Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać

Arise: A Simple Story Recenzja gry

Recenzja gry 13 grudnia 2019, 14:43

autor: Julia Dragović

Słodkie kotki, dzikie bajki, socmoderna i RPG-i.

Recenzja Arise: A Simple Story – gry, która najpierw was wkurzy, a potem uszczęśliwi

Na praktycznie każdym etapie gry przynajmniej raz trafi Was szlag. Początkowo żmudna i nudnawa rozgrywka z czasem nam to jednak wynagradza. Z nawiązką! Jak w życiu. Jak wino. Arise: A Simple Story to gra niepozorna, uniwersalna, piękna i emocjonalna.

Recenzja powstała na bazie wersji PC.

PLUSY:
  1. mechanika sterowania czasem;
  2. przejmująca fabuła;
  3. kapitalna muzyka budująca nastrój;
  4. przepiękne widoki.
MINUSY:
  1. irytujący początek;
  2. zupełnie niepraktyczny tryb multiplayer;
  3. okazjonalne glicze i momentami frustrująca praca kamery.

Wiecie, czym jest „instant gratification”? To mniej więcej to, czego doświadczamy na Facebooku czy Instagramie – publikujemy coś i od razu mamy nagrodę w postaci serduszek czy kciuków w górę. Albo kiedy chcemy coś kupić i od razu możemy to zrobić – wszystko jest w zasięgu naszych możliwości. Minusem tego zjawiska jest natomiast to, że pogłębia ono w nas brak cierpliwości i niechęć do długoterminowego planowania. Coś wymaga większego nakładu pracy? Spełnienia większej liczby warunków? Nagroda przyjdzie za 5 lat, a nie za 5 minut? Mózg włącza reakcję: nie chce mi się, nie warto, szkoda czasu. To schemat działania bardzo popularny wśród milenialsów i przedstawicieli pokolenia Z.

Przyznaję się. To też mój schemat działania, a to dlatego, że jestem typowym milenialsem. Sama więc porzuciłabym Arise: A Simple Story. Porzuciłabym jak nic – bo początkowo jest to gra, która nijak nie nagradza, a jedynie doświadcza.

To sprawi, że duża część z Was również będzie chciała porzucić Arise po pierwszych kilkunastu minutach. Jestem tu więc po to, by Was powstrzymać i przekazać, że warto się chwilę pomęczyć. Że warto poczekać.

Recenzja Arise: A Simple Story – gry, która najpierw was wkurzy, a potem uszczęśliwi - ilustracja #1
Zaraz zaczynamy.

DRODZY APATYCZNI GRACZE

Czytaliście esej noblowski Olgi Tokarczuk o czułym narratorze? Jeśli jeszcze nie – warto. Ja przeczytałam i szczerze mówiąc, dał mi w mordę. Pozbawił mnie zacietrzewienia, cynizmu i skruszył gruby pancerz pozoru, niepozwalający przyznać, że przeżywanie emocji jest czymś normalnym. No dobra, nie pozbawił całkowicie, ale wystarczająco, bym w ciągu tej godzinnej lektury zupełnie zmieniła nastawienie do gry. W ciągu godziny dojrzałam do Arise – chyba najbardziej emocjonalnej pozycji, w jaką grałam w tym roku, a może i w ogóle.

Bo ja w tym swoim pancerzu do niej siadłam. To był pierwszy błąd. Po przejściu paru rozdziałów mój wniosek był jeden: co za tandeta. Drugi błąd.

Błąd, błąd, błąd.

Irytująco simple story... not

Arise: A Simple Story to wydana przez Techland Publishing niezależna platformowa przygodówka twórców z Piccolo Studio.

Oto jesteście świadkami pogrzebu. Na stosie leży słusznej budowy mężczyzna. To Wasz protagonista – właśnie dokonał żywota. Zaraz trafi do limbo, a to, czego doświadczycie przez kilka godzin rozgrywki (a jeśli jesteście perfekcjonistami, może i nawet przez dziesięć), okaże się opowieścią o jego życiu. Przedzierając się przez kolejne rozdziały, będziecie kolekcjonować jego wspomnienia, łączące się w pełny obraz. A na końcu drogi... Sami zobaczycie. Czy rzeczywiście jest to prosta historia, jak sugeruje jej tytuł? Jest o tyle prosta, o ile znajoma. Jest to bowiem przeprawa przez nostalgię, cierpienie, stratę, miłość... To opowieść o uniwersalnej ścieżce życia. Pod jej koniec zaczniecie się zastanawiać, ile jedna osoba może udźwignąć i nadal widzieć świat w pełnych barwach. To wcale nie takie niecodzienne – każdy, gdyby spojrzał na swoje życie (w całości!), byłby pełen podziwu.

