Czyli jednak strzał w stopę jeśli nie w łeb. Po co ta zapowiedź? Hypetrain się wykolei z takim hukiem jak nigdy. Zapowiadanie gry za tak ogromnym wyprzedzeniem może oznaczać kilka rzeczy. Albo zwyczajnie ktoś nie pomyślał na skutkami (w co wątpię) albo zrobili to w obawie, że F76 okaże się porażką i po prostu chcą mieć coś w zanadrzu tak aby w razie czego zyskać na czasie. To samo może tyczyć się Starfielda. Niby fajnie, nowa marka ale o wiele większa niepewność co do ostatecznego sukcesu niż w przypadku TES. Tak czy inaczej jestem strasznie rozczarowany i zarówno F76 jak i Starfield odbieram jako opóźnienia w oczekiwaniu na właściwy produkt (a chyba nie o to chodziło).Todd Howard you did it again!
Oblivion też został zapowiedziany jakiś rok przed premierą. Obejrzałem konferencję i oczywiście "powód" wskazany przez autora tekstu jest tylko jego domysłem - nigdzie nie padły słowa odnośnie etapu prac. Niestety Todd Howard faktycznie wspomniał o next-genowym Starfieldzie i o tym, że TES VI będzie dopiero kolejną grą w kolejce. Dla mnie to zupełnie bez sensu. Jaki jest sens oficjalnego zapowiadania gry, która wyjdzie za powiedzmy 5 lat? Przecież i tak wszyscy wiedzieli, że kiedyś się ukaże. Oczekiwania w ciągu tych kilku lat osiągną taki poziom, że gra za nic ich nie spełni. Dziwi mnie to, bo polityka zapowiedzi Bethesdy była naprawdę sensowna do tej pory.
Dla bardziej rozeznanych, bo artykuł tego nie wyjaśnia. Bethesda tylko pokazała ten trailer czy był jakiś komentarz do tego (w kontekście wczesnego etapu produkcji)? Tj. to oficjalne stanowisko czy tylko domysły autora i czy możemy liczyć jeszcze na jakieś info podczas E3? Wszyscy pamiętamy jak krótko przed premierą został zapowiedziany Fallout 4, mam nadzieję, że nie każą nam czekać 4 lat.
Czekałem na dwójkę od premiery Zewu Prypeci, który dalej był przyjemną grą ale nie dało się nie wyczuć, że to odgrzewany kotlet. I to ponownie. Pamiętam jak czytałem wtedy wszystkie newsy, zachwycałem się każdym strzępkiem informacji czy grafiką koncepcyjną. Oczywiście drugi Stalker nigdy nie nastąpił. Pojawiły się natomiast zapowiedzi "duchowych następców" takich jak Survarium, Areal (który ostatecznie okazał się scamem) czy ze świeższych Escape from Tarkov. Wszystkie online. Dlatego z dużą rezerwą podchodzę do nowego Stalkera. Chciałbym ale wiem, że wymagałoby to ogromu pracy a co za tym idzie budżetu, żeby nie tylko zadbać o odpowiednią treść ale też mechanikę, kwestie techniczne. Już w 2007 choć Cień Czarnobyla zachwycał klimatem, bezkompromisowością a momentami nawet wizualnie, czuć było jego toporność, że o bugach nie wspomnę. Mam obawy, że skończy się jak Elexem.
Ta marka jest niszczona od dawna, tylko tego nie widzisz (albo nie chcesz dostrzec). Problemy Interplaya, katastrofalnie zbuggowana na premierę dwójka (co nie zmienia faktu, e jest to IMHO najlepszy RPG ever), crap w postaci Brotherhood of Steel na konsole a to wszystko jeszcze przed przejęciem praw do serii przez Bethesdę i wydaniem trójki (bez której nie byłoby też New Vegas).
Są zachwyceni samym hasłem Fallout. Poza tym trailer jest utrzymany w klimatach serii (choć graficznie trąci myszką, delikatnie mówiąc), do tego przygrywa przyjemna muzyczka. Czemu ma się nie podobać? O samej grze tak naprawdę nic oficjalnie nie wiadomo. Weź dla porównania trailer nowego BF'a, który jest po prostu koszmarny, co odzwierciedlają oceny.
Na remastera Morrowinda/Obliviona też bym nie liczył - za dużo pracy, przy bardzo niepewnym sukcesie komercyjnym. Morrowinda musieliby przebudować gruntownie - jest zbyt archaiczny dla nowych graczy a ci którym to nie przeszkadza ograli go już wielokrotnie z ewentualnymi modami. Szczerze mówiąc czekam na TES VI bo to najlepszy moment. Kurz po Wiedźminie już dawno opadł i brakuje jakiejś nowej gry action-RPG nastawionej na singla. Niby Bethesda potrafi rzucić zapowiedzią niemal znikąd (Fallout 4), więc może czają się z nowym Elder Scrolls na E3 a ten Fallout 76 (jako mniejszy tytuł) jest tylko zasłoną dymną? Ech, sam w to nie wierzę...
Wolfenstein New Order też nie był do końca resetem (powracają niektóre postaci i wątki z Wolfensteina z 2009 r.) a nie przeszkodziło to w umieszczeniu dwójki w The New Colossus,
Mam podobnie. Po prostu brak czasu, a też zawsze starałem się przechodzić gry jak najdokładniej (no, może właśnie odpuszczając sobie znajdźki itp.). Średniaków starałem się profilaktycznie nie tykać ale też kilka wymęczyłem. Teraz brakuje mi czasu nawet na te najlepsze. Pamiętam jak z 10 lat temu na studiach podczas wakacji ogrywałem Obliviona tłukąc w niego w niego nieraz całą noc. Przestawałem jak za oknem słyszałem budzące się ptaki, bo aż mi było głupio :D Najlepsze jest to, że do tej pory nie ukończyłem głównego wątku. Z jednej strony aż mnie skręca jak pomyślę o tym zmarnowanym czasie, z drugiej tęsknię za czasami, gdzie mogłem go tak beztrosko trwonić.
Z w.w. grałem w GTA 5, MGS 5 i Divinity OS. Ukończyłem tylko tę pierwszą, przy czym nie grałem w ogóle w online (który wtedy dopiero raczkował a i tak nie miałem golda na x360). W MGS grałem dużo ale ta gra jest ogromna i po prostu w pewnym momencie odpadłem. Z zamiarem powrotu. I tak próbuję wrócić od chyba 1,5 roku, gra cały czas zainstalowana i czeka. To, że już dawno nie pamiętam fabuły nie ułatwia zadania :) Z DOS było natomiast tak, że doszedłem do drugiego aktu i chociaż gra mi się bardzo podobała, to na pewien czas odpuściłem i zacząłem grać w coś innego. Mam tak z większością długich RPG -
w kolejce czeka też chociażby Wasteland 2 (tu już jestem bliżej końca niż początku gry), oryginalny Torment czy też Morrowind i Oblivion (przy których łącznie spędziłem kilkaset godzin ale to nieco inna historia). W międzyczasie wyszła wersja rozszerzona, więc postanowiłem zacząć od początku. Zacząłem z miesiąc temu i dalej jestem w pierwszym mieście :D
Najlepsze jest to, że ja generalnie lubię długie, rozbudowane gry. Niestety powroty do takich produkcji bywają ciężkie, gdy nie pamięta się fabuły czy nawet mechanik albo np. kierunku rozwoju postaci, który sobie obrałem gdy zaczynałem. Zaczynanie od początku jest z kolei słabe, bo żal tych kilkunastu (a często kilkudziesięciu) poświęconych godzin. Mam też tendencję do impulsywnego zaczynania czegoś nowego i przez to kupka wstydu rośnie.
Dodałbym jeszcze strzelbę Striker/Street sweeper z magazynkiem bębnowym znaną chociażby z Falloutów, CoDa MW czy Stalkera Zew Prypeci. W grach zazwyczaj jest to jedna z najlepszych strzelb (duży magazynek, niezła szybkostrzelność), w rzeczywistości nieporęczna, zawodna i kłopotliwa przy przeładowaniu.
Gram i jak na razie gamepleyowo jest spoko, choć jakichś daleko idących zmian w stosunku do New Order nie ma (ale fajnie, że można np. w jednej łapce trzymać strzelbę a w drugiej broń maszynową). Lokacje przyjemne, obszerne. Trochę za dużo cutscenek i mam też wrażenie, że momentami twórcy zbytnio silą się na powagę i patetyczność. Tj. nie wyczuwam tej groteski i przerysowania co w NO, szczególnie mam tu na myśli niektóre monologi BJ ale generalnie luźniejszych scen też nie brakuje. Natomiast na absolutny minus zasługuje postać Grace. Minuta na ekranie i miałem ochotę kontynuować grę po stronie nazistów czy innego KKK - stworzyć tak antypatyczną personę (będącą w zamyślę bohaterem pozytywnym) to aż sztuka. Przymykam jednak oko i gram dalej, bo strzela się fajnie.
Tak, w grze Makuły były inne linie dialogowe. Leczcie się na nogi, bo na głowę już za późno.
Swoją opinię opieram na gameplayu Wonzia ale naprawdę nie trzeba w to grać aby stwierdzić kilka rzeczy. Po pierwsze gra wygląda koszmarnie. I naprawdę nie obchodzi mnie to jaki miała budżet, bo to nie mój problem. Jest po prostu brzydka. Oczywiście nie musi to przekreślać całości. Walka wygląda topornie i zapewne taka jest, jak w każdej grze Piranii. No i ok, ktoś zaraz mi napisze, że jak się nie podoba to mam nie grac. Spoko, pewnie nie zagram, bo za dużo lepszych gier czeka w kolejce. Rzecz w tym, że ja naprawdę lubiłem dwa pierwsze Gothiki, przegrałem też sporo godzin w niedorobioną trójkę a następnie byłem mile zaskoczony pierwszym Risenem. Problem polega na tym, że to co wy nazywacie "nostalgią" i "klimatem" jest zwykłym partactwem i nieudolnością ze strony Niemców. Zero jakiegokolwiek postępu i do tego ta schematyczność. Być może gra się później rozwija ale sam początek to taka niedbała kalka z Gothica. Znowu dostajemy kopa i spadamy na dół, ktoś nas okrada i kierujemy się w kierunku obozu, po drodze spotykając jakiegoś typa, który pokrótce nakreśla nam sytuację. Brzmi znajomo? Szkoda, że tym razem autorzy nie wysilili się ani trochę pisząc dialogi. Przecież ta pierwsza rozmowa to jakiś dramat. Fallout 4 miał lepiej napisane dialogi. Kwestia tłumaczenia? Po części pewnie tak ale ta rozmowa w ogóle nie trzyma się kupy. Ktoś na czacie u Wonzia trafnie zauważył, że wyglądało to tak, jakby gość czytał nam hinty z ekranu ładowania. I tutaj kolejne schematy: obozy. Już na starcie zostajemy obdarci ze złudzeń, musimy zadeklarować się po którejś z trzech stron konfliktu. Jak zawsze. I nawet nie mam o to pretensji ale sposób w jaki przedstawia nam to nasz rozmówca jest wielce upośledzony. Albo ten fragment gdy mówi do nas coś w stylu: "a więc twierdzisz, że w ruinach nikogo nie ma", podczas gdy my nawet nie pisnęliśmy na ten temat. 15 lat temu mógłbym na to wszystko przymknąć oko ale bez jaj. Mamy 2017 rok, moje oczekiwania od tamtej pory wzrosły. Być może gra w dalszej fazie się rozkręca ale początek nie zachęca do tego aby traktować ją poważnie. Do tego ten wydumany świat łączący fantasy z technologią i post-apo. Ambitne, nie powiem. Tylko co z tego, skoro wygląda to zwyczajnie infantylnie? To ja już bym wolał jakieś sztampowe fantasy, przynajmniej byłoby to spójne. No, ale przecież Elex jest logiczny. To logiczne, prawda?
https://clips.twitch.tv/TriumphantOptimisticShrimpKippa
Na demie widać ten słynny system kamer o który bóldupił Chmielarz a konkretniej o to, że w filmie Arhona sprowadzono go do klona Resident Evil, podczas gdy gra miała być w pełnym 3D. Ok, jest to dość istotny szczegół ale nazywanie tego rozwiązania rewolucyjnym trochę śmieszy, bo wydaje się to wielce niepraktyczne (podobnie zresztą jak w RE) i przyszłość pokazała, że nie był to dobry kierunek (nawet uwzględniając argumenty, które pojawiły się w powyższym video). Później chyba w którejś z części Broken Sword było coś podobnego i wuj człowieka strzelał kontrolując postać, zresztą to samo było w Residentach i im podobnych z tłami 2D. Jedyna różnica to płynne przejścia.
Miałem tę grę na Pegasusie w oryginalnej wersji językowej. Grałem w nią tyle czasu, że wiedziałem co kryje się pod każdym krzaczkiem i bez problemu ustawiałem wszystkie parametry gry (a jak na tytuł z 8-bitowej konsoli było tego całkiem sporo: m.in. rodzaj murawy, jej stan, pogoda, taktyka czy nawet muzyka przygrywająca podczas meczu). Głównym trybem był turniej podczas którego musieliśmy pokonać przeciwników grając Japonią dowodzoną przez tytułowego Kunio-kuna. Pamiętam, że z każdym można było grać chyba 3 razy a gra obsługiwała system haseł w celu "zapisu" postępu.
Dokładnie. I jeszcze dwie najbardziej popularne wersje wyszły w całkiem sensownych sezonach dla polskiej piłki, bo najpierw w Lidze Mistrzów można było grać Legią a potem Widzewem. Tzn. można było grać w sumie dowolną drużyną ale te były standardowo w preset championship i nawet układ grup był ten sam jak w rzeczywistości. Teraz też fajnie wrócić choćby dla tych starych, klasycznych składów (a liczba drużyn była ogromna). Gameplay był oczywiście spoko jak na tamte czasy (chociaż bramkarze broniący 90% sytuacji 1 na 1 i jednocześnie puszczający szmaty z połowy boiska irytowali, podobnie częste kontuzje) ale to ta strona "menadżerska" zawsze najbardziej mnie jarała.
To jakiś klon SWOSA z tego co widzę ale z opisu (golas, lanie sędziego itp.) skojarzyło mi się z jedną z gier na automatach. Z tym, że tam był widok z boku jak w Super Sidekicks. Kojarzy może ktoś?
Również potwierdzam, że symulowanie w FIFIE było już w czasach zamierzchłych i niejako podbijam stawkę, bo pamiętam to z jeszcze z FIFY RTWC 98 (czyli zwykłej 98, nie World Cup). Moja pierwsza FIFA na PSX, którą dostałem na urodziny razem z konsolą. Był też przycisk do chamskich fauli, można było skosić bramkarza trzymającego piłkę i grać w halówkę. Jedna z moich ulubionych odsłon.
Chyba najgorszą. No ok, nie był tak tragiczny jak dwójka. Najlepsze gry od czasów Gothika 2 to kolejno: Risen, Gothic 3, Risen 3, Risen 2. Jeśli Elex będzie gdzieś pomiędzy dwiema pierwszymi z tej listy to naprawdę nie będzie źle. Byleby był większy od pierwszego Risena, bo to chyba była jego największa wada.
Nie wiem jaka będzie ta gra, więc spokojnie poczekam do premiery. Od początku byłem sceptyczny ale pisanie już teraz, że to będzie "crap roku" jest jeszcze śmieszniejsze niż ta recenzja - w przeciwieństwie do Ciebie oni przynajmniej mieli jakąś styczność z Elexem. Poczekamy, zobaczymy. Na pewno nie ma co brać tej oceny za jakiś pewnik. Inna sprawa, to wyciąganie jakichś opinii o GII sprzed pierdyliarda lat, do tego z polskiej edycji tego czasopisma. Co to ma do rzeczy? Tak samo Cd Action nigdy nie będzie mogło pochwalić Wolfensteina New Order, bo jeden pajac dał tej grze 5/10?
Nie znam wyników sprzedażowych LoG 2 ale ich mizerność wynikać może tylko i wyłącznie z niszowości tej gry. Sama w sobie była świetna. Ciężko to porównać z Divinity, które już teraz jest kasowym sukcesem.
Dostała po czasie ale jeszcze przed premierą było wiadomo, że je otrzyma. Tutaj jest zwykle mydlenie oczu, bo na oficjalnego 99% spolszczenie nie będzie i twórcy dobrze o tym wiedzą.
Jeżeli projekt nie został całkowicie porzucony to ciekawi mnie reakcja Valve. Niezależnie od tego co się mówi raczej zostawili sobie furtkę aby Episod 3 (lub po prostu HL 3) kiedyś wydać. Raczej nie byliby zadowoleni, że były pracownik upublicznia takie rzeczy. No chyba, że to tylko jedna z koncepcji zakończenia, być może nawet odrzucona. Tak czy inaczej "I want to believe".
@Persecuted: "brak swobody w kreowaniu naszego protagonisty, a co za tym idzie odgrywaniu roli."
O to to. Ma to też zresztą odniesienie do samej mechaniki gry. Bardzo podobała mi się przeczytana kiedyś opinia, że RPG tym różni się od innych gatunków, że nie tyle wcielamy się w daną postać co ją "odgrywamy". Stąd też wyższość statystyk nad skillem gracza. Wyższość przemyślanej taktyki czy strategii nad samą szybkością podejmowania decyzji.
Co do podziału na klasyczne cRPG i aRPG się zgadzam ale warto wtedy podkreślić te różnice. Niestety w ostatnich latach RPG co raz bardziej kojarzy się z "action" a coraz mniej z tym, z czego faktycznie się wywodzi.
Zależy co kopiujemy. I jak. Weźmy np. korzystanie z elementów celowniczych w broni (pierwszy był chyba Tresspasser, rozpropagował to CoD), czy systemy osłon z Gearsów bodajże. Trudno wyobrazić sobie bez tego obecne gry FPS czy TPP. Z drugiej strony samo umieszczenie w grze czegoś tylko dlatego, że sprawdziło się w innej nie gwarantuje sukcesu. Wystarczy spojrzeć jak Bethesda nieudolnie próbowała dodać do Fallouta 4 "emocje", ckliwość, kółko dialogowe (po co? nie wiem) czy crafting (ten akurat całkiem udany), zupełnie olewając to, co w ich poprzednich grach było dobre. Tak teraz myślę sobie o Piranha Bytes i w sumie fajnie, że dalej robią te drewniane gry od czasów pierwszego Gothica, przynajmniej jest to coś innego, oryginalnego.
TES ze swoją otwartością celuje zupełnie w co innego niż Wiedźmin, dlatego nie masz racji. Tam nigdy specjalnie nie liczyła się fabuła a możliwości interakcji ze światem i pełna dowolność kreowania naszej postaci. Czyli to co w Wiedźminie jest albo mocno ograniczone albo nie istnieje (chociażby gildie). Celują w online bo się sprzedaje i faktycznie wymaga mniej pracy (społeczność sama wypełni luki fabularne) ale W3 nie ma nic do tego. W ogóle takie pieprzenie jest bez sensu. Niech TES pozostanie TESem a Wiedźmin Wiedźminem. Zupełnie inie gry, które łączy jedynie otwarty świat i to, że walczymy z potworami.
"a jakoś nikt nie odważyłby się nazwać przygód Geralta z Rivii grą, tfu, akcji." Niby dlaczego? Zarówno dwójka jak i trójka ma w sobie więcej z gry akcji niż z RPG. Walka oparta głównie na skillu gracza (zamiast na statystykach), mało rozbudowany rozwój postaci i niewielkie możliwości jej kreowania - choćby nie wiem co i tak gramy bucowatym kucem z mieczem w łapie. I nie jest to żaden zarzut a zwykłe stwierdzenie faktów. Gra jest tak czy inaczej świetna. Jeśli ktoś jednak twierdzi, że Wiedźmin 3 jest najlepszym RPG w historii to po prostu wypacza ten termin i uwłacza grom takim jak Fallout 2, BG czy Torment, które mają po prostu więcej wspólnego z tym, z czego cRPG się wywodzi.
Na czym polega to ograniczenie do godziny? W grze nie ma żadnego licznika ani informacji o ograniczeniu czasowym (podobnie jak w oficjalnym komunikacie na stronie Bethesdy). Pograłem ponad godzinę (w takich grach lubię zaglądać w każdy kąt, czytać wszystkie notatki itp.) i dalej mogę grać.
W końcu, po latach przeszedłem tę grę. Grałem zaraz po premierze i pamiętam, że bardzo mi się podobała ale nigdy jej nie ukończyłem. Teraz przypomniałem sobie dlaczego... Zacznę jednak od pozytywów. Przede wszystkim sam pomysł na grę. Naziści, okultyzm, tajne eksperymenty - już to samo w sobie ma niezły potencjał (seria Wolfenstein), po dodaniu wampirów jest jeszcze lepiej. Przede wszystkim dzięki mechanice, dzięki której nawet po latach gra się w to bardzo przyjemnie. Przez większość czasu wręcz beztrosko ale przyciąganie wrogów harpunem, cięcie ich na kawałki czy wysysanie z nich krwi nigdy nie zaczęło mnie nudzić. Nawet jeśli przez większość czasu gra nie sprawiała przez to większego wyzwania (na poziomie normal). Większość, bo były jeszcze walki z bossami a te potrafiły być mocno frustrujące i co gorsza bardzo randomowe. Pierwszy boss w grze, jeszcze w Luizjanie był chyba jednym z trzech najtrudniejszych w całej grze. Następnych przechodziłem często z marszu jedną serią z "szału krwi", choć zdarzały się wyjątki. Za dużo w tym losowości i mało było takich walk w których trzeba było przyjąć jakąś specjalną taktykę (jak np. z kapłanem). Większość to spamowanie ataku i najlepiej odpalenie "szału". Świetny w tej grze jest na pewno klimat, choć sama historia jest raczej sztampowa. Ot, zwykłe tło dla naszej rzezi. Bardzo podobały mi się natomiast listy z celami do eliminacji, gdzie nasi przeciwnicy byli przestawieni na czarno-białych, często bardzo niewyraźnych fotografiach. Tworzyło to taką aurę tajemniczości i sprawiało, że wyczekiwałem starć z nimi. Szkoda tylko, że twórcy poszli tutaj na ilość a nie jakość i obok całkiem fajnych projektów jak pani doktor, wspomniany kapłan czy Mauler (swoją drogą banalnie prosty do pokonania - liczyłem na zdecydowanie więcej) mamy dziesiątki takich samych "zwykłych" dowódców. Poziomy są ok, w miarę zróżnicowane i tak jak już wspomniałem klimatyczne. Może nie zapadają jakoś specjalnie w pamięci ale przynajmniej są dość otwarte i dają nam pewną swobodę, czasem też dowolną kolejność celów do realizacji. Pewnym problemem tej gry są jednak błędy. Ktoś wyżej wspomniał pająka za którym trzeba było podążać w Luizjanie, a który blokował się na drzewie. W późniejszych etapach zdarzało się spotykać przeciwników biegających w powietrzu których ciężko było przez to trafić albo blokujących się gdzieś pod mapą żołnierzy z jetpackami. Dodatkowo gra zapisuje się tylko pomiędzy poziomami, więc jak zginiemy to gramy od ostatniego loadingu. W pewnym momencie naprawdę myślałem, że sobie odpuszczę kiedy w oskrypotwanej sekwencji po pokonaniu zwykłych wrogów pojawiali się ci na jetpackach, w tym jeden z panzerfaustem (który jest iście zabójczą dla nas bronią). Albo ginąłem od wybuchu pocisku zanim zdążyłem w jaki sposób zareagować albo to oni się gdzieś klinowali a gra nie chciała ruszyć dalej póki ich nie obiłem. Jak już się udało to zaraz była walka z chyba najbardziej frustrującym bossem w całej grze gdzie o zwycięstwie decydowało głównie szczęście. Śmierć cofała do samego początku poziomu. Tak narzekam i narzekam, skąd zatem aż 7,5/10? Bo gra daje naprawdę dużo radości i pomimo 15 lat na karku wciąż przyjemnie sieka się nazistów. Gdyby nie braki techniczne byłaby ocena w górę. Z lepszymi bossami nawet dwie. Niemniej i tak polecam i szkoda, że seria umarła. Grałem w dwójkę i choć była całkiem przyjemna to jednak po prostu więcej tego samego w innym (dla mnie gorszym) settingu. Sam koncept, bohaterka i pomysł na rozgrywkę zasługują na godną kontynuację.
