Powietrze stało w miejscu. Na włosy Eivora spadały kolejne płatki śniegu. Wpatrywał się w dorodną jodłę na skraju urwiska. To ta jedyna, pomyślał. Przedarł się przez zaspy w stronę drzewa, zgarniając do butów niezliczone pokłady śniegu. Stóp i tak już prawie nie czuł, bo zmarzły jeszcze w połowie poszukiwań najpiękniejszego drzewa. Na miejscu zgrabiałymi palcami objął drzewiec siekiery i zamachnął się. Raz. Drugi. Trzeci. Wystarczyło kilka sprawnych uderzeń i już trzymał ją w rękach. Z bliska zauważył, że dolna partia wymaga przycięcia. Wyciągnął rękę z drzewkiem i gdy podnosił ostrze, coś twardego i zimnego trafiło go w tył głowy. W mgnieniu oka odwrócił się z wilczymi oczami - teraz tropił ofiarę. Kątem oka zauważył jakiś ruch. Bez chwili zawahania ruszył przez śniegi i gdzieś między igłami dojrzał sylwetkę mknącą w dół wzgórza.
Pościg trwał krótko, ale rozgrzał Eivora jak wspomnienie ognia w długim domu. Kilkadziesiąt kroków od szczytu klifu dogonił, na oko dwunastoletniego, chłopca. Wyciągnął się w skoku i powalił go na ziemię. Już miał go natrzeć porządnie śniegiem, gdy zza okolicznych świerków wyłoniło się kilkoro napastników. ZASADZKA!
Wszyscy w połach kożuchów i kubraków trzymali mroźną amunicję. Zaczęła się jatka. Śnieżne kule nadlatywały jedna za drugą. Eivor osłaniając twarz łokciem, ledwo widział skąd lecą śnieżki. Nie dam się bandzie bachorów, mruknął pod nosem i ruszył naprzeciw krzykliwej, śnieżnej nawale. Po drodze ulepił kilka śnieżek i chciał odwdzięczyć się harcownikom, ale ci sprawnie umykali za pnie drzew.
Wymiana ognia trwała już dobre minuty. Mężczyzna spostrzegł, że dzieci coraz rzadziej rzucały. Zmęczyły się, pomyślał. Zdjął wierzchnie ubranie i używając go jak tarczy wybiegł wprost na przeciwnika. Po chwili było już po wszystkim. Dwóch chłopców łkało z całymi czerwonymi twarzami a pozostała trójka, wcale nie mniej potargana, próbowała ich uspokoić. W tym czasie Eivor wrócił na klif po swą jodłę, tylko by zastać ścięty pień i miejsce w którym jodła leżeć powinna. "Nie, nie, nie, nie! Gdzie ona jest!? Miałem przecież wrócić przed zmrokiem" mówił sam do siebie. Rozglądając się spojrzał za krawędź klifu. Ujrzał ją, całą i zdrową... leżącą nisko na półce skalnej. Eivor zakasał rękawy i jął schodzić w dół klifu. To była jedyna taka jodła w całym lesie. Była niewiarygodnie piękna i stoczył dla niej w zaspach nie lada bitwę. Nie mógł teraz zwyczajnie odpuścić i ściąć po drodze byle świerku.
Kilka skałek i obtartych, zmarźniętych palców później był na dole. Zawiązał sznurek wokół pnia i zaczął wspinaczkę powrotną. Zdążył już zapomnieć o wrednych dzieciakach i w spokoju, skałka za skałką, był coraz wyżej. Nagle jego uszu doszedł ledwie słyszalny trzask. Potem kolejny, ale głośniejszy. Spojrzał przez ramię, gdy było już za późno. Drzewo wyślizgiwało się z objęć liny i nieubłaganie zmierzało z powrotem na dół, ale tym razem miało spaść aż do wody na dole. Odchylił się tak daleko jak mógł i szarpnął sznurem. Jodła podskoczyła na chwilę, a wiking prawie sięgnął pnia dłonią, nie dał jednak rady a drzewo runęło z pluskiem do wody. Krew znów zagotowała się w jego żyłach. Odskoczył od ściany klifu, z gracją mknącej łani i rozłożył ręce, niby orzeł w locie. Dopiero w wodzie pomyślał o tym jak niepraktyczna do pływania jest futrzana peleryna, która szybko zaczęła mu ciążyć. Grube, wełniane skarpety w skórzanych butach też nie pomagały. Dopłynął jednak do swej zdobyczy. Objął pień jedną ręką i przytulił mocno. Igły i woda co rusz próbowały dostać mu się od oczu. Wyczerpany i przemarźnięty dotarł do brzegu. Jodła na szczęście nadal prezentowała się dobrze. Eivor wycisnął tyle wody ile mógł z ubrań i pospiesznie skierował się do domu. Iglaka ciągnął za sobą gołą ręką, bo sznur znikł w morskiej toni. Słońce chyliło się za horyzont, gdy zimny północny wiatr zawitał na drodze mężczyzny.
