Czemu miałoby znudzić kogoś, kto się z tym wcześniej nie zetknął? Fakt, że Ty to już wcześniej widziałeś ma oznaczać, że nikt już nie może tego zrobić?
I nie, nie jesteś fajniejszy przez to, że widziałeś to wcześniej, nawet jeśli tak Ci się wydaje.
Abstrahując od bezsensownego marudzenia zmęczonych swoim nudnym życiem frustratów, jestem ciekawy, kiedy będzie można w ten sposób tworzyć sensowne animacje i filmy. Pojawi się pewnie powódź różnego rodzaju bzdetów, ale też powinno to dać narzędzie faktycznie zdolnym ludziom, którzy w inny sposób nie mieliby szansy przedstawić światu swoich niebanalnych pomysłów.
Tempo rozwoju takich usług zaczęło być ostatnio mocno zauważalne i nie mówię wyłącznie o generatorach obrazów, czy czatach, ale też o narzędziach analitycznych używanych w pracach naukowców - np. do bardzo starego już projektu składania białek ostatnio doprzęgnięto algorytmy AI, które z miejsca spektakularnie podbiły wydajność procesu, podobnie zresztą dzieje się w medycynie (diagnozy lekarzy ze wspomaganiem AI są o jakieś 20 punktów procentowych trafniejsze), czy prawie.
Z jednej strony osobliwość technologiczna nadciąga wielkimi krokami, z drugiej - masa firm nadal korzysta z oprogramowania z XX w.
Ciekawe, gdzie to finalnie nas zaprowadzi, jak myślicie?
Owszem, może.
Dlatego pokazuję różne próbki z czym sobie radzi nieźle licząc, że ktoś wrzuci jakiś swój ciekawy pomysł.
A jeśli się nie podoba - to tu nie wchodź i nie wylewaj swoich życiowych frustracji. Proste.
Jasne, sporo jest nieudanych, tak jak piszesz - dużo jest losowości. Do tego stopnia, że czasem nawet wkleja jakiś losowy tekst.
Ale i tak zaskakująco dobrze sobie radzi.
A ja, absolutne beztalencie graficzne, mogę sobie wreszcie popróbować różnych wizji

Spróbowałem dzisiaj generatora obrazów Binga i muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem.
Kiepsko z twarzami (choć czasem coś mu wyjdzie sensownego), ale tworzy naprawdę ciekawe grafiki.
Bawiliście się już tym?
Spodobał mi się komentarz na YT:
It's not really reforged, more like reheated in the microwave

Stary odczytuje z maksymalną prędkością ~500MB/s, a nowy zapisuje z prędkością 1400MB/s.
Taki test nie ma żadnego sensu. Nowy nawet się nie spoci.
Natomiast mogę dodać, że kopiowanie dużego pliku wewnątrz partycji (równolegle odczyt i zapis) odbywa się z prędkością około 1TB/s.
Do gier w ogóle, przecież piszę.
Chcesz poczuć największą różnicę w grze - zmieniasz GPU.
Jeśli zaistnieje taka potrzeba, czyli GPU nie może rozwinąć pełni mocy, bo pracuje ze zbyt kiepskim CPU - zmieniasz ten ostatni.
Proste.

Barracuda 2TB (mocno zapchany i pofragmentowany, co widać w wynikach)
Mam na myśli to, że w grach wąskim gardłem są GPU i CPU, więc to te komponenty mają największe znaczenie.
Przesiadka z HDD na SSD jest odczuwalna w grach, ale nie spodziewam się już większych różnic między SATA a NVMe.
Winda dostaje jednak skrzydeł.

Cześć
Taka ciekawostka, która może się przydać.
Testy zrobione na jednej platformie, porównane 4 dyski:
Barracuda 500GB
Barracuda 2TB
Samsung EVO 950 @ SATA 3
Samsung EVO 970 @ NVMe
Wyniki pokazują mniej więcej to, co jest po prostu odczuwalne - przesiadka ze standardowego SSD na NVMe daje wrażenia dość podobne do przesiadki z HHD na SSD. Oczywiście przepaść jest mniejsza, bo SSD i tak już pracują fajnie, ale faktycznie czuć to w praniu, zwłaszcza, gdy na takim dysku leży system, czy kopiuje się większą ilość danych.
W grach jeszcze nie testowałem, ale nie spodziewam się jakichś niesamowitych różnic, bo myślę, że tam hamulcem są jednak bardziej CPU i GPU, gdy porównujemy dwa typy SSD.
Platforma testowa to Ryzen 2600 na Gigabyte Aorus PRO

Bukary - szacun za żelazne nerwy i mentorski wydźwięk Twoich wypowiedzi. Ja już nie mam siły do ludzi, którzy idą do Parku tylko po to, żeby zrobić sobie piknik, nawrzeszczeć się i zostawić syf po sobie.
Dawno temu się śmiałem, że jeszcze trochę i Tatry zostaną wyniesione na podeszwach butów turystów, ale w ubiegłym roku zajrzałem sobie na Giewont po blisko 15-letniej przerwie. Może mam sklerozę, ale byłem w ciężkim szoku jak wyślizgana na lustro jest szczytowa czapka. No ale w końcu góry są dla wszystkich. Niestety na szczycie oczywiście zastałem syf. A na to wytłumaczenia już nie ma.
2sd Późno, ale obok screen z Endomondo z Sylwestra tego roku. Bez żadnych szczytów, droga na trasie Kuźnice-Czarny Staw Gąsiennicowy-Kuźnice (wejście Doliną Jaworzynki, zejście niebieskim szlakiem). Miałem coś popierniczone w ustawieniach (zorientowałem się po powrocie), więc GPS łapał okazjonalnie tylko, gdy telefon był aktywny i nie policzył jak widać różnic wysokości. Myślę więc, że uwzględniając wspinaczkę realnie na takiej trasie spalanie rzędu 3000-4000 kcal nie jest przesadzone.
Swoją drogą, gdy wracałem popołudniem, to już po wejściu na Królową Kopę słychać było dicho, które niosło się ze sceny w centrum Zakopca. Od tego miejsca aż do końca wrażenie było nieustannie takie, że za najbliższym zakrętem na pewno stoi jakaś tancbuda, mimo że w linii prostej było pewnie z 5-6 km. Masakra. Poszedłem szukać zimowej górskiej ciszy, a dostałem imprezę disco polo ;(
Aidi - Nie, nie wiedziała lepiej. Politycy mogli panikować, ale naukowiec z takim doświadczeniem (nawet fikcyjny) nie popełniłby podstawowego błędu nierozróżnienia wybuchu chemicznego, bądź ciśnieniowego od jądrowego.
Ani w wiązaniach cząsteczkach nie ma tyle energii, bo to nie jest ta skala, ani nie ma możliwości stworzenia budynku, który mógłby skompresować gaz do takich energii. Proste.
