"Duch serii"? Chyba części od Bethesdy bo na pewno nie pierwszych, moim zdaniem najlepszych pod każdym względem.
W serialu jest zdecydowanie za dużo komedii. W pierwszych grach humor był, a jakże, ale dużo bardziej sporadyczny i czarny. Poza tym moim zdaniem postacie w serialu są zwyczajnie nieciekawe, może pomijając ghula. Lucy i Maximus to bezbarwne szablony.
No i ten nachalny fan service na każdym kroku...
Być może moja opinia jest odosobniona bo widzę że serial raczej zbiera pozytywne opinie, ale według mnie można było DUŻO lepiej.
„Nostalgia to piękne kłamstwo, które sprawia, że przestajemy żyć tu i teraz.” nie pamiętam gdzie to usłyszałem ale idealnie pasuje jako odpowiedź na pierwsze zdania w twojej wypowiedzi.
A reszta no cóż, kwestia gustu, mi się tam podoba :D
Gdzie Lucy na początku jest naiwną mieszkanką krypty i przez cały serial uczy się świata na powierzchni, zmienia się i dostosowuję do niego.
Gdzie Maximus na początku jest oddanym bractwu, pozbawiony własnego zdania po czym powoli i coraz bardziej widzi jak bractwo jest zepsute od środka i coraz bardziej się od niego odwraca...
Chyba oglądaliśmy coś innego. :)
Mi jednakże przedstawienie BoS bardzo przeszkadza. Szczególnie po gadce Quintusa o pierwszym Maxonie. Odłamy Boss różniły się, ale nie wierzę, że nie było żadnego otwarcie sprzeciwiającego się eksterminacji ghuli, skoro pierwszy Boss chronił słabych, nawet jeśli nie dzielił się technologią. A w Tactics mimo niechęci do Ghuli też im pomagali i współpracowali. I nawet jeśli Tactics jest niekanoniczne, to jednak przedstawia ducha serii.
Więc nawet jeśli BoS w F4 to faszyści, to byłby to tylko jeden z wielu odłamów, kilka dobrych też by było.
Niestety ale nie, 1 i 2 najlepsze i kanon powien zostać zachowany, niestety beth poszła w rozwalanie klimatu fallouta w każdym możliwym aspekcie. Nie da się tego w żaden sposób obronić. Biblia Fallouta jest święta a każdy wątpiący zostanie potępiony.
Akcja ma w sobie coś kameralnego
Chociaż serial mi się podoba, a sezon drugi nawet bardziej niż pierwszy, bo poprawia wiele wcześniejszych niedociągnięć, to jednak właśnie ten aspekt niezmiennie mi przeszkadzał. Chodzi o takie nieustające poczucie fragmentaryczności tego świata i wrażenie patrzenia na małe, wyizolowane bańki wypełnione 10 ludźmi na krzyż (nawet w New Vegas tak było), a nie spójną rzeczywistość, zbudowaną z powiązanych ze sobą lokacji. Ja wiem, że to jest kino drogi na post-apokaliptycznym pustkowiu, a bohaterowie ciągle gdzieś podróżują, w zasadzie nie wracając do tych samych miejsc, ale cały czas miałem wrażenie, jakby serialowy świat składał się z serii fajnych miejscówek do jednorazowego sfilmowania, zamiast tworzyć faktyczną całość.
spoiler start
Np. finał pierwszego sezonu rozgrywa się w Griffith Observatory w Los Angeles, skąd Ghoul i Lucy wyruszają w pościg za Hankiem MacLean, trwającym aż do New Vegas w sąsiednim stanie Nevada. Całość została przedstawiona tak, jakby podróż trwała dosłownie chwilę, a MacLean po prostu przebiegł cały dystans w ukradzionym pancerzu bractwa, pokonując morderczą pustynię bez wody, jedzenia czy możliwości rozbicia obozu...
spoiler stop
Robimy cięcie i nie wiadomo jak wiele czasu upłynęło, ile kilometrów bohaterowie przebyli i gdzie właściwie są. Mamy po prostu kolejny cool "set piece" do sfilmowania - supermarket, miasteczko, obóz, kasyno itd. Strzelanina, bitka, a potem lecimy dalej. Przez coś takiego miałem flashbacki z drugiego sezonu Wiedźmina, gdzie bohaterowie też latali sobie z Kaedwen do Cintry w odstępie kilku scen i miało się wrażenie, że ten świat nie ma sensu.
