Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać
Recenzja gry 23 września 2009, 14:34

autor: Kayleigh

Sherlock Holmes kontra Kuba Rozpruwacz - recenzja gry

Kim był Kuba Rozpruwacz? Od lat spierają się o to historycy, badacze, dziennikarze i inni maniacy. A wystarczyło zapytać Sherlocka Holmesa.

Dzielnica, w której przez większość gry toczy się akcja, determinuje klimat zabawy. Jest obskurnie, mroczno (dużo działań ma miejsce w nocy), buro, biednie i bardzo wiarygodnie. Lokacje chyba nigdy jeszcze w serii o Holmesie nie były tak szczegółowe, tak rozległe (możemy przemierzyć na piechotę wiele uliczek Whitechapel, choć po jakimś czasie każdy zapewne będzie korzystał z mapki), a już na pewno nigdy wcześniej nie były tak zaludnione. Tym razem Londyn naprawdę żyje. Przy kolejnych wizytach w danych miejscach na rogach tych samych ulic stoją zupełnie inne osoby. Na chodnikach jest zatrzęsienie postaci niezależnych (w tym patrole policjantów), bardzo przyzwoicie animowanych (chód jednego pijaczka powala), które przemieszczają się, rozmawiają, przystają, gestykulują, straganiarze – wołając – zachwalają swój towar i każdą z tych osób można zaczepić, choć za wiele z nimi pogadać się nie da.

Walter Sickert – jedna z rzeczywistych postaci z tamtego okresu.

Insza inszość, że są to klony, i samych siebie, i bohaterów z wcześniejszych odsłon, co ubawiło mnie niezmiernie. Spotykamy w ten sposób Lupina w jego pamiętnym przebraniu dziennikarza, pijanicę ze Złotego Lwa, doktorka ze szwajcarskiej kliniki, a nawet kilka wcieleń dawnego Barnesa. Oczywiście nie dosłownie, ale właśnie w roli przypadkowych przechodniów. Niemniej i tak wrażenie jest naprawdę spore, zwłaszcza kiedy przypomnimy sobie poprzednie części, w których słychać spory gwar na ulicach, a postaci na nich jest trzy na krzyż. Tym razem jest tak tylko w bawialni domu publicznego, gdzie rozbrzmiewają rozbawione glosy, szmer rozmów, śmiech kobiet, a we wnętrzu nie ma nikogo bądź na kanapie siedzą dwie osoby. No, ale może to hałasy zza kotar, za którymi dzieje się... hmmm... no, nie wnikam.

Pomijając filmik wprowadzający (który od razu określa ciężar gatunkowy tej odsłony i choć w newralgicznym momencie za wiele nie widać, to odgłosy są aż nadto wymowne), akcja gry tradycyjnie rozpoczyna się w mieszkanku na Baker Street, wyglądającym identycznie jak w dwu poprzednich edycjach, z sączącą się w tle charakterystyczną muzyką skrzypcową. W związku z czym czujemy się jak u siebie, tym bardziej, że i główni bohaterowie (i ich głosy) nie zmienili się ani na jotę (choć może powinni, w końcu są młodsi o 7 lat). Różnica jest taka, że po owym Baker Street nie możemy sobie pospacerować, kliknięcie na drzwi oznacza bowiem po prostu przywołanie mapki. Jest to wygodne, rzeczywiście, bo i po cóż w kółko biegać po schodach, ale tak bardzo korciło mnie przejść się do księgarni Barnesa wcześniej, niż pozwoliła na to fabuła.

Niemniej, bez dwu zdań, mapka jest wielkim udogodnieniem i podobnie jak w przypadku SH vs AL korzystamy z niej cały czas, a może nawet i częściej. Poza nią w ekwipunku odnajdziemy inne stałe elementy, jak chociażby Dokumenty czy Raporty, ale też Dedukcję i Konkluzje – zakładki związane z nowym rodzajem łamigłówek czy raczej quizów, które, nie wątpię, wszystkim bardzo przypadną do gustu. Tropimy przecież mordercę, więc nie tylko badamy ślady lupką i taśmą (to akurat rzadziej niż poprzednio), nie tylko uważnie analizujemy stan ofiar (coś w stylu CSI, oczywiście na miarę XIX-wiecznych możliwości i mimo że zamordowane ujęte są symbolicznie, to znaczy w formie rysunkowej, to i tak niektóre z nich wyglądają dość okropnie), ale też łączymy fakty, kojarzymy ze sobą kolejne zbrodnie, odpowiadamy sami sobie na szereg pytań i wyciągamy wnioski.