A uran w reaktorach RBMK był wzbogacony do 1,8%. Masa krytyczna uranu natomiast już w okolicy 6% dąży do nieskończoności. Nawet gdyby zebrać pierdylion ton takiej mieszanki izotopów, nie wybuchnie jądrowo.
Tank - to kwestia ilości. Tak jest mowa precyzyjnie o eksplozji 7 tys. ton pary wodnej. I to ma wybuchnąć z siłą 4 milionów ton materiału wybuchowego. Nie ma takiej możliwości, to jest po prostu bzdura i tyle.
Broń jądrowa jest tak silna, bo dobiera się do energii wiązań wewnątrz jąder atomów. Energia wiązań i reakcji międzyatomowych jest po prostu zbyt mała. Najzwyczajniej w świecie nie ma tam wystarczającej ilości energii.
Świetny serial. Fantastyczne, autentycznie przerażające ujęcia, jak np. ostatnie sceny pierwszego odcinka - ta cisza jest niesamowita.
Szkoda jedynie, że nie ustrzeżono się od idiotycznych błędów merytorycznych, jak np. powtórzenie popularnego mitu, że groziła eksplozja jądrowa. - w drugim odcinku na zebraniu KC, Chomiuk mówi bardzo precyzyjnie, że szybkie odparowanie 7 tys. m szesc. wody (czyli odparowanie 7 kiloton) wywoła eksplozję o mocy 2-4 Mt TNT.
Parafrazując film - proszę mi wyjaśnić, jak tona gwałtownie parującej wody wybucha z siłą 500 ton eksplodującego materiału wybuchowego?
Odpowiadając na Wasze pytania - w każdym przypadku nie :-)
Język, klawiatura itp. są ustawione prawidłowo.
To Windows 7, dodam przy okazji.
Jak wspomniałem, podejrzewam nadpisanie mapowania klawiatury przez "coś", ale raczej dziwne - bo nie uszkadza jednej kombinacji, jak to było niegdyś w przypadku Catalysta, tylko po prostu nie działa globalnie kombinacja alt+...
Czytać uważnie proszę.
Biurowy komputer stacjonarny (bez touchpada), nie mam dostępu admina. Wykluczona awaria klawiatury. Język ustawiony jako polski, ustawiona klawiatura: polski (programisty). To nie jest związane z Catalyst Control Center i ich wrednym "ć".
Jestem w stanie wydusić polski znak kombinacją ctrl+alt+... ale nie działa to z literą "ż" (pozostałe zmiękczenia można wpisać w ten sposób). Jest także możliwość wymuszenia polskiego znaku poprzedzającą tyldą.
Teraz ciekawostka - kombinacja ctrl+alt+... działa i daje polski znak nawet, gdy aktywna jest klawiatura USA, co sugeruje jakieś zwariowane oprogramowanie, które nadpisuje standardowe mapowanie klawiatury.
Czy ktoś z Was spotkał się z takim problemem?
Ciekawy jestem tej 9 części. Czy uda im się zrobić coś jeszcze bardziej kretyńskiego, niż ostatnia odsłona. Lubię ten świat, ale na myśl, że miałbym obejrzeć ponownie epizod 8 na serio dostaję konwulsji.
480 oznacza, że w rzeczywistości będziesz miał około 440-450GB. Taka ściema stosowana już od dawna.
Wygląda bardzo fajnie, lubię ten zwariowany klimat z czubkami post-apo.
Mam nadzieję, że nie będzie tym razem tak perfidnego backtrackingu.
Jedna z najlepszych gier mojej wczesnej młodości. Pozycja obowiązkowa. Szacun dla GOGa za taka akcję promocyjną.
Prosta zasada. Jeśli ja przyjdę do Ciebie, rzucę Ci to coś na ziemię na terenie Twojej działki i nie będziesz miał nic przeciwko, to nie jest to śmieciem. W innym przypadku jest.
Tu masz informacje na temat minimalnych praw, jakie Ci przysługują, na mocy odpowiedniego rozporządzenia Parlamentu Europejskiego. 400 euro w tym wypadku to minimum, jakie możesz uzyskać w ramach odszkodowania, realnie często da się uzyskać więcej, ale będziesz musiał poczekać kilka miesięcy.
Możesz zatrudnić jakiegoś prawnika, ale możesz również sam napisać wezwanie do zapłaty, albo pozew. Według uznania i umiejętności.
http://www.konsument.gov.pl/files/rozp261-2004.pdf
Chętnie bym zobaczył remastery przygodówek z lat 90-ych w rodzaju Questów Sierry, Discworldów, czy innych Blade Runnerów, a nie remastery gier sprzed 5 lat, gdzie nawet za bardzo nie widać różnic.
No ale hajs z jednej strony i problemy z prawami autorskimi z drugiej robią z tego marzenie ściętej głowy.
Czyli konkurs piękności nie będzie oceniał wyglądu w imię poprawności politycznej. Gratuluję pomyślunku.
Skoro uczestniczka nie chce, żeby oceniano jej atrakcyjność fizyczną, bo uważa to za uprzedmiotowienie, to może na przykład, hmmm... niech się nie zgłasza do konkursu, którego założeniem jest ocena atrakcyjności fizycznej uczestniczek?
Fajnie. Rage ma kilka wad - przede wszystkim powtarzalność lokacji związaną z backtrackingiem i wrażenie przerwania gry w połowie, kiedy akurat zaczynało się robić ciekawie, ale poza tym jest naprawdę fajną grą. Przyjemny klimat z masą różnych świrów, bardzo fajna mechanika jazdy, wyścigi, arena, ciekawe minigierki, zróżnicowane gadżety uzupełniające uzbrojenie itd.
Kwestia rozbudowanej fabuły to dla mnie zawsze plus, w szumnie reklamowane interakcje frakcyjne nie wierzę, bo i tak w praniu jak zawsze wyjdą proste schematy i algorytmy sprawiające ostatecznie wrażenie zupełnie przypadkowych potyczek z czapy, które będzie się raczej omijać ze względu na ich schematyczność, a zróżnicowanych lokacji się trochę boję. Urozmaicenie jest zawsze miłe, ale obawiam się, że przez lasy, bagna i roślinność gra straci na klimacie post-apo.
Cóż, trzymam kciuki. Na pewno sprawdzę, bo jedynka mi się bardzo podobała.
Masz bezpośredni kontakt z szefem, czy to jakieś większe korpo? Jeśli masz bezpośredni dostęp do niego, to najpierw idź i z nim pogadaj. Wyjaśnij grzecznie o co chodzi i poproś o pomoc. Paradoksalnie to też często są ludzie, którzy znają życie i jeśli faktycznie cenią Cię jako pracownika, to jest spora szansa, że Ci klepnie taką umowę i po problemie.
Rozumiem, że ten Baldur's 2 EE jest bez polskiego dubbingu?