Ciekawe, czy w końcu będzie można w to pograć normalnie na kierownicy na pc. Mam g25, która bez problemu spisuje się w Assetto Corsa, Project Cars, Dirt Rally czy nawet Gran Turismo 6 na ps3. Niestety zarówno w Forza Apex jak i demie FH 3 (dlatego wstrzymuję się kupnem pełnej wersji) jest zwyczajnie niegrywalna z powodu niedziałającego poprawnie shiftera. Mam pozamieniane biegi :/ Zamiast jedynki wsteczny, zamiast dwójki jedynka itd. Podobno problem nie leży w samej grze a w jakichś updejtach windowsa 10 ale co najzabawniejsze, jedynymi grami w których doświadczyłem tego problemu są te od Microshitu. Paranoja. Gdyby jeszcze dali możliwość ręcznego przypisania biegów ale nie, po co. O mocno ograniczonym kącie obrotu, animacji obrotu kiery nieodpowiadającej rzeczywistemu wychyleniu, czy żenującym FF nawet nie wspominam. Ktoś powie,że Horizon nie jest tu żadnym wyznacznikiem ale podkreślam, że problem znany jest już z Apex, która poza modelem F2P i mniejszą zawartością w stosunku do "prawdziwej" szóstki, pod względem samego modelu jazdy miała być pełnoprawną FM na pc. Jeżeli podejście twórców się nie zmieni, to niestety po grę nie sięgnę a takich osób jak ja może być więcej. Brakuje takiej gry na pc, która byłaby mniej hardcorowa od Assetto, za to oferowałaby to co w Gran Turismo i Forza najlepsze: zróżnicowane wyścigi, kolekcjonowanie kolejnych aut, ulepszanie, modyfikowanie. Bez prawidłowej obsługi (i szczegółowych ustawień) kierownic mogą się wypchać.
Zachęcony trailerem nowego Metra postanowiłem wrócić i dokończyć Last Light i choć gra jest niesamowicie piękna i klimatyczna, to samo strzelanie jest po prostu drewniane. Wolfenstein New Order miał przede wszystkim genialny gameplay, wsparty całkiem znośną historią. Czekam zarówno na nowego Wolfa jak i Metro, ale pod względem rozgrywki już teraz wiem, że więcej radochy da mi ta pierwsza gra.
Prawdę mówiąc AC trochę wypaczył gatunek skradanek. Przecież tam wszystko robi się na pełnym sprincie, na granicy wykrycia (która przy takich manewrach już dawno powinna być przekroczona). Nie mówię, że to źle, jednak nie stawiałbym tej serii w jednej linii z np. Hitmanem.
System z Batmana najlepiej sprawdza się w Batmanie z jednej prostej przyczyny: te wszystkie soki po 5 metrów i skakanie od przeciwnika do przeciwnika jest strasznie komiksowe. W Shadow of Mordor czy Mad Maxie nie wygląda to aż tak przekonująco.
Przy tak żenującym systemie rozwoje postaci i totalnej losowości w rozmieszczeniu przeciwników na mapie (mam na myśli ich level), ten zręcznościowy system akurat uratował Wiedźmina. Przy czym dla mnie RPGiem jest żadnym (a grą wciąż bardzo dobrą).
Ja odpaliłem na Złotej Edycji i nie było to jakieś straszne (ale robiłem wg instrukcji którą znalazłem w necie, przekonwertowaną paczkę plików .esp też da się chyba gdzieś znaleźć, lub samemu przerzucić przez konwerter). Co prawda przy każdym uruchomieniu gra informuje mnie o o jakichś błędach, ale gram już dość długo i jak na razie nie napotkałem na większe problemy. Z Polską wersją na pewno nie działa mod dodający jakieś dźwięk podczas snów głównego bohatera więc trzeba go odhaczyć, problemy sprawiał też plugin do animacji pojemników - trzeba ręcznie go zaktualizować bo w Overhaulu jest stara wersja przez którą kilka drzwi w grze jest nieaktywnych, a niektóre skrzynie mogą nie zawierać przedmiotów (ale to akurat problem "globalny", niezależny od wersji językowej gry).

Tu jeszcze screeny z Overhaula, który naprawdę daje radę.
Ostatnio wróciłem do Morrowinda (z modem Overhaul) i pod wieloma względami wciąż zachwyca, ale jest też kilka elementów, które w późniejszych odsłonach zrobiono po prostu lepiej. O systemie dialogów już ktoś wyżej pisał, więc nie ma sensu się powtarzać. Wspomnę tylko, że szukanie zleceniodawców zadań w tej grze to istny koszmar. Same zadania natomiast są różne: raz lepsze raz gorsze. Pod tym względem preferuję jednak Obliviona, którego za takie mini-historie uważam, za najlepszą część cyklu (tylko w tej kategorii oczywiście). Podobnie rzecz ma się z gildiami. Wątki gildii Złodziei czy Mrocznego Bractwa z Obliviona > fedexy z Morrowinda. Podoba mi się natomiast wymóg osiągnięcia odpowiedniego poziomu pewnych umiejętności aby awansować w szeregach tych organizacji, w przeciwieństwie do Skyrima, gdzie wystarczą jakieś podstawowe czary aby dostać się do Zimowej Twierdzy, a potem to już można zostać arcymagiem w ogóle nie rozwijają swoich umiejętności magicznych.
Oczywiście w Morrowindzie też jest wiele bardzo dobrych questów, w tym te nieoznaczone, które nie pojawiają się w dzienniku, a odkrywamy je podczas eksploracji różnych lokacji. Niestety świat gry jest ogromny, a takich ciekawostek stosunkowo mało, przez co odwiedzanie kolejnych nic nie wnoszących grobowców czy kopani jaj kwama po pewnym czasie męczy. Niemniej nagrody które możemy w ten sposób uzyskać na pewno cieszą (zdecydowanie bardziej niż w Oblivionie i Skyrimie). Kolejną rzeczą, która przeszła pozytywną zmianę jest z pewnością system walki i zbalansowanie umiejętności. O wiele trudniej w TES III jest np. wyskilować magię niż broń białą, zwłaszcza przy braku automatycznej regeneracji many (co powoduje, że grając magiem musimy co chwilę odpoczywać, albo taszczyć ze sobą pierdyliard potionów). Z drugiej strony do systemu rozwoju można się przyczepić w każdej z tych trzech odsłon: Oblivion stał się zbyt matematyczny przez łatwiejsze kombinowanie z mnożnikami, a Skyrim... może trochę zbyt niejasny z tym jak rozwój skilli przekłada się na awans? Chociaż i tak chyba najlepszy jak do tej pory (boli jedynie zredukowanie atrybutów do staminy, many i hp).
Jest też parę innych (pomniejszych) elementów, które nieco mnie irytują gdy już wiem, że można było je rozwiązać inaczej. Weźmy np. taki wampiryzm. Niby fajna rzecz, możemy się zarazić i wow, jesteśmy wampirem. Wampirem który dostaje pokaźny boost do umiejętności, zyskuje specyficzne dla nietoperza czary, ale też obrażenia od słońca i niechęć ze strony większości NPCów. I wszystko byłoby spoko, gdyby nie fakt, że ten stan nie pozwala nam ukończyć gry, wykonać większości z side questów czy nawet korzystać z usług przewoźników, nauczycieli czy handlarzy. Dostajemy co prawda kilka zadań od wampirów, ale gdzie mamy się po nie udać? A to już nasz problem, bo gra nas w żaden sposób nie nakieruje, podobnie jest z wyleczeniem się z tej choroby. I niestety podobnych momentów jest więcej. Nie jestem zwolennikiem wielkich strzałek wskazujących cel, bardzo lubię niektóre z opisów prowadzących do miejsca zadań, ale tutaj też Morrowind jest strasznie nierówny. Raz mamy "idź wzdłuż rzeki, za mostkiem skręć w prawo, potem w lewo przy wielkim grzybie", a innym "idź se pan na południe i szukaj jaskini, na pewno znajdziesz hyhy". Sam wampiryzm natomiast najlepszy był w Oblivionie, gdzie przede wszystkim dało się go kontrolować na poziomie, który umożliwiał nam w miarę normalną grę (oczywiście bonusy też były zależne od stadium naszego "zmawpirzenia"). W Skyrim natomiast strasznie złagodzono i korzyści i negatywne skutki bycia wąpierzem (podobnie rzecz miała się też z bonusami rasowymi).
Nie piszę tego wszystkiego aby kogoś zniechęcić do Morrowinda, czy też na siłę szukać wad tej gry bo wciąż jest to świetna produkcja, którą zachęcam aby sprawdzić samemu. Niemniej to ciągłe stękanie, że "kiedyś to było" i jaki to TES po Morrowindzie się zrobił słaby jest zwyczajnie śmieszne. Z jednym się zgodzę: nie udało się Bethesdzie stworzyć do tej pory gry, która idealnie łączyłaby wszystko co najlepsze w TES III, IV i V, zawsze gdy coś usprawnili, to musieli jednocześnie olać jakiś element który był dobry i albo go zepsuć albo zwyczajnie pominąć.
Strzelam, że na starej. Tzn. sporo zależy od tego na jak zaawansowanym stadium są obecnie te projekty. Z SE w pełni kompatybilne są tylko najprostsze mody do Skyrima, więc tutaj trzeba byłoby pewnie wszystko przerobić. Pytanie, czy twórcom się będzie chciało. Podobnie rzecz ma się z fanowskim dodatkiem Enderal, który też nie doczeka się wersji na SE.
Oczywiście uszkodzenia mechaniczne też mogą swoje zrobić. Miałem np. Stalkera Clear Sky (wydany bodajże przez CDP), który mi po prostu pękł. Od wewnętrznej strony w miejscu gdzie znajduje się otwór w płycie pojawiło się pęknięcie. W jaki sposób? Nie mam pojęcia, bo o płyty dbam. Może wada materiału, może coś innego. I co z tego, że płyta jako taka działa. Dobrze wiem czym to się może skończyć, bo już raz rozkręcałem napęd po tym jak cd mi eksplodowało w środku (też musiało być nadkruszone). Bałem się to nawet zgrać na dysk, dopiero w zeszłym roku GOG i Steam dał możliwość aktywowania wersji cyfrowej po wklepaniu seriala.
@Gaming-Man: Żywotność zależy od jakości płyty. Sam mam kilkunastoletnie płyty (z muzyką), które niestety powiedziały pass. Najstarsza "żyjąca" jest z 1986 roku - odpalam ją komisyjnie raz do roku aby stwierdzić, czy jeszcze działa. O zwykłych cd-r nawet nie wspominam, bo niektóre padają po mniej niż 10 latach. Płyty z czasopism (czyli też m.in. gry) sprzed -nastu lat też potrafią się już buntować. Wbrew pozorom samo porysowanie płyty (no chyba, że od wierzchniej strony) nie wydaje się aż tak destrukcyjne, więc czy dbasz, czy nie dbasz i tak w końcu padną.
Obstawiam, że nic nie będzie. Podobnie jak z dziesiątkami innych podobnych projektów, z których ostatecznie nie ukazał się praktycznie żaden. Tak na szybko na myśl przychodzi mi tylko Black Mesa.
Też nie widzę problemu z tą misją z wyścigiem - przeszedłem ją bez żadnych czitów i patchy jak gra była jeszcze świeżynką. Model jazdy w Mafii bił na głowę ten z serii GTA, a że był przez to bardziej wymagający? Dla mnie to akurat plus. Niestety przez takie narzekanie dostaliśmy potem takie niewypały jak np. Watch_Dogs, gdzie prowadzenie pojazdów to jakiś żart, no ale przynajmniej nikt nie płacze, że jest za trudno.
Dobre były też bonusowe wyzwania odblokowywane po przejściu gry - niektóre totalnie od czapy, ale przynajmniej stanowiły konkretne wyzwanie. Mafia 2 przechodziła się już sama, po trójkę już nawet nie sięgnąłem.
No i tę bolączkę próbowano rozwiązać w Oblivionie - z jakim skutkiem wszyscy dobrze wiemy (bandyci w szklanych zbrojach). Dlatego ja nie traktuję tego jako wady gry, gracz dostawał to na co sobie zapracował. Nic tak dobrze nie definiuje pojęcia od "zera do bohatera" jak własnie Morrowind czy Gothic, gdzie początki były trudne, ale potem gra wynagradzała nasz trud. Wolę to niż kretyńskie skalowanie przez które cały czas czujemy się równie słabi co na początku (a czasem wręcz słabsi jak to bywało w Oblivionie). Niemniej jestem w stanie zaakceptować rozwiązania takie jak w Skyrim czy Falloucie 4, gdzie świat skaluje się tylko częściowo.
Tak BTW to dla mnie był zawsze największy minus jedynki. To jeszcze nie były te czasy gdy twórcy gier dymali nas na każdym kroku przy pomocy DLC z fragmentów wyciętych z podstawki czy innych niecnych sztuczek, a po ukończeniu pierwszej Syberii czułem się w pewnym sensie oszukany. Gra była dość krótka i urywała się w połowie historii. Rozbijanie tego na dwie gry to zwykły skok na kasę.
Larę znamy od 1996 ale wtedy wyglądała jak ciemnowłosy klon Pameli Anderson. Dopiero reboot z 2013 r. dał nam obecną Larę, przypominającą Kate z Syberii.
Owszem, obecny wygląd Lara uzyskała dopiero w reboocie z 2013 roku (i wyszło jej to moim zdaniem na dobre - stara lara z sylikonowymi cyckami i napompowanymi ustami na typowo suczej twarzy to był jakiś dramat).
Na tym polega clickbait, że ja (i nie tylko ja) spodziewałem tutaj czego innego. Termin taktyczne RPG kojarzy mi się głównie z tytułami pokroju Jagged Alliance. I nie spinaj tak dupy o te chińskie bajeczki, bo ci żyłka strzeli.
Brak Baldura czy ID rozumiem, bo jednak trzeba gdzieś postawić granicę i tryb walki (aktywna pauza/tury) jest dobrym wyznacznikiem. Co jednak sprawia, że Shadowrun jest grą taktyczną, a Divinity Original Sin (który w kwestii turowej walki bije go na głowę) już nie? Tak czy inaczej niezły clickbait. Poza Shadowrunem, Tacticsem, Gorky 17 i ewentualnie Baner Saga (przynajmniej pod względem klimatu) sama chińszczyzna dla osób bez RiGCZu.
Jak na razie dodatek na plus. Nie jestem fanem ciasnych map w BF'ie, ale Fort Vaux wydaje się miłą odskocznią od tego co mieliśmy do tej pory. Verdun i Przełamanie podobają mi się najbardziej, co do Soissons mam mieszane uczucia. Z jednej strony to taka Blizna Saint-Quentin 2 (czyli moja ulubiona map z podstawki), z drugiej część gier które tam rozegrałem jakoś nie pykło. Wydaje mi się, że mapa ma jednak potencjał. Z nowych broni odblokowałem jak na razie tylko tę medyka w wersji bez soczewki, która jest spoko pod to jak lubię grać, oraz jakąś strzelbę dla szturmowca której jeszcze nawet nie wypróbowałem. Nowy tryb jest ok, ale chyba zapomnieli dać limitu czasowego przez co jedna gra potrafi trwać ponad godzinę. Sporo graczy też nie ogarnia zasad i zamiast szturmować punkty kampią gdzieś na końcu mapy (co jest tutaj znacznie bardziej odczuwalne niż w zwykłym podboju).
Ja kupiłem BF'a dla multi i przyznam, że singla jeszcze nawet nie ukończyłem. Nie mniej taka forma trybu dla jednego gracza jaka pojawiła się w BF 1 była świetną okazją aby przy okazji dodatków dostarczyć też bonusowe "opowieści wojenne". Inna sprawa, że te w podstawce wypadły raczej średnio. Podobała mi się pierwsza (ta z przedpremierowych prezentacji) za klimat i próbę przedstawienia wojny w mniej heroiczny za to bardziej ponury sposób, oraz ta z pilotem za zakończenie. Reszta niestety miała dobre momenty, ale też głupoty takie jak wysyłanie gołębia czołgu z prośbą o ostrzał artylerii gdy otoczyli nas wrogowie. Oczywiście wszyscy zginęli poza naszą załogą... Cud. Nie zmienia to faktu, że single i tak jest lepszy niż w trójce i czwórce, więc mogli pójść za ciosem.
"W końcu krwawe przygody Alicji w mrocznej Krainie Czarów widzieliśmy już w 2000 roku w American McGee’s Alice, a tego tytułu ówcześni krytycy nie mogli się nachwalić (87% na Metacriticu)." - szkoda, że na GOLu recenzję pisał jakiś dyletant i dał jej 6/10. Co do drugiej części to skłaniam się ku ocenom z metacritic. Gra wciąż dobra, ale już nie miała w sobie tej magii i klimatu co pierwowzór, do tego w paru miejscach sprawiała wrażenie na siłę przedłużonej przez co wkradała się monotonia. Widać też było, że nie był to priorytetowy tytuł dla EA i momentami nieco trąci budżetowością.
Następcą Fallouta 2 na pewno nie był, ale oceniam go jednak pozytywnie. Co prawda grałem dopiero w wersję poprawioną i wciąż sporo jest w niej niedociągnięć (BTW tutaj może sobie przybić piątkę z protoplastą), ale nie jest to dla mnie na pewno jakiś zawód czy rozczarowanie. Inna sprawa, że nie miałem jakichś ogromnych oczekiwań i wiedziałem, że gra będzie co najwyżej dobra (i za taką ją uważam). Mam też nadzieję, że Torment okaże się jednak lepszy. Przede wszystkim mam wrażenie, że będzie to jednak gra bardziej skondensowana, przez co też lepiej przemyślana.
@DziarskiHenk: Po prostu nie masz racji i nawet nie ma sensu się nad tym rozwodzić. Chociażby ten fragment "najlepiej jakby w każdej grzewszystkich się zaklikiwało na smierć co?" - a czym niby jest system z W1, jak nie "zaklikiwaniem na śmierć"? Ciężko mi wskazać grę, która byłaby pod tym względem bardziej prymitywna. Wszelkie mechaniki zostały zubożone względem Neverwintera, który był klasyczną grą RPG opartą o D&D. Nie pisze o fabule, o postaciach, a samej mechanice. Natomiast wymienianie jako atutów W3 rozwoju postaci (który jest na poziomie Diablo) zamyka dyskusję i eliminuje Cię z grona osób posiadających jakikolwiek RiGCZ.
@Vroo: oczywiście, że tak. Trudno jednak w ogóle porównywać pierwszego Wiedźmina do Skyrim. Przede wszystkim gra stoi okrakiem pomiędzy klasycznym RPG oraz aRPG, przy czym jednak zakwalifikowałbym ją do tej pierwszej grupy - sam grałem myszką z oddaloną kamerą, widok tpp+klawiatura to było straszliwe drewno gorsze niż pierwsze Gothici czy Morrowind. I w tej "klasycznej" kategorii gra wygląda po prostu tak sobie na tle wcześniejszych tytułów. Inna sprawa, że poza Dragon Agem (jedynką, bo o dwójce szkoda gadać) tego typu gry w tamtym czasie praktycznie się nie ukazywały. Druga rzecz, to charakter głównej postaci, która zwyczajnie nie nadaje się do tego typu gry. W RPG zawsze najbardziej lubiłem kreowanie postaci, a Geralt niestety jest już zbyt wykreowany przez swój literacki pierwowzór. Ramy są zbyt sztywne. Dlatego pójście w akcję w dwójce i trójce nie było złym kierunkiem. W dwójce niestety fatalnie to zrealizowano jeśli chodzi o gameplay, ale trójka jest świetną zręcznościówką z elementami RPG.
Usuwanie czegoś z finalnej gry nie jest niczym nowym. Rożnica jest taka, że tym razem mamy do czynienia z crowd foundingiem, a usunięte zostało to, za co konkretnie gracze zapłacili. Jak dla mnie jest to lekkomyślność ze strony twórców gry (i to już na etapie ustalania progów). Inną sprawą jest to, co faktycznie otrzymamy w momencie premiery - może się okazać, że brak obiecanych elementów (w tym wypadku towarzyszy) nie rzutuje zbytnio na całości. Oczywiście i tak niektórzy będą kruszyć kopie. Poniekąd słusznie, w trzeba walczyć o swoje, ale z ciskaniem gromami wstrzymałbym się do premiery.
"Poniewaz sa na tym swiecie ludzie, ktorzy po grach RPG oczekuja czegos wiecej niz wydania 90% budzetu na grafike, cinematici, trailery i reklame dodania fabuly na poziomie filmu Marvela, posypania wszystkiego lewicowa propaganda i uszycia tego wszystkiego za pomoca mechaniki i gameplayu o glebi przecietnej kaluzy na Saharze."