MONADY NIE MAJĄ OKIEN, CZYLI RZECZ O OCZACH

Protagonista nie ma oczu. Długo się zastanawiałam, po co ten zabieg. Z braku odpowiedzi zwracałam się już nawet ku mniej lub bardziej skomplikowanym koncepcjom filozoficznym. Nie wiem, co takiego ma w sobie esej Tokarczuk, ale to też pomógł mi zrozumieć. Oczy to podobno wgląd w duszę i chyba najbardziej utarte odniesienie do indywidualności każdego człowieka. Postać nie ma ani oczu ani imienia, bo jest uniwersalnym symbolem. Protagonista jest każdym.

Recenzja Arise: A Simple Story – gry, która najpierw was wkurzy, a potem uszczęśliwi - ilustracja #2
LT i do góry, hop! Biegniecie, sapiecie. I znowu kolejny cinematic ze wspomnieniem. Nudy!

No dobra, powiedzmy to sobie wprost – początek jest nużący. Ale tylko pod warunkiem, że zajmie Wam za dużo czasu. Obawiam się jednak, że większości zajmie go za dużo. I jest to problem. Pierwszy rozdział niewiarygodnie mnie wychłostał. Musiałam robić sobie przerwy, zmuszać się, żeby kontynuować (a musicie wiedzieć, że da się go przejść w jakieś 10 minut; proszę bardzo – śmiejcie się). Na szczęście obowiązek zwyciężył. Lokacja nudna jak flaki z olejem, wszystko wyglądało tak samo, było nieskomplikowane i zlewało się w jedną całość. Do tego jeszcze z przyzwyczajenia zachciało mi się grać na klawiaturze. Kiedy po raz ósmy próbowałam wskoczyć na przeklętą deskę, by znów sromotnie polec, pomyślałam: a może by tak pad... Zdecydowanie grajcie na padzie. Nie będzie idealnie, ale będzie lepiej.

Obiektywnie lokacja pierwszej opowieści jest stworzona bez zarzutu – mimo znikomego wpływu na sterowanie obrazem w całej grze (jeśli lubicie eksplorować, możecie się wściekać) zawsze jasne jest, gdzie mamy iść. Wydaje mi się (a mogę się mylić), że pojęłam intencję twórców, by początek uczynić tak nużącym i prostym. Dzięki temu surowemu startowi na pierwszy plan wysuwa się koncepcja gry. Uczycie się jej i wiecie już, jakie mechaniki tu działają. A działają prosto, intuicyjnie, bezbłędnie i zajmująco. Zwiedzacie lokacje bliskie protagoniście – symboliczne i (z czasem) absolutnie magiczne. Reprezentujące etapy jego życia. Niektóre bez miar radosne, inne dojmująco smutne. Jeszcze inne totalnie wbijające w fotel. Przeprawa przez nie również jest symboliczna. Trud, zarówno intelektualny, jak i fizyczny (przejście większości poziomu z palcami uparcie zaciśniętymi na LT i RT kontrolera to nie przelewki), pokazuje, jak ciężki musiał być to czas.

GRA EPIKUREJSKA, CZYLI DLACZEGO WARTO BYŁO CZEKAĆ

Nie zdradzając Wam zbyt wiele, powiem, że jest jedna zdecydowana zaleta tego, w jakim tempie rozwija się fabuła. Kiedy w końcu dojdziecie do pierwszego z tych momentów „wow” – totalnie innego i wyróżniającego się na tle dotychczasowej rozgrywki, jest szansa, że – podobnie jak ja – aż zakrzykniecie z wrażenia.

Recenzja Tell Me Why – przerost treści nad formą
Recenzja Tell Me Why – przerost treści nad formą

Recenzja gry

Nowa Gra twórców Life is Strange zaskakuje delikatnością, z jaką przedstawia relacje między bohaterami oraz historią, która łapie za serce i co chwilę odkrywa przed graczem nowe niespodzianki.

Recenzja Beyond a Steel Sky - gry, na którą czekaliśmy 25 lat
Recenzja Beyond a Steel Sky - gry, na którą czekaliśmy 25 lat

Recenzja gry

Beyond a Steel Sky udowadnia, że na właściwy sequel warto poczekać nawet ćwierć wieku. Albo, że i dziś warto zapoznać się z 26-letnią grą z Amigi, by lepiej bawić się przy tej nowszej produkcji.

Najlepsza z najgorszych gier – recenzja Deadly Premonition 2
Najlepsza z najgorszych gier – recenzja Deadly Premonition 2

Recenzja gry

Swery nikogo już nie zaskoczy, bo wszyscy wiedzą do czego jest zdolny. Dlatego Deadly Premonition 2 nie zaskakuje. To najlepsza najgorsza gra, jaka trafiła na rynek w tym roku. Tytuł tylko dla wybranych.