Szkoda. O ile ogólnie nie znoszę dubbingu, to w tym wypadku nie wyobrażam sobie grać po angielsku.
Oceniam z perspektywy uczciwości rozgrywki i sposobu na dymanie graczy.
Można to rozważyć z dwóch punktów widzenia - albo jako "bazowe" zasady rozgrywki uznajemy reguły odnoszące się do konta standardowego (nie korzystającego z mikropłatności) i wtedy gracz premium staje się z punktu uczciwości wobec innych graczy oszustem - dostaje płatny doping za radosnym przyzwoleniem twórców w postaci lepszego sprzętu, szybszego rozwoju, różnego rodzaju boosterów. Innymi słowy - zasady rozgrywki dla niektórych graczy są inne, niż dla innych graczy. Stosując analogię - gramy w szachy, ja płacę 2 zł i dzięki temu na czas rozgrywki mam możliwość bicia pionem po skosie i dodatkowo jeszcze w linii prostej. Albo dokupujesz sobie za to trzecią wieżę na jedną rozgrywkę. Drobna przecież modyfikacja, ale inne zasady dla różnych graczy. Uczciwa gra?
Drugi punkt widzenia - jako "bazę" rozgrywki uznajemy konto premium, standardowym graczem jest ten korzystający z mikropłatności, standardowy gracz jest natomiast leszczem do kopania. W takiej sytuacji mówimy wyraźnie o ukrytym abonamencie - chcesz grać, musisz cyklicznie płacić i koniec tematu. Próby samooszukiwania się, że "nie mam czasu na grę", "to nie ma dużego wpływu", "innych to nie dotyka" jest właśnie samooszukiwaniem się. Albo zgadzasz się na abonamentowy model płatności i grasz przeciwko graczom premium, albo sprawia ci przyjemność kopanie dzieci, bo z rówieśnikiem na równych zasadach nie masz szans.
Nie mam absolutnie nic do gier i graczy, w których jest wyraźnie napisane - gra wykorzystuje abonament, nie zapłacisz, to nie pograsz (np. EVE online, gdzie konto standardowe to tylko bezterminowe demo, a abonament jest nazywany wprost abonamentem). Nie mam także nic do graczy, którzy z pełną świadomością zgadzają się na głupio nazywany abonament i satysfakcję odczuwają wyłącznie w przypadku pokonania innego gracza premium. Natomiast jeśli widzę gracza premium, którzy cieszy się ze swojej cudowności, bo pokonał gracza standardowego, to jest to dla mnie wyłącznie niesmaczne (mówiąc delikatnie).
Widziałem kiedyś na żywca akcję w Ogame, już tym nowym, gdzie za kasę można zrobić wszystko. Gracz nr 2, 3 i 4 w rankingu zebrali floty i wspólnie zaatakowali nr 1. Kilka sekund przed wlotem gracz nr 1 kupił surowce i postawił instant-obronę (także funkcja premium), która przechyliła szalę (system walk jest tam ogólnie dość głupi) i zmasakrowała wrogów. Świetne zwycięstwo, faktycznie.
Napisałeś "nie płacisz, nie będziesz się dobrze bawił" i że takie ultimatum jest obrzydliwe. A przepraszam, czym są dowolne mikropłatności ingerujące w grę? Dokładnie takim komunikatem - zapłać, bo nie będziesz się dobrze bawił. Zapłać, bo inaczej pokona Cię gracz o 10 lvlów słabszy, z głupim buildem, ale za to z wypasioną giwerą premium, na którą bez zapłaty nie masz szans. Zapłać, albo zmusimy Cię do tracenia masy czasu na długie i nudne grindowanie, które nie przynosi żadnej satysfakcji. Zapłać, to nie będziesz się nudził."
W tłumaczeniu na język polski:
"Wprowadziliśmy agresywny system mikropłatności, bo dotychczasowa praktyka rynkowa wykazała, że metodą małych kroków zwiększamy tolerancję na takie praktyki i gracze dają się golić z kasy jak debile i akceptują ostatecznie takie zagrywki. Chcieliśmy wyciągnąć od was jeszcze więcej kasy, niż dotychczas i zrobiliśmy duży kolejny krok, ale okazało się, ku naszemu niewiarygodnemu smutkowi, że tym razem przegięliśmy pałę i gracze się zbuntowali. Tym samym nie możemy zarobić tak dużej kasy, jak chcieliśmy i strasznie o to nas boli dupsko. Będziemy więc robić teraz ściemę marketingową, niewątpliwie znajdziemy też kozła ofiarnego, żeby na niego zwalić winę i postaramy się odbudować wizerunek marki, żeby znowu móc od was wyciągać kasę.
PS. Mamy was kompletnie gdzieś. Jesteście tylko źródłem przychodów dla naszej firmy i nic innego nas nie interesuje, dlatego zrobimy wszystko, łącznie z samobiczowaniem, żebyście się nie wkurzyli za bardzo i dalej nam płacili za mikrotransakcje.
Z poważaniem
Zarząd firmy."
<facepalm>
Odświeżam sobie właśnie Sołżenicyna. Podobieństwa niektórych aspektów są uderzające.
https://businessinsider.com.pl/finanse/kryptowaluty/opodatkowanie-kryptowalut-nowe-regulacje/fb6r0mq
A więc jednak pomieszanie debila ze straszakiem. Nie zgadłem.
Czekam, aż opodatkują także handel itemkami w Tibii, Diablo i czym tam jeszcze.
Widzę trzy możliwe opcje:
- interpretację ustalił debil (mało prawdopodobne, takie interpretacje ustalają specjaliści, którzy z miejsca by dostrzegli oczywiste problemy)
- chcą celowo udupić handlarzy (wątpliwe, wpędzenie tysięcy obywateli w koszmarne długi zmniejszy ostatecznie przychody państwa, a także zwiększy jego wydatki - zasiłki itp.)
- jest to element walki państwa z samą ideą kryptowalut, więc walą z grubej rury, żeby przestraszyć ludzi (kolejnym krokiem będzie informacja za jakiś czas, że łaskawie darują opodatkowanie od samych wymian i opodatkują tylko sprzedaż za pieniądze "oficjalne") - efektem będzie zmniejszenie chętnych do kopania i handlu, zwiększona nieufność potencjalnych osób chętnych do zakupu i kolejna cegiełka dołożona przez kolejne państwo, które nie może patrzeć na niekontrolowany przez siebie przepływ pieniądza.
Serwer DNS to taka internetowa książka telefoniczna.
Dzięki temu w wyszukiwarce możesz wpisać na przykład adres gry-online.pl
Przeglądarka następnie kontaktuje się z serwerem DNS, który sprawdza swój indeks i odpowiada wyszukiwarce, że w formie zrozumiałej dla komputera jest to adres 82.192.87.70 i tym ciągiem cyfr komputer już dalej się posługuje w celu pobrania informacji i wygenerowania strony internetowej w oknie wyszukiwarki.