Przecież większość tych gówien ma równie ubogą mechanikę co oprawę. Poza tym co innego gra z prostą grafiką, a co innego wstawiany na siłę pixel-art, bo tak jest bardziej "artystycznie" i "alternatywnie". Zwykłe hipsterstwo.
Jeżeli ktoś nigdy nie grał w żadne RPG i w momencie premiery W1 miał nie więcej niż 15 lat, to jeszcze jestem w stanie zrozumieć zachwyty nad tą grą. W innym przypadku po prostu szkoda strzępić ryja. Nie jest to na pewno produkcja zła i na pewno był to jakiś tam kamień milowy dla polskich twórców gier, nie mniej przeszedłem pierwszego Wiedźmina raz i nigdy nie miałem chęci na powrót. Takie typowe 7/10, "ujdzie".Toporne to, brzydkie, z bardzo ubogą mechaniką i kretyńskim systemem walki (quick time event z jednym przyciskiem). Całość ratuje świetny klimat, niejednoznaczne wybory moralne i znośna historia, a także całkiem przyjemna alchemia. Do tego jakoś to działało, błędów zbyt wielu nie uświadczyłem. Poza jednym, gdy twórcom zachciało się zrobić grę akcji na silniku Neverwintera i trzeba było przebiec pod jakimś zawalającym się korytarzem - skrypt się źle załączył, a ja nie ginąc zostałem ze złej strony korytarza, po czym odruchowo zapisałem grę... Dobra godzina w plecy. Fabularnie jak wspomniałem było ok, ale historia wydawała się na siłę wydłużona. Wiedźmin 2 (koszmarny pod względem mechaniki) bardziej mi się podobał na tym polu. No i co tu kryć, trójka jest zdecydowanie najlepszą grą z trylogii. Daleki jestem od stwierdzeń, że W3 jest najlepszym RPG w historii (głównie dlatego, że RPG z niego taki sobie), ale jest naprawdę świetną grą jako całość i tu upatruję wartość poprzedniczek: dały odpowiednie podwaliny. Inna sprawa, że już chętniej włączę pierwszego Neverwintera, niż stworzoną na jego silniku grę o Geralcie.
Innymi słowy raczej zgadzam się z materiałem powyżej, nie zgadzam się z określaniem tego tytułu jako arcydzieła, czy też nawet bardzo dobrej gry.
ps. Zapomniałem o muzyce, którą Kacper tak zachwalał. Dla mnie była może nie tyle słaba, co zacofana względem reszty świata. Szczególnie jak wjeżdżała jakaś elektronika rodem z lat 90 https://www.youtube.com/watch?v=wU-UBWAA5Us. Z jednej strony klimat był przez to osobliwy, ale cieszy mnie jednak kierunek jaki obrano przy kolejnych odsłonach...
I tu wychodzą te wszystkie podśmiechujki ze Skyrim, gdzie po prostu silnik gry (taki brzydki, toporny i w ogóle niedobry) zwyczajnie sprzyja modowaniu. Coś za coś. W zasadzie to bym się nawet nie czepiał, ale CDP samo na siebie tego bata ukręciło :)
https://www.youtube.com/watch?v=9rLzGrCGLfA
Pytanie po co grasz na poziomie "krew, pot i łzy". Patrząc na książkowego Wiedźmina i na to jaki był momentami OP, to najbardziej "kanoniczny" wydaje się poziom "tylko opowieść"... Inna sprawa, że poziom trudności w tej grze jest zwyczajnie skopany, tzn. abstrahując od Geralta książkowego, bo robienie gry z takim bohaterem mijałoby się z celem - zero wyzwania. Popatrzmy na to po prostu jak na grę. Też grałem na "krew, pot i łzy", bo poniżej tego poziomu gra jest banalna. Przez większość czasu na "kpił" (fajny skrót) też jest banalnie. Akurat w "Krew i Wino" jeszcze nie grałem, ale w podstawce i pierwszym dodatku miałem w zasadzie trzy trudniejsze momenty. No, może cztery doliczając pierwszą walkę z gryfem (podejrzewam, że głównym problemem obok kiepskiego ekwipunku był po prostu brak ogrania). Pozostałe to walka z
spoiler start
Imlerithem - spoileruję na wszelki wypadek
spoiler stop
, jakaś bitka z bandytami w jednej z jaskiń (nie pamiętam co to za fragment gry, ale nieźle napsuli mi krwi, bo było ich tam ze 30-tu jednocześnie + ich dowódca, z czego kilku waliło do mnie na dystans) i pierwszy boss z "Serc z Kamienia", który był dla mnie wręcz masakryczny w porównaniu z resztą dodatku jak i podstawką. Podejrzewam, że było to jednak po prostu sito mające odsiać graczy z postaciami na zbyt niskim lvl. Reasumując, miałem momentami ochotę na większe wyzwanie, ale najwyższy poziom trudności to było kompletne nieporozumienie i jedyne co zmieniał to wydłużenie pasków wrogów przy skróceniu naszych, tudzież zwiększenie otrzymywanych i zmniejszenie zadawanych obrażeń. Innymi słowy jak potrafiliśmy ubić bez utraty zdrowia jakiegoś przeciwnika na "kpił", to i na "drodze ku zagładzie" dalibyśmy radę, tylko zmarnowalibyśmy na to dwa razy więcej czasu. Bezsens.
Fabularnie była spoko, gameplayowo dość rewolucyjna, klimat też był świetny, a zadania główne dawały radę. Na tym kończą się jej zalety. Powtarzalność rozgrywki była wręcz przytłaczająca, bo poza kilkoma misjami w których eliminowaliśmy główne cele (i które jak pisałem były ok) reszta polegała na klepaniu w kółko tych samych side questów aby podnieść swoją "pozycję". Dwójka jest lepsza pod każdym możliwym względem.
"w poprzedniej Pc musial gonic konsole" i spokojnie dogonił gdzieś w okolicach 2008 roku. Inna sprawa to exclusivy które sprawiły, że mimo wszystko kupiłem X360. Current geny to był technologiczny falstart był już na starcie, do tego biblioteka gier na wyłączność też szału nie robi (jedyne czego zazdroszczę to może Bloodborne i oczywiście nadchodzący RDR 2, o ile pozostanie exclusivem).
Co do Nintendo, to ostatnią konsolą tej firmy jaką miałem było SNES, potem bardzo chciałem N64, ale rodzice jednak kupili mi na urodziny PSX, czego z perspektywy czasu (czyli prawie 19 lat) nie żałuję. Cenię za dawne czasy N, ale ich stacjonarne konsole już od czasu pierwszego Wii kompletnie rozmijają się z moimi potrzebami i jak widać nie tylko moimi. Switch jest o tyle dziwny, że niby pojawiają się ci zapowiadani wydawcy third-party, ale w dalszym ciągu Nintendo zdaje się pokazywać jakie to jest alternatywne i "inne" od konkurencji, nie oferując w sumie nic rewolucyjnego - przenośne granie to fajny ficzer, ale nic poza tym, zwłaszcza przy takim zżeraniu baterii. Do tego ta cena... Śmierdzi mi to kolejną po Wii U katastrofą.
"Konsola przenośna" za 300$... Do tego pozwalająca na grę w bardziej wymagające tytuły przez maks. 3 godziny, zanim padnie bateria.
Od dłuższego czasu nawet nie próbuję przeglądać sklepu steama. "Kolejki" przeklikuję tylko wtedy jak dają karty, nawet nie patrząc na propozycje (100% cebula). Kiedyś podczas wyprzedaży można było kliknąć w zakładkę "poniżej 5€" i znaleźć jakieś perełki do wyrwania za hajs z portfela steam. Teraz mam tam albo gry które już posiadam, albo właśnie tony badziewia.
A co do "Petera Pompidou" (by Wonziu) to już od dawna jest strasznym badziewiarzem jadącym na nazwisku. Jego obecność w tym zestawieniu wcale mnie nie dziwi.
Co do piszczących cewek polecam Nvidia inspector i tam zablokowanie klatek na jakimś sensownym poziomie. Ja dałem 250 bo więcej i tak nie trzeba, a moja 970 zaczyna skwierczeć gdzieś w okolicach 500-600 (przy ponad 1000 w menu głównym Crysisa przypomniały mi się czasy modemów i nawiązywania połączenia z netem). W każdym razie w niektórych przypadkach (fpsy) to lepsze rozwiązanie niż V-sync na 60 kl/s.
Kompletnie nie rozumiem, za co Ci ktoś dał minusa. Hype wokół tej "gry" jest wręcz niepojęty. Rozumiem, że kult wokół postaci wąsatego hydraulika, że Nintendo itp. ale wszystko ma swoje granice. Pokemon GO przynajmniej oferował jakiś świeży (no, powiedzmy) koncept, który oczywiście zgodnie z przewidywaniami szybko się znudził, ale tutaj mamy tylko bezmyślnego auto-runnera, który może buty wiązać poprzednikom ze SNES (a nawet pierwszemu SMB na NES) za którego trzeba zapłacić 40 zł. Świat oszalał, tylko pogratulować Nintendo jak sobie wyhodowało wyznawców.
Przedwczoraj grałem pierwszy raz od czasów bety dzięki origin access. Nie ma listy serwerów, więc ciężko mi coś powiedzieć o liczbie aktywnych graczy, ale grę znalazło szybko. Jeżeli chodzi o rozgrywkę, to takie tam niezobowiązujące pitu-pitu w świetnej oprawie. Jeżeli Battlefieldy są dla casuali, to nie wiem co powiedzieć o Battlefront. Jeśli chodzi o multi to sam jestem raczej niedzielnym graczem (dopiero od niedawna gram więcej w BF 4 i ostatnio 1), więc prostota tej gry aż tak bardzo mnie nie odpycha. Sprawdzę ten dodatek, ale wątpię abym zdecydował się na zakup. Raczej poczekam, aż dadzą dodatki za darmo jak do BF4, albo chociaż włączą je do OA.
Co nie zmienia faktu, że sama technologia też nie wystarczy, nawet z najlepszym marketingiem. Taki Battlefront może i sprzedał się nieźle, ale na dłuższą metę trudno tu mówić o jakimś spektakularnym sukcesie (biorąc pod uwagę siłę marki i właśnie marketing).
Ale zdajesz sobie sprawę, że Crytek sprzedał prawa do marki po wydaniu pierwszej części? Ostatni Far Cry był porażką przede wszystkim ze względu na nietrafiony koncept. Natomiast mylisz się i to bardzo mieszając denuvo do kwestii benchmarków i ogólnie oprawy gry. Far Cry 3 też nie był żadnym benchmarkiem w momencie premiery (co zresztą było mu wytykane), a jednak okazał się dużym sukcesem. Słowo klucz to niestety multiplatformowość. Była to świadoma decyzja Ubi, którą można popierać bądź nie, ale przyniosła im zamierzony profit. Inna sprawa, że potem nie byli już w stanie wyciągnąć tak wiele z tej serii. Tu niestety wychodzi właśnie typowe Ubi - osiągają coś fajnego (podobnie było z AC), by potem rozmienić to wszystko na drobne. W dalszym ciągu nie ma to jednak nic wspólnego z Crytekiem, który w tym czasie miał już swoją nową serię - Crysis.
Ja rozumiem, że autor materiału jest młody i może pewnych rzeczy nie ogarniać, ale czy reszta redakcji nie mogłaby go uświadomić, żeby nie robił duplikatów materiałów które zrealizowaliście wcześniej? Ta gra była gówniana w zarówno 2010 roku kiedy wyszła, jak i w 2013 gdy do niej wróciliście, więc w 2016 dalej taka pozostaje. Ba, w 2019 też nic się w tej kwestii nie zmieni. Gothic jest tu tylko w nazwie (i nie bez przyczyny słowo to znalazło się dopiero w podtytule gry), poza tym mamy do czynienia z bardzo prymitywną zręcznościówką z tunelowymi lokacjami, kiepskim sterowaniem i systemem walki który opiera się na ciągłym robieniu fikołków (taką samą beznadzieję mieliśmy potem w Wiedźminie 2, który na szczęście nadrabiał innymi elementami). Szkoda czasu na takie gry.
Przeciwnicy w Falloucie 4 byli skalowani, ale po odwiedzeniu danej lokacji blokowali się na konkretnym levelu. Każdy rodzaj przeciwnika miał jednak pewien zakres leveli w których funkcjonował, no może z wyjątkiem takich ewenementów jak "łabądek" w parku.
Druga rzecz to Th'um. Czy ja gdziekolwiek napisałem że nie był przydatny do walki wręcz? Uzasadniłem tylko dlaczego w ogóle powił się w grze, bo bez niego walka ze smokiem byłaby niezwykle ciężka dla postaci walczących w zwarciu. Jest to też element który zmniejsza w jakimś stopniu rozstrzał pomiędzy "klasami". Czy jest to dobre, czy złe to temat na zupełnie inną dyskusję. Niemniej nie odbieraj tego co napisałem jako ataku na ten element gry, samo kompletowanie tych słów było bardzo dobrą zachętą do eksploracji.
Kolejnego akapitu nie będę komentował bo i tak wszystko odpierasz na zasadzie "mi nie przeszkadza". Jaki sens ma taka dyskusja? Odniosę się tylko do dwóch rzeczy: wampiryzm w waniliowym Skyrim to żart i tyle, po ponad 300 h nie złapałem go przypadkiem ani razu, bo po prostu nie spałem (nie jest to niezbędne aby awansować). Do tego negatywne skutki są praktycznie nieodczuwalne. Druga sprawa: to, że duchów praktycznie nie ma to żaden argument - po prostu poszli na łatwiznę.
1. Dlatego piszę, że jest to kwestia odczucia. Oczywiście, że w Skyrim jest więcej pancerzy, zwłaszcza tych unikalnych, ale przez większość czasu widzimy te same. Nie jest to też wada jak pisałem.
5. Chociażby Skyrim for Oblivion Crafting. 5 sekund szukania w google.
6. Tak, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby zaimplementować to w Oblivionie bez przesiadania się na nowy silnik.
7. Sugerujesz, że w modzie będą większe?
8. Wiarygodny pod tym względem to były stare Fallouty i ranga "childkiller". Poza tym jest to kolejny element który z technologicznego punktu widzenia mógłby się znaleźć w Oblivionie. Tylko po co?
10. Względem Obliviona nie ma chociażby tworzenia zaklęć, poza tym nic takiego rewolucyjnego w Skyrim się nie pojawiło w tym temacie. I co to znaczy "na jedno kopyto"? Mamy te same szkoły magii co zawsze i w większości te same zaklęcia. Już nawet nie piszę o Morrowindzie, gdzie niektóre czary były naprawdę przegięte, ale miało to swój urok. Niestety zarówno Oblivion jak i Skyrim to generalnie krok w tył jeżeli chodzi o magię.
4. Zboczyłem, bo piszesz takie bzdury, że dyskusja z Tobą nie ma żadnego sensu. Wszyscy piszący w tym wątku odnoszę się do sensu przenoszenia Obliviona na silnik Skyrim, a Ty zaczynasz wyliczankę która gra jest lepsza. Nie mam problemów ze wzrokiem, to raczej Ty masz problemy z czytaniem ze zrozumieniem. Sam walisz elaboraty, a nie jesteś w stanie wyłapać kontekstu z 2-3 zdań? Zarówno ja, jak i moi poprzednicy odnosimy się do różnic TECHNOLOGICZNYCH, które sprawiają, że przepaść pomiędzy Morrowindem, a Skyrim jest znacznie większa niż ta pomiędzy Oblivionem, a Skyrim. Stwierdzenie, że Oblivion od Skyrim mało się różni jest tylko SKRÓTEM MYŚLOWYM. Oczywiście, że się różni, ale korzyści z przeniesienia go na nowy silnik nie będą tak wymierne jak w przypadku Morrowinda, gdzie zmianie ulegnie cały charakter rozgrywki. Dlatego też Skyoblivion nie wzbudza w nas takiego zainteresowania jak Skywind. Tylko tyle. Kończę z mojej strony, bo zaraz znowu napiszesz, że w Skyrim są dzieci i wilkołaki, co kompletnie rozmija się sensem wypowiedzi zarówno moich, jak i pozostałych osób w tym wątku.
@giermuś1972: ani Tobie ani redaktorowi Berlinowi nie odbiorę przecież prawa do tego, abyście się mylili :) To jest Wasza subiektywna ocena, która jednak kompletnie mija się z ogólnym przyjęciem w.w. tytułu. Po prostu rzadko widzi się tak skrajne opinie (nie wliczam tutaj ocen graczy, ale to zupełnie inna historia).
"W falloucie 4 w ogóle nie było skalowania poziomów" - było, jednak w znacznie bardziej ograniczonym zakresie, dlatego gra sprawiała wrażenie jakby go nie było. To jak byliśmy mocni na wysokich levelach w niczym mi nie przeszkadzało, bo właśnie po to powinny być wysokie levele - aby równać wszystko z ziemią (a nie jak w Oblivionie, gdzie cały czas mieliśmy pod górę). Może tylko na początku było zbyt łatwo, a status niezniszczalnego osiągaliśmy zbyt szybko, ale jest przecież tryb przetrwania.
Th'um to nie jest typowa magia. To bardziej wyrównanie szans dla postaci walczących wręcz np. podczas walk ze smokami. Rozwój postaci w Skyrim może i działał lepiej (przede wszystkim płynniej - nie było wspomnianego przeze mnie kombinowania z mnożnikami), ale obcięcie atrybutów do trzech (hp, stamina i mana) to zbytnie uproszczenie. Zresztą nie tylko pod tym względem Skyrim został uproszczony. Brak zużycia sprzętu, duchy które mogliśmy tłuc zwykłą (a nie magiczną/srebrną) bronią, mam wrażenie, że trudniej było też zarazić się wampiryzmem czy innymi chorobami. Zresztą same skutki takiego wampiryzmu w Skyrim to żart, podczas gdy w Oblivionie dosłownie umieraliśmy na słońcu. Co do pozostałych punktów:
1. W sumie nie wiem. Dla mnie to w Skyrim wszystko było na jedno kopyto, tj. dominował styl nordów. Nie uważam tego jednak za wadę, było to logiczne. W Oblivionie bardzo szybko zostaliśmy zalani ebonem, szkłem i daedrykami - może dlatego wydawało się, że jest tego więcej. Tylko teraz pytanie jak to się ma do moda który ma odtworzyć Obliviona w Skyrim?
2. A tu mi dałeś zagwozdkę. Byłem przekonany, że coś takiego mieliśmy już w Oblivionie - jeśli nie, to oczywiście plus dla Skyrim.
3. Już w Morrowindzie to było. Może nie tak dynamiczne, ale jednak. Co do kar to w Skyrim podobał mi się podział na prowincje, które osobno zliczały nagrodę za naszą głowę.
4. To fakt, ale trzeba oddać Oblivionowi, że to on wprowadził elementy fizyki i oparte na niej pułapki. W dalszym ciągu jest to jednak kosmetyka, gdy zestawimy Skyrim z Morrowindem.
5. Tak, ale nie jest coś czego nie dałoby się dodać za pomocą modów.
6. To też nie wynika bezpośrednio z różnic technologicznych pomiędzy tymi grami (a raczej niedbalstwa twórców).
7. Tak, bo Skyrim to w dużej mierze góry. Specyfika regionu.
8. Meh.
9. Rzecz gustu.
10. Akurat magia została mocno uproszczona względem Morrowinda i Obliviona.
11. No coś musieli dodać w tych dodatkach :)
12. Czy ja wiem. Straciło to swój pierwotny klimat. Oczywiście można to tłumaczyć specyfiką regionu, niechęcią do magii, ale chociaż gildia wojowników powinna mieć swoja lokalne siedziby porozrzucane po innych miastach. Same wątki fabularne gildii były natomiast znacznie gorsze niż w Oblivionie.
Co do Obliviona to:
1. Tak, arena była ok.
2. Też.
3. Racja, chyba mój największy zawód w Skyrim - nie łykam tłumaczenia w stylu "góry, ciężki klimat, to i osady mniejsze". Poza tym zamki w Oblivionie były naprawdę świetnie rozbudowane i przede wszystkim miało to jakiś sens od strony architektoniczno-funkcjonalnej (nie to co w Morrowindzie - klimat świetny, ale też najgłupsze budowle ever).
4. Albo sprzedać dom nawiedzony przez duchy, albo porwać statek na którym postanowiliśmy się przespać, albo kazać zabijać potwory terpentyną wewnątrz obrazu, albo wysłać na przyjęcie, abyśmy... Itp. itd. Skyrim też miał oczywiście swoje momenty.
5. Maski <3
Tylko teraz tak. Zrobiliśmy sobie te wyliczanki, które do niczego nie prowadzą. Tu nie chodzi o to, która gra jest lepsza (bo jest to Skyrim - po prostu). Chodzi o to, że tak jak ktoś wyżej zauważył, różnice w mechanice pomiędzy Oblivionem a Skyrim nie są tak ogromne jak pomiędzy Morrowindem a którąś z późniejszych odsłon. Pomijając walkę większość da się zrobić modami, pozostałe punkty które wymieniłeś tracą tu znaczenie, bo Skyoblivion nie będzie np. mniej płaski od oryginalnego TES IV, skoro twórcy odtwarzają w nim tę samą mapę. Gildie natomiast dalej będą miały małe, kameralne siedziby, z tego samego powodu co powyżej. Smoczych krzyków też nie będzie. Inne elementy jak rozbudowany crafting czy możliwość interakcji w jaskiniach pojawią się pewnie za 100 lat, bo najpierw trzeba będzie przepisać questy i sprawić, aby ten świat w ogóle działał. Oczywiście, że Skyrim jest pod wieloma względami i lepszy i po prostu lepiej się w niego gra, ale zgadzam się z przedmówcami, że o wiele ciekawiej w takim settingu wyglądałby Morrowind.
