Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać Artykuły PREMIUM

Final Fantasy VII Rebirth Recenzja gry

Recenzja gry 22 lutego 2024, 15:00

Recenzja gry Final Fantasy VII Rebirth. Wielka, piękna, bezkompromisowa

Reguły zawsze były oczywiste – gry są albo krótkie i intensywne, albo długie i powtarzalne. Prosta zasada. Jednak Final Fantasy VII Rebirth przy całym swoim ogromie potrafi jakimś cudem zaskakiwać, angażować i ani myśli zwalniać przez dziesiątki godzin.

Recenzja powstała na bazie wersji PS5.

Fenomen oryginalnego Final Fantasy VII w dużej mierze ominął Polskę. Owszem, gra została doceniona przez prasę wysokimi ocenami, zachwyciła też małą grupkę lokalnych fanów, która przez kolejne lata i dekady stała się nawet nieco większa. Ale to tyle. Dla nas była to jeszcze jedna bardzo dobra japońska gra w zalewie bardzo dobrych japońskich gier. Tymczasem w Stanach i Azji Final Fantasy VII okazało się trzęsieniem ziemi, które zmieniło cały świat gier wideo. Rozmach, różnorodność, piękno i emocje wzbudzane przez ten tytuł stały się doświadczeniem, które ukształtowało całe pokolenie graczy. W 1997 roku świat żył „Fajnalem”. Sukces gry był tak absolutny, że nie tylko na dekadę wyciągnął japońskie gry fabularne z niszy, przenosząc je wprost do ścisłego mainstreamu. To właśnie premierę FF7 często wskazuje się też jako ten kluczowy punkt zwrotny, który dał Sony przewagę nad Nintendo i potwierdził sukces pierwszego PlayStation oraz rozpoczął dominację „niebieskich” w branży elektronicznej rozrywki.

Final Fantasy VII stało się również opus magnum Square Enix. Błogosławieństwem i przekleństwem swojej serii. Każda kolejna główna odsłona cyklu powstawała w cieniu wielkiego poprzednika, z ambicjami dorównania jego dziedzictwu. Każde „duże” Final Fantasy przygotowywano z myślą o przekroczeniu kolejnych barier, odkrywaniu nowych lądów, oferowaniu tego, czego nie oferował jeszcze nikt. Ambicje te równie często potykały się o własne nogi, co prowadziły do rzeczy wspaniałych, ale nigdy nie sprawiły, że dorównano „siódemce”. Kolejne „Fajnale” mogły być od niej lepsze fabularnie czy gameplayowo, podobać się niektórym najbardziej ze wszystkich odsłon serii, ale nigdy nie zdołały powtórzyć absolutnego sukcesu i odcisnąć swojego piętna na historii branży w takim stopniu, w jakim dokonało tego Final Fantasy VII.

Nigdy... choć może to zmienić premiera Final Fantasy VII: Rebirth.

Chocobo są podstawowym środkiem transportu w świecie FF7 Rebirth.Final Fantasy VII Rebirth, Square Enix, 2024.

O rzeczach wielkich

Przepraszam za ten pompatyczny wstęp, ale czasem po prostu trzeba. Final Fantasy VII Rebirth jest grą wielką. W każdym pozytywnym tego słowa znaczeniu. Większą, niż miałem jakiekolwiek nadzieje oczekiwać po bardzo dobrym, ale nie aż tak imponującym Final Fantasy VII Remake z 2020 roku. I zasługuje na trochę patosu, by ta wielkość odpowiednio wybrzmiała.

Oto bowiem mamy grę, której ukończenie zajęło mi 75 godzin – przeznaczonych na zaliczenie wątku fabularnego oraz sporej części questów i aktywności pobocznych. A do wyciśnięcia zostało mi jeszcze lekką ręką kilkadziesiąt kolejnych. Pewnie z setka, gdybym chciał wszystko wymaksować. Nieźle, ale w dobie Assassin’s Creed Valhalli czy Persony 5 nie jest to jakiś niebotyczny wynik, prawda?