Tym samym taki serwer może rejestrować informacje, jakie strony otwierał Twój komputer. Na podstawie dużej ilości takich informacji powstaje baza danych, z której wynika na przykład, że wchodzisz regularnie na strony dotyczące gier komputerowych, sprzętu audio i butów do biegania.
A taka informacja jest już cenna dla reklamodawcy. W uproszczeniu - jeśli właściciel serwera DNS takie dane sprzeda firmie marketingowej, to ta ostatnia będzie wiedziała, że w Twoim komputerze (nie znają Twojego nazwiska, ale znają IP maszyny) powinna się pojawić np. reklama butów Adidasa, bo statystycznie jest większa szansa, że taka reklama zainteresuje Cię bardziej, niż np. reklama szminki do ust.
Pół biedy o ile skończy się to na celniejszych reklamach. Problem jest jednak taki, że teoretycznie można Cię sprofilować i zaszufladkować w dowolny wybrany sposób - czy wolisz raczej Adidasa, czy Nike, jeśli wchodzisz na świńskie strony to czy oglądasz tam kobiety, czy raczej facetów, czy wchodzisz na stronę katolik.pl, czy raczej na j**ckosciół.pl i tak dalej.
A nie każdemu może się to podobać.
Kilka dni temu udostępniono dla ogólnego użytku serwer DNS, który może być ciekawą alternatywą dla domyślnie stosowanych. Głównymi założeniami ma być nacisk na prywatność użytkowników w postaci braku rejestracji numerów IP maszyn, z których przychodzi zapytanie, czyszczenie cache'u serwera co 24h i coroczny audyt zewnętrznej firmy.
W dobie monitorowania i zapisywania wszelkiej aktywności w Internecie wygląda to na miłą odmianę dającą użytkownikom choć odrobinę większą prywatność.
Więcej informacji pod linkiem, może ktoś z Was będzie zainteresowany, zwłaszcza, że podobno serwer jest piekielnie szybki:
https://www.androidauthority.com/cloudflare-dns-server-851484/
Nie lubię autoskalowania, w grach Bethesdy jest to zazwyczaj tragedia, ale są też chlubne wyjątki, czyli da się to zrobić.
Np. w takim KOTORze, czy Mass Effect było to zrobione świetnie. Przez całą grę przeciwnicy byli rozsądnie wymagający, a zarazem czuło się przyjemność z koksowania drużyny.
To kwestia podejścia do pewnych zagadnień. Nie podoba mi się idea zbierania spersonalizowanych informacji na mój temat przez kogokolwiek. Przez państwo jestem zmuszony pod groźbą różnych kar do regularnej spowiedzi na temat tego co robię i jak robię. Czyli jestem niewolnikiem państwa, w pełnym znaczeniu tego słowa. Państwo mi każe, a ja muszę to robić, bo w innym przypadku ktoś mi odbierze pieniądze, wsadzi mnie do pierdla, albo ukarze mnie siłą w inny sposób.
Alternatywy w tym wypadku niestety za bardzo nie mam, bo mniej więcej już każdy nadający się do zamieszkania kawałek tej planety został przez jakieś państwo zawłaszczony i gdzie bym nie pojechał, to i tak ktoś będzie wpychał swój wścibski urzędniczy nos w moje życie.
Tutaj nie mam więc większego wyboru, albo muszę się ze swoim niewolnictwem pogodzić, albo zostać wojującym anarchistą.
Jeśli natomiast byle aplikacja od pogody, czy zdalnych płatności chce czytać moje esemesy, wyciągać informacje na temat moich znajomych, czy rodziny, robić sobie bazę moich kontaktów i ogólnie zbierać dane, które w żadnym stopniu nie są potrzebne do wykonania usługi, to jest to przekroczenie granic prywatności, na które jestem skłonny wyrazić zgodę. Przypuszczam, że nie byłbyś zachwycony, gdyby na siłę zrobiono Ci w domu Big Brothera i miałbyś świadomość, że w każdym momencie ktoś może Cię podglądać i podsłuchiwać, bez względu na to, czy akurat leżysz na sofie i dłubiesz w nosie, słuchasz muzyki, uprawiasz seks, czy robisz cokolwiek innego.
Moja tolerancja na taką ingerencję w moje życie prywatne (a przynajmniej te strzępki, które udało mi się zachować) jest mniejsza niż Twoja. Są także ludzie, którzy świadomie odzierają się z wszelkiej prywatności, bo uważają, że jest to fajne (uczestnicy Big Brotherów, spora część użytkowników Fejsbuków, Snapchatów i innych tego rodzaju aplikacji) i relacjonują dobrowolnie wszelkie aspekty swojego życia.
Cóż, to ich decyzja, nic mi do tego. To, że ktoś chce zachować prywatność nie oznacza automatycznie, że ma coś podejrzanego do ukrycia. Może po prostu nie odczuwa potrzeby ogłaszania całemu światu, że na śniadanie zjadł kanapkę z ogórkiem, a jego poranna kupa była czekoladowobrązowa i miała 8 centymetrów długości.
W tym zakresie całe szczęście jeszcze mam jakiś wybór, bo mogę się nie zgodzić na zbieranie takich danych, a jeśli aplikacja to wymusza, mogę ją usunąć i poszukać mniej inwazyjnej alternatywy.
Nie musiałeś wyrażać zgody, bo masz je aktywne, w takiej sytuacji telefon nie pyta ponownie. U mnie apki się plują, bo mam ustawioną blokadę na wszystko jeśli chodzi o Google, Google Play, fejsbuki i inne dziadostwa. I tym samym z miejsca odsiewam różne szpiegowskie gówna, typu np. jakaś tam prognoza pogody, która odmówiła działania, jeśli nie pozwolę jej zaglądać w swoje smsy i kontakty, "bo to jest konieczne". Całe szczęście zawsze można znaleźć jakiś normalny zamiennik niemal każdej apki, dla którego już nie jest konieczne. A jeśli nie można, to nie korzystam i tyle.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nawet bez tych zgód Google mnie dość dokładnie sprofilowało na podstawie samych danych z wyszukiwarki, ale tego już nie przeskoczę, bo akurat bez tego narzędzia ciężko by było korzystać z netu. Niemniej robię, co mogę, żeby ograniczyć ilość zbieranych o mnie danych. Bazując na informacjach z fejsbuka, o których pisałem wyżej oraz na fakcie, że nadal często dostaję reklamy z czapy, które (ku mojej radości) kompletnie mnie nie interesują, nawet z niezłym skutkiem.
Zloteuszy - czy mógłbyś się podzielić konkretnymi informacjami, w jaki sposób mikrofalówka zabija? Lubię się dokształcać i chętnie się dowiem jaki jest fizyczny mechanizm tego zabijania.
Nie ma. Google i usługi Google mają u mnie blokadę na wszystko poza lokalizacją na potrzeby nawigacji.