"skalowanie poziomów (...) nie wspominając o rozwoju postaci"
Są mody które zmieniają skalowanie. Wiadomo, w Skyrim działa to pewnie lepiej, a w Falloucie 4 udało im się w końcu osiągnąć poziom przez który nie tęsknię za statycznym światem Morrowinda (piszę tylko o level scallingu oczywiście), ale bez przesady. Co do rozwoju postaci, to nie widzę powodu aby implementować ten ze Skyrim. Morrowind i Oblivion miały podział na klasy i robiąc remake należałoby to uszanować. No chyba, że się nie da, ale nawet nabijanie tych umiejętności w IV i V wyglądało podobnie i zostało odpowiednio zbalansowane (taki np. rozwój magii w Morrowindzie był katorgą bez odnawiającej się autmotycznie many, podczas gdy broń biała nabijała się sama) Nie był to system idealny (kusiło robienie tabelek i kombinowanie jak odpowiednio nabić mnożniki zamiast po prostu grać), jednak ten element powinien pozostać niemieniony. Co do systemu walki zgoda, ale tu też nie było takiego przełomu jak pomiędzy TES III i IV. Doszedł dual wielding i czarowanie dwoma rękoma. Swoją drogą czy w Oblivionie nie dało się przypadkiem rzucać czarów dzierżąc broń dwuręczną/jednoręczną+tarczę? Zdecydowanie bardziej czekam na Skywind, Oblivion z modami w pełni mi na ten moment wystarcza i przede wszystkim nie ciekawi mnie tak bardzo jak wyglądałaby gra z elementami ze Skyrima, bo róznicę oczywiście są, ale nie tak duże jak sugerujesz (mam porównanie bo odpalałem ostatnio i jedną i drugą grę bez modów).
Cd action potrafiło dać świetnie przyjętemu zarówno przez recenzentów jak i graczy Wolfenstein New Order 5/10. Nie chcę tutaj wyciągać zbyt daleko idących wniosków, ale co najmniej kilka razy zdarzyło im się już tak przywalić. Na gry-online podobną recenzją od czapy jest chociażby American McGee's Alice: od graczy średnia 9/10, ocena "eksperta" 9,3/10, a recenzent dał 6/10. Ja wiem, że recenzja jest czymś subiektywnym, ale przy takim rozstrzale ocen chyba jednak coś poszło nie tak...
"Znacie to uczucie, gdy Wasza ulubiona gra jest mieszana z błotem przez recenzentów? My też, dlatego zrobiliśmy zestawienie pozycji, które dostały od krytyków niezbyt wysokie oceny, a mimo to dziś cieszą się wielkim uznaniem."
Jeszcze czegoś nie rozumiesz?
Kolejny. Jak nie kojarzysz to odsyłam do metacritic, dużą część oryginalnych recenzji z 2006/2007 wciąż można sobie przeczytać. Rage nie był źle oceniany przez recenzentów, średnia 79 na pc nie jest zła (a na ps3 i x360 nawet wyższa).
"Taki Oblivion był zasypywany dychami, a patrząc przez pryzmat czasu to jeśli miałbym dzisiaj do którejś z tych dwóch gier wrócić to wybrałbym Gothica 3, który z pewnością nawet dziś może zaimponować oprawą audiowizualną."
Naprawdę??? Wybrałbyś Gothica??? Ale nas zaskoczyłeś tą informacją, doprawdy (ziew). A fragment o pozytywnych recenzjach na podstawie dwóch (DWÓCH!) przykładów to już murowany kandydat do Złotego Goebbelsa :D Oceny trójki w Polsce były strasznie zawyżone ze względu na kult wokół tej serii. W tym wypadku zdecydowanie bardziej rzetelną oceną odbioru przez media branżowe pozostaje jednak metacritic i smutne 63/100. Sorry. Zresztą sam dobrze pamiętam ten zawód, bo czekałem na tę grę jak głupi od pierwszych obrazków ze ścierowjadami czy inną latarnią morską - klimat był nieziemski. Po czym przyszła premiera i nie dało się w to grac. Zmieniłem kompa i dalej to samo. Jak już się przemogłem to pograłem, momentami było lepiej, momentami gorzej... Nie zmęczyłem jej do końca, ale na 7-7,5 zasługuje (teraz, nie w momencie premiery). Jednak patrząc na tę grę w kategorii sandboxa to wciąż półkę niżej niż Morrowind czy Oblivion, chociażby ze względu na możliwości dane graczom. Oczywiście się ze mną nie zgodzisz i ja to wiem, ale naprawdę Gothic 3 nie wniósł tutaj niczego rewolucyjnego. Ot, fajne i lubiane uniwersum, świetna muzyka i grafika, która może i by wtedy zachwycała, gdyby nie skopany silnik, przez który nie było nam dane się nią cieszyć.
Co gra to inny przypadek. Ciężko w ogóle zestawić ze sobą Gothica 3 i Symulator Kozy. Z jednej strony gra z którą wiązały się spore oczekiwania i zwyczajnie zawiodła (przede wszystkim od strony technicznej), z drugiej strony zwykły żart (choć nieco kontrowersyjny zważywszy na cenę jaka mimo wszystko trzeba za to "dzieło"zapłacić). Z Gothiciem 3 jest przede wszystkim taki problem, że grze za bardzo nie pomogły ani patche od twórców, ani wspomniane w tekście upgrade'y sprzętu. Gra już sporo po premierze chodziła w dalszym ciągu słabo. W 2008 roku wymieniłem kompa (Core 2 Duo chyba 8400, 2 GB ramu, 8800 GTX) i był to to wtedy całkiem mocny sprzęt. Na tyle, aby komfortowo grać w zmodowanego Obliviona, czy nawet w Crysisa na wysokich ustawieniach. Albo żeby łapać co kilkadziesiąt sekund regularne zwiechy we wspomnianym Gothicu 3. Jasne, sporo pomogły fanowskie łatki, ale i tak do ideału daleko. A teraz cofnijmy się do 2006 roku - recenzent dostaje taką grę i co ma począć? Trochę przypomina to sytuację z Batman Arkham Knight, który to w wersji na pc na metacritic ma raptem 70/100 (wywindowaną trochę przez to, że w wersji na konsole gra była jak najbardziej ok, poza tym siła marki...), a grę i tak udało się szybciej naprawić niż wspomnianego Gothica. Niemniej w ankiecie i tak dałem głos na grę Piranha Bytes. Co do reszty to w większości są to tytuły celowane w jakąś niszę której nie rozumiem (ETS), albo odgrzewane kotlety będące atrakcyjne tylko dla fanów serii (M&B), ewentualnie twory pokroju Postala czy wspomnionego Symultora Kozy, które ciężko traktować jako poważne gry.
@g40st: Abstrahując od oceny, bo to Twoja sprawa, tym "Zacznij się przyzwyczajać." tylko pokazujesz jakim jesteś bucem. Recenzja jest napisana na kolanie, więc Ci to wytknięto, dziennikarzyno.
1 i 2. Nie jest to uzależnione od gracza, bo w Wiedźminie eksploracja jest bezcelowa. Zadania czy miejsca do odkrycia samemu to margines, większość mamy podaną na tacy (czyt. mapie). Poza tym eksploracja nie dotyczy jedynie questów i lootu, ale też lore gry. W TES informacje o świecie czerpiemy głównie z książek, ale też miejsc które odwiedzamy. W Wiedźminie... Cóż, przede wszystkim nie odwiedzamy żadnych miejsc, bo jakiekolwiek większe lokacje typu podziemia są ściśle związane z zadaniami. Kolejna rzecz to brak level scallingu, przy zupełnie losowym rzuceniu na mapę potworów czy zadań. Nie chce mi się rozwodzić nad tematem, kiedyś już to pisałem w odniesieniu do Obliviona. Jeżeli świat nie skaluje się w stosunku do gracza, to musi być zapełniony z głową. Tak jak w Gothicu (mały świat - łatwiej), od biedy Morrowindzie (były zgrzyty, ale duży świat - trudniej). W Wiedźminie jest to zrobione bez sensu (potwory level 20 na trasie zadania z lev. 5), ale niski poziom trudności sprawia, że tak bardzo się tego nie odczuwa. Skyrim oczywiście posiada level scalling co dla wielu już jest świętokradztwem (sam nie jestem wielkim fanem tego typu rozwiązań), ale nie jest to aż taka patologia jak we wspomnianym Oblivionie, jednocześnie Fallout 4 pokazuje, że kierunek który obrała Bethesda ma jakiś sens (idealnie dalej nie jest, ale jakiś "kompromis" w końcu osiągnięto). Co do ostatniego zdania, to twoja sprawa jeśli wolisz makietę (ładną, przyznaję) Nowigradu od realnie zamieszkanych przez NPC domów...
3. Nieprawda. No chyba, że wliczymy w to wspomnianych NPC-klonów, ale ci naprawdę nie są lepsi od tych ze Skyrim. Nowsza gra to i ładniejsze modele, ale powtarzalność twarzy i fryzur na podobnym poziomie.
4. Ja o jednym, Ty o drugim... Poza tym bandyci na 3 levelu rzucający się na Geralta level 20 to co? Akurat w tym elemencie żadna z tych gier nie przyniosła niczego nowego - te same absurdy znane od zawsze.
5. Najśmieszniejsze jest to, że nie masz racji. Wiem, że magia w Skyrim dostała spory downgrade względem Morrowinda, ale w dalszym ciągu jest bardziej rozbudowana niż w DS. Co do innych "wymienianych elementów" się nie wypowiem, bo w sumie nie wiem o co Ci chodzi. Eksploracja? Fakt, jest to mocny element DS. Rzecz w tym, że nie jest to gra z otwartym światem, więc takie porównania nie mają sensu.
6. Jedno z zakończeń wojny, którego wcale nie odczuwamy podczas swobodnej rozgrywki. Mało tego, po zakończeniu gry wszystko wraca do stanu sprzed jakichkolwiek decyzji, wszyscy żyją i są szczęśliwi, a my możemy sobie w spokoju odhaczać pozostałe na mapie kontrabandy i inne gniazda potworów. O tym pisałem.
7. I co ja mam tutaj napisać? Typ nie widzi różnicy pomiędzy udaniem się w JEDNO miejsce oznaczone na mapie wielkim znacznikiem, od rozmów z NPC czy odwiedzaniem lokacji (o których też często dowiadujemy się właśnie z przypadkowych rozmów). Co do szybkiej podróży też nie masz racji, bo teleportować się można tylko do miejsc oznaczonych na mapie, do tego wcześniej przez nas odwiedzonych.
Gambri cenię Cię jako redaktora, ale ten materiał... Zacznijmy od tej recenzji Skyrima, w której chwalisz elementy charakterystyczne dla całej serii, czyli zdajesz się rozumieć jej fenomen. Zaraz potem wyjeżdżasz z Wiedźminem 3, w którym akurat te elementy (eksploracja, poznawanie świata) są takie sobie. To świetna gra, którą jednak zdecydowanie napędza główny wątek. Dlatego granie w Wieśka dla eksploracji mija się z celem tak samo jak granie w Skyrima dla fabuły. To dwie zupełnie inne gry. Oczywiście Bethesda może z gry CDP nauczyć się np. jak pisać dialogi, ale generalnie niech pozostanie przy tym na czym oparte były poprzednie gry cyklu. Kolejna rzecz to mało charakterystyczni NPC mówiący powtarzającymi się głosami. A teraz powiedz mi z iloma postaciami można wejść w interakcję w TES, a z iloma w Wiedźminie, gdzie mieszkańcy wiosek czy miast to po prostu sztuczny tłum, ruchomy element dekoracji (do bólu oskryptowany). Dodajmy do tego tych wszystkich sołtysów i wieśniaków od których dostajemy zadania poboczne - klon za klonem. Oczywiście oprócz tego mamy też kilka niezapomnianych kreacji, z czego dobra połowa to postacie znane z literackiego pierwowzoru, więc siłą rzeczy odbieramy je inaczej. TES to sandbox, Wiedźmin to gra tylko z elementami piaskownicy, które są co najwyżej poprawne. To samo mechanika. To w Wedźminie 3 jest jakaś mechanika? Rozwój postaci to jakiś żart. Skończyłem grę mając ze 20 nierozdysponowanych punktów umiejętności - bo po co? Alchemia niby lepsza niż w dwójce, ale do jedynki jej daleko - zero racjonalnego dysponowania zasobami, planowania itp. - raz zrobię i mam. O skradanie czy kradzież się nie czepiam bo do serii nie pasują, ale to też elementy mechaniki które w TES mamy od dawna, a Wiedźminie ich zwyczajnie brak. Poza tym też zabawnie wygląda wybiórcze zastosowanie prawa własności, gdzie obrabiając komuś chatę właściciel nawet nie piśnie, ale jak ukradniesz jakieś śmieci z tej jednej, jedynej skrzynki która stoi koło strażnika to od razu kara śmierci. Może to strach przed Wiedźminem? A może po prostu mechanika którą ktoś postanowił jednak zaimplementować do gry, jednak zapomniał jej dopracować... Jedynie mechanika walki jest tutaj zdecydowanie na plus, o ile rozpatrujemy tę grę jako klon Dark Souls, bo z RPG ma to mało wspólnego. I nie żebym gloryfikował to co jest w TES, ale tam mamy przynajmniej możliwość różnorodnego podejścia do tematu (rożne rodzaje magii, broni itp.) i choć do poprawy jest sporo, to jednak slasherowy kierunek który obrał Wiedźmin nie jest w tym wypadku właściwy. Kolejna rzecz to wybory. Te Wiedźminie 3 niby były takie kluczowe? Takie np.
spoiler start
zabicie Radomira ma zerowy wpływ na układ sił na mapie świata - Oxenfurt dalej jest okupowany przez jego armię, a podczas swobodnej eksploracji nie odczuwamy wcale skutków naszego wyboru
spoiler stop
Jasne, wybory mają wpływ na zakończenie gry, ale ogranicza się to wszystko do głównego wątku. Ktoś powie, że ciężko abyśmy mieli w grze o tak otwartej strukturze wybory wywracające wszystko do góry nogami, zmieniające grę w taki sposób jak w Wiedźminie 2 (dwie zupełnie inne wersje II aktu), ale tu dochodzimy do sedna: albo otwartość, albo wyraźne efekty naszych działań. Wiedźmin mimo wszystko stawia na fabułę, dialogi, postaci poboczne. Skyrim na eksplorację, rozwój postaci i poznawanie świata samemu (a nie odhaczanie kolejnych tablic ogłoszeń z zadaniami pobocznymi). Dlatego mam nadzieję, że Bethesda nie będzie się zbytnio oglądać na grę CDP. Przestraszyć to się powinna Fallouta 4, który był krokiem wstecz nie tyle w stosunku do Wieśka, a do TES III-V. Powiem więcej: Fallout 4 próbował (nieudolnie) wpleść do drewnianego silnika nieco filmowości, zwiększyć rolę głównego wątku (nadać mu jakieś emocje), czy nawet postawić nas w końcu przed ważnym wyborem (heh). Wszystko to kosztem tego, czego fani poprzednich gier Bethesdy oczekiwali. Dlatego niech TES VI zachowa swoją tożsamość. Niech ma złożoność Morrowinda, gildie i zadania poboczne Obliviona oraz klimat Skyrima. Bo jeżeli cała para pójdzie to aby kserować Wiedźmina, to tak naprawdę nikt z tej gry nie będzie zadowolony.
Oczywiście, że sugerowanie się ocenami w oderwaniu od treści recenzji mija się z celem. Nie zmienia to faktu, że skala liczbowa jest przydatna i daje nam jakieś ogólne pojęcie o odbiorze gry przez recenzentów czy graczy. Dlatego nie demonizowałbym metacritic (chociaż przyznam, że o wspomnianych "mnożnikach" nie wiedziałem). Sam patrzę czasem na średnią ocen, ale nie traktuję tego jako jakiegoś wyznacznika, a raczej punkt wyjścia do hmm... pewnego rodzaju analizy tych ocen, czy raczej stojących za nimi opinii. Zwłaszcza, że te same wydawałoby się cyferki w zależności od gry też należy odczytywać nieco inaczej. 6/10 w przypadku czegoś niezależnego, a produkcji AAA daje często zupełnie inne wnioski na temat tego, na ile dana gra spełnia oczekiwania recenzenta. Najważniejsze to umieć to wszystko odpowiednio odczytywać i interpretować. Pierwsze recenzje gier czytałem chyba z 20 lat temu, od jakichś dobrych 10 nie traktuję ich jako wyroczni, zresztą spora w tym zasługa internetów, youtube itp. Może zabrzmi to trywialnie, ale wszystko jest dla ludzi, o ile umiemy z tego korzystać. Dla mnie średnia ocen na metacritic (ale też na GOL) jest bardziej punktem wyjścia, albo ciekawostką, szczególnie w analizie odbioru gry recenzenci-gracze - można się doszukać naprawdę ciekawych wniosków.
W ogóle temat ocen od graczy zasługuje na jakiś osobny materiał... jedno jest pewne: też nie można ich traktować poważnie, zwłaszcza gdy ocena ogranicza się do kliknięcia cyferki od 1-10. A często się ogranicza. Ok, sam teraz wychodzę na hipokrytę bo ocenionych w ten sposób gierek na GOL mam już trochę, ale przynajmniej przy części z nich starałem się napisać te kilka słów opinii. Ktoś może się kompletnie ze mną nie zgadzać, może mnie nawet zwyzywać (typowe), przynajmniej wie dlaczego i w czym nasze podejście do danego tytułu się różni. Poza tym unikam ocen skrajnych, które są największym problemem tego typu serwisów: dawanie 10 bo "fajne", albo 1 bo... I tu lista robi się długa, widzę że już ktoś wyżej wspomniał Football Managera i brak chińskiej wersji językowej, ale absurdów tego typu jest znacznie więcej. Steam co prawda wymusza na nas tekstowe uzasadnienie swojej opinii, ale i tam nie brakuje rakotwórczych wpisów przez które musimy się przekopać aby poczytać cokolwiek co ma jakąś treść.
Gothic 3 bynajmniej nie wyprzedził swoich czasów, bo w 2002 wyszedł Morrowind, a w marcu 2006 (czyli jakieś pół roku przed G3) Oblivion i to te produkcje zdefiniowały sandboxowe aRPG. Dlatego to tłumaczenie, że nie byliśmy przygotowani na tę grę jest zwyczajnie błędne. Po latach nie wypada ona zresztą dużo lepiej, zwłaszcza od strony technicznej. Żadne community patche nie pomogą na zwyczajnie skopaną optymalizację. Dla mnie trzeci Gothic jest grą na jakieś 7/10 i powodem dla którego z obozu Gothic (uwielbiając 1 i 2+NK) przeszedłem do The Elder Scrolls. Trójka próbowała być właśnie takim TES, ale zabrakło rozmachu, została natomiast toporność poprzedniczek. Utracono przede wszystkim to co w Gothicach było zawsze najlepsze czyli ciekawie poprowadzoną fabułę głównego wątku i spójną wizję przedstawionego świata. Z dobrych rzeczy, gra była momentami naprawdę ładna (niestety nie na tyle aby łapać regularne freezy co kilkadziesiąt sekund, na sprzęcie łykającym bez popity zmodowanego Obliviona), świetna była też muzyka. Do tego wciąż był to Gothic i jak dla mnie ostatnia tak klimatyczna gra od PB. Owszem, pierwszy Risen był grą dobrą, ale gdybym miał wskazać jego największą wadę to byłby to właśnie absolutny brak klimatu - stworzone na jego potrzeby uniwersum w ogóle do mnie nie trafiało, a potwory były jakąś podłą karykaturą tych znanych z Myrtany.
Dla mnie dzieciństwo to głównie pegasus i amiga. Na tym pierwszym oczywiście 168 in 1 ze wszystkimi klasykami, a także Kunio Kun No Nekkestsu Soccer (tym bardziej, że sam "odkryłem" tę grę i rozpowszechniłem jej sławę wśród kolegów w podstawówce). Amiga to przede wszystkim Sensible World of Soccer, ale też Lotus 3, Cannon Fodder, Street Figher 2 czy Mortal Kombat.
Jednak gdybym miał wybrać jedną grę to byłby to Donkey Kong Country ze SNESa. Konsola ta nie była zbyt popularna w Polsce (miałem w szkole bodajże jednego typka z którym mogłem się powymieniać grami) , do tego same gry były strasznie drogie. W związku z tym DKC katowałem na okrągło, przechodziłem raz po raz, odkrywałem wszelkie możliwe sekrety. Dla mnie numer 1 jeżeli chodzi o platformówki 2D po dziś dzień. Dwójka była co prawda jeszcze lepsza gameplayowo, ale pod względem klimatu wolę jednak jedynkę. Do tego była to pierwsza gra która autentycznie zachwyciła mnie oprawą audio-wizualną. Zresztą w TV Gry motyw muzyczny z wodnego poziomu z DKC też już kilkukrotnie słyszałem gdzieś w tle, więc chyba nie jestem osamotniony w tej opinii :)
ps. Przypomniało mi się też o pierwszej grze w jaką kiedykolwiek grałem, chociaż to może za duże słowo, bo miałem wtedy może ze 3-4 lata. Sam początek lat 90, ojciec przynosi do domu z pożyczony z pracy komputer Amstrad na którym pokazywał mi grę którą nazywał "owocowym Frankiem". Pierwszy raz usłyszałem wtedy też prawdopodobnie o glitchu/exploicie w grze (rzecz jasna nie znałem wtedy tego określenia) - jeden z jego kumpli z roboty umiał ponoć tak wymanewrować łażące po planszy potwory, aby zablokować je w jednym miejscu, a następnie pruć w nie pestkami nabijając punkty. Nie wiem ile w tym prawdy, ale po około 25 latach postanowiłem odświeżyć temat i faktycznie gra pod tytułem "Fruity Frank" istniała i tak na pierwszy rzut oka był to swego rodzaju klon wspomnianego już przez Heda Boulder Dasha.
Rożnica jest taka, że aby odcinać kupony, trzeba mieć od czego. Mechanika w grach PB nigdy nie była dobra, a po latach stała się wręcz groteskowa. Siłą Gothica był klimat i całkiem spoko wykreowany świat. Niestety Risen pokazał, że twórcy nie potrafią powtórzyć swoich dawnych osiągnięć. Jedynka była grą naprawdę dobrą (choć małą i krótką), ale pod względem klimatu leżała. Kolejne części były jeszcze gorsze (pod każdym względem), dlatego sceptycznie patrzę także na Elex. Już lepiej jakby Piranie wróciły do klasycznego fantasy, bo takie cudowanie może im się odbić mocną czkawką.
Świetna gra. Przyjemny model jazdy, zróżnicowane (także w prowadzeniu) samochody, ogromna wyspa. Po odpaleniu rozdawanego za darmo The Crew aż zatęskniłem za TDU właśnie. W grze od Ubi tylko mapa robi wrażenie, bo model jazdy jest beznadziejny. Podobnie zresztą jak w TDU 2, które dodatkowo straszy gównianym klimatem nowobogackiego metro-pedalstwa. Nie grałem jeszcze w nową Forzę Horizon, ale przynajmniej do jej premiery nie było na pc lepszego samochodowego sandboxa od pierwszego TDU, gdzie już samo przemierzanie wyspy dawało niesamowitą radość.