Sytuację zmienia jednak to, jak ten content wygląda. Współczesne gry są długie i rozdmuchane –napompowane sztucznie bzdurnymi i powtarzanymi ad infinitum identycznymi aktywnościami. Nie sztuka zapełnić gry 200 questami, jeśli każdy z nich opiera się na jednej z trzech wymienialnych pętli gameplayowych. Nie sztuka zrobić gry na 400 godzin, jeśli 300 z nich to bieganie po mapie w poszukiwaniu śmieci... ekhem... znajdziek.

Pogoń za Sephirothem zabierze naszą drużynę w różne miejsca.Final Fantasy VII Rebirth, Square Enix, 2024.

Final Fantasy VII Rebirth gardzi takim podejściem. Przez całą, caluteńką przygodę, od początku do samego końca, gra stawia sobie za punkt honoru zaskakiwać i zachwycać czymś nowym. Każdy quest poboczny to ciekawa historia, która nie tylko poszerza naszą wiedzę o świecie przedstawionym, ale też pokazuje interesujące, specjalnie na potrzeby danego zadania wykreowane miejsce (czasem nawet całą oddzielną, pełną interaktywnych NPC wioskę), wprowadza jakąś nową minigrę albo i unikalną mechanikę, którą wykorzystujemy tylko w tym jednym zadaniu i nigdy więcej do niej nie wracamy. Każda kolejna openworldowa mapa (a jest ich więcej, niż się spodziewacie) to godziny opcjonalnych aktywności pobocznych oraz charakterystyczne tylko dla niej sposoby eksploracji i minigry. Każdy rozdział głównej fabuły to potencjalne nowe miejsca, nowe mechaniki, nowe zaskoczenia. Liczba różnorodnych minigier, miejsc, systemów, pomysłów na zadania jest tu po prostu... tak, zgadliście. WIELKA.

W sześćdziesiątej godzinie zabawy, w momencie gdy każda normalna produkcja dawno już odsłoniłaby wszystkie swoje sekrety, kiedy już przytłoczony tym rozmachem chciałem darować sobie kolejne szaleństwa i po prostu skupić się na ukończeniu fabuły i napisaniu recenzji, a do reszty wrócić kiedyś, na spokojnie, Rebirth wciągał mnie w kolejne kilkugodzinne skoki w bok nowymi, niedorzecznymi atrakcjami.

Dzień jak codzień w świecie FF7 Rebirth.Final Fantasy VII Rebirth, Square Enix, 2024.

Reguły zawsze były oczywiste – gry są albo krótkie i intensywne, albo długie i powtarzalne. Prosta zasada. Tymczasem Final Fantasy VII Rebirth przy całym swoim ogromie potrafi jakimś cudem zaskakiwać, angażować i ani myśli zwalniać przez dziesiątki godzin. Po napisach końcowych czułem się jak po wspaniałej, intensywnej i długiej imprezie, kiedy wycieńczony i przebodźcowany organizm potrzebuje porządnego odpoczynku.

W co muszę najpierw zagrać, żeby zrozumieć fabułę Final Fantasy VII Rebirth?

Odpalanie Rebirtha, będąc kompletnie zielonym w temacie, nie ma sensu – gra jest bezpośrednią kontynuacją Final Fantasy VII Remake i bez bardzo dobrej znajomości tej pozycji (najlepiej wraz z DLC Episode Yuffie) nie tylko niewiele zrozumiecie z fabuły, ale przede wszystkim nie będziecie odpowiednio zaangażowani w relacje między postaciami, co pozbawi Was pełnej dawki dostarczanych przez ten tytuł emocji. Dostępne tu streszczenie fabularne nie wystarczy, by wypełnić luki, co najwyżej może posłużyć jako przypomnienie wydarzeń tym, którzy mają poprzednią przygodę za sobą. Warto również zagrać w Crisis Core’a – prequel, do którego w toku rozgrywki pojawia się sporo nawiązań.