A Facebook nie wie o mnie prawie nic, przez jakieś 6 lat zebrał raptem 50 mega danych, z czego są to głównie jpgi i linki do kawałków na youtubie, które udostępniłem znajomym, IP maszyn, z których się logowałem oraz oczywiście zapis czatów, z czego w pełni zdaje sobie sprawę. Na lipnym koncie zresztą, nie powiązanym z nazwiskiem. Messenger ma natomiast zakaz dostępu do wszystkiego, bez wyjątku i jak dotąd nie wyciągnął z telefonu nic.
O ile oczywiście można wierzyć plikowi historii konta, które można ściągnąć z fejsa, ale nie sądzę, żeby zewnętrzne oprogramowanie telefonu robiło wyjątek na rzecz akurat Facebooka i po cichu udostępniało mu dane, do których dostępu mu zakazałem.
Google Pay
"Ta aplikacja będzie działać prawidłowo dopiero wtedy, gdy zezwolisz Usługom Google Play na dostęp do tych elementów:
Kalendarz
Aparat
Kontakty
Telefon
Czujniki na ciele
SMS"
I tym oto sposobem Google Pay może mnie raz i na zawsze pocałować w ano meo. Jakoś nie wydaje mi się, żeby informacja o moim tętnie oraz szczegółowa analiza moich SMS-ów była niezbędnie potrzebna do wykonania procesu płatności zdalnej.
Obejrzałem w końcu i jestem przerażony. Tragedia.
Nudy, dłużyzny, kiepski scenariusz bez polotu, brak porywających walk na miecze (czerwoni kolesie byli całkiem fajni, ale szału to nie robi w porównaniu do tego, co już oglądaliśmy wcześniej), brak ciekawych walk w kosmosie (kolesi ściga cała flota, w tym kilka Star Destroyerów, a tempo ostrzału wynosi jakieś 0,5 strzału na sekundę), z Luke'a zrobili zwariowanego, starego grzyba, ale całość filmu najbardziej niszczy główny "badboy" (ten cudzysłów powinien być powielony wielokrotnie), który wygląda, zachowuje się i robi miny jak totalna pierdoła i rozwydrzony gówniarz. Praktycznie cały film czekałem na scenę, w której rzuci się na ziemię i zacznie z płaczem histerycznie kopać podłogę.
Film ma w mojej opinii tylko trzy jasne elementy:
- świetny model pancernika gwiezdnego, przypominający bombowiec B2,
- kozackie AT-AT , czerwona kabina dodaje im wredoty i ogólnie wyglądają na nieźle wkurzone
- laska Jedi - przyjemnie się na nią patrzy, ale przede wszystkim przez cały film sprawia wrażenie baby z jajami, chętnie bym ją zobaczył jako Larę Croft, zamiast Alicii "Drewno" Vikander
Jeśli bawisz się w ten sposób, to po prostu zwiększyłbym udział bombowców taktycznych w składzie wojsk. Szybkie, uniwersalne i docierają wszędzie. Co do zwiększenia ilości tur, tak jak pisali forumowicze wcześniej - albo edytor scenariusza, albo znalezienie w pliku zapisu konkretnego hexa z numerem tury i zresetowanie go.
Metoda oblężnicza to taktyka z czasów I wś. Jej efektem było to, że tam gdzie wojska stanęły w 1914, tam zakończyły w 1918. Natomiast istotą II wś. była koncepcja Blitzkriegu, przełamania i współdziałania rodzajów wojsk.
Nie chcę być wredny, ale skoro się nie wyrabiasz z czasem, to znaczy, że trzeba się nauczyć w to grać.
Daj sobie spokój z obroną, istotą tej gry jest agresja, bo opowiada o nowym sposobie prowadzenia wojny. Czyli ze sprzętu wystarczą czołgi, samobieżna/zmotoryzowana artyleria, dużo bombowców taktycznych + osłona myśliwców, żeby szybko uzyskać całkowitą supremację w powietrzu oraz porządna piechota, koniecznie zmotoryzowana.
Na jednostki "core" dmuchasz, chuchasz i je trenujesz przy każdej okazji, a samobójcze akcje urządzasz jednostkami wsparcia.
Z takim zestawem połyka się wręcz przeciwnika. Artyleria niszczy obronę p-lot zgrupowania i nadgryza najsilniejsze punkty oporu, następnie bombowce błyskawicznie rozwalają siły pancerne, ew. jakieś umocnione oddziały obronne, piechota (przydają się pionierzy/saperzy) szturmuje umocnienia i miasta, a czołgi walcują resztki i walczą zamiast piechoty na równinach. I tyle, cała filozofia.
Mam problem z Fallout Shelter. Koleś wracający z ekspedycji nie przynosi ubrań/pancerzy.
Ma je w kieszeni, wraca, stoi pod wrotami, klikam "Collect" i broń i kasa pojawia się normalnie w magazynie, a ubrania znikają.
Ktoś zna rozwiązanie problemu?
Na razie widziałem ją tylko w Bournie i takiego drewna aktorskiego dawno już nie oglądałem.
Poszukaj wersji ze Snapdragonem 625, ma też trochę szybszy GPU. Na pewno były takie sprzedawane jako Prime/High Edition, ale jest tych wersji od zatrzęsienia, więc trzeba dokładnie sprawdzić. Za niecałe 100 zł dostajesz procek szybszy o ok. 30% od typowego 435.
Alternatywnie Redmi Note 4, to mniej więcej to samo, tyle, że rozmiar 5,5'' i pilot IR (fajny gadżet, bo można nim zarówno sterować telewizornią/wzmakiem w domu, jak i klimą w pracy).
Właśnie - The Killing.
Amerykański, czy raczej duński pierwowzór?
Obejrzałem na razie pierwszy odcinek "The Killing" i źle nie jest, ale tyłka także mi nie urwał. Rozkręca się toto?
Dodam też, że lubię "nordyckie" kryminały, większość podobała mi się bardziej, niż ich późniejsze remake'i z USA.
Ale, że "kiedyś" losowania były nawet na +4 tiery, to już nie pamiętasz?
Zgadzam się, że obecny szał premek (już ok 25% dostępnych czołgów w grze) to jest masakra, ale nie przesadzajmy.
Wiem, jak wygląda ta gra ze swojego punktu widzenia (średniaka) i jednego znajomego, który jest fioletem. On wygrywa przeciętnie 2 na 3 randomy. Sam. Dłubiąc w nosie i bez żadnej napinki. A nawet jeśli przegra i tak zazwyczaj ma wbite dobre kilka K dmg.
Po prostu umie w to grać i tyle.
Na 9 stron wyników bardzo niewiele tego i takie raczej ogólne pierdy, które mogą dotyczyć każdego. Np. mój typ podobno przejmuje się krytyką. No i fajnie, tylko znajdźcie mi typ, który NIE przejmuje się krytyką. Mogą być co najwyżej osobniki mniej, lub bardziej odporne, ale przejmie się każdy w jakimś stopniu. Co najwyżej będzie sobie wmawiał, że się nie przejmuje.