Na początek napiszę, że podchodziłem do tej gry z dużą rezerwą. Wszystko za sprawą... Shadow of Mordor. Co ma Władca Pierścieni do Mad Maxa? Ano całkiem sporo, bo zarówno jedna jak i druga gra jest sandboxem czerpiącym garściami z gier Ubisoftu, ale też np. z Batmana od Rocksteady. Od Shadow of Mordor delikatnie mówiąc się odbiłem. Sama rozgrywka męczyła mnie monotonią, a wychwalany system "nemesis" rozczarował. Może po prostu miałem zbyt duże oczekiwania? Do Cienia Mordoru jeszcze pewnie kiedyś wrócę, tymczasem Mad Max, którego w końcu zdecydowałem się kupić, wciągnął mnie od samego początku. I od razu mówię: nie jest to gra idealna, jestem w pełni świadomy jej wad. Pomimo tego po prostu dobrze się w to gra, co wynika z dwóch elementów: świetnego klimatu i gameplayu tej "samochodowej" części rozgrywki. Bardzo przyjemny model jazdy, dość bogata możliwość modyfikacji fury (gdzie musimy wybierać pomiędzy "masywnością" naszego pojazdu co przydaje się w bezpośrednich starciach, a szybkością i prowadzeniem - albo albo!) i przyjemnie zrealizowana walka - harpun, pociski, taranowanie innych pojazdów, od strony mechaniki gry wszystko zostało zrealizowane naprawdę super. Różnią się też pojazdy naszych przeciwników: jedne sprawdzają się jako taran, inne przypalają nas ogniem, albo rozrzucają miny. Do tego takie smaczki jak zachowanie naszego auta po zmianie rodzaju nawierzchni/zboczeniu z drogi - to nie The Crew, tutaj naprawdę poczujemy wszelkie nierówności. Nieco gorzej wypada ta część gry którą spędzimy "na nogach". Walka zainspirowana została oczywiście Batmanem, ale nie jest nawet w połowie tak dobra. Z plusów można zapisać to, że nie jest kalką 1:1 jak w Shadow of Mordor, przez co wydaje się być mniej hmm... automatyczna? No jest po prostu inaczej, co widać szczególnie przy unikach. Niestety systemowi walki nie jest dane rozwinąć skrzydeł przez małą liczbę specjalnych ciosów, a także co tu kryć, małe zróżnicowanie przeciwników. Tutaj zawodzą przede wszystkim bossowie - walki z nimi nie są ani ciekawe, ani trudne.
Mad Max to gra o dość otwartej strukturze. Jeździmy po mapie, ulepszamy samochód, likwidujemy wrogie obozy/"straszaki"/pola minowe/snajperów, a także zbieramy złom pełniący rolę waluty. Od czasu do czasu otrzymujemy zadanie fabularne które popycha historię do przodu. Czasami warunkiem aby je otrzymać jest postęp w aktywnościach pobocznych (w tym w rozbudowie twierdz naszych sojuszników, co samo w sobie daje nam całkiem ciekawe bonusy). Opowieść tu przedstawiona nie należy do zbyt wymyślnych, ale idealnie wpisuje się w uniwersum, a pod koniec nawet się rozkręca i prowadzi to godnego finału. Szkoda tylko, że podczas tych misji rzadko kiedy robimy coś oryginalnego, wykraczającego poza czynności składające się na aktywności poboczne. Monotonia i powtarzalność to zresztą główne wady tej produkcji i jeżeli nie podpasuje wam klimat, to możecie mieć problem. Jeśli jednak lubicie filmy z Maxem to w grze odnajdziecie się idealnie. To gra w dużej mierze o samochodzie: o jeździe nim, walce z jego użyciem i sukcesywnej rozbudowie. Wszystko to okraszone naprawdę ładnymi widokami, choć i tutaj jest trochę nierówno. Otoczenie jest oddane świetnie, do tego mamy kilka stref znacząco różniący się od siebie (na tyle na ile pozwala pustynny krajobraz). Burze piaskowe to osobny temat - niech za rekomendację robi fakt, że te radiacyjne z Fallouta 4 (też niezgorsze w wykonaniu) nie mają nawet startu. Ciężko to odpisać, trzeba po prostu zobaczyć. Gorzej wyglądają natomiast wnętrza. Zawiodłem się też Czarnym Miastem które od początku gry jest celem naszej podróży. Dymiące kominy rafinerii widzimy w oddali niemal od początku gry, wygląda to bardzo monumentalnie. Na miejscu okazuje się, że udostępniony nam obszar to mały placyk z jedną odnogą "slumsów". Nie liczyłem na postapokaliptyczny odpowiednik Novigradu, ale i tak na zdecydowanie więcej niż otrzymałem. To zresztą idealnie podsumowuje dysproporcję pomiędzy wspomnianymi częściami "samochodową" i "pieszą" gry. Niemniej gra się w to naprawdę przyjemnie i chociaż na początku chciałem dać grze "tylko" 7/10, to właśnie za przyjemność wynikającą z prowadzenia i walki z użyciem Magnum Opus (bo tak nazywa się nasz pojazd) spokojnie dopisuję te pół punktu.
Nie dostali, natomiast pierwsze recenzje wyglądają tak jak piszesz. Niby ciężko coś stwierdzać przy 5 ocenach, ale naprawdę rzadko zdarza się, aby pierwsze noty dla tak dużej gry (marki) były aż tak słabe. Oczywiście może być to przypadek, trzeba będzie poczekać na większą próbę, ale opinie graczy też nie zachwycają. Oczywiście nie patrzę na średnią z meta, bo umówmy się: są gry, które zawsze będą zbierać cięgi, poza tym jak można traktować serio ludzi którzy oceniają gry albo na 0, albo 10/10. Starałem się jednak wczytywać w opinie w necie i nawet te pozytywne są jakieś takie bez przekonania... Klimat ok, reszta ujdzie. Wychodzi na to, że w sumie dostalibyśmy niezłą grę, gdyby wyszła kilka lat temu, ale czy takie były oczekiwania wobec Mafii III? Przy zalewie rozmaitych sandboxów chyba nie do końca. Do tego problemy techniczne, które z dobrej gry potrafią zrobić średnią, a ze średniej... No właśnie. Ja na szczęście nie kupuję pre-orderów (tj. kupiłem 2 - Skyrim i GTA V - z obu byłem mega zadowolony, ale to były pewniaki) i generalnie mam w co grać, dlatego cały temat śledzę ze spokojem.
Zawsze w takich momentach przypominają mi się wywody fanbojów Gran Turismo (rzecz działa się gdzieś w okolicach 3 czy 4 części), którzy zgodnie twierdzili, że "po co model zniszczeń, ja umiem jeździć i się nie muszę rozbijać po bandach" :D Tak samo tutaj. Po co to, po co tamto, graj w grę jak Pan Bóg przykazał, a nie będziesz wydziwiał...
@wwad: a jak gram na padzie, ale na monitorze? Kontroler nie ma nic do rzeczy, ekran już bardziej, bo faktycznie grając na tv + ps4 nie przeszkadzało mi tak bardzo 30 kl/s jak na monitorze. Mimo to obiektywnie patrząc wersja na konsole nie jest jakoś specjalnie lepsza niż na pcty.
Ale co to dało, że wcisnęli? Czy gra przyjęła się wtedy lepiej? Powyższe zarzuty można zastosować w odniesieniu np. do Fallouta 4. Porzucenie dawnej formy przyniosło profit, a jednocześnie wściekłość tych, którzy pamiętają RPGowe korzenie serii. W przypadku Commandosa było to zwykłe pójście na łatwiznę, które nie przyniosło jednak żadnego efektu.
Bo wątek główny w Oblivionie był krótki. Dłuższy był w Skyrimie, ale za to zadania poboczne znacznie mniej rozbudowane i krótsze. Co nie zmienia faktu, że całościowo obie gry są porównywalnie duże i na pewno żadna z nich nie może uchodzić za krótką. Dlatego te rozważania przy kolejnych TESach o wielkości mapy, długości kampanii czy ilości misji pobocznych traktowałem zawsze z przymrużeniem oka - efekt końcowy mnie jakoś nie rozczarowywał i zarówno przy czwórce jak i piątce bawiłem się długo i przede wszystkim bardzo dobrze. Inna sprawa, że w Falloucie 4 też nabiłem ponad 200 godzin, ale do tej pory mam pewnego rodzaju kaca moralnego i uczucie, że nie były to najciekawiej spędzone godziny w moim "growym" życiu... Podobnie mam z grami od Ubi i w ogóle z sandboxami w ostatnim czasie. Wyjątkami z ostatnich lat są GTA 5 i Batman Arkham City (choć to akurat nie do końca sandbox). No i wspomniane przez Ciebie Borderalndsy 2, przy których bawiłem się świetnie (zarówno przy głównym wątku jak i dlc), a nie ukończyłem tej gry tylko dlatego, że akurat w pewnym momencie zmieniałem kompa, potem przyszły inne tytuły i jakoś tak trafiła na moją kupkę wstydu...
Gothic 1 i 2 to świetne gry, ale trzeba być naprawdę zaślepionym fanbojem, aby twierdzić, że sterowanie nie było toporne. Księżycowe skoki, kiepski system walki, zero-jedynkowe reakcje naszego bohatera skutkujące mało precyzyjnymi ruchami, dziwaczne strafe'owanie, mało płynne wspinanie się po drabinach (niby detal, ale temat "drabiny w grach kiedyś i dziś" zasługuje na porządną rozprawkę), blokowanie się na niektórych obiektach... Osobny temat to poruszanie się po ekwipunku i korzystanie z przedmiotów. Sterowanie było przede wszystkim nieintuicyjne, czego najlepszym wyznacznikiem jest to, że jakoś w innych grach tpp się nie przyjęło.
@sebogothic: fragmentu o myszy nie będę nawet komentował (dobrze, że twórcy fpsów reprezentowali mniej twardogłowe podejście - w końcu w Dooma też dobrze się grało na samej klawiaturze), ale sterowanie w Wiedźminie 3 było pisane z myślą o padzie i na nim było jak najbardziej intuicyjne. Dlatego nie pisz, że musimy wciskać jakieś szifty i ppmy, bo klawiatura nie jest tutaj domyślnym urządzeniem sterującym. Ktoś powie, że to tak jak mysz w Gothicu. Problem jest taki, że na samej klawiaturze w Gothica gra się jeszcze bardziej drętwo.
Dlatego należy rozróżnić dawne dodatki od dzisiejszych dlc. Kiedyś były to faktyczne rozszerzenia do gry, a nie zestaw kilku popierdółek. W artykule została wspomniana zbroja dla konia z Obliviona, która faktycznie była takim punktem zwrotnym. Pal licho, że akurat Bethesda wciąż robiła konkretne fabularne dodatki do swoich gier (raz z lepszym, raz z gorszym skutkiem ale jednak), a zbroja trafiła potem i tak do wydania kompletnego. Sprawiło to jednak, że pozostali wydawcy strasznie się rozbestwili w tej kwestii i teraz płacić musimy już niemal za wszystko, a odnośnik do sklepu straszy nas już od pierwszego uruchomienia gry, jak w jakimś free to play. No i oczywiście te ceny, gdzie za dodatki płacimy więcej niż za samą grę. Wciąż są oczywiście dodatki godne polecenia jak te do Wiedźmina 3, ale to kropla w morzu.
Seria Commandos upadła dlatego, że zaczęła zjadać swój własny ogon. Po świetnej dwójce przyszła słabsza, nastawiona bardziej na akcję trójka. O Strike Force nawet nie wspominam, bo to zwykły spin-off mający na celu wyciągnąć jeszcze trochę kasy z marki. Marki na którą ewidentnie zabrakło pomysłu i tyle. Patrząc na to ile wciąż wychodzi gier strategicznych (znacznie bardziej hardcorowych od "Komandosów") to nie jest problem natury "kto by to wydał". Jasne, nie jest to rodzaj gry który sprzeda się na pniu choćby nie wiem co, jak np. kolejne części Call of Duty. W dobie dystrybucji cyfrowej i kickstarterów wydanie takiej gry nie stanowi jednak większego problemu, o ile ma się pomysł jak ulepszyć coś co wyszło 15 lat temu. Co nie zmienia faktu, że chyba zaraz odkopię płytę z dwójką i przejdę ją po raz kolejny.
Pierwsze części Mario (bo to do nich jak rozumiem pije autor) były jak najbardziej kierowane do dzieci, tak jak większość gier z tego okresu. Wystarczy spojrzeć na kampanie reklamowe Nintendo i Segi z tamtych czasów. Dorośli stali się pełnoprawnymi odbiorcami konsol znacznie później, na dobrą sprawę przy piątej generacji. Wtedy też Nintendo zmieniło swoją politykę marketingową i Mario czy Zelda stały się grami "dla wszystkich". Żeby to zrozumieć trzeba pamiętać jak wyglądała kiedyś branża gier, uplasowana gdzieś pomiędzy klockami lego, a action figurkami. Dopiero z czasem okazało się, że można też dotrzeć do dojrzałych odbiorców i przy okazji robić na tym niezły pieniądz.
@Camelson: Misja w kosmodromie jest przegięciem i tyle. Dobrze podsumowuje kampanię w BO1, którą można określić jako zmarnowany potencjał, bo tematyka była świetna. Jeżeli nie dostrzegasz różnicy jakościowej między MW1 a BO1, to sorry - nie mamy o czym dyskutować. O CoD 2 pisałem już wcześniej. Zastosowano w nim wiele sztuczek dających złudzenie realnej walki, pomimo faktycznej tunelowości wielu map, zresztą jak można porównywać pewnego rodzaju prekursora z grą, która wyszła wiele lat później, kiedy oczekiwania także poszły w górę. Kosmodrom to była po prostu ta kropla która przegięła pałę goryczy. Kampania nie oferowała w zasadzie nic zapadającego w pamięć, stąd pamiętam głównie to co nie poszło do końca dobrze. W MW1 też mieliśmy fragment w którym w pojedynkę broniliśmy martwego kolegi przed hordami wroga (Prypeć), ale już pomijając takie oczywistości jak bardziej otwartą przestrzeń (vs korytarz szerokości 3 metrów) i możliwość przygotowania się do starcia (chociaż na veteranie i tak jedyną słuszną taktyką było leżenie plackiem koło diabelskiego młyna), to był to tylko fragment fajnej, emocjonującej, TOTALNIE NIEREALISTYCZNEJ misji. Oprócz tego mieliśmy kilka innych NIEREALISTYCZNYCH misji, dających mimo to namiastkę uczestniczenia w konflikcie dwóch armii. Tu nie chodzi o realizm, a o pewną konwencję której zarówno w nowszych CoDach jak i BF'ach nie udało się uchwycić. Tyle.
@Redowato_u_Reda: akurat dla mnie ten "feeling" skończył się podczas misji w kosmodromie w BO1, gdzie z wąskiego korytarza wybiegało na nas ze stu typa i kładliśmy ich jeden po drugim naszym kilkuosobowym oddziałem. Z tym, że Black Opsa traktowałem wtedy jako taką odskocznię od głównej serii, z założenia nieco przegiętą, ale za to z ciekawą otoczką zimnej wojny. Jak się potem okazało kolejne odsłony były jeszcze bardziej kosmiczne (dosłownie), a po rozegraniu kilku misji kampanii w BO3 miałem dość. I gdzie tu w ogóle przywoływać czwórkę? Poziom nieosiągalny zarówno w kolejnych CoDach jak i BF'ach.
Problemem kampanii w BF4 nie były dla mnie "walki z botami i cutscenki" tylko brak poczucia uczestniczenia w realnym konflikcie. Przez większość czasu zasuwamy we trzech czy tam czterech wyrzynając całe zastępy wrogów. Już CoD 2 pokazał jak należy przedstawić pole bitwy, niejako oszukując gracza jego skalą (skrypty, skrypty, skrypty...), ale robiąc to bardzo przekonująco. Paradoksalnie zbytnie gmatwanie fabuły tylko temu szkodzi. Zestaw wyrazistych, wyraźnie zarysowanych postaci sprawia, że cała ta otoczka walki schodzi gdzieś na dalszy plan. Wojna przestaje być desperacką walką o przetrwanie, a staje się opowiastką o superbohaterach którzy z każdego zagrożenia wyjdą bez szwanku. Albo robimy grę o prawdziwej wojnie, albo Wolfensteina.
To ukazanie śmierci w formie "nekrologu" trochę przypomina mi Cannon Fodder z rosnącym "lasem krzyży" (heh) po śmierci naszych wojaków. Świetny pomysł, aby ukazać wojnę w nieco mniej heroiczny, za to znacznie bardziej ponury sposób. Oczywiście zgadzam się z przedmówcami, że to wciąż EA i pompatyczności przemieszanej z widowiskowością tu nie zabraknie, ale miło, że przynajmniej podjęto próby przemycenia nieco antywojennych w swojej wymowie motywów. Motywów, które zbudowały przecież wielkość filmów takich jak "Czas Apokalipsy", "Full Metal Jacket", czy skoro jesteśmy przy tematyce I WW "Na Zachodzie Bez Zmian". Jasne, całość pewnie będzie miała nieco lżejszą otoczkę, ale i tak jest to dla mnie krok w dobrym kierunku, zwłaszcza w czasach gdy główny konkurent BF'a idzie w jakieś bezduszne kosmiczne naparzanki. Czy będzie to w końcu singlowa kampania godna tej serii? Zobaczymy, ale na razie jestem na tak.
@Cyber Rekin: to jeszcze nic, wśród najlepszych gier na ps4 jest Last Guardian z planowaną premierą w grudniu...
Gram na padzie, na dźwięku przestrzennym minie zależy, a działające spolszczenie (z polskimi znakami) wierzę, że w końcu ogarną sami gracze. Co nie zmienia faktu, że oburzonych jak najbardziej rozumiem. Doświadczyłem natomiast bardzo niemiłego błędu, który wywaliło mi dokładnie w momencie zapisywania, przez co straciłem jakieś 40 minut gry - po ponownym odpaleniu mogłem wczytać tylko dużo wcześniejszy autosave. Poza tym nie wiem czy to błąd, bo w jedynkę ostatni raz grałem wieki temu, ale po zebraniu drugiego tonicu, na liście slotów nie było tego pierwszego. Wiem, że zarządzać mogę nimi dopiero w późniejszej fazie gry, ale czy jest wcześniej opcja aby chociaż podejrzeć co mam aktywne? Z plasmidami nie mam tego problemu.
"Tak jak II wojna umarła w strzelankach wraz z Modern Warfare, tak klasyczny gangsterski klimat lat 30-50, umarł wraz z Mafią 3" - klasyczny gangsterski klimat nigdy na dobre nie zagościł w grach. Tworzyły go pojedyncze tytuły, nie ma sensu porównywać tego do FPSów, gdzie II WŚ była naprawdę mocno eksploatowana, po czym nagle przestały wychodzić tego typu gry.
@Blackthorn: też nie rozumiem kultu Mafii II, bo to średniak który tylko odcinał kupony od świetnej jedynki. Komentarze w momencie premiery przypominały te tutaj dotyczące trójki, czyli przeważał zawód z powodu kierunku jaki obrała seria. Może przynajmniej trójka będzie lepszą grą? Bez klimatu i hmm "realizmu" jedynki, ale jednak dobrą grą. No ale w tym momencie przypominam sobie jakie wrażenie na filmikach Heda sprawia model jazdy i jak zachowuje się SI podczas strzelanin... Obstawiam mimo wszystko średniaka, ale chciałbym się mylić.
Akurat zmiana czasu akcji jest jedną z niewielu dobrych decyzji twórców, bo lata 60-70 mają naprawdę sporo mafijnego potencjału. Inna sprawa, że taki upadek znaczenie rodzin i potrzebę zmierzenia się z nowymi graczami chętniej oglądałbym z perspektywy tych pierwszych. Co prawda podobał mi się film American Gangster, ale po zaprezentowanych materiałach raczej nie widzę zbytniej inspiracji (pomimo zbliżonej tematyki i czasu akcji). Zdecydowanie więcej tu Michaela Baya niż dobrego kina gangsterskiego.
Bardziej mi to przypomina gry z serii Ojciec Chrzestny niż Mafię. To plus pierwszy Assassins Creed (wykonywane w kółko te same mini misje) i oczywiście GTA, czy raczej nieudolna próba wzorowania się na grze Rockstara. Pierwsza Mafia robiła w zasadzie wszystko, aby porównań do GTA uniknąć. Oczywiście wciąż były wspólne elementy (kradzieże samochodów, otwarte miasto itp.), ale sama rozgrywka była zupełnie inna. Mniej było rozpierduchy, model jazdy był bardziej realistyczny, a tempa wszystkiemu nadawała (bardzo dobra swoją drogą) fabuła. Nie wiem co ma na celu robienie z tej serii sandboxa. Tzn. wiem - jest to znacznie prostsze, a i tak się sprzeda. Zeszłoroczny przykład Fallouta 4 pokazuje to idealnie. I nie twierdzę, że Mafia 3 musi być grą złą. Po prostu nic nie wskazuje na to, aby wybiła się ponad przeciętność, tak jak zrobiła to GTA V. Obstawiam, że będzie to coś klasy Just Cause 3 czy innego Mad Maxa - można zagrać, szczególnie jeżeli odpowiada komuś dany setting (lata 60, Nowy Orlean itp.), ale nie widzę tych grach niczego nadzwyczajnego, czegoś co dałoby im jakąś tożsamość. Wiele elementów we współczesnych sandboxach jest powielanych i róznią się one przede wszystkim miejscem akcji i 1-2 charakterystycznymi elementami, które jednak nie czynią je wyjątkowymi. Jestem już po prostu znudzony tego typu grami i podejrzewam, że nie jestem w swoim myśleniu osamotniony. Z drugiej strony standaryzacja jest też odpowiedzią na oczekiwania dużej grupy (zazwyczaj tzw. "casualowych") graczy, którym po prostu odpowiada fakt, że włączają dany tytuł i czują się jak w domu. Rozumiem też potrzebę zmian po drugiej części, która była co najwyżej średnia. Fajnie się strzelało, ładnie to wyglądało, ale to w zasadzie tyle. Gra była krótka, miasto nie dawało nawet złudzenia otwartego, a klimat pierwowzoru też gdzieś uciekł. Dlatego tym razem zdecydowano się na taką, a nie inną koncepcję. Nie skreślam tego tytułu, ale niestety obawiam się, że kolejny raz dany nam będzie do zrozumienia prosty fakt: są sandboxy i jest GTA. Na tej płaszczyźnie seria R* jest bezkonkurencyjna, a ostatnia odsłona idealnym przykładem jak połączyć misje fabularne, poboczne i zwykłą radość z eksploracji/rozwalania wszystkiego wokoło. W zaprezentowanym materiale widzę tylko tego namiastkę, nie widzę natomiast tego za co kochałem pierwszą Mafię. Pozostaje mieć nadzieję, że jednak twórcy trzymają jakiegoś asa w rękawie, a zadania głównego wątku okażą się na tyle dobre, żeby sięgnąć po ten tytuł. Wszystko jednak rozchodzi się o proporcje. Pierwszy Assassin też miał fajne misje fabularyzowane. Szkoda tylko, że stanowiły one tylko promil rozgrywki w stosunku do mega powtarzalnych mini zadań zwiększających naszą pozycję w bractwie, czy innego zbierania flag.
