Jak często macie nadgodziny
i jaki macie do nich stosunek? Bardziej rutynowy, czy macie wtedy spine?
Obecnie nie obowiązuje mnie taki koncept, ale wieki temu gdy pod to podlegalem to lubiłem bo byłem biedny xd
Pracuje na produkcji i na nadgodziny przychodzę, jak mi się chcę. W tym roku zrobiłem może z 24 godziny. Pracuje w systemie 12 godzinnym.
Jako, że jakiś czas temu zdecydowałem się na część etatu w "normalnej" pracy, to w zasadzie mam codziennie jakieś nadgodziny (średnio pewnie jakieś 20-30 godz. miesięcznie), ale mam taki układ z Januszem, że to ode mnie zależy ile czasu na nadgodzinach spędzę i czy w ogóle będę zostawał po swojej robocie (w zasadzie nadgodziny wypracowuję głównie przychodząc wcześniej niż zostając po, ale to szczegół), ot osobista chęć spożytkowania większej ilości wolnego czasu, by coś przyspieszyć lub poprawić bez szkody w innych osobistych zajęciach (no może trochę mniej gram :P). I to też, w sumie efekt wynikający głównie z zawirowań kadrowych i chęci utrzymania ambitnego planu po decyzji o ekspansji firmy.
Więc mój stosunek jest właśnie taki.
Jeżeli dodatkowe godziny wypracowane w firmie nie kolidują z ważnymi osobistymi zajęciami i nie zabierają za dużo wolnego czasu, to nie widzę w tym nic złego.
Jeżeli natomiast zostawanie jest przymusem, bo cokolwiek, i generuje to tylko dodatkowy stres, to nie ma to absolutnie sensu.
W poprzedniej pracy przez blisko 8 lat bylem raz. Teraz w obecnej przez te wszystkie lata ani razu. Chociaż znam ludzi którzy lubią chodzić na tłuste w soboty.
Chodzę na dwie zmiany często. W tym miesiącu byłem ponad 10 razy
Ja w teorii jestem na swoim, ale nie ma coś jachtów i Tajlandii 4 miesiące w roku, zwykle pracuję koło 12h dziennie i ze 2-3h codziennie w weekendy, oczywiście nie jest to dźwiganie ciężkich palet, ale czuję się tak psychicznie zmęczony
Na początku "kariery" w firmie 10h w tygodniu i 8h w sobotę było czymś regularnym, całe szczęście z czasem się to zmieniło i od lat nie miałem nadgodzin. 8h od poniedziałku do piątku, weekendy wolne.
W poprzedniej robocie głównie weekendy. Zdarzyło się, że przez 2 miesiące miałem wolne zaledwie dwie niedziele a resztę dni trzeba było pracować (poniedziałek-piątek normalnie, w sobotę "Weekend book of work" czyli robota na produkcji, której nie można było zrobić na tygodniu, a pech chciał, ze wtedy też mieliśmy patchowanie serwerów, więc w sobotę patching, a w niedzielę naprawianie tego, co "na pewno sprawdzili" na DEV i QA że nie sprawi problemów... W międzyczasie okres urlopowy + L4 jednego z kolegów z teamu i wypadło, że tylko ja mogłem to robić. Już byłem na 2 progu podatkowym, więc wypłata za fajna nie była. Do tego on-call, więc mogli zadzwonić w środku nocy. Nie miałem wtedy dziecka, czas wolny i tak spędzałem przed ekranami, więc mi to nie przeszkadzało.
W obecnej robocie trafiają się 2 soboty w roku, gdzie muszę siedzieć 10 godzin, plus może 3-4 gdzie posiedzę dodatkowo godzinę i to w zasadzie wszystko. Zero on-calli. Jak się już ojcem, to człowiek bardziej docenia wolne popołudnia i weekendy.
Ogólnie to nie mam, ale z raz na 2 miesiące mam tydzień, gdzie muszę w określonych godzinach po pracy (w weekendy również) sprawdzać czy proces się kręci i w nocy być na łączu w razie w.
Aktualnie nadgodzin nie robię, przychodzę do pracy na swoje godziny, robię swoje, wychodzę. Średnio raz w miesiącu muszę tylko poświęcić ok. godziny wieczorem lub w dzień wolny żeby zrobić aktualizację (wszyscy użytkownicy w tym momencie muszą być wylogowani, dlatego godziny pracy odpadają) i to na tyle. A gdy zajdzie potrzeba w któryś dzień przyjść wcześniej, lub zostać dłużej, odbieram te godziny w jakimś dogodnym dla mnie terminie.
Inaczej sytuacja wyglądała w poprzedniej pracy, w tzw. obsłudze klienta. Wiadomo że w takiej branży wynagrodzenie uzależnione jest od sprzedaży, dlatego też nadgodziny "warte" były więcej niż tylko stawka godzinowa. Dodajmy do tego fakt że pracowaliśmy w trybie 12h, czyli wolnych dni miałem naprawdę sporo w miesiącu, więc nawet chętnie brałem 1-2 dni więcej. Nie odbijało się to na mnie negatywnie, a parę zł więcej nigdy nie zaszkodziło.
Zależy od projektu. Jak fajny i jest okazja to czasem bywa sporo, np. kilkadziesiąt/mc i tak przez 2-3 miesiące. Raz w życiu zamknąłem ustawowy licznik w okolicy września i trzeba było kombinować z resztą roku, ale to było daaawno temu.
Teoretycznie mam 37 godzin w tygodniu. Jak pracujac jako program manager w korpo majace oddzialy na kazdym kontynencie, praktycznie mam godziny pracy nielimitowane, i jakbym siebie nie kontrolowal to moglbym napieprzac nawet 24/7. W praktyce zdarzaja mi sie tygodnie ze nawet 70-80 trzeba trzepnac.
Na szczescie szefostwo mi to bonusami wynagradza wiec nie sa to puste nadgodziny.
Czasem karzę zostać moim pracownikom po godzinach, no ale zarobią więcej kasy
Kiedys bralem duzo, ale jakis czasu temu zmienilem podejscie, bardzo wazne w pracy jest dla mnie to zeby sobie wypracowac takie procedury zeby nadgodziny nigdy konieczne nie byly. Nauczylem sie tez odmawiac, inaczej jest latwo sobie dac wejsc na glowe. Wiec od ponad roku zadnych nadgodzin, a pare miesiecy temu poszedlem nawet krok dalej i zrezygnowalem z czesci etatu i pracuje teraz 32 godziny w tygodniu.