Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać
Recenzja gry 21 kwietnia 2009, 10:16

autor: PaZur76

Company of Heroes: Chwała Bohaterom - recenzja gry

Czy społeczność graczy w CoH będzie miała powody do zadowolenia, sięgając po najnowsze rozszerzenie? A może krok w stronę hack’n’slasha, jakim jest Tales of Valor okaże się dla producenta strzałem w stopę? W recenzji próbujemy odpowiedzieć na te pytania.

Recenzja powstała na bazie wersji PC.

Kanadyjczycy z Relic Entertainment wypluwają już drugie rozszerzenie do swojej Kompanii Braci. Poprzedni dodatek Opposing Fronts (w Polsce: Na linii frontu) oferował naprawdę sporo mimo krótkiego czasu powstawania, natomiast najnowszy add-on pod względem zawartości bynajmniej nie rozpieszcza.

Shultz, od dziś masz zakaz szamania grochówkiprzed zajęciem stanowiska w czołgu!

Bitwa pod Falaise – zmarnowana okazja... by zagrać Polakami

A więc co nowego w singlu? Chyba już wszyscy zainteresowani wiedzą, że Tales of Valor w trybie dla pojedynczego gracza ma do zaproponowania 3 minikampanie. Jak sama nazwa wskazuje są one nadzwyczaj krótkie i każda z nich składa się raptem z 3 scenariuszy. Całość można przejść w przeciągu ledwie 9 godzin (na wyższym poziomie trudności), a i to nie spiesząc się i wykonując zadania dodatkowe/medalowe. Na domiar złego każdy z tych skromnych pakietów misji rozgrywa się na... 1 (słownie: jednej) planszy. W sumie dostajemy więc „powalającą” na kolana liczbę 3 nowych map, które szybko poznajemy jak własną kieszeń, a to broniąc się na nich w jednej z misji, a to kontratakując w kolejnej. Tudzież robiąc te dwie rzeczy jednocześnie, jak w przypadku trzeciego zestawu misji. Niby podobnie było już w drugim dodatku (pamiętacie te niekończące się boje o lotnisko Carpiquet albo Caen?), ale tutaj to close combatowe rozwiązanie kilku bitew na jednym polu jakoś mniej satysfakcjonuje. By nie napisać, że tym razem nawet zwyczajnie nudzi. Po prostu – co za dużo, to niezdrowo.

Voss, Shultz, Litzke, Berndt, Schroif. Fani CoH z pewnością niebawem będą recytować z pamięci te nazwiska jak mantrę, nawet wyrwani w środku nocy ze snu. To załoga niemieckiego czołgu ciężkiego PzKpfw VI Tiger (popularnego Tygrysa), którego prowadzimy w bój w pierwszej minikampanii nazwanej „As Tygrysów”. Hołdowanie poprawności politycznej nie pozwoliło chyba posłużyć się prawdziwymi nazwiskami – Voss to tak naprawdę wirtualne alter ego Michaela Wittmanna, osławionego niemieckiego asa pancerniaków z czasów II wojny światowej (przereklamowanego, tak na marginesie). Nawet Tygrys, którym jeździmy w grze, nosi numer boczny 205, taki sam jak ten wymalowany na wozie Wittmanna podczas jego porannej legendarnej akcji pod Villers-Bocage. Ta zaś posłużyła za osnowę opisywanej kampanii. Punkty doświadczenia zdobywane przez dzielną załogę naszego kociaka możemy po staremu przekuwać na umiejętności specjalne i ulepszenia. Z tą różnicą, że tutaj odbywa się to na mniejszą skalę – nowymi zdolnościami obdarzamy nie większe siły (którymi po prostu nie dysponujemy), lecz poszczególnych członków załogi naszego samotnego Tygrysa. Pozwolę sobie jednak zauważyć, że jest to sztucznie napompowane, bo wiele z tych umiejętności to po prostu... szybsze i jeszcze szybsze ładowanie działa (dla ładowniczego Litzke), tudzież celne i celniejsze strzelanie z niego (w przypadku celowniczego).

Kolejny pakiet misji traktuje o zmaganiach amerykańskich spadochroniarzy podczas walk o groblę i most La Fiere. Siły, którymi dowodzimy, również są skromniutkie – raptem dwie drużyny „spadaków” z późniejszymi przyległościami. I znowu każdy z tych pododdziałów, podobnych do siebie jak dwie krople wody, rozporządza innymi „środkami ogniowymi” i ulepszeniami. Dalej będę obstawał, że jest to cokolwiek dyskusyjne i wprowadza niepotrzebny zamęt na polu bitwy. Dodatkowo w kampanii tej posłużono się patentem, którego autentycznie nie cierpię, a którego sedno zamyka się w rozkazie „nie pozwól zginąć bohaterowi – jednostce A/B”. Co zresztą nie jest specjalnie trudne, bowiem szczątkowy realizm tym razem kuleje zupełnie i podwładnych gracza naprawdę ciężko ubić. W ten oto wymuszony i wydumany sposób buduje się związek człowieka przed monitorem z jego wirtualnymi podkomendnymi. Podczas gdy za cement do takiego scalenia powinny chyba posłużyć jakieś chwytające za serce przerywniki filmowe, hę? Jednak w tej odsłonie gry jest ich znacznie mniej i często przywdziewają formę statycznych obrazków z podpisami (nasuwających skojarzenie z komiksami), wywołujących odruch ziewania. Komuś chyba nie bardzo chciało się popracować nad sposobem prezentacji warstwy fabularnej.

Recenzja gry Endzone: A World Apart - radioaktywny city-builder
Recenzja gry Endzone: A World Apart - radioaktywny city-builder

Recenzja gry

Survivalowy city builder w wykonaniu studia Gentlymad to tytuł ze wszech miar godny uwagi, aczkolwiek pod pewnymi warunkami. Jakimi? Dowiecie się z naszej recenzji.

Recenzja gry Twierdza: Władcy wojny - solidnie, ale czy to wystarczy?
Recenzja gry Twierdza: Władcy wojny - solidnie, ale czy to wystarczy?

Recenzja gry

Twierdza: Władcy wojny otwiera nowy rozdział w historii Firefly Studios i przenosi nas w nowe dla serii klimaty. Czy to wystarczy, żeby Stronghold: Warlords zdobyło serca graczy?

Recenzja Jurassic World Evolution: Complete Edition - dinotopia na kanapie
Recenzja Jurassic World Evolution: Complete Edition - dinotopia na kanapie

Recenzja gry

Nie ma nic lepszego niż trochę nudnawa gra, która trafia na Switcha. O ile na pececie czy PS4 po Jurassic World Evolution bym nie sięgnął, tak na krótkie sesje ta gra nadaje się idealnie.