Bańki są niestety problemem. O ile na pustkowiach problem jest wyjaśniałoby tym że jest mało ludzi, to w Krypcie powinno być 1000 osób, a wrażenie jest jakby było max 100 przed podziałem na 2 krypty. Robili z tego żart o chowie wsobnym, chociaż tyle, że sugerowali że w tych kryptach faktycznie mieszkało tak mało ludzi.
podróż trwała długo, na tyle, że Hank zyskał dużą przewagę
Ale jak, skoro dzieliło ich może 10 minut (tyle bohaterowie spędzili w obserwatorium, zanim ruszyli w pościg)?
Przy takiej przewadze, że mógł pozwolić sobie na kilka godzin snu dziennie.
Jak pisałem, Hank nie miał takiej przewagi. A nawet gdyby miał, to piesza wędrówka z Los Angeles do Los Vegas nawet w naszym świecie byłaby piekielnie trudna (bo to tysiące kilometrów morderczej pustyni), a tam dochodzą jeszcze bandyci, mutanty, promieniowanie itd. No i przypominam, że Hank przed wyruszeniem nie miał ze sobą jedzenia, wody, zapasów, czy obozowiska. Gdy dotarł na miejsce, nadal miał tylko pancerz, więc scenariusze o "zdobyciu ich po drodze" można włożyć między bajki. Podobnie zresztą z Lucy i Ghoulem, widzieliśmy jedną komediową scenę z "zupą z pcheł", ale na tym koniec. Skąd brali jedzenie i wodę? Gdzie nocowali?
Taka skrótowość jest niestety na porządku dziennym w tym serialu. To co scenarzystom jest nie na rękę, po prostu wycinają i pomijają. Np. w ostatnim odcinku, gdzie się podziały karaluchy po zmasakrowaniu kumpli Buda? Same zdechły? Jakim cudem akurat Claudia przeżyła? A potem widzimy, jak Norm transportuje ją na tym wózeczku. Tylko jak on się tam znalazł? Ona jest przecież nieprzytomna, a w budynku nie było windy (bo szyb zajmowały karaluchy)... To nie są wielkie rzeczy, ale dość szybko się kumulują i tworzą wrażenie, że sceny w tym serialu to po prostu posklejane "set pieces".
Bańki są niestety problemem. O ile na pustkowiach problem jest wyjaśniałoby tym że jest mało ludzi, to w Krypcie powinno być 1000 osób, a wrażenie jest jakby było max 100
To było widać na każdym kroku. Scenografie, kostiumy czy CGI były naprawdę dobre, ale całość często sprawiała wrażenie, że filmowcy po prostu wybierali losową, fajną lokację inspirowaną Falloutem, spędzali tam garstkę statystów, nakręcili kilka scen i lecieli dalej, nie próbując nawet umiejscawiać tego miejsca na mapie świata, czy pokazywać jak ono funkcjonuje w szerszej skali. To takie "jednorazowe przygody" do odhaczenia, trochę jak "random encounters" z F1 i F2 - zaliczyć i zapomnieć, bo w większej skali nie mają żadnego znaczenia. Nawet ikoniczne miejscówki z New Vegas były tak chaotycznie pokazywane, że osoba nieznająca gier nie miałaby pojęcia na co patrzy i gdzie to właściwie jest.
Najbardziej podobała mi się w sumie baza bractwa, właśnie dlatego, że pojawiała się wielokrotnie i miała swoje miejsce na mapie świata (słynne Area 51), a przez to sprawiała wrażenie realnego miejsca.

Czekamie na trzeci seson umyliłem sobie ściągnieciem do Fallout New Vegas moda New California, mod super ustawiasz nawet 7 głównych umiejętności które czynią cie wyjątkowym jak na początku każdej cześci gry.
Czyli sezon drugi zakończony? Więc wreszcie można go zobaczyć jednym ciągiem. Z chęcią zobaczę, nie pamiętam jednak co było w pierwszym więc będę musiał go powtórzyć.
Pierwszy sezon mi się nie podobał, bo Fallout nigdy nie stawiał komedii na pierwszym miejscu, Fallout to z reguły był ciężki, ciemny, brudny post-apo a nie familijna komedia z elemetem post-apo. Drugi sezon chociaż bardziej przybrał poważnych tonów, to ilość na siłe upchanych wątków żeby zadowolić "fanów" była śmieszna. W 8 odcinkach nawalili tyle wątków (vault tec, legion, NCR, stary świat, nowy świat, DR House, NV, Enklawa, BOS, Mutanci, FEV) że było to po prostu zbyt chaotyczne. Ja osobiście nawet nie pamiętałem fabuły z S1, zaczynając drugi sezon bo fabuła w S1 po prostu nie była na tyle ciekawa by ją zapamiętać. Na dodatek ten żenujący romans z końcówki. S3 nawet nie będe zaczynał
Co za idiotyczne stwierdzenie. To teraz pomyśl co by było jakby zachowali i ducha serii i byli wierni lore'owi.