Gratuluje wszystkim wygranym, oczywiście zazdroszcze cholernie ! szkoda ze nie ma nagród pocieszenia;
Dawajcie kolejny konkurst! :D hhahahahha
NA GŁĘBOKICH ŚCIEŻKACH ŚMIERĆ KRYŁA SIĘ NIE WŚRÓD CIENI, ALE W OŚLEPIAJĄCYM BLASKU LAWY. Na środku tego ogromnego jeziora ognia, niczym kamienny kwiat lotosu wyrastał Thaig, którego nazwa dawno już przepadła w mrokach dziejów. Ten majestatyczny widok budził podziw i dziwną tęsknotę w sercach patrzącej nań grupy, której większość członków była krasnoludami. Ubrani w masywne czarne zbroje, przyozdobione tym samym znakiem. Symbolem Legionu Umarłych. Dowodził grupą Stary. Posiwiały już wojownik, który z pomocą swojego nadziaka zabił już liczbę pomiotów odpowiadającą małej armii. Towarzyszyli mu Szach i Mat. Bracia, co było rzadkie w Legionie. Obaj nosili duże prostokątne tarcze naznaczone tak wielką ilością rys i drobnych uszkodzeń, że trzeba by chyba całego dnia, by zliczyć je wszystkie, nie myląc się przy tym. Jedyne co ich odróżniało to broń: Szach walczył masywnym mieczem, a Mat preferował jednosieczny topór. Kolejna była Szmaragd. Najmłodsza z całej grupy właścicielka pięknych, jak kamienie od których wziął się Jej przydomek, oczu była ulubienicą Starego. Nic zresztą dziwnego. Mimo tatuaży i wielu dni spędzonych na głębokich ścieżkach, wciąż wyglądała niczym posąg wykuty rękami najbardziej utalentowanych rzeźbiarzy Orzammaru a do tego niezwykle celnie strzelała. Bełty posłane z Jej ciężkiej kuszy o podwójnym łuczysku bez trudu radziły sobie nawet z pełną płytową zbroją. Ostatnimi szczęśliwcami, którzy załapali się do tej wyprawy byli Solas Elfi Mag, samouk oraz Qunari zwany Żelaznym Bykiem. Jedyni żywi pośród “Umarłych”. Mimo to, z własnej woli dołączyli do tego zakrawającego pod samobójstwo zadania i jak do tej pory spisywali się doskonale. Czarokleta nie wystawiał się na niepotrzebne niebezpieczeństwo, a jego zaklęcia parę razy oszczędziły Legionistom problemów. A olbrzym wprost doskonale spisywał się w wyszukiwaniu nowych przejść. Niezależnie czy miała to być nowa dziura w kamiennej ścianie czy w szeregu przeciwników. Prawdziwe problemy miały się jednak dopiero zacząć. Teraz, gdy stali niemal u celu.
- Widziałem wiele i w wiele gotów jestem uwierzyć, ale to… - Staremu zwyczajnie
zabrakło słów, by opisać to co widzi. - Na co tak właściwie patrzymy?
- Na bardzo stary Thaig. - Odpowiedź Elfa wniosła do rozmowy tak wiele nowego, że
reszta parsknęła głośno. - Nie znalazłem jego nazwy nawet w podaniach, ale jeśli te mają w sobie choć ziarno prawdy, to znajdziemy w tym miejscu klucz do rozwiązania kilku naszych problemów… Albo jedynie śmierć.
- Cóż, my nie mamy już nic do stracenia. - Skwitowali jednocześnie Szach i Mat.
Ruszając w kierunku kamiennego mostu łączącego ten niezwykły twór z brzegiem. Reszta bez zwłoki podążyła za braćmi. Most nie zawalił się pod nimi, ani nie zostali zaatakowani. O ile to pierwsze było dobrą wiadomością o tyle brak choćby paru strażników nie koniecznie, bo Umarli woleli walczyć tutaj. Na równym i odsłoniętym terenie, gdzie nie ma przesadnie wiele miejsca. Niestety to nie oni wybierali miejsce starcia.
- Wyczuwam - Zaczął agent Ben-Hassrath udając, że węszy. - że pozwolą nam wejść a
potem sprawdzą, jak jesteśmy twardzi...
- Racja, bo gdyby wiedzieli jak jesteśmy twardzi, to nie pozwoliliby nam przekroczyć
bramy! - Padła odpowiedź Szmaragd, po której pozostali po raz ostatni pobieżnie sprawdzili ekwipunek i zajęli przydzielone im miejsce w szeregu.
- No to nie pozwólmy dłużej czekać naszym gospodarzom, kimkolwiek są. Naprzód! -
Zabrzmiał rozkaz Starego. I wkrótce potem zaczął się koszmar...