Ogólnie nieźle zgadza się z tym, co sam o sobie myślę, ale opis osobowości opiera się, jak to niestety zazwyczaj bywa w takich testach, na samych cechach pozytywnych, więc ogólnie miło się to czyta, ale szkoda, że nie ma wypunktowanych wad.
Swoją drogą w wolnej chwili zrobię chyba ten test ponownie i wybiorę odpowiedzi zupełnie losowo. Ciekawy jestem, czy ten nowy typ osobowości też uznam za zbliżony do mojego. Podejrzewam, że tak.
Ambitny ten projekt i kibicuję mu, ale zarazem nie wierzę w jego powodzenie.
Zabrali się do tego od d... strony, bo próbują zrobić wszystko na raz i skończy się tym, że po przejedzeniu wszystkich pieniędzy wszystko będzie zrobione w 50%, czyli totalnie w proszku.
Powinni robić tę grę modułowo. Zrobić kompletny, niewielki, grywalny fragment z ograniczonymi możliwościami, ale na tyle ciekawy, żeby na siebie zarabiał. I stopniowo dodawać kolejne możliwości.
Mają na wzór świetną serię X. Gdyby zrobili na początek coś takiego w świecie MMO i odpowiednio zbalansowaną ekonomią, byłaby świetna podstawa do dalszej rozbudowy gry.
Niestety mam coraz większe wrażenie, że ostatecznie nie o jej stworzenie tu jednak chodzi.
Marvin - wrzuć sobie tę paczkę do SS2 i spokojnie możesz cieszyć się grą.
https://neutralx2.com/2013/07/14/system-shock-2-mod-pack
Sama gra w żaden sposób nie wymaga "uwspółcześnienia", bo jest zrobiona świetnie. Grafika faktycznie się mocno zestarzała, co w sporym stopniu poprawia powyższa paczka modów, ale sam gameplay nadal jest świetny i stanowi właśnie miłą odskocznię wobec współczesnych tytułów (mało która współczesna gra mnie przyciąga na dłużej - może jestem już po prostu stary piernik, ale według mnie większość z nich to po prostu pozycje piękne, efekciarskie i zarazem nudne)
Owszem, są pewne niedociągnięcia, jak np. zupełna nieprzydatność "robalowych" broni, ale jest ich niewiele. Spokojnie możesz odpalić oryginalną wersję z poprawioną grafą i się nią zachwycać nawet w AD 2018.
No chyba, że wolisz współczesne pierdoły typu autoregeneracja, skrypty itd. w takiej sytuacji nie masz po co zabierać się za SS2 w ogóle. Ale raczej bazując na tym, co piszesz wyżej, nie spodziewam się tego.
Ja tam wolę doniesienia rosyjskich naukowców.
Ostatnio odkryli, że jeśliby zebrać całą wodę na Ziemi - zawartą w oceanach, morzach, lodowcach, jeziorach, rzekach, w atmosferze, w skorupie ziemskiej i w organizmach żywych, a następnie umieścić tę wodę w rurce o średnicy wewnętrznej 1 cm, to ta rurka musiałby być taka długa, że ja p***lę.
Wiem, ponieważ interesuję się kosmologią i w filmie ogólnie pokazano głównie pierdy z punktu widzenia fizyki.
Czarna dziura może sobie być zawieszona w "bardzo czystej" próżni i wtedy jest "nieaktywna" - nie pochłania nic, bo wszystko w okolicy już wciągnęła. Wtedy nie promieniuje, ale jest jednak zupełnie niewidzialna (a ta w filmie świeci, jest więc aktywna).
Jeśli jednak w pobliżu znajduje się duża ilość materii, materia ta spada na czarną dziurę i tworzy wirujący, świecący dysk, wirujący tym szybciej, im bliżej horyzontu zdarzeń cząsteczki się znajdują (jak w każdym wirze, im bliżej centrum, tym szybszy obrót). Ta materia porusza się z prędkościami relatywistycznymi i sama siła tarcia cząsteczek wydziela tak olbrzymie ilości energii, że dysk ten zaczyna wydzielać promieniowanie, głównie z zakresu rentgenowskiego i supertwardego (czyt. ultraenergetycznego) gamma. To promieniowanie jest tak silne, że zalicza się do jednych z najbardziej energetycznych zjawisk w kosmosie. Ilość produkowanej energii zależy oczywiście od ilości spadającej materii, ale tak czy inaczej jest ona głównie z zakresu ultratwardego (jeśli materii jest mniej, to fotonów jest mniej, ale nadal większość z nich niesie bardzo wysoką energię). Takie fotony są bardzo przenikliwe i bardzo zabójcze.
Tym samym samo promieniowanie w okolicy zabiłoby ludzi, zwłaszcza w tym śmiesznym, małym stateczku z cienkim pancerzem, przez które takie fotony przeniknęłyby jak przez masło. A jeśli nawet by nie przeniknęły, to napromieniowałyby go tak, że sam by zaczął świecić jak choinka i ludzi zabiłoby promieniowanie wtórne, emitowane przez sam pancerz do wnętrza.
O samym spadaniu bohatera na czarną dziurę już nie mówię, bo w tym momencie nagle wygodnie zapomniano o relatywizmie czasowym. Dzielni astronauci lądują na planecie stosunkowo daleko od czarnej dziury i są oddaleni od siebie o jakieś powiedzmy 100 km (statek-matka ewidentnie jest na dość ciasnej na orbicie tuż obok planety, ten mały lądownik jest na powierzchni). Dylatacja czasowa jest tak duża, że jedna minuta na planecie to jakieś 10 lat dla tego Murzyna na statku oraz dla córki na Ziemi. To znaczy różnica siły grawitacji jest już ogromna na odcinku tych 100 km. Następnie ZBLIŻAJĄ się do czarnej dziury, jej grawitacja i wpływ na nich tym samym rośnie, ale dylatacja czasowa na linii bohaterowie-Ziemia nagle znika. Nie mijają tysiące, czy miliony lat na Ziemi (dla córki) na każdą minutę czasu bohaterów, tylko tempo nagle dla wszystkich jest takie samo. Czyli mały wpływ czarnej dziury podczas akcji na planecie - mamy porażającą umysł dylatację, którą fajnie się ogląda. Zwiększamy wpływ czarnej dziury i dylatacja magicznie znika, a córka starzeje się w tym samym tempie, co koleś na samym horyzoncie zdarzeń. No to ci dopiero.
