Może to nostalgia i już dobrze nie pamiętam poprzednich części, ale jednak dla mnie Vice City i San Andreas zostaną w prywatnym rankingu jeden stopień wyżej. GTA IV to gra dużo poważniejsza od tych dwóch wcześniejszych części serii. Próżno szukać tu nieruchomości na sprzedaż, np. jakiejś willi z kiczowym rokoko na wyspie, nie wygrasz kupy dolarów grając w wyścigi konne, nie znajdziesz tu też misji-niespodzianki kryjącej się w furgonetce na końcu parkingu. Znaleziona broń i pieniądze, uwaga, po prostu leżą na ziemi, już nie wirują frywolnie w powietrzu w kolorowym świetle. Trochę smutek.
To bardzo dobra gra, ale to pierwsze GTA, w którym chodząc po mapie nie czujesz się jak w lunaparku wypełnionym znajdźkami i atrakcjami do odkrycia. Tęsknię za tym bardziej arcade'owym stylem!
Pewnie było by blisko dychy, gdyby fabuła była trochę ciekawsza. Wizualnie majstersztyk - gęsty, cudowny klimat dalekiego wschodu
Nordycki klimat, wielki żółw - dom wiedźmy, giganci, cały ten rozmach robi ogromne wrażenie, nawet grając w 2024 roku. Trochę nudziło mnie w kółko walenie po łbach tych samych wrogów i odwiedzanie tych samych lokacji. Grałem w tę grę dla historii i akcji, i to gra daje na top poziomie.
Pierwsza styczność z Alanem Wake'iem. Cała mechanika związana ze światłem - nawet w 2024 roku można uważać za świeży i fajny pomysł.
Myślę, że cechą, której nie zauważyli moi konkursowi koledzy jest 6 rdzeni, po 2 niezawodne i jędrne rdzenie na każdym zdjęciu modelki. W swojej naturze każda para rdzeni jest tak doskonała, że nie wymaga przetaktowań.