I to w zasadzie tyle. Znajomość oryginalnego Final Fantasy VII sprawi, że bardziej docenicie pewne sceny czy wydarzenia, poznanie zapomnianych przez ludzi i bogów spin-offów, takich jak First Soldier czy film Advent Children, pozwoli rozpoznać jedno czy dwa mrugnięcia okiem, ale pominięcie tych fragmentów układanki nie będzie mieć większego wpływu na zrozumienie gry.

Za zjednoczenie

W tym momencie przechodzę do konkretów, więc moja rada jest taka: byście, jeśli jesteście już zdecydowani na zagranie w ten tytuł, odpuścili sobie dalsze czytanie. Kampania reklamowa Rebirtha wyrządziła mu już i tak straszną krzywdę, zdradzając o wiele za dużo. Nie zamierzam niczego spoilerować, ale o pewnych mechanikach czy konstrukcji gry powiedzieć muszę. A im mniej wiecie, tym pozycja ta będzie Was częściej, lepiej i bardziej zachwycała.

Fabuła Rebirtha zaczyna się tam, gdzie zostawił nas Remake. Bohaterowie wyzwolili się z okowów przeznaczenia i opuścili Midgar, rozpoczynając wielką pogoń po całym świecie za straszliwym zagrożeniem. Po piętach depcze im złowroga korporacja Shinra, a w tle rozgrywa się wielka polityka. Podobnie jak poprzednio fundamentem historii są wydarzenia znane z oryginalnego Final Fantasy VII, ale bardzo mocno rozbudowane, uzupełnione o nowe wątki i lokacje. Najważniejsze w zawiązaniu akcji jest to, że bohaterowie nie są już więźniami swego przeznaczenia, więc historia może potoczyć się inaczej niż w pierwowzorze – zatem, kiedy weterani oryginalnej „siódemki” dojdą do TEGO momentu, mogą spodziewać się absolutnie wszystkiego.

Już w Final Fantasy 7 Remake wykonano kawał fantastycznej roboty z kreowaniem postaci i główni bohaterowie zyskali o wiele więcej głębi, niż miały ich pierwowzory. Rebirth kontynuuje ten trend i dalej pogłębia charaktery protagonistów, pokazując ich wątpliwości, traumy, nadzieje, a także pozwalając budować z nimi o wiele mocniejsze relacje. I co ciekawe, prezentując również, jak nawiązują te relacje między sobą – gra uświadomiła mi, jak rzadko widzimy to w innych produkcjach. Naprawdę łatwo się tu zżyć z Cloudem i jego ekipą, traktować ich jak żywe postacie z krwi i kości, które się kocha... a momentami nienawidzi. Co oczywiście twórcy wykorzystują, skutecznie zapewniając kalejdoskop emocji – od radości, przez wściekłość czy bezsilność, po smutek i żal.

Każdą mapę wypchano po brzegi interesującymi miejscówkami.Final Fantasy VII Rebirth, Square Enix, 2024.

Moją główną obawą związaną z fabułą Rebirtha było to, czy gra nie będzie miała syndromu drugiej części trylogii. Wiecie, jak z tymi wszystkimi środkowymi odcinkami, które po intrygującym początku okazują się bardziej skupione na budowaniu fundamentów pod epicki epilog niż byciu po prostu interesującymi. Na szczęście nowe dzieło Square Enix unika tego problemu – gra ma sporo ciekawych wątków, które zamyka w toku fabuły, kończy się bardzo emocjonującym finałem (w chwili pisania tego tekstu mijają kolejne doby, odkąd go doświadczyłem, i nadal nie mogę w pełni pogodzić się z tym, co widziałem). I choć oczywiście zostawia część atrakcji na absolutny koniec, który poznamy zapewne za kilka lat, tak w żadnym momencie nie pozwala, by konstruowanie większej opowieści zdominowało to, co dostajemy tu i teraz.