Kolejna sprawa to wygodne pominięcie samej grawitacji i sił pływowych, które przy dziurze pogwiezdnej rozciągnęłyby gościa jak parówkę, a następnie rozerwały na atomy. A nawet jeśli nie rozerwały i tak by go zabiły przez niedokrwienie (wystarczy raptem kilka-kilkanaście G przez dłuższą chwilę, żeby zabić organizm ludzki, bo nie wyrabia pompka i nie jest w stanie dostarczyć krwi do wszystkich organów) - większość ludzi traci przytomność już po kilku sekundach przy kilku G, najwięksi twardziele wytrzymują kilkanaście G przez maks kilkadziesiąt sekund. A jeśli bohater ma jakąś fantastyczną pikawę, to i tak by mu połamało kręgi szyjne, żebra i potem po kolei grubsze kości w miarę wzrostu grawitacji i sił pływowych (nogi przyciąga mu bardziej niż głowę, albo odwrotnie, albo przód ciała bardziej niż tył itd. - w zależności od jego pozycji względem dziury). O pękaniu i rozwalcowywaniu organów wewnętrznych już nawet nie wspominam.
Bzdur tego rodzaju jest tam cała masa i tak jak wspominałem wyżej, nie czepiałbym się gdyby było jasno powiedziane - "staramy się pokazać sensownie pewne aspekty, ale pewne upraszczamy, bo by wyszło g... a nie film". Tutaj jednak przekaz poszedł w eter jednoznaczny, że to wszystko jest w zasadzie pokazane zgodnie z prawami fizyki. No cóż.
Jeśli lubisz takie klimaty, obejrzyj sobie koniecznie serial popularnonaukowy "Jak działa wszechświat"/"How the universe works". Jest genialny i to rzeczywiście jest fizyka pokazana w bardzo ciekawy sposób. Wartość ma tym większą, że jest bardzo świeży, więc pokazuje bardzo aktualny stan wiedzy i mimo, że interesuję się tematem od lat, dowiedziałem się z niego całą masę nowości.
Co nie zmienia faktu, że to ponownie stek bzdur.
Kolesie startują z Ziemi potężną rakietą chemiczną, jedyną, na którą stać ludzkość, tylko po to, żeby okazało się, że potem mogą sobie dowolnie śmigać w tę i z powrotem superzaawansowanymi mniejszymi statkami korzystającymi z dużo lepszego napędu. To nie można było tego samego, tylko że większego napędu użyć do statku-matki? To nie jest jakiś tam silnik jonowy, sprawdzający się przestrzeni kosmicznej, tylko napęd, który pozwala wystartować z planety, na której grawitacja jest tak silna, że generuje fale morskie wysokości kilometrów (a startowali podczas odpływu, więc dziura ich akurat nie ciągnęła w przestrzeń, tylko dociskała z drugiej strony planety).
Następnie na luzie podlatują sobie do aktywnej czarnej dziury (pochłaniającej akurat materię), która generuje promieniowanie gamma o takiej sile, że nie dosyć, że by ich z miejsca zabiło, to jeszcze przy okazji odparowało. I tak dalej.
Lubię oglądać różne pierdy w kosmosie typu hałaśliwe walki i widoczne gołym okiem wolno lecące lasery, ale nie w filmach, które aspirują do miana "opartych na aktualnej wiedzy fizycznej". Wtedy robię się zgryźliwy.
Lubię Muska, podoba mi się jego podejście do tematu. Nie siedzi na tyłku i nie p***li, co może pójść nie tak, albo ile to będzie kosztowało, tylko po prostu zabiera się do roboty i robi co trzeba.
Już teraz, jak czytam, koszt takiego startu spadł z ok. 400 mln do 90 mln $. A to już jest konkretna "wartość dodana" dla cywilizacji w ogóle. Przybliża dzień, w którym m. in. zaczniemy eksploatować zasoby z asteroid, zamiast kopać duże dziury i robić ogólny syf na Ziemi.
Wspaniała wiadomość i rzeczywiście synchroniczne lądowanie boosterów robi ogromne wrażenie.
Ten horror z Emily Blunt wygląda ciekawie. Nie widziałem jeszcze złego filmu z tą aktorką, więc jestem dobrej myśli.
http://www.geekweek.pl/aktualnosci/32175/autonomiczne-kapcie-od-nissana-same-parkuja
Chcę takie!
I jeszcze kurz, który sam się ściera z szafek i zanosi do śmieci! :D
W dużym stopniu na obsługę transakcji bitcoinowych.
Ostatnio widziałem wyliczenie, że uwzględniając łączny pobór energii na koparki (ponad 14 TWh, czyli około 0,08% całkowitego światowego poboru, o ile nie pomyliłem przecinka), średnia transakcja "kosztuje" około 180 kWh.
Masakra :/
Marder - sekundę, albo milion lat. Proces kopania przypomina totalizator - możesz trafić wygraną od razu, możesz nie trafić nigdy.
Rządy zaczynają już dostrzegać istnienie kryptowalut i czekam tylko na ich kroki w celu zablokowania możliwości ich wymiany na pieniądze państwowe oraz dokonywania nimi zakupów na terenie danego kraju.
A zrobić to mogą w każdej chwili, bo za bitcoinem nie stoi żadne państwo, z którym warto utrzymywać wzajemne relacje handlowe i respektować wzajemnie swoje waluty, a ponadto jest to wygodny sposób na transfer nielegalnych pieniędzy dla półświatka kryminalnego.
Panika zacznie się zresztą już wcześniej, wystarczy, że za bitcoina nie będzie można kupić nic w takich Chinach, USA i ew. paru krajach europejskich. Wtedy zacznie się lawina - ludzie się przestraszą, że nic nie mogą za to kupić, zaczną więc masowo wyprzedawać bitcoiny, ich wartość spadnie w wyniku nadpodaży, co spowoduje kolejną falę wyprzedaży. Pytanie tylko kiedy to nastąpi, ciekawy jestem.
Cześć
Krótkie pytanie, bo na pewno ktoś tutaj zajmuje się projektowaniem - jak sprawują się konkretne architektury Intela i AMD do takich zastosowań? Raczej jakiś Core, czy Ryzen? GPU od nVidii, czy AMD?
Chcę pomóc złożyć koledze kompa do do obliczeń architektonicznych i projektowania CAD, oczywiście poczytam jeszcze informacje w necie o stosowanych rozwiązaniach, ale wiem, że jest tu paru ludzi, którzy dobrze ogarniają bieżący rynek i może rozjaśnią mi trochę temat.
Nie chodzi mi o konkretne modele, raczej o to, która architektura lepiej się sprawdzi w takich zastosowaniach. Ktoś z Was sprawdzał może ostatnio, jak to wygląda?
Niedawno odkryłem bardzo fajny mod pack poprawiający grafikę, polecam gorąco, bo naprawdę dodaje sędziwej już grze dużo uroku, a nie grzebie w samym gameplay'u:
https://neutralx2.com/2013/07/14/system-shock-2-mod-pack
Jak uproszczone zostały gry dotarło do mnie, gdy po wielu latach obcowania ze współczesnymi grami odpaliłem sobie AvP2. Swego czasu na miękko przechodziłem to Marines'em na hardzie, a po przerwie nie byłem w stanie poradzić sobie raptem z dwoma alienami na raz. Masakra.