Ciężko mi ocenić tę grę w żaden sposób nie odnosząc się do tego jak jest krótka. Przejście całości zajęło mi ledwo 4 godziny. Oszukany czuć się nie mogę, bo tyle wskazuje chociażby stronka how long to beat. Niemniej jestem typem gracza który lubi eksplorację i zaglądanie w każdy kąt, przez co zazwyczaj do wyników z hltb mogę spokojnie dodać ze dwie godziny (albo i więcej). Nie tym razem. I wiem, że temat ten był wałkowany już wielokrotnie (również przez samego A. Ch.), ale czułbym się z lekka wydymany dając za tę grę więcej niż 20 zł. Na szczęście dałem ok. 15... No ale ok, zostawmy na chwilę ten temat. Co może się podobać w Zaginięciu Ethana Cartera? Na pewno klimat. Spora w tym zasługa oprawy graficznej, zarówno od strony artystycznej jak i bardziej technicznej, chociaż nie upatrywałbym w fotogrametrii czegoś przełomowego. Świat wygląda pięknie, ale też bardzo statycznie. Oczywiście w przygodówce nie ma to aż takiego znaczenia, więc nie ma sensu za bardzo się czepiać. Klimatyczna jest też sama historia, chociaż w pełni doceniłem ją dopiero po zakończeniu. Nie jest to jakieś arcydzieło po którym musiałem wstać od kompa i zrobić kilka kółek wokół bloku pogrążony w kontemplacji, ale daje radę i przede wszystkim sprawia, że chce się grać. Jest to niezwykle ważne w tego typu produkcji, gdzie gameplay jest szczątkowy, a zagadki diabelnie proste, niewymagające w sumie nawet chwili zastanowienia. Pewnie znajdzie się ktoś (z autorem gry na czele) kto powie, że to tak specjalnie, aby nie wytrącać gracza z rytmu, aby lepiej chłonął opowieść... Ale do mnie to nie trafia. Nawet interaktywny film powinien cechować się tym, że mamy jakiś wpływ na to co dzieje się na ekranie. Tutaj pod względem zaawansowania przypomina to momentami wciskanie pause/play na pilocie telewizora i sugerowanie, że daje nam to jakakolwiek kontrolę nad oglądanym programem. Może trochę wyolbrzymiam, ale jak na grę z dość otwartym światem brakuje tutaj jakichś aktywności pobocznych, sekretów, ewentualnie alternatywnych kierunków, którymi mogłaby podążać fabuła. Czegokolwiek co sprawiłoby, że nie byłby to tytuł na jeden raz. Niestety po obejrzeniu napisów końcowych nie ma już po co wracać (chyba, że dla jednego easter egga/achievementa, o ile kogoś rajcują takie rzeczy). Pomimo powyższego narzekania te 4 godziny wspominam miło i myślę, że spokojnie mogę dać to 7/10. Zdecydowanie nie jest to jednak tytuł dla wszystkich, dlatego jeśli nie lubisz tego typu rozgrywki, Zaginięcie Ethana Cartera raczej tego nie zmieni.
Legend of Grimrock 2 - zdecydowanie tak. Chyba moja ulubiona dwójka z w miarę świeżych tytułów. Właśnie ogrywam i niby fundament ten sam, graficznie praktycznie to samo, ale właściwie wszystko zrobiono tu lepiej i z większym rozmachem.
Gra jest świetna, ale żeby to docenić trzeba nie być debilem, to raz. Dwa, trzeba ocenić ją uczciwie, z perspektywy 2006 roku. To co jest największą siłą Obliviona to side questy. To trochę jak z Wiedźminem (książkowym), gdzie opowiadania przez wielu stawiane są wyżej niż saga. Oblivion oferuje ogromną swobodę działań i różnorodność świata gry przez co też cierpi, bo brakuje mu spójności rodem ze Skyrim. Z drugiej strony Skyrim też traci na tej właśnie spójności, koncentrując się zbyt mocno na fabule głównego wątku. Side questy w grach Bethesdy już nigdy nie miały takiego rozmachu co w Oblivionie. Jednocześnie TES IV był wielkim skokiem technologicznym w stosunku do Morrowionda. W 2006 roku zarówno oprawa wizualna jak i gameplay były mocnymi stronami tej gry. Śmieszy mnie jak teraz czytam narzekania na wygląd twarzy, bo wtedy był to pewnego rodzaju kompromis, dzięki któremu każdy NPC w grze wyglądał inaczej. Sam edytor postaci też był niesamowicie rozbudowany i chyba dopiero Fallout 4 mu pod tym względem dorównał, dając przy okazji bardziej realistyczny i mniej "kartoflany" efekt końcowy (mówię o grach Bethesdy). Oczywiście nie wszystkie rozwiązania się sprawdziły, jak chociażby nadużywany HDR/bloom, ale w 2006 roku "realistycznie" oślepiające nas światło bijące z ekranu robiło wrażenie. Dużo zarzutów tyczy się powtarzalności świata, ale to też nie do końca prawda. Najgorsze pod tym względem były podziemia, których było raptem kilka rodzajów (jaskinia, elficka świątynia, grobowiec/ruiny twierdzy, kanały i to z grubsza tyle). Z drugiej strony zamki w miastach były całkiem rozbudowanymi lokacjami, z setkami obiektów które mogliśmy podnieść, rozrzucić, czy po prostu ukraść. Ceną oczywiście było ładowanie tych lokacji osobno, czego szczyt mogliśmy zaobserwować w Imperial City. Było to jednak faktycznie żyjące miasto, gdzie niemal każdy mieszkaniec miał swój indywidualny wygląd, imię, dom i zakres czynności które wykonywał (nawet jeżeli te ograniczały się do szlajania po mieście, to często byli uwikłani w różnego rodzaju questy poboczne). Coś czego zabrakło (pięknie zaprojektowanemu skądinąd) Novigradowi w W3, no ale coś za coś. Oczywiście Oblivion to także kilka ogromnych błędów które popełnili twórcy, ale te częściowo wynikają ze zbytniej otwartości gry. Pierwsza rzecz to level scalling. Żeby zrozumieć potrzebę wprowadzenia tego elementu należy cofnąć się do pierwszych kilku(nastu) godzin które spędziliśmy w Morrowindzie, ginąc co chwilę zabijani przez skrzekacze. Oczywiście teraz każdy jest mądry, bo wie gdzie pójść najpierw, co robić, a czego nie itp. Niemniej dla mnie pierwsze chwile w Morrowindzie to był horror, zwłaszcza jako fana dwóch pierwszych Gothiców, które był mniejsze, bardziej liniowe i o wiele czytelniejsze w kwestii konstrukcji świata gry - drogi są w miarę bezpieczne, im dalej w las tym ciężej, a gra jako tako pokieruje cię gdzie masz się udać w pierwszej kolejności. W Morrowindzie tego nie było, co z jednej strony jest ogromnym plusem (otwartość!), z drugiej nie zawsze działało tak jak powinno, co było widoczne także przy wykonywaniu questów. Nieraz było tak, że dotarłem na miejsce bez większych problemów (aczkolwiek ze zniszczonym w błyskawicznym tempie rynsztunkiem), gdzie czekał na mnie przeciwnik mający mnie na strzała. Godzina gry w plecy. Problem level scallingu jest obecny w grach do tej pory. Wiedźmin 3 który z niego zrezygnował też nie jest ideałem, bo popełnił te same błędy co Morrowind, ale zrównoważył to niskim poziomem trudności (nie licząc tego najwyższego, który i tak jest bez sensu - przeciwnicy mają piekielnie długie paski życia przez co marnujemy czas tłukąc ich w nieskończoność). Dlatego nie dziwi mnie fakt, że Bethesda próbowała coś w tej kwestii zmienić w stosunku do TES III. Co ciekawe gra nie stała się dzięki temu wyraźnie łatwiejsza (tzn.po części stała się, ale głównie przez to, że system walki nie był aż takim drewnem jak w Morrowindzie), a sam Oblivion jest na pewno trudniejszy niż Skyrim. Można powiedzieć, że w pewnym momencie szala przechyla się wręcz w drugą stronę, bo ile nie szliśmy stricte w walkę, to levelując i tak zwiększaliśmy poziom przeciwników. Najlepiej było to widać, kiedy po nabiciu jakiegoś 40 levelu wróciłem do wątku głównego, który porzuciłem po dotarciu do Kvatch. Efekt? Spamowanie na potęgę wysokolevelowych potworów (gra klatkowata ostro na 8800 GTX). Żeby było śmieszniej, level scalling jakoś nie obejmował NPCów którzy mogli nam w czymś pomóc, ani ich wyposażenia. No i oczywiście ci bandyci w szklanych zbrojach... To jest największa bolączka tej gry, bo im dłużej gramy, tym bardziej wszystko wokół się psuje. Tak jakby ktoś nie przewidział, że faktycznie gracz może wykonać wszystkie side questy, należeć do wszystkich gildii jednocześnie itp. Wadą jest także system rozwoju, a konkretnie pojawiający się tam mnożnik. Długo by to opisywać. W skrócie: w grze mieliśmy główne atrybuty takie jak siła, zręczność czy inteligencja, oraz skille przypisane do tych atrybutów (np. do zręczności łucznictwo i skradanie, do inteligencji alchemia itp. - chyba po trzy do każdego o ile pamiętam). Na początku gry wybieraliśmy kilka skilli głównych, których zwiększenie o łącznie 10 pkt. skutkowało awansem, podczas którego mogliśmy też zwiększyć atrybuty. To o ile możemy podnieść dany atrybut decydował mnożnik, który z kolei zależał od "udziału" skilli składających się na awans. Przykładowo, jeżeli zwiększyliśmy łucznictwo o 4, a skradanie 6, to na awans składają się same umiejętności "podporządkowane" zręczności, którą możemy zwiększyć o maksymalne 5 punktów. Łącznie zwiększamy 3 atrybuty, pozostałe w tym wypadku podniesiemy o 1. CHYBA, ŻE zanim awansujemy rozwijając skille główne, zwiększymy wcześniej pozostałe. Np. trzaskając na potęgę losowe mikstury ze wszystkiego co znajdziemy i zwiększając o 10 punktów alchemię mamy dodatkowy 5cio punktowy bonus do inteligencji. Dlatego jeżeli zależało nam na jak najefektywniejszym rozwoju postaci braliśmy w rękę kartkę i długopis, rozrysowywaliśmy tabelkę i kombinowaliśmy jak "awansować nie awansując". Szaleństwo. Z drugiej strony na maxa uproszczony system rozwoju ze Skyrim sprawia, że i tak kręci mi się łezka w oku. Ogólnie Oblivion był takim pomostem między nie oszukujmy się na maksa casualowym TES V, a (nie oszukujmy się) antyczną i toporną w rozgrywce trójką. I żeby nie było: każda z tych gier ma swoje dobre i złe strony, a koniec końców to trzy świetne produkcje. Niemniej wraz z nadejściem Skyrim w zapomnienie odeszły takie elementy jak dobór odpowiedniego uzbrojenia przeciwko konkretnym typom wrogów (powodzenia w zrobieniu jakiejkolwiek krzywdy duchom stalowymi strzałami w Oblivionie), zużycie ekwipunku (obecne w Oblivionie, ale nie tak irytujące jak w Morrowindzie), czy faktycznie wpływający na rozgrywkę wampiryzm, przez który dosłownie umieraliśmy na słońcu. Do tego sandboxowość tej gry, która niczym nas nie ograniczała. Jasne, purystów może kłóć w oczy chociażby fakt, że mimo otwartych wokół bram do otchłani nikt sobie z tego nic nie robi. Albo że na jednej mapie udało się bez problemu upchnąć tak odmienne biomy. Dla mnie na zawsze będzie to jednak ta gra, w której zaliczałem kolejne questy jak osobne przygody, wędrując od miasta do miasta i nie przejmując się tym, że świat nie jest spójny. Nie oznacza to, że nie doceniam pod tym względem Skyrima, czy naszego Wiedźmina 3, bo uwielbiam te gry. Jednak Obliviona zawsze będę miło wspominał za rozmach z jakim zrobiono misje poszczególnych gildii (w szczególności złodziei i mrocznego bractwa), czy za questy takie jak ten z zaginionym obrazem i wiele, wiele innych. Zwłaszcza, że większość wspomnianych wad w dużym stopniu niwelują mody. Nawet klimat gry, tak krytykowany przy okazji premiery jest miłym powrotem do czasów heroic fantasy, gdy obecnie zalewani jesteśmy jego mroczniejszymi odmianami, które bardzo lubię, ale ile można... Gra nie jest może dla każdego, ale jeżeli lubisz sandboxowość w aRPG i ciekawe side questy, wymagające często własnoręcznego odszukania w grze (a zatem eksploracji) - szczerze polecam.
Ze względu na rok w którym wyszedł pierwszy Two Worlds, był określany raczej "polskim Oblivionem", a nie Morrowindem", choć topornością faktycznie bliżej mu do trzeciej części TES (starszej od TW o 5 lat). Co ciekawe, była to jedna z pierwszych polskich gier która poza pc trafiła też na X360. W moim odczuciu drewno straszliwe, nie umywające się do Obliviona czy też Gothica 3. Dwójka chociaż totalnie wyprana klimatu (fantasy + sawanna - jakoś nigdy do mnie nie przemawiało to połączenie), z nudnymi questami i NPCami, przynajmniej pod względem rozgrywki była sporym krokiem na przód.
Bardzo dobry dodatek do świetnej gry. Jako całość New Order oczywiście jest lepsze, ale to chyba oczywiste (pełna gra vs. badź co bądź dodatek). Niemniej kilka rozwiązań z Old Blood jest pewnym krokiem na przód. Warty wspomnienia jest na pewno nowy arsenał i powrót tematów okultystycznych z Wolfa z 2009 roku, którego New Order był bezpośrednią kontynuacją. Faktycznie, mogło być więcej rodzajów przeciwników ale ci którzy są dają radę i chociaż można grać na pałę (nawet na poziomie uber), to przyjemnie jest wykorzystywać ich słabości na naszą korzyść, przyjmując odpowiednią taktykę. Jeszcze co do uzbrojenia, to podobnie jak w NO tylko z pozoru kolejne pukawki otrzymujemy w sposób progresywny, bo tak naprawdę wszystkie mają swoje plusy i starałem się używać każdej z nich (co nie zawsze mi się zdarza w innym grach). Oczywiście prowadzi to do pewnego zachwiania balansu, gdzie dwa pistolety z tłumikami potrafią być naprawdę OP, bo poza super soldaten i opancerzonymi żołnierzami resztę zdejmujemy zanim zdążą zareagować i ogłosić alarm. Z drugiej strony tak jak w podstawce nie da się skradać przez całą grę, więc nie jest to jakiś wielki problem. Sam (chociaż uwielbiam skradanki) starałem się wybijać w ten sposób głównie dowódców (i przeciwników na drodze do nich), resztę wykańczając już metodami siłowymi, bo zwyczajnie sprawiało mi to więcej frajdy. Pozytywnie zaskoczyła mnie różnorodność rozgrywki. Po nieco zbyt długim początku gdzie do dyspozycji mieliśmy tylko rurkę (kolejna nowość, jak najbardziej na plus) gra się rozkręca i ani przez moment nie czułem, że jest w jakiś sztuczny sposób wydłużana. Może i nie wydaje się to jakimś mega osiągnięciem, ale pamiętajmy, że mówimy o dodatku, a te jak wiemy bywają różne. Tutaj twórcy stanęli na wysokości zadania. Fabuła jakaś odkrywcza nie jest, ale ogólny klimat (nieco lżejszy niż w podstawce), postacie czy lokacje w Old Blood sprawiają, że ciężko się oderwać od ekranu. Zmianie uległ też system rozwoju naszej postaci - jest prostszy, mniej rozbudowany, ale też warunki które musimy spełnić są sensowniejsze. Nie ma tu jakiejś dodatkowej gimnastyki jak zabijanie wrogów odrzuconym granatem w NO, które zaliczyłem odrzucając swoje własne (!) granaty, które wpierw rzucałem sobie pod nogi, bo inaczej po prostu się nie dało (to nie CoD, gdzie mamy czas podbiec, podnieść, i jeszcze celnie odrzucić granat). Niby detal, ale spoko, że nie trzeba robić czegoś na siłę a po prostu grać. I ponownie, część skilli wydaje się z byt dużym ułatwieniem, ale np. możliwość przenoszenia miniguna w ekwipunku odblokowałem już po przejściu gry, odpalając kolejne rozdziały w celu zebrania sekretów, więc tragedii nie ma. Gdybym jednak miał się o coś przyczepić, to właśnie poziom trudności poza walkami z bossami. Odniosłem wrażenie, że w podstawce uber sprawił mi jednak więcej problemów, ale może po prostu po tylu godzinach stałem się lepszy... Poziomy też mogłyby być bardziej otwarte, ale za to uniknięto backtrackingu i wybijania gacza z rytmu. Podsumowując tak właśnie powinny wyglądać dodatki: oferować więcej tego samego co podstawowa wersja gry (w końcu dlatego ktoś sięga po dodatek, bo spodobała mu się podstawka), ale też nie być tylko kalką z podmienionymi poziomami i fabułą. Mocna 9-tka z mojej strony.
Co do Wolfa to akurat zwiastuny mi się podobały, bo były mega klimatyczne. Co nie zmienia faktu, że podchodziłem do tej gry z dużym dystansem, zwłaszcza po niezłym, ale tylko niezłym Wolfensteinie z 2009 roku. Po prostu nie wierzyłem, że może to być coś więcej niż odgrzewany (i to nie po raz pierwszy) kotlet. Rzeczywistość okazała się na szczęście inna i jest to dla mnie najlepszy singlowy fps ostatnich lat.
Natomiast nie przekonał mnie do siebie Shadow of Mordor. Przy zapowiedziach i aferze wynikającej z faktu, że główny bohater porusza się niemal identycznie jak postaci z serii Assassins Creed, przestałem śledzić temat tej gry. Po ciepłym przyjęciu gotowego produktu zarówno przez graczy jaki recenzentów, moje zainteresowanie wzrosło, ale grę kupiłem dopiero niedawno. Po kilku godzinach nie zachwyciła mnie. W walce to taki uboższy Batman, a w poruszaniu się po świecie uproszczony Assassins Creed. Fabuła może się jeszcze rozkręci, ale jak na razie jest szczątkowa. Sam system Nemesis z założenia wygląda fajnie, w praktyce i tak większość przywódców tłukę na pałę, bo nawet nie chce mi się bawić w te słabości, a to że podczas walki z jednym nagle dołączy się drugi (którego obecności w pobliżu nie byliśmy początkowo świadomi) tylko pogarsza sprawę. Nagle okazuje się, że walczymy z kilkudziesięcioma orkami na raz i tylko biegamy od roślinki do roślinki regenerując swoje zdrowie... Owszem, wykorzystywanie wspomnianych słabości daje większą satysfakcję, ale w moim odczuciu za mało tutaj odpowiednich mechanik, zawodzi też konstrukcja map (w ogóle świat gry jest strasznie monotonny i nieciekawy). W efekcie wszystko staje się bardzo chaotycznei jakiekolwiek planowanie traci sens. Nie bez znaczenia jest też fakt, że świeżo przed Mordorem męczyłem AC IV Black Flag i być może taka formuła gry mi się zwyczajnie przejadła (zwłaszcza, że Black Flag jest znacznie bardziej różnorodny i lepiej mi przypasował fabularnie). Dam jeszcze szansę tej grze, ale póki co mam inne tytuły do ogrania.
Ktoś wspomniał tutaj Batmana Arkham Asylum i tu się zgodzę jak najbardziej. Gry z superbohaterami były zazwyczaj słabe lub w najlepszym przypadku średnie. Chyba najlepiej wypadały proste beatem upy z czasów SNESa. Do tego stopnia nie zaciekawił mnie nowy Batman, że o serii dowiedziałem się dopiero przy okazji drugiej części. Nie miałem w co grać, a demo Arkham City wjechało na xbox live, więc z nudów ściągnąłem. Było to chyba moje największe growe zaskoczenie, seria z miejsca stała się jedną z ulubionych, a Arkham City spokojnie mieści się w moim osobistym top 10 wszech czasów.
Bardzo słaby dodatek, wszelkie dobre oceny pochodzą od osób które chyba nigdy nie grały w żadnego FPSa, bo tym właśnie jest ta gra. Z samego założenia nie miało to sensu, bo zabrano tutaj wszelkie elementy RPG z Fallouta 3 i pozostawiono jego najsłabszy element, tj. walkę. Strzelanie w podstawce jest po prostu słabe, ale do momentu w którym odbieramy tę grę jako role-playa da się przymknąć na to oko, w końcu i tak wszystko podyktowane jest naszymi statystykami. W dodatku wcielamy się jednak w postać biorącą udział w wirtualnym treningu, gdzie jesteśmy pozbawieni naszych umiejętności czy perków. To zwykła strzelanka z perspektywy pierwszej osoby, zbudowana na silniku który się do tego nie nadaje. Sterowanie jest zbyt toporne, broń nie ma żadnego feelingu, brakuje dynamiki. Do tego wspomniana już tunelowość... Dobrą stroną Operation Anchorage jest na pewno klimat, próba opowiedzenia historii przed bombami, nakreślenia konfliktu zbrojnego między USA i Chinami. Historia jest prosta, ale w ciekawy sposób opowiedziana i nie dłuży się (zwłaszcza, że sam dodatek jest bardzo krótki). Poza tym też nie można powiedzieć, że się nie starano. Poza licznymi (i nieemocjonującymi) strzelaninami zdarza się, że musimy zrobić coś innego: podłożyć bombę, zniszczyć pojazd etc. W dalszym ciągu mamy jednak do czynienia z tą samą, drewnianą mechaniką. I nie można zrzucić tego na datę premiery, bo np. taki Half Life 2 wyszedł 4 lata wcześniej, rok wcześniej ukazało się chociażby Call of Duty Modern Warfare. Po prostu sama koncepcja tego dodatku była nieprzemyślana, niepasująca do Fallouta 3. Zabawne, że twórcy nie porzucili jednak tego kierunku i Fallout 4 również jest bardziej FPSem niż RPG. I z jednej strony widać jak Bethesda wyciągnęła wnioski z OA czy Mothership Zeta sprawiając, że elementy strzelankowe tym razem naprawdę dopracowano, z drugiej szkoda, że tak znakomita seria porzuciła swoje korzenie i całą wynikającą z tego faktu głębię. No, ale to temat na zupełnie inną historię.