Znacznie lepiej niż w Final Fantasy VII Remake rozwiązano też kwestię tempa opowieści. Dzięki temu, że fabuła ma strukturę kina drogi i bohaterowie regularnie podróżują do kolejnych miejsc, twórcy sprawnie łączą spokojniejsze chwile wytchnienia z intensywnymi, pełnymi akcji i dramatu sekwencjami. Nie ma tutaj takich bzdur jak poprzednio, że np. Aerith została porwana i trzeba ją ratować już, teraz, natychmiast, tylko najpierw pobiegajmy przez trzy godziny po kanałach, bo jakiś szczur ukradł nam klucz do drzwi. W Final Fantasy VII Rebirth, kiedy coś się dzieje, to dzieje się na pełnym biegu, a kiedy mamy czas odpocząć, pora na budowanie relacji, minigry czy zwiedzanie otwartego świata. W zasadzie tylko jeden fabularny dungeon w całej grze, przy samym końcu, wydał mi się ciut za długi i w pewnym momencie mnie znużył. Poza tym nie mam do tempa narracji żadnych uwag. Podobnie jak i do całej fabuły – to świetnie pomyślane, angażujące i zachwycające przedstawienie na nowo fragmentu jednej z najważniejszych historii, jakie opowiadały kiedykolwiek gry wideo.

Michał Grygorcewicz

Michał Grygorcewicz

W GRYOnline.pl najpierw był współpracownikiem, zaś w 2023 roku został szefem działu Produktów Płatnych. Tworzy artykuły o grach od ponad dwudziestu lat. Zaczynał od amatorskich serwisów internetowych, które sam sobie kodował w HTML-u, potem trafiał do coraz większych portali. Z wykształcenia inżynier informatyk, ale zawsze bardziej go ciągnęło do pisania niż programowania i to z tym pierwszym postanowił związać swoją przyszłość. W grach przede wszystkim szuka opowieści, emocji i immersji, jakich nie jest w stanie dać inne medium – stąd wśród jego ulubionych tytułów dominują produkcje stawiające na narrację. Uważa, że NieR: Automata to najlepsza gra, jaka kiedykolwiek powstała.

więcej

Recenzja gry Broken Roads - to nie zastąpi ani Fallouta, ani Disco Elysium
Recenzja gry Broken Roads - to nie zastąpi ani Fallouta, ani Disco Elysium

Recenzja gry

Broken Roads miało zjednoczyć pod swoim sztandarem wielbicieli Disco Elysium, Tormenta i pierwszych Falloutów. Założenie było karkołomne, ale nigdy bym nie pomyślał, że ciągnięcie trzech erpegowych srok za ogon może pójść aż tak kiepsko.

Recenzja gry Rise of the Ronin - soczysty system walki w nie najlepszej oprawie
Recenzja gry Rise of the Ronin - soczysty system walki w nie najlepszej oprawie

Recenzja gry

Otwarty świat Rise of the Ronin potrafi wciągnąć, a mocno osadzona w historii i polityce XIX-wiecznej Japonii fabuła zaciekawić. Tym, co zapamiętam z nowej gry studia Team Ninja, jest jednak znakomity system walki, dający masę satysfakcji.

Recenzja gry Dragon's Dogma 2 - RPG w otwartym świecie, który tętni życiem
Recenzja gry Dragon's Dogma 2 - RPG w otwartym świecie, który tętni życiem

Recenzja gry

Czujecie ten podmuch gorąca? To smocze płomienie, w jakich wykuto Dragon’s Dogma 2 – grę, która nie boi się robić rzeczy po swojemu i gdzie najciekawsze przygody czekają na tych, którzy chodzą własnymi drogami. [Tekst recenzji został zaktualizowany.]