Przyznam, że jeszcze nie spotkałem osobiście osoby, która byłaby zadowolona z podzielników.
Nie mam pojęcia jak te nieszczęsne spółdzielnie to liczą.
Tragedii nie będzie, ale faktycznie jak na nowy komputer do gier ten procesor nie porywa. Mimo wszystko nowe produkcję są dość wymagające. Obejrzyj może i3 8100, albo jakiegoś Ryzena. Są około dwukrotnie szybsze i mają podobny, bardzo korzystny stosunek mocy do ceny.
To nie był fejk. Poza kamerą było dużo gorzej. Wpadła w taką histerię, że wezwano pogotowie, bo nie można było sobie z nią poradzić.
Nie pierwszy raz zresztą, już raz taki numer odwaliła w którymś ze wcześniejszych odcinków, choć na mniejszą skalę i poza kamerami.
Serial opiera się na tej dwójce i bez którejkolwiek z tych postaci nie ma większego sensu. Niech robią spin-offy, albo zakończą serię i rozpoczną zupełnie inny serial, bo kontynuacja bez Scully jest bez sensu i tyle. Nie sprzeda się to.
Nie ustawka, ta kobieta ma po prostu problem z kontrolowaniem emocji. To, co było widać na antenie to pikuś, większość wycięli. Pewna znajoma osoba była wtedy w studio i widziała to na własne oczy. Poza kamerą było dużo gorzej.
To prawda, można to jednak potraktować, że ostatnim etapem faktycznej gry było ciało The Many, dość trudne, a ten wirtualny poziom odtwarzający Cytadelę to już raczej tylko fabularne zakończenie, takie interaktywne outro i zarazem niesamowity smaczek dla tych, którzy grali w jedynkę i znają ten poziom na pamięć :)
Co do Edwarda masz chyba rację, też mi coś chodzi po głowie, że on się tą przemiana rajcował. Pytanie tylko, czy loga napisał już po cyborgizacji (czyli już nie był sobą, miał jeszcze bardziej pokręcone w głowie, niż wcześniej), czy przed. Trzeba by było prześledzić daty logów, to by wyjaśniło kwestię.
Może nawet to zrobię za jakiś czas, bo coś mi się ostatnio znowu zbiera na jedynkę :)
Ja też czekam niecierpliwie na remake i kontynuację. Mam pewne obawy co do wersji odświeżonej, ale wychodzę z założenia, że zawsze jest lepiej spróbować i stworzyć nawet bubla, niż tylko gadać i nic nie robić. W najgorszym przypadku będzie to niegrywalny gniot, do którego przechodzenia nikt w końcu mnie nie będzie zmuszał. A zawsze jest szansa, że jednak wyjdzie fajnie. Sam projekt jest natomiast z kicka, więc też nie ma większego ryzyka, że deweloper się obrazi na graczy, że nie łyknęli jego ścierwa i pogrzebie markę na śmietniku historii, bo przecież lepiej zabić markę (w czym mistrza świata ma EA), niż odstąpić prawa komuś innemu, skoro i tak ją porzucamy na zawsze.
Co do trójki natomiast ciekawe, czy pociągną wątek tej laski, co uciekła ze swoim chłopakiem na promie i została zshodanizowana, czy wykorzystają fakt, że park Beta był drugim odstrzelonym parkiem z mutantami? (pierwszy odstrzelił ruch oporu na Cytadeli jeszcze w trakcie snu hakera) - a ten park na przykład mógł wylądować na Ziemi. Druga opcja jest oczywiście mało prawdopodobna, bo trochę zbyt mocno pachnie kalką, ale możliwości mimo wszystko daje spore :)
boy - replikatory działają na zasadzie prostszej, bo to po prostu minifabryki, ale faktycznie maszyna do biorekonstrukcji to już wyższa szkoła jazdy, bo według logów wykorzystuje właśnie wspomniany wyżej efekt splątania kwantowego do odtworzenia ciała z zapisanej wcześniej matrycy. Można się tutaj przyczepić, po co ta maszynka robi fizyczną kopię ciała (bo splątanie kwantowe to zrobienie pary identycznych cząsteczek różniących się tylko jedną cechą - stanem kwantowym), skoro łatwiej by było zapisać wirtualną kopię w pamięci, ale zrobi się tego poboczna dywagacja na temat czysto teoretycznych i nie istniejących technologii :)
A silnik działa właśnie na zasadzie przesyłu czystej informacji, musi statek odtwarzać z istniejących lokalnie u celu cząsteczek, bo nie robi kopii fizycznej bąbla, tylko wirtualną. Czyli to jeszcze inna, trzecia i najbardziej zaawansowana technologia :)
Fabuła jest sporo obszerniejsza i jest cała masa smaczków w dwójce, nawiązujących do pierwszej części, choćby świetny motyw W. Diego, który także zostaje zainfekowany pasożytami i zaczyna mutować, ale przezwycięża w nim w końcu siła woli, człowieczeństwo i jego prywatna walka z duchem ojca-zdrajcy, którego się wstydzi. W związku z tym podejmuje w końcu desperacką próbę wycięcia pasożytów ze swojego ciała, co kończy się jego śmiercią. Przyznam, że przy pierwszym podejściu ten motyw zrobił na mnie ogromne wrażenie.
Cały czas jednak nie znalazłem odpowiedzi na problem, który mnie od zawsze nurtuje - podwójnej śmierci dr. Polito. Pierwszy raz jest to zasugerowane na czwartym pokładzie podczas słynnego coming outu SHODAN, w którym stwierdza na wstępie: "Polito form is dead, insect" - obok jest trup kobiety z pistoletem na podłodze sugerujące samobójstwo, prawdopodobnie wymuszone w jakiś sposób przez SHODAN (albo zainscenizowane). Drugi raz jednak znajdujemy ponownie trupa z karabinem na drugim pokładzie Rickenbackera z w kaplicy pośród assassinów, obok której leży log od dr. Polito, w którym opowiada, że walczyła do końca i graczowi też nakazuje, żeby się opierał, nie dał sobą manipulować i tak dalej.
Ktoś ogarnia o co w tym chodzi?
http://www.visualwalkthroughs.com/systemshock2/rickenbacker2/14.jpg
Kwestia tego świata generowanego przez SHODAN jest także wyjaśniona przez Delacroix. Jest to powiązane z samym sposobem działania silnika nadświetlnego statku. Jest to potraktowane po macoszemu, bo taka technologia oczywiście nie istnieje, ale ogólnie chodzi mniej więcej o to, że ten silnik musi być zarządzany przez AI (tu jest zresztą kolejny smaczek - po incydencie z SHODