mogę wybaczyć, jeżeli robi to Polak niestety świadczy to wyłącznie o słabym warsztacie językowym.
Moje dzieciaki mieszają chociaż nie tak skrajnie jak w przykładach op no na cale szczęście udało się pokazać im absurdalność tego typu komunikacji i unikają tego typu połączeń, są angielskimi native speakerami a polski jest ich drugim językiem.
Jeżeli coś takiego robi Polak mieszkający w Polsce to jest kretynem i raczej nie widzę innego wytłumaczenia.
Jedna rzecz ,jest różnica między wrzucaniem anglicyzmów, a budowaniem calych fraz imitujących jez. angielski
brb, lol są ogolnie przyjętymi skrótami i to trochę inna sytuacja
Prawda jest taka, że ludzie którzy to robią, nie umieją tak naprawdę mówić dobrze ani w jednym, ani w drugim języku. Po dłuższej konwersacji po angielsku po prostu wymiękną. Są tylko wannabe, albo robią to, bo to tak fajnie brzmi. Lecz poza tym nadużywanie anglicyzmów jest dla mnie zwykłym przejawem brainrotu z nadmiaru konsumpcji określonych treści w mediach elektronicznych. Coś jak dawniej bujanie się po forach z dziećmi Neo bywało u niektórych przyczyną do walenia byków ortograficznych od patrzenia jak inni walą byki, zamiast się rozwijać i czytać książki. A w korporacjach to po prostu przejaw prania mózgu do wywierania określonych zachowań na pracownikach z perspektywy psychologii.
Ogólnie w przypadku osób dwujęzycznych udowodniono, że decyzje podejmowane przez daną osobę mówiącą w innym języku mogą być inne, niż podejmowane mówiąc w ojczystym, bo określone wyrazy mają zakodowane już a mózgu pewne konotacje emocjonalne, częściej negatywne. Dlatego się mówi, mówiąc dwoma językami, to jak posiadać dwie dusze.
Nie spotkałem się z aż tak skrajnymi przypadkami, jak opisuje OP, może z raz, i raczej w charakterze demonstracji tego, jak czasami wyrażają się Polacy po dłuższym czasie w Stanach, i raczej w charakterze heheszków i trochę wytykania, ale uważam, że problem jak najbardziej jest.
Przejawów przenikania anglicyzmów do polskiego języka nie unikniemy, bo język ewoluuje wraz z życiem codziennym, i polski po prostu nie nadąża słowotwórczo z nowymi zjawiskami życia codziennego. Wręcz wymyślanie polskich odpowiedników ciągle na siłę byłoby dla nas nienaturalne, gdy przyzwyczailiśmy się od dawna do angielskich form w jakichś dziedzinach. Bardziej chodzi o zatrzymanie dalszego patroszenia polskiego języka tam, gdzie zdecydowanie nie jest to potrzebne, a zwłaszcza gdzie polskie odpowiedniki istnieją.
Dobry językowiec, gdy świetnie przyswoi własny język, w rezultacie lepiej przychodzi mu potem nauka obcego. Rezultat jest taki, że ludzie przestają gadać czysto po polsku, a nadal nie umieją mówić czysto po angielsku, a potem dochodzi do sytuacji jak wyżej, że w Polsce Angol pytający o drogę, czuje się jakby pojechał conajmniej do Szkocji.
Zatrzymajmy tą karuzelę. Dla dobra zarówno polskiego jak i angielskiego w Polsce.
Ktoś mający zamiłowanie do gramatyki języka polskiego, i nauki jej w szkole, rozkładania jej na czynniki pierwsze, do terminologii, szybko na zaawansowanym poziomie załapie gramatykę angielską. Nie mówię nawet o poprawnym mówieniu gramatycznie, ale o meandrach gramatyki, których przyswojenie czasem prowadzi do właśnie tego mówienia poprawnie w ogóle. Metodyka nauki o językach między różnymi językami się specjalnie nie zmienia. I tak, Angole też kaleczą (czarnoskórzy w Stanach to mają w ogóle swoją gramatykę). Tylko nawet oni "kaleczą" w określony sposób, przez co wejście w tłum i asymilacja, mając problemy z jeszcze głębszymi podstawami, jest jeszcze trudniejsza. Najpierw podstawy, potem akcenty, a potem łatwiej przyjdzie schematy naleciałości regionalnych w gramatyce. Dla wielu też ich zrozumieć, jest w ogóle całkowicie odrębną barierą ze względu na akcent, do którego nie jesteśmy przyzwyczajeni przez głównie amerykańskie filmy, i to jest samo w sobie dosyć barierą wejścia głębiej w język, ale to dyskusja na inny temat.