Nie obchodzi mnie ile gier na kanale ma NRGeek, bo ten materiał jest akurat żenująco słaby, do tego pełen błędów merytorycznych i pokazujący, że o serii GTA ma pojęcie raczej wątłe. I o ile nie dziwi mnie coś takiego u tego dzieciaka z Call of Duty w avatarze, tak NRGeeka miałem za w miarę ogarniętego gościa. Zresztą dalej mam, ale twierdzenie, że seria GTA przed trójką to jakaś nisza o której nikt by nie pamiętał to zwykła bzdura. Świadczy o tym chociażby scena moderska, która była prężna nawet po premierze trzeciej części. Multi z dwójki też przez lata miało swoich fanów, pewnie nawet teraz da się znaleźć chętnych do gry, czy nowe mapy. Zresztą wiele elementów zapoczątkowanych w jedynce, sam pomysł na grę w złodzieja samochodów, pozostały do dzisiaj. Czym innym jest stwierdzić, że gra stała się po latach niegrywalna, a czym innym pominąć zupełnie elementy które wtedy były czymś nowym i niejako zdefiniowały późniejsze sandboxy. Jeżeli dla autora to "nic szczególnego" to gratuluję. Oczywiście sam dodatek był już odgrzewanym kotletem, który poza fajnym klimatem nie wzniósł niczego nowego, ale zarzuty padają też w stronę podstawki. I naprawdę nie wiem co ma na celu przywoływać tutaj np. Dungeon Keepera czy Carmageddon. Czemu nie wspomniał np. o Tomb Raiderze? Tez można powiedzieć, że słabizna, że sterowanie słabe itp. jak się porówna do współczesnych odsłon.
Fakt faktem, że recenzenci przyjęli tę grę raczej chłodno, podchodząc do niej od zbyt technicznej strony (moda na 3D w tamtym czasie nie pozwalała przełknąć takiej "zniewagi"). Wśród graczy była jednak kultowa, a dwójka ten stan utrzymała (branża też już nie była taka ostra w stosunku do niej, zarzucając głównie mało nowości w stosunku do jedynki). Trójka jak pisałem zmieniła wszystko, będąc jedną z ważniejszych gier w historii (i godząc oczekiwania graczy i branży), ale to już inna sprawa. I inne czasy. Wtedy te 4 lata pomiędzy GTA 1 i 3 to był kosmos, nie to co teraz.
Nie grałem więc bazuję na opisie z filmu, ale co "nowego" jest w połączeniu oskryptowanych, liniowych misji z otwartym światem i wynikającymi z tego faktu aktywnościami pobocznymi? Przecież to Far Cry 3 w pigułce.
Gdybym w 1997 roku miał GTA 5 pewnie też patrzyłbym na to w ten sposób. Ale nie miałem, nikt nie miał. Dlatego ocenianie czegokolwiek bez odniesienia się do czasów w których to wyszło mija się z celem. Moim zdaniem obecne postrzeganie serii pokazuje nie tyle to jak słabe są jedynka i dwójka (bo nie są), a jak świetną grą okazała się trójka. Świetną i odważną, bo jak mogą skończyć takie ambitne projekty pokazał wcześniej Driver 2 (który też miał być takim "GTA w 3D"). Tam co prawda problemem były też ograniczenia sprzętowe pierwszego playstation, ale przykład idealnie pokazuje, że trzeci wymiar na taką skalę dopiero raczkował.
Czyli tak jak myślałem. Nie zrozumiesz tej gry, bo nie grałeś w nią kiedy wyszła i tyle. Nie masz odpowiedniego punktu odniesienia i oceniasz ją tak jakby wydano ją w dzisiejszych czasach, dlatego ta opinia jest jakby wyrwana z kontekstu. Niemniej gra była naprawdę ważna nie tylko dla serii, ale i całego gatunku sandboxów. Owszem, te wszystkie gry czerpały bardziej z trójki, ale ta nie powstałaby gdyby nie jej pierwowzór.
Mapa była w pudełku z grą, a niektóre misje były całkiem zróżnicowane jak na grę z 1997 roku i tak prosty gameplay. Z ciekawości: ile masz lat?
Co za bzdury. Jedyne z czym się zgodzę to fakt, że pierwsze GTA bardzo słabo się zestarzało. Nie zgodzę się jednak ze stwierdzeniem, że gdyby nie GTA 3 to nikt by o dwóch pierwszych odsłonach nie pamiętał. Było wręcz odwrotnie: gdyby nie fakt, że marka była już wtedy znana (i lubiana przez graczy), Rockstar nie porwałby się na trójkę. Ta przerosła najśmielsze oczekiwania, ale hype przed jej premierą budowany był na tym, że będzie to "GTA w 3D", a nie "jakaś gra w 3D". Dziwi mnie trochę wytykanie niektórych błędów przez NRGeeka, bo brzmi w tym momencie jak 15-latek, który GTA 1 pierwszy raz na oczy zobaczył wczoraj. WIĘKSZOŚĆ gier z tego okresu jest obecnie niegrywalna, czy nam się to podoba czy nie. GTA 1 było oczywiście przestarzałe technologicznie już na starcie, a kiedy próbowałem je sobie odświeżyć kilka lat temu to elementy takie jak sterowanie (szczególnie motocyklami), czy praca kamery były ciężkie do przełknięcia, ale miała też w sobie kilka elementów ponadczasowych. Pełna swoboda, ciekawostki takie jak możliwość porwania pociągu, poukrywane na mapie czołgi, detale jak straż pożarna przyjeżdżająca ugasić spowodowany przez nas pożar, robiły wrażenie w 1997 roku i stanowiły idealne podłoże pod "nowożytne" odsłony serii. Sam dodatek natomiast szału nie robił, ale to dodatek i tak należy go traktować. Stąd w ogóle nie powinien znaleźć się w tej serii. Jak ktoś wyżej wspomniał, o wiele bardziej pasują tutaj GTA na GB advance czy wcześniejsza na color (która była zupełnie inną grą niż ta na pc/psx, stąd nie wiem czemu autor wymienia ją jednym tchem z powyższymi platformami - ona nawet nie wyszła w 1997 roku!).
Zapowiadała się fajna seria, ale jeśli będziesz się rozdrabniał robiąc materiały o DODATKACH do gier to chyba mija się to celem. Bardziej widziałbym tu rożnego rodzaju spin-offy, których przecież nie brakuje.
Prawie 5,5 h w jedną grę, dzień w dzień, faktycznie "mało" :)
Pomyliłem filmy, można skasować powyższy komentarz (miał być pod materiałem o "końcu Call of Duty"). sorry :P
Tak naprawdę wszystko przez multi. Rozgrywka ewoluuje w takim a nie innym kierunku z powodu multiplayera, który zawsze opierał się na raczej szybkiej, dynamicznej rozwałce. Szczerze mówiąc podwójne skoki i bieganie po ścianach pasuje do takiej rozgrywki i nie ma sensu gadanie, że BF tamto, a CS tamto, bo właśnie dlatego CoD ma tylu graczy ilu ma - bo jest inny. Gdyby nagle pojawiły się większe mapy i pojazdy to musiałby rywalizować z Battlefieldem, ale nie musi tego robić. Tzn. rywalizacja oczywiście jest, ale obie serie mają swoich wiernych fanów, którym po prostu odpowiada taki a nie inny model rozgrywki i po prostu zostaną przy "swojej" grze, nawet jeśli ta okaże się średnia. Ostatnie CoD jakie kupiłem to jedynka Black Ops, ale grając okazjonalnie w trójkę u kumpla odnajduję się w grze bez problemu, a kretyńskie z pozoru pomysły w stylu wojny przyszłości, egzoszkieletów i innych robotów, w multi nie stanowią dla mnie problemu. Co innego singiel, w którym nic do tej pory nie przebiło świetnej czwórki. I pewnie nie przebije, bo kampania dla jednego gracza pojawia się w kolejnych odsłonach jako zwykły zapychacz dla rozgrywki sieciowej. Ta seria nigdy nie miała ambicji do bycia symulatorem pola bitwy, dlatego powrót do WW2 czy WW1 byłby raczej średni. Tzn. nie obyłoby się bez poważnych zmian w rozgrywce, a a jak pisałem podporządkowana jest multi, które w obecnej formie pasuje graczom. Ci którym nie pasuje mają BFa, CSa, albo Armę. Pozostają gracze singlowi (w tym ja), którzy rozpieszczani niestety nie są, ale co zrobić? Ostatni fps przy którym świetnie bawiłem się w trybie jednego gracza to Wolfenstein New Order wraz z dodatkiem - gra bez multi, skrojona typowo pod singla. Trochę ewenement w ostatnim czasie, ale co zrobić? Call of Duty w tym temacie już dawno spisałem na straty.
Główny problem CoD polega moim zdaniem na zbyt częstym wydawaniu gier z tej serii, czy robieniu kolejnych podserii które się od siebie prawie niczym nie różnią. Pierwszy Black Ops był w klimatach zimnej wojny - ok, choć nie wykorzystano do końca potencjału to było to coś odmiennego od Modern Warfare. Potem zaczęło się już wszystko mieszać: jakieś ghosty, kolejne black opsy, advanced warfare, teraz znowu coś w kosmosie... Za dużo tego i za bardzo na jedno kopyto.
Tak naprawdę wszystko przez multi. Rozgrywka ewoluuje w takim a nie innym kierunku z powodu multiplayera, który zawsze opierał się na raczej szybkiej, dynamicznej rozwałce. Szczerze mówiąc podwójne skoki i bieganie po ścianach pasuje do takiej rozgrywki i nie ma sensu gadanie, że BF tamto, a CS tamto, bo właśnie dlatego CoD ma tylu graczy ilu ma - bo jest inny. Gdyby nagle pojawiły się większe mapy i pojazdy to musiałby rywalizować z Battlefieldem, ale nie musi tego robić. Tzn. rywalizacja oczywiście jest, ale obie serie mają swoich wiernych fanów, którym po prostu odpowiada taki a nie inny model rozgrywki i po prostu zostaną przy "swojej" grze, nawet jeśli ta okaże się średnia. Ostatnie CoD jakie kupiłem to jedynka Black Ops, ale grając okazjonalnie w trójkę u kumpla odnajduję się w grze bez problemu, a kretyńskie z pozoru pomysły w stylu wojny przyszłości, egzoszkieletów i innych robotów, w multi nie stanowią dla mnie problemu. Co innego singiel, w którym nic do tej pory nie przebiło świetnej czwórki. I pewnie nie przebije, bo kampania dla jednego gracza pojawia się w kolejnych odsłonach jako zwykły zapychacz dla rozgrywki sieciowej. Ta seria nigdy nie miała ambicji do bycia symulatorem pola bitwy, dlatego powrót do WW2 czy WW1 byłby raczej średni. Tzn. nie obyłoby się bez poważnych zmian w rozgrywce, a a jak pisałem podporządkowana jest multi, które w obecnej formie pasuje graczom. Ci którym nie pasuje mają BFa, CSa, albo Armę. Pozostają gracze singlowi (w tym ja), którzy rozpieszczani niestety nie są, ale co zrobić? Ostatni fps przy którym świetnie bawiłem się w trybie jednego gracza to Wolfenstein New Order wraz z dodatkiem - gra bez multi, skrojona typowo pod singla. Trochę ewenement w ostatnim czasie, ale co zrobić? Call of Duty w tym temacie już dawno spisałem na straty.
Główny problem CoD polega moim zdaniem na zbyt częstym wydawaniu gier z tej serii, czy robieniu kolejnych podserii które się od siebie prawie niczym nie różnią. Pierwszy Black Ops był w klimatach zimnej wojny - ok, choć nie wykorzystano do końca potencjału to było to coś odmiennego od Modern Warfare. Potem zaczęło się już wszystko mieszać: jakieś ghosty, kolejne black opsy, advanced warfare, teraz znowu coś w kosmosie... Za dużo tego i za bardzo na jedno kopyto.

Taki tam polski akcent "wojny konsol", reklama chyba z 1996 roku :) Dwa lata później dostałem na szczęście playstation, ale tę agresywną kampanię pamiętam do dziś.
BTW albo cos źle zrozumiałem, albo autor sugeruje, że saturn wszedł na rynek po premierze swoich głównych konkurentów, a przecież to N64 wyszło ostatnie.
Na wstępie zaznaczę, że jestem fanem serii i na nowego Batmana czekałem z niecierpliwością. Po genialnym Arkham City mieliśmy co prawda wciąż całkiem dobre (choć zabugowane) Origins, ale nie była to gra od Rocksteady i traktowałem go jako taki zapychacz. Niestety po premierze Arkham Knight okazało się, że gra (a konkretnie port z konsoli) jest totalnie spartaczona, dlatego wstrzymałem się z zakupem aż twórcy naprawią ten bubel. Stąd moja opinia dotyczy aktualnego stanu gry, prawie rok po jej premierze.
Zaczne może właśnie od tych kwestii technicznych. Sprzęt którym dysponuję to i5 4590, GTX 970, 8 GB ram. Monitor 1680x1050, więc nie jest to full HD. Dla porównania Wiedźmin 3 trzymał 60 klatek, może nie ze wszystkim na maksa, ale wciąż wyglądając lepiej niż na konsolach. Z Batmanem już tak kolorowo nie jest, chociaż mając w pamięci to co raportowali gracze po premierze, poprawa jest znacząca. Pierwsze co zróbcie po zakupie to wyłączcie wszystkie opcje nvidii, poza lepszym efektem deszczu (bo robi swoje, nie obciążając tak bardzo GPU). Albo nie, odpalcie najpierw wszystko na maxa i włączcie grę. U mnie powodowało to wahania od nawet <30 klatek podczas jazdy batmobilem, do stałych 60 przy chodzeniu po ulicach, rozglądaniu się po mieście stojąc gdzieś na dachu, czy nawet walkach ze sporymi grupami przeciwników. Grywalne to to nie jest, ale gra wygląda wtedy OBŁĘDNIE. Wspomniane efekty pogodowe czy interaktywny dym (rozpraszający się po napotkaniu przeszkód) wyglądają cudownie i cytując klasyka "można pomylić z prawdziwością". Dobra, to teraz wchodzimy do opcji i odhaczamy te bajery :P Poza nvidia works na pewno zmniejszyłem cienie na low (dużej różnicy wizualnej o dziwo nie ma), większość opcji została na maks. Gra dalej ma pewne problemy przy szybkim przemieszczaniu się (batmobil, szybowanie) ale raczej nie spada poniżej 50 klatek. Najważniejsze, że podczas walk (także tych w batmobilu, gdzie raczej pozostajemy w jednym miejscu - co innego pościgi) elegancko trzyma 60 kl/s. Co do bugów to po 45 h w grze miałem dosłownie jeden - przeciwnik po znokautowaniu lewitował w powietrzu i nie mogłem wziąć przedmiotu który upuścił, pomógł restart zadania. Może miałem szczęście, ale wydaje mi się, że pod tym względem jest już ok. Irytuje też trochę informacja o rzekomo nieaktualnych sterownikach karty graficznej po każdym wejściu do głównego menu (pomimo, że mam najnowszą stabilną wersję), ale to w sumie detal. Podsumowując gra wciąż ma swoje problemy (i raczej będzie je miała) ale jest już w pełni grywalna.
No właśnie, gra. Od czego by to u zacząć? Może od batmobilu, czyli największej nowości. Przyznam, że jako fanowi pojazdów rodem z animated series, filmu Burtona czy chociażby Arkham Asylum (gdzie nie był grywalny, ale pojawił się na początku gry) średnio podobał mi się pokazany na zapowiedziach tumblero-podobny twór z AK. Odstawmy jednak sentymenty na bok, bo w praniu się po prostu sprawdza. Tryb bojowy w którym możemy strafować i strzelamy do czołgo-podobnych i latających dronów daje dużo zabawy. Oczywiście nie obyło się tu bez paru zgrzytów. Po pierwsze nie-zabijanie w wykonaniu Batmana jest tu już tak mocno naciągnięte, że bardziej się chyba nie da. Żywych przeciwników dalej tylko ogłuszamy, nawet jeżeli potrącimy ich rażąc przy okazji prądem gnającprzez miasto, czy staranujemy ich delikatny samochód rozgniatając go o ścianę budynku :) Przy okazji w grze całkiem przyjemnie zaimplementowano niszczące się otoczenie. Oczywiście nie całe, ale podczas tak dynamicznej rozgrywki myślę, że w zupełności wystarczające. Drugi zgrzyt związany z batmobilem polega na tym, że jest on zdecydowanie przez twórców nadużywany. Może nie aż tak bardzo jak wiedźmiński zmysł w W3 (do tego gameplowo jest znacznie ciekawszy), ale momentami czuć, że robimy coś na siłę, tylko po to aby skorzystać naszej nowej zabaweczki. Chociażby wprowadzenie wątku Człowieka Zagadki, który po prostu zaprasza nas na swój tor wyścigowy pod miastem. Owszem potem rozwija się to w podobny sposób do tego z Arkham City, gdzie rozwiązujemy zagadki aby komuś pomóc, ale fabularnie o wiele bardziej podobał mi się wątek z poprzedniej gry. Same zagadki są natomiast o wiele bardziej zróżnicowane, niektóre wymagają batmobilu, niektóre wykonujemy przy użyciu dwóch postaci, doszły też nowe gadżety. Inna sprawa, że tych statuetek jest tyle, że dalej została mi chyba połowa do odfajkowania :P
Wracając do nowości to gra stała się bardziej otwarta, sandboxowa. Do tego starano się połączyć tryb wyzwań z fabularnym, nanosząc po prostu wyzwania na mapę gry. Po Arkham City gdzie w zasadzie wszystko miało swój sens i logiczne wytłumaczenie tworząc bardzo spójną całość, wygląda to tak sobie. Nie ma może aż takiej patologii jak w grach od Ubisoftu, ale i tak gęsto tu od znaczników na mapie i rzeczy do odhaczenia. Na szczęście tempo gry wciąż regulowane jest przez wątek główny i to on stanowi rdzeń produkcji. Nie chcę się rozpisywać na temat fabuły, ale zdecydowanie daje radę. Jest intryga, są zwroty akcji, fani serii nie powinni czuć się zawiedzeni. Poza batmobilem doszło też trochę nowych umiejętności Batmana takich jak np. wielokrotny nokaut z ukrycia, nowe elementy otoczenia do wykorzystania przeciwko wrogom, nowe gadżety i bardziej niż w poprzednich grach rozbudowane drzewka rozwoju. Wydaje mi się, że większy nacisk położono na akcję. Nawet typowo składankowe fragmenty przechodzimy o wiele bardziej dynamicznie, na granicy wykrycia przez wrogów. Sama walka natomiast też została nieco przebudowana, ale jak graliście w poprzednie części to możecie czuć się jak w domu - dalej jest bardzo intuicyjnie. Jedynie walki z przeciwnikami wyposażonymi w tarcze sprawiały mi nieco kłopotów, bo coś nie chciała wchodzić kombinacja B > A > A (na padzie), czyli naskok od góry. Tj.nie wchodziła tak łatwo jak w poprzednich grach i często po prostu turlałem się obok wroga tracąc serię. Jedyne czego brakuje to jakichś ciekawych walk z bossami, nie licząc tych w batmobilu.
W grze oczywiście pojawia się cała plejada postaci znanych z uniwersum, cześć jest grywalna (Catwoman, Nightwing, Robin) czego efektem są wspólne walki i możliwość wykonywania łączonych nokautów bez przerywania serii - ot, bajer. Zadań pobocznych jest tutaj cała masa. Lepsze, gorsze - ogólnie na plus, chociaż są też takie których powtarzalność jest zwyczajnie męcząca (głównie te w których walczymy z milicją Arkham Knighta). W City było tego mniej, ale może właśnie dlatego całościowo wypadało lepiej? Z Arkham Knight jest trochę taki problem, że starano się upchnąć w tej grze jak najwięcej i z jednej strony to dobrze, bo Batmana nigdy za wiele, z drugiej chyba jednak wolę bardziej skondensowane Arkham City, które po przejściu pozostawiło we mnie niedosyt przez który z marszu odpaliłem NG+. Arkham Knigt z kolei mnie trochę zmęczył, choć to wciąż bardzo dobra gra i godne zamknięcie trylogii.
