Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać

Soulcalibur V Recenzja gry

Recenzja gry 3 lutego 2012, 14:58

autor: Khalosh

Recenzja Soulcalibur V - testujemy kandydata do bijatyki roku

Soulcalibur V, najnowsza odsłona popularnej serii firmy Namco Bandai, wydawała się murowanym kandydatem do tytułu bijatyki roku. W recenzji sprawdzamy, czy twórcy wykorzystali potencjał.

Recenzja powstała na bazie wersji X360. Dotyczy również wersji PS3

PLUSY:
  1. dynamiczny, efektowny i satysfakcjonujący system walki;
  2. balans postaci;
  3. nowi bohaterowie mimo wszystko wprowadzają trochę świeżości;
  4. świetna grafika;
  5. rozbudowany edytor postaci;
  6. licencje graczy w multi.
MINUSY:
  1. skandalicznie krótka i słabo wyreżyserowana kampania fabularna;
  2. ubogie tryby – zwłaszcza singlowe;
  3. brak Muzeum i ciekawszych nagród motywujących do gry;
  4. dla weteranów serii: spłycenie niektórych postaci.

Po paru godzinach spędzonych w zeszłym miesiącu z wersją preview do piątego Soulcalibura podchodziłem z nadzieją i optymizmem. Deweloperzy z ekipy Project Soul zdawali się doskonale wiedzieć, co robią, i wprowadzili do serii trochę świeżości, niwelując równocześnie większość przypadłości, trapiących ją od dłuższego czasu. Począwszy od modyfikacji systemu walki przez oprawę audiowizualną po wymianę połowy obsady – wszystko sprawdzało się świetnie i zapowiadało, że dostaniemy najlepszą jak dotąd odsłonę cyklu. I po części faktycznie tak się stało. Sęk w tym, że za pierwszym podejściem przy pełnej wersji wysiedziałem zaledwie parę godzin. Nie dlatego, że Soulcalibur V jest grą słabą. Po prostu po przejściu skandalicznie krótkiej kampanii nie miałem co robić, dopóki w sieci nie pojawili się amerykańscy gracze.

Zmarnowany potencjał

Jedynym, co budziło we mnie niepokój po pierwszym kontakcie z tą produkcją, był tryb fabularny, ponieważ ewidentnie miał on stanowić tym razem główną atrakcję dla pojedynczego gracza. W przypadku tej serii ciężko w ogóle mówić o sensownej fabule (takowa teoretycznie istnieje, ale konia z rzędem temu, kto umie się w niej rozeznać bez zaglądania do Wikipedii), a kampania w najlepszym razie sprowadzała się do odkrywania na mapie kolejnych misji, których wykonanie poprzedzane było ścianą nudnego tekstu streszczającego poczynania bohatera.

Twórcy odeszli zupełnie od schematów znanych z poprzednich odsłon i kampania nie polega teraz ani na (nieco erpegowym w wydźwięku) wybieraniu kolejnych zadań z mapy świata, ani na rozgrywaniu serii lekko fabularyzowanych walk – innych dla każdej postaci. Tym razem główny tryb dla pojedynczego gracza faktycznie stara się opowiedzieć dość spójną historię, która została przedstawiona za pomocą w pełni udźwiękowionych scenek przerywnikowych, podobnie jak w ostatnim Mortal Kombat. Za mało jest, niestety, ślicznych filmików na silniku gry (w tej części zupełnie zrezygnowano z prerenderowanych animacji), a za dużo mniej lub bardziej statycznych plansz z niezbyt urodziwymi obrazkami utrzymanymi w typowo mangowym stylu.

Areny zostały zaprojektowane ciekawiej i gustowniej niż w poprzedniej części.

Scenariusz skupia się na postaci Patroklosa i jego porwanej za młodu siostry Pyrrhy – potomstwie doskonale znanej fanom Sophitii, która zakończyła swój żywot 17 lat po wydarzeniach z „czwórki”, czyli na krótko przed rozpoczęciem akcji najnowszej części. Przez większość czasu śledzimy więc poczynania greckiego młodziana, którym wprawdzie kierują szczytne pobudki (pomszczenie matki oraz odnalezienie jedynej żyjącej krewniaczki), lecz jest tak arogancki i nieprzyjemny w obyciu, że po prostu nie sposób z nim sympatyzować. Pod pewnymi względami Pyrrha okazuje się jeszcze gorsza, bo jedyne, co umie robić, to rozpaczać nad własnym losem, aczkolwiek jej ciężki przypadek jest przynajmniej uzasadniony fabularnie. Oboje rzecz jasna przeżywają pod koniec iście kmicicową przemianę wewnętrzną, co jednak nie zmienia faktu, że kreacje protagonistów są, niestety, fatalne.

Pyrrha nie zmienia wyrazu twarzy praktycznie przez całą grę.

Mimo tych zastrzeżeń uczynienie rodzeństwa głównymi dramatis personae było dobrym pomysłem. Cały szkopuł w tym, że drzemiący w tym potencjał zupełnie zmarnowano. Patroklos tylko biega po siedemnastowiecznej Europie w poszukiwaniu siostry (jego podróże sprowadzają się zresztą do natychmiastowej teleportacji przez pół kontynentu) i co pewien czas stacza z jakimś delikwentem banalnie prostą walkę. Większość wydarzeń i zwrotów akcji jest, niestety, przewidywalna aż do bólu i przedstawiona w wybitnie nieciekawy sposób. Nie można też liczyć na bardziej zajmujące dialogi i budowanie relacji z innymi osobami, bo niemal wszyscy bohaterowie pojawiają się w kampanii tylko na krótką chwilę albo zgoła wcale. Jedynie Siegfried oraz debiutujący w tej części Z.W.E.I. mają swoje pięć minut (tym drugim w paru momentach nawet kierujemy), choć ich rola i tak jest marginalna. Miałem nadzieję, że przynajmniej nowa ekipa zostanie jakoś sensownie przedstawiona i wpleciona w historię, ale grubo się myliłem.

Recenzja gry Mortal Kombat 11 – przyczajony smok, ukryty grind
Recenzja gry Mortal Kombat 11 – przyczajony smok, ukryty grind

Recenzja gry

Od Mortal Kombat 11 dostałem to, czego chciałem – świetny dobór postaci, efektowny tryb fabularny, przyjemny system walki i krwistą oprawę wizualną. W gratisie niestety podarowano mi też promujący grind i momentami frustrujący system progresji.

Recenzja gry Soulcalibur VI – reanimacja skończona, legenda ożyła
Recenzja gry Soulcalibur VI – reanimacja skończona, legenda ożyła

Recenzja gry

Największym przeciwnikiem twórców Soulcalibura VI był mocno ograniczony budżet. Widać jednak, że zrobili oni co mogli, by wycisnąć z niego jak najwięcej, tworząc najlepszą odsłonę cyklu od lat.

Recenzja gry Dragon Ball FighterZ – „Smocze Kule” doczekały się niezłej bijatyki
Recenzja gry Dragon Ball FighterZ – „Smocze Kule” doczekały się niezłej bijatyki

Recenzja gry

FighterZ spełni wszystkie marzenia fanów Dragon Balla, oferując przepiękne, świetnie wyglądające walki, przystępny system walki i tony fanserwisu oraz nawiązań do kultowego anime.