Właściwie to więcej czasu spędziłem na przycinaniu tego do właściwej długości (Znaków bez spacji 2995), niż samym pisaniu :D Ale mam nadzieję, że się spodoba:
Garrett ocknął się zaledwie kilkanaście minut później. To było dziwne. Żył i nie obudził się w celi. Szybkie sprawdzenie wyposażenia i był już pewien, że zniknęła jedynie Formuła. Czyżby zatem ktoś chciał w ten sposób przeciągnąć Złodzieja na swoją stronę? Tylko skąd wiedział o miejscu spotkania?
- Maggie. - Wygląda na to, że będzie musiał odwiedzić posiadłość Lorda Verminusa raz jeszcze.
Dotarcie na miejsce zajęło chwilę. Teraz jednak, gdy pozornie wszystko było przygotowane czuł się... nieswojo. To było dziwne wchodzić do posiadłości osoby, którą zamierza się okraść nie starając się nawet ukrywać. Nie było jednak innego wyjścia. Maggie wiedziała już o nim odrobinę i spodziewała się jego przybycia. Lepiej więc było przynajmniej pozornie przyjąć swoją porażkę. To nie było, jednak działanie w jego stylu i oby nie tylko on tak myślał.
Wiedział, gdzie go oczekują. Po drodze, jednak nie napotkał żywej duszy, co wykorzystał zostawiając na schodach niewielką kulę. Tak, jak się spodziewał. W obszernej komnacie dawniej należącej do Lorda poza Maggie było jeszcze kilku strażników. Doliczył pięciu, wszyscy z kuszami. Trzech za jego plecami i dwóch po drugiej stronie komnaty. Garretta starał się wyglądać na nie wzruszonego, choć irytowała go ilość światła jaką dawał żyrandol nad nim. W pokoju praktycznie nie było cienia i Złodziej czuł się z tym naprawdę źle.
- Oh, sam Mistrz Złodziei. Kto mógł się spodziewać? - Spytała Maggie uśmiechając się niewinnie.
- Formuła.
- To? - Dziewczyna pozwoliła sobie pomachać mu Formułą przed nosem - Oczywiście należy do Ciebie. Ale...
- Powinienem się jakoś zrekompensować za przetrzymanie jej dla mnie?
- Czytasz mi w myślach. - Maggie uśmiechnęła się lekko. - Widzisz jest ktoś, kto nie zaakceptuje moich praw do tego miejsca. Zabijesz go. Oczywiście możesz odmówić, ale wtedy pozostaniesz z niczym.
- Rozumiem. Zatem chyba nie mam innego wyjścia...
W zaledwie kilka sekund po tych słowach uruchomiła się niespodzianka, która zostawił na schodach wywołując głośny huk i przeciągły gwizd. To sprawiło, że wszyscy, jak jeden obrócili się w stronę wejścia do pokoju. Poza Garretem. Granat dymny upadł na środek pokoju, a jego detonacja zbiegła się z salwą z przeciwległej strony pokoju. Złodziej jednak zanurkował nisko, przetaczając się po podłodze i oba pociski przecięły powietrze na nim. Jeden pozbawił życia kusznika tuż obok. Strażnik przy oknie nie zdążył zareagować. Cios w skroń lekko go otumanił, lecz jego napastnik już był za nim mocnym szarpnięciem odwracając go twarzą do stojącego w drzwiach. Dzięki temu to on, a nie Garrett oberwał pociskiem. Jego towarzysz zbladł, uświadamiając sobie, że teraz to Złodziej ma przewagę, gdyż ten właśnie mierzył do niego z kuszy. Miast jednak w przeciwnika Garrett strzelił w łańcuch przytrzymujący żyrandol. Ten z głośnym hukiem upadł na ziemię, gasnąc. Zapanował chaos, który Maggie starała się opanować krzycząc na podległych Jej ludzi, pomiędzy kolejnymi atakami kaszlu. Dzięki temu Mistrz Złodziei wiedział, gdzie stoi. Skoczył naprzód płynnym ruchem wyciągając pałkę, a gdy dziewczyna dostrzegła w dymie niewyraźny kształt było już za późno. Celny cios w skroń pozbawił Ją przytomności. Wystarczyło chwycić to po co przyszedł i ulotnić się nim dym się rozwieje. Ponownie skorzystał z okna. W kilka sekund później stał już w bezpiecznej odległości od posiadłości, w której zrobiło się głośno, gdyż wszyscy rzucili się szukać Złodzieja. Ten zaś zlewając się z ciemnością przysiągł sobie, że ktoś mu słono dopłaci za wpakowanie go w kłopoty.