Jako, że kupiłem wersję z season passem to może jeszcze parę słów odnośnie dodatków. Mi akurat udało się kupić wersję premium (podstawka + SP) dość tanio, więc jestem zadowolony. Płacić za sam season pass jak za grę? No cóż... Contentu jest na pewno sporo. Cześć to oczywiście pierdółki jak nowe skórki czy np. filmowe batmobile wraz z trasami do trybu wyzwań (można też odpalić je w trybie fabularnym, ale nie mają uzbrojenia ani gadżetów, więc nie jest to zbyt praktyczne). Są to rzeczy które cieszą jak się dostaje w większym zestawie, pojedynczo w życiu bym tego nie kupił. Mamy też nowe wyzwania (choć nigdy jakimś wielkim fanem nie byłem), kilka misji (na plus, ale strasznie krótkie) i dodatki "fabularne". Ciężko mi coś powiedzięc na ich temat bo przeszedłem dopiero jeden (Zemsta Catwoman) i zacząłem kolejny (ten z Batgirl i Robinem). W pierwszym mieliśmy na dobrą sprawę trzy pomieszczenia, trochę skradania, prostą zagadkę i walkę. Tyle. Szału nie ma, a szkoda bo liczyłem na coś ciekawszego z udziałem jednej z moich ulubionych postaci (swoją drogą większość postaci przeszło lifting, wyglądają inaczej niż w AA/AC, ale akurat Kobietę-kot mogli zostawić w poprzedniej wersji - ładniejsza była). Ten drugi dodatek już na oko wydaje się dłuższy. Jak pozostałe? Nie wiem, ale jeśli nie jesteś jakimś wielkim fanem batmana i gier z serii Arkham to spokojnie wystarczy ci podstawka. Jak jesteś to kupisz i tak :)
Nie lubię się określać weteranem czegokolwiek, ale na pewno przy samym Cieniu Czarnobyla spędziłem więcej czasu niż przy wszystkich Far Cryach razem wziętych i stwierdzam, że "trochę" mijasz się z prawdą. Stalker na pewno był bardziej wymagający i rozbudowany (czego zdecydowanie brakuje w obecnych grach AAA), ale odrzucanie wszystkiego co wniosły nowe strzelanki jest zwykłym zacietrzewieniem i stękaniem w stylu "za moich czasów było lepiej". Pomimo faktu, że samo strzelanie było spoko i czuło się różnicę pomiędzy różnymi rodzajami broni, to gameplayowo Stalker był momentami strasznym drewnem. Blokowanie się NPCów w drzwiach, noktowizory w oczach przeciwników, zepsuty system skradania, wrogowie nieużywający granatów w SoC... Dużo by wymieniać. Uwielbiam tę serię, ale takie narzekanie jak to WSZYSTKO było kiedyś lepsze jest zwyczajnie słabe. Są zmiany na lepsze, są i na gorsze. Tyle.
Zdecydowanie wolę pierwszą część, głównie ze względów fabularnych i faktu, że była... pierwsza. W dwójce ten recykling lokacji było jednak czuć aż zbyt mocno. Do tego kompletnie nie przypadła mi idea wojny frakcji. W pierwszej części nasz wpływ na otaczający świat był znacznie mniej bezpośredni, co zwiększało moim zdaniem poczucie realizmu. Mogliśmy komuś pomóc, odpowiedzieć na wezwanie, odeprzeć atak bandytów - może uda im się utrzymać ten przyczółek. A może wrócimy za jakiś czas w to samo miejsce i znajdziemy tylko ciała martwych NPCów którym wcześniej pomogliśmy i stado nibypsów. Shit happens. Oczywiście w czystym niebie dalej to mieliśmy, ale przez wojny frakcji mieliśmy większy wpływ na cały konflikt, nie czuło się tak bardzo tego klimatu samotnego przemierzania zony, tego jak w sumie niewiele znaczymy w tym świecie. Z drugiej strony bardziej też irytowały takie losowe "porażki", gdzie wróg wybił nam cały oddział towarzyszy, kiedy staraliśmy się aby to nasza frakcja była górą. Same starcia były natomiast strasznie chaotyczne.
Do tego CN było zwyczajnie niedokończone, czego przykładem niech będzie wykonana na odwal się lokacja w szpitalu, że o walce ze śmigłowcem nie wspomnę bo był to dramat. Liniowy Limańsk też dupy nie urywał. Z tych nowych lokacji paradoksalnie najlepiej wypadała ta początkowa, chociaż większość graczy (w tym mnie) na wstępie zraziła tym, że było tam jakoś mało "stalkerowato". I za żółto.
Oczywiście Czyste Niebo ma też dobre strony jak usprawnienia w gameplayu, modyfikacje broni (w jedynce bez modów nie było nawet możliwości naprawy zużytego sprzętu), nowy system szukania artefaktów przy użyciu specjalnych detektorów itd. O ile Cień Czarnobyla to dla mnie mocna 9/10, tak Czyste Niebo plasuje się gdzieś w granicach 7, może 7,5/10, czyli wciąż jest dobrą grą po którą warto sięgnąć, ale jakbym miał kogoś zachęcić do serii to zdecydowanie poleciłbym jedynkę plus kilka modów.
Quake 3 i UT to też "mainstream", bo wszyscy w to grali. Jedyna różnica jest taka, że w tamtych czasach internet nie był jeszcze powszechny w polskich domach i grało się w kafejkach czy w szkole na lekcji informatyki (albo organizowało się lan party i nosiło kompy do kumpla). Po prostu inaczej wyglądało wtedy samo granie. Może nie każdy zapytany na ulicy człowiek wiedział co to Quake czy UT, ale wśród samych graczy były to tytuły jak najbardziej mainstreamowe.
Nie wiem czy widziałbym akurat Far Cry 3 w tym zestawieniu, ale chętnie odpowiem na pytanie co mnie urzekło w tej grze. Przede wszystkim to jak sprytnie upchnięto w jednym produkcie otwarty świat i zamknięte, mocno oskryptowane misje fabularne rodem z Call of Duty. Do tego duża swoboda naszych działań, gdzie zarówno wybranie drogi siłowej jak i cichej eliminacji przeciwników sprawiało dużą frajdę. Sporo osób pewnie miło wspomina też głównego bad guya z tej gry, czyli Vaasa - dla mnie osobiście postać zbyt przerysowana, do tego moment kiedy w końcu udaje nam się z nim zmierzyć był w moim odczuciu rozczarowujący.
Oczywiście FC3 ma też sporo wad: typowe dla Ubi robienie w kółko tego samego na mapie świata (w tym totalne kretynizmy w stylu polowania na jakieś zwierzaki aby zrobić nowy portfel bo nam się hajs nie mieści - WTF?), zupełnie bezpłciowe i wyprane z klimatu misje poboczne które otrzymywaliśmy od identycznie wyglądających NPC, czy też sama mapa tropikalnej wyspy tak gęsto poprzecinana drogami jak niejedno polskie miasto.
Osobiście cieszy mnie obecność na liście pierwszego Stalkera, bo gra miała niesamowity klimat, świetną fabułę i solidny survival dla jednego gracza, coś czego zdecydowanie mi obecnie brakuje. To jeden z tych tytułów, gdzie bawiła mnie już sama eksploracja świata i kolekcjonowanie kolejnych rzadkich broni czy innych elementów ekwipunku.
Tak samo cieszy wysoka pozycja nowego Wolfensteina, który łączy w moim odczuciu wszystko co najlepsze ze starych i nowych fpsów. Jest to druga gra na steamie w której nabiłem wszystkie achievementy (pierwszą był drugi epizod do Half Life 2). Świetny gameplay, dużo strzelania, bronie z których każda ma jakiś sens (i ten tryb dual-wield <3), walki z bossami, apteczki, filmowość, epickość mieszająca się z totalnym absurdem, wszystko w jednym. Jedyne czego mi brakuje w tej grze to multi.
Co do pozostałych gier na liście to zwycięzca w moim odczuciu bezapelacyjny. Wysoka pozycja CoD 4 też w pełni uzasadniona (ileż miałem obaw przed premierą), podobnie jak CoD 2. Może jeszcze warty wspomnienia byłby pierwszy Medal of Honor, ale z tego co widzę ograniczono się tutaj do gier na pc. No i Blood, gdzie jest Blood do ciężkiej cholery?!
Właśnie dlatego bardzo cieszy mnie, że Stalker znalazł się w tym zestawieniu, chociaż na tym 20 miejscu (osobiście widziałbym go wyżej), bo wychodzi poza ramy gatunku i w momencie premiery był dużym powiewem świeżości. Klimat, fabuła, poczucie ograniczonych zasobów (szczególnie na początku gry), dynamiczny świat który sprawiał wrażenie żywego. Poza tym to wciąż bardzo dobry i wymagający shooter (zwłaszcza po zmodowaniu).
Nie trawię mangi pod każdą postacią, ale czytanie wypocin pseudo-dorosłego typa, który pisząc jaki to jest "dojrzały" pokazuje tylko brak tejże dojrzałości, bawi mnie niezmiernie :D I jeszcze ten płacz o to, że ktoś mu łapkę w dół kliknął przy wpisie, tylko dlatego, że mu się ten wpis nie podobał. To po cholerę są te łapki jak nie do wyrażania aprobaty/dezaprobaty?
ps. dowód mam od przeszło dekady, ale nie wiem co to zmienia w kontekście tej "dyskusji".
Na końcu, patrząc na fragmenty z którejś z nowych odsłon Donkey Kong Country pomyślałem o sytuacji odwrotnej do tej omawianej w materiale. Nie twierdzę, że pierwsze części DKC były mroczne, ale jedynka z 1994 na pewno była mniej cukierkowa niż to co wyszło na wii, szczególnie mam tu na myśli design przeciwników. Pod względem artystycznym (oprawa audio-wideo) była to gra jak na swoje czasu świetna, dlaczego przy remaku twórcy poszli na łatwiznę i zrobili grę całkowicie pozbawioną klimatu i głębi (w gameplay nie wnikam, ale przynajmniej wersja na pierwsze wii nie umywa się do pierwowzoru).
Amiga (SWOS, Cannon Fodder, Lotus 3), pegasus, snes (Donkey Kong Country!), pod sam koniec lat 90 playstation (THPS, Gran Turismo, GTA, Metal Gear Solid). Peceta miałem jakoś dopiero na przełomie wieków. No i oczywiście salony gier z Metal Slugiem, chodzonymi bijatykami, czy "celowniczkami". Gry kupowane głównie na giełdzie, chociaż na snesa takiej opcji nie było, a że nówki chodziły po ponad 300 zeta to jedyną drogą aby zagrać w coś nowego była wymiana... Z jedynym kumplem w szkole który też miał tę konsolę :P Miałem też gameboya (tego pierwszego, szarego), którego ktoś mi zwinął z pociągu podczas wyjazdu na zieloną szkołę - trauma do dzisiaj :/
Najśmieszniejsze w tym wszystkim było to jak wiele świetnych gier z tamtej epoki poznałem dopiero po latach, bo po prostu nikt z kumpli akurat w to nie grał, a to oni byli wyznacznikiem co jest dobre, a co nie. Pierwszy magazyn o grach miałem w rękach w 96 roku i były to "Gry komputerowe".
Bardzo ważne wtedy były okładki/etykiety kartridży, bo to od ładnego obrazka zależało czy podjęcie ryzyka i kupno czegoś nieznanego. Raz kończyło się to ciekawym odkryciem (Kunio Kun Nekketsu Soccer który "odkryłem" dla kumpli ze szkoły), często jednak trafiały się kompletne crapy. No chyba, że mówimy o Amidze: wtedy pożyczało się od lepiej wyposażonego kolegi pudełeczko mieszczące jakąś setkę dyskietek i co lepsze gry kopiowało się na swoje :P Pamiętam też coś takiego jak wypożyczalnię gier na pegasusa, coś czego brakowało mi za czasów X360, gdzie było wiele gier które chętnie bym sobie ograł przez weekend, często przy jakimś piwku ze znajomymi, ale których jednak nie chciałbym kupować na stałe. Na konsolach to i tak pół biedy bo mamy wtórny obieg, ale steam już takiej możliwości nie daje, a darmowe weekendy tego nie rekompensują.
Ta gra nie jest warta nawet minuty materiału na tvgry. Nawet do gier z kosza się nie nadaje, bo nie ma w sobie żadnychpokładów "śmieszności". Jest po prostu ślaba i nudna już z założenia. I o ile Hatred mógł jeszcze prowokować do jakichś dyskusji (zresztą po odjęciu kontrowersji był grą zwyczajnie lepszą), tak tutaj... Nie wiem czego się spodziewaliście po głupim celowniczku? Pomysł na grę jest tak chybiony, że po prostu nie ma sensu się nad nią rozwodzić. Dla mnie większą kontrowersją niż ISIS jest sam fakt, że ktoś w XXI w. wydaje rail shootera, podczas gdy gatunek ten wyginął śmiercią naturalną w latach 90.
Gdyby gra nie poruszała tematu ISIS to ten materiał prawdopodobnie by nie powstał, bo takich crapów powstają dziesiątki. Dlatego twoją śmieszną argumentacje można obrócić o 180 stopni. Poza tym wskaż mi kto napisał, że tej gry nie można krytykować i że zasługuje na "najwyższe oceny" ? Co do beznadziejności IS Defense raczej nikt nie ma wątpliwości, nie trzeba w to mieszać politycznej poprawności i na siłę pokazywać jacy to jesteśmy alternatywni wobec "panującej propagandy". Gdyby powyższy tytuł dział się w czasach II wojny światowej i strzelalibyśmy do nazistów to nikt nie podnosiłby larum. Ot, kolejna gra niewarta uwagi, a limit "beki" z celowniczków na szynach został wyczerpany przy okazji Rambo: The Video Game. To trochę takie wyważanie otwartych drzwi, tj. udowadnianie, że gra w takiej konwencji nie pokazuje konfliktu w dojrzały sposób, tylko bazuje na zwykłej żądzy mordu.
Materiał jest po prostu słaby, a jak na Arasza bardzo słaby.
Co do tego Tomb Raidera, to legenda legendą, ale naprawdę kiedyś miałem zmodowaną wersję jedynki czy dwójki (z bazaru oczywiście, neta miałem wtedy przez modem i nawet nie śniło mi się, żeby ściągać jakieś mody) gdzie Lara ganiała na waleta :D Autor modu pomimo pikselozy zadbał nawet o "pasek" w okolicach bikini...
Kolejny (i w zasadzie ostatni) mod tego typu pamiętam, że użyłem przy okazji Obliviona, ale chodziło mi tylko o poprawę modeli postaci (taa...), w sumie to wersja której używałem nie była nawet do końca "nude", bo występowała tam normalna bielizna.
Pomysł zastosowany w Rust wydaje się ciekawy, z drugiej strony jako osoba która lubi spędzić trochę czasu w edytorze postaci też nie widzę w tym nic złego , o ile oczywiście tworzona przez nas postać nie zacznie być alternatywą dla tych rzeczywistych. Dlatego sam temat potrzeby rozbieranek w grach też może być bardzo złożony. Mnie to w sumie ani ziębi ani grzeje. "Stukanie" panienek w Wieśku było dla mnie kolejnym punktem do odhaczenia, nie wzbudzało we mnie jakichkolwiek emocji i w sumie mogłoby tego nie być. I tak w trójce było lepiej niż w jedynce, gdzie laski zaliczaliśmy jakbyśmy zbierali pokemony (nawet "pamiątkowe" karty otrzymywaliśmy, co za żenada...). Kogoś może to bawić, że zobaczy kawałek cyca, ktoś inny może dzięki temu bardziej wczuje się w historię, a jeszcze inny odbębni to z obrzydzeniem, albo w ogóle pominie ten element gry. A znajdzie się pewnie i taki, który przygotuje sobie wcześniej stertę ręczników i żel, jak w jakiejś nieśmiesznej amerykańskiej komedii...
Również uważam Blood money za najlepszą część. Nie jest tak drewniana jak poprzedniczki, jest nieco przystepniejsza, a jednocześnie oferuje to co w Hitmanach najlepsze, czyli dużą swobodę w realizacji zadań. No i ten klimat. Jedyne co mnie trochę drażniło to właśnie ten aż przesadny perfekcjonizm i zachęcanie gracza do pozorowania wypadków aby zdobyć maksymalną notę. Owszem, było to fajne (wspomniany etap w operze), ale czasem aż chciało się zostawić za sobą ciało głównego celu przeszyte kulą (oczywiście pozostając przez cały czas niezauważonym), jak na rasowego filmowego kilera przystało :)
Absolution pod względem mechaniki było ok, ale to w zasadzie tyle. Za bardzo postawiono na fabułę, na którą i tak nigdy wcześniej nie zwracałem uwagi. Traktowałem każde zlecenie jak osobną opowieść i w niczym to poprzedniczkom nie ujmowało. W Absolution mieliśmy wyraźnie zaznaczoną jedną długą historię, a kolejne etapy były ze sobą ściśle powiązane. Doprowadziło to do tego, że w grze o zabójcy na zlecenie przez większość czasu uciekaliśmy (co gorsza często tunelowymi obszarami, bez żadnej opcji na "skok w bok") :/ Takich typowych zleceń było jak na lekarstwo, a to one stanowiły przecież esencję serii.
Do nowej odsłony podchodzę sceptycznie, ale na pewno zagram. Oczywiście kiedy wyjdzie jako całość, bo procederu wydawania niedokończonej gry i sprzedawania jej w odcinkach wspierał nie będę.
Batman seria Arkham i długo, długo nic. W Asylum temat statuetek oczywiście pojawił się po raz pierwszy, ale to w City został znacznie rozwinięty i świetnie sfabularyzowany. W ogóle AC jest dla mnie grą która świetnie potrafiła wpleść w świat gry nie tylko znajdźki, ale też misje poboczne. Wszystko było bardzo spójne i fabularnie uzasadnione. Zarówno AS jak i AC wymaksowałem i ukończyłem ponownie na NG+. Origins nie było aż tak dobre pod tym względem, do tego jak się później okazało niektóre z wyzwań można wykonać tylko podczas konkretnych misji w grze (jakieś wymyślne sposoby eliminacji przeciwników), bo tylko tam mapy dawały taką możliwość. Znajdźki zdaje się, że zebrałem jednak wszystkie (choć czułem, że robię to niejako z rozpędu, mając w pamięci świetne poprzednie odsłony tej gry). W Arkham Knight nie grałem, czekam na jakąś dobrą promocję tego skaszanionego portu...
Co do Assassins Creed to te flagi z jedynki idealnie wpisywały się w powtarzalność i ogólny bezsens rozgrywki w tej grze. Jedynka była dla mnie najlepsza fabularnie, do tego system wspinaczki naprawdę robił wtedy ogromne wrażenie, misje główne (te gdzie likwidowaliśmy cele) były bardzo dobre i w sumie tylko to sprawiło, że ją zmęczyłem do końca. Reszta gry to wykonywanie w kółko tych samych czynności aby zdobyć respekt wśród asasynów (a jak wiadomo "respect is everything""). Dlatego flagi były już tylko taką wisienką na torcie.
W dwójce jednak znacznie poprawiono ten element i nie mam na myśli tylko nagród za pióra, ale też całkiem spoko zagadki. W trójce mieliśmy np. "skarby Drewnianej Nogi". Za zebrane badziewie otrzymaliśmy informacje o lokalizacji kolejnych fragmentów mapy do skarbu (czyli jakby nie patrzeć kolejne misje). Niestety to wszystko ginęło wśród dziesiątek innych rzeczy do zbierania, które już tak ciekawe nie były.
ps. Albo nie zrozumiałem co autor miał na myśli mówiąc "w nowym Falloucie", albo zapomniał, że bobbleheady były już w trójce. Zresztą to nie wszystko, bo np. książki zwiększające umiejętności (które też można spokojnie podciągnąć pod znajdźki) towarzyszą nam od początku serii.
No z Bioshockiem to przede wszystkim chodzi o pewne wytrącanie z rytmu gry i takie psucie immersji. Sama minigierka była ok, nie była ani zbyt irytująca ani zbyt prosta. Niestety trochę nie pasowała do całości. Bioshock świetnie budował klimat tajemniczą, posępna atmosferą zapomnianego Rapture, a potem bach!: układamy rurki :)
A gdzie "kościany poker" z Wiedźmina? Najgłupsza minigierka w jaką kiedykolwiek grałem. W 99% zależała od szczęścia, co nie przeszkadzało grze w stworzeniu całej hierarchii grających w ten debilizm, jakichś mistrzów z którymi nie mogliśmy zagrać zanim nie ograliśmy niżej postawionych graczy itp. Jeżeli ktoś twierdzi, że trzeba było się tam było wykazać jakakolwiek "strategią" to znaczy, że ma IQ na poziomie ameby.
W ogóle W1 i 2 to była porażka pod względem minigierek. Pięściarstwo z jedynki w którym nie do końca było wiadomo o co chodzi, dwójka przepełniona QTE (szczególnie "polecam" ponownie walki wręcz - nie dość że QTE, to jeszcze ciosy które wyprowadzamy są po prostu komiczne).
W trójce na szczęście twórcy poszli już po rozum do głowy, chociaż np. wyścigi konne to też głupota, bo wystarczyło biec normalnym tempem i blokować przeciwników, żeby dopiero pod koniec przygalopować (dopiero wtedy rzucali się za nami w prawdziwą pogoń). Sam gwint natomiast... No fajny, ładnie przedstawiony wizualnie, ale to pay to win w czystej postaci :D Owszem, dało się wygrać gorszą talią, problemem było natomiast przegrać kiedy mieliśmy już całkiem niezłe karty. Za dużo zależało od siły ataku jednostki. Lepiej też mogło być rozwiązane pozyskiwanie nowych kart. Dziwię się, że nie były do odkrycia podczas eksploracji w formie "skarbów" z lootowanych skrzyń. Część oczywiście wygrywaliśmy podczas pojedynków (co było spoko), resztę po prostu kupowaliśmy co w praktyce oznaczało przeklikiwanie się przez mapę szybkiej podroży i skakanie od knajpy do knajpy...
Pierwsze miejsce specjalnie mnie nie dziwi. Z drugiej strony system dialogowy z Morrowinda również był koszmarny stąd pewnie pomysł tej "dobrej zmiany". Po części pewnie też to na co Gambri zwrócił uwagę, czyli próba zamaskowania nieciekawych kwestii... końcowy efekt wszyscy znamy :)
Nie, nie, nie, to Ty nie rozumiesz. SoTN jest Metroidvanią i nigdzie nie napisałem, że nie jest (zresztą to jedna z najlepszych gier tego gatunku). Jednak to nie jest "dowolna Metroidvania" bo ma o wiele więcej wspólnego z DS niż dajmy na to poprzednie Castlevanie czy Super Metroid. I właśnie o to chodziło w materiale: o grę która ma podobne do Soulsów mechaniki, ale w 2D. Czy Titan Souls ma takie mechaniki? Nie ma, choć oczywiście klimatem jest znacznie bliższa tej serii. I to jest główny problem z porównaniami SoTN i DS: zbyt często pojawia się argument o zupełnie odmienny klimat świata czy poziom trudności (Castleviania chociaż łatwa nie była, to jednak nie jest to ten poziom co w Soulsach). Ja natomiast zgodzę się z Hedem, że tytuły te są bardzo podobne pod względem rozgrywki i byłby to dobry kierunek dla "dwuwymiarowych Soulsów".
Grałeś w Symphony of The Night, że nazywasz ją "dowoną Metroidvanią"? Śmiem wątpić, bo podobieństwa w mechanice obu gier wykraczają znacznie poza ogólną konstrukcję mapy. Zresztą fakt, że jako przykład "Soulsów 2D" wyskakujesz z Titan Souls tłumaczy chyba wszystko. Daj jeszcze Super Meat Boya - też trudny i w 2D. A do tego indie ("hue hue hue").