O ile wcześniej wiking raczej sapał i przeklinał chłód, tak teraz stękał jedynie zębami. Uznał, że musi rozpalić ogień, albo padnie gdzieś w śniegu i już się nie obudzi. Las opuścił już dawno i teraz szedł zaśnieżonymi polami i łąkami. Nigdzie w zasięgu wzroku nie było krzaków, drzew czy chrustu. Wygrzebawszy kępę zmrożonej trawy, Eivor usiłował rozpalić ogień. Jakimś cudem udało mu się wykrzesać toporem iskrę, którą zajęła się trawa. Paliwa jednak szybko ubywało. W końcu sięgnął po jodłę. Dół i tak miałem przyciąć, tłumaczył sam sobie obrywając kolejne gałązki. Oskubał co najmniej dwa razy tyle co planował i co najmniej cztery razy mniej niż podpowiadało mu wyziębione ciało. Gdy udało mu się rozpalić nieduże ognisko, kucnął najbliżej jak było to możliwe bez oparzenia, a gdy nieco odpoczął i zaczął na nowo czuć opuszki palców wziął drzewko na ramię. Ruszył szaleńczym biegiem w stronę wioski.
Po dłuższym czasie dotarł na miejsce. Zziębnięty, zmęczony i pokonany przez jedno małe drzewko wkroczył w próg domu, by spotkać się z wściekłym spojrzeniem żony.
- Znów się szlajałeś z kolegami, zamiast zrobić co należy, co!? Pewnieś wypił beczkę miodu, pobił się z kimś, poleżał w śniegu i przytargał pierwszą lepszą jodełkę do domu. Nawet nie będę cię pytać o wytłumaczenie. Cały dzień chodziłam na targ i z powrotem, targałam... tu Eivor już kompletnie się wyłączył. Marzył jedynie o ciepłej kolacji i łożu, w którym się położy.
- Tak, tak, przepraszam - wybełkotał. Spękanymi dłońmi wciągnął drzewko do środka. Przetarł rękawem czerwony nos i poszedł ogrzać się przy palenisku. Zasnął w akompaniamencie krzyków Helgi i trzasków drewna w ogniu.
Nazajutrz wstał cały obolały. Helgi nie było w izbie. Była za to pewna młoda jodła. Przystrojona wszelakiej maści błyskotkami i ozdobami. Prezentowała się cudownie. Eivor ziewnął z uśmiechem - było warto.
tl;dr Koboldy
Dobra chłopy plan jest prosty, zamieniamy miejscami listę grzecznych i niegrzecznych dzieci, wtedy Święty M ma stresik, nie spodziewał się, nie ma tyle rózg i w ogóle. Wtedy wchodzimy MY cali na biało i proponujemy mu HORDĘ KOBOLDÓW. Wypuszczamy je w Laponii, wkopują się gdzieś i za tydzień, no góra dwa, mamy 481 tys. metrów sześciennych węgla (dla niegrzecznych dzieci). Mikołaj zadowolony, a my w zapłacie za ogarnięcie kryzysu dostajemy prezenty, które Święty M nakupował na zapas ( w tym PS5! ) zgarniamy fanty i jak już mamy konsolki prosimy starsze rodzeństwo, żeby nam powiedziało że Mikołaj nie istnieje. Cyk pyk unikamy odpowiedzialności, bo już nie widzimy Mikołaja. Plan idealny, serio wam mówię!