Dobrze powiedziane.
Totalna głupota i brak jakiegokolwiek wytłumaczenia tego zjawiska. Albo po polsku, albo po angielsku. A jeżeli mieszać, to dlaczego ograniczać się do dwóch języków. Dorzućmy niemiecki, francuski i chinski do tego, bo czemu by nie?
Poczytaj o galicyzmach. Zapożyczenia z francuskiego już mamy.
Germanizmy też, rusycyzmy też - przez lata zaborów.
Chiński jest daleko, więc jak kiedyś może wielkiemu niedźwiedziowi podwinie się noga, to może będziemy mieli granicę polsko-chińską, jak w tym kawale.
Zapożyczenia, ktore sa u nas normalnymi slowami, zapisanymi w slowniku jezyka polskiego, to zupelnie cos innego, niz wrzucanie w losowych momentach obcojezycznych slow do wypowiadanego zdania.
Tak, ale język nie nadąża za nowymi słowami, o które trudno czasem o odpowiedniki w języku polskim, i nie znajdziesz ich jeszcze w słowniku.
Ale jak spotkałem się dziś przykładowo ze sformułowaniem "people-pleaser" w jakimś polskim artykule, to mi ręce opadły.
Spotkałem się wielokrotnie z tym zjawiskiem na przestrzeni wielu lat. Ale trudno mi ocenić, czy teraz jest tego więcej.
Wśród młodych tak po prostu jest - lubią eksperymentować, wyróżniać się, być bardziej "cool" ;) Nie drażni mnie to w żaden sposób. Śmieszy natomiast, gdy słyszę z ust menedżerów wyższego szczebla (kierownicy, dyrektorzy, a czasem także prezesi): "mam wery important kol, jutro dedlajn i chyba nie zrobimy targetu" - a po angielsku trudno im kilka składnych zdań sklecić. Na tyle poznałem to zjawisko, że w większości przypadków chodzi o dodanie sobie splendoru.
trochę z innej bajki, siedzę właśnie w sklepie medicine żeby trochę t-shirtow zakupić.
Najgorsze co moze się pojawić na takiej koszulce to kretynskie angielskie zdania, które niestety w UK wyglądają dość obciachowo - chociaż w tym przypadku cringe jest lepszym określleniem.
a szkoda bo same projekty są naprawdę fajne.
LMAO, essa, BTW, IMO, IDK i nie wiem co tam jeszcze. To też widzę, że nagminnie używane. Problemy typowo edukacyjne misz masz polskiego i angielskiego.
Sam też czasami wplatam angielskie słowa kiedy nie potrafię znaleźć odpowiednika polskiego który by pasował ładnie do zdania jak przykładowy remake, ale w większości wypadków mnie to wkurza bo mamy naprawdę piękny i bogaty język który należy pielęgnować zamiast go tak głupio kaleczyć. Czasami jak oglądam jakieś recenzje, materiały, czytam komentarze i tym podobne trafiając na takie kwiatki gdzie można użyć polskich określeń to co chwile rzucane słowa typu core, lore, gameplay, pacing i tak dalej. Już nie wspominając o falach hejtu co działa na mnie dość drażniąco, ale nic dziwnego że weszło to tak mocno skoro nawet dziennikarze w TV tak mówią mimo że po części to również na nich spoczywa obowiązek dbania o język.
Nie twierdze też że mój język jest idealny, ale w przypadku już takich dziennikarzy czy nawet polityków to wypadałoby używać innego języka.
dlatego prosba, uzywajcie polskiego <3
treść > content
zrzut ekranu > screen
telko / spotkanie > meeting
obiad > lunch
Czasem wątek który prowadzę korci mnie żeby zmienić nazwę na Zrzuty Ekranu z Gier lub Zrzuty z Gier, ale odpuściłem bo nie ja jestem twórcą tego pomysłu i na dodatek to już zbyt długa historia pod tytułem Screeny z Gier. Chyba że zastosować okres przejściowy na zasadzie Zrzuty z Gier (dawniej Screeny z Gier)
Język to też nasza tożsamość i powinno się go pielęgnować na tyle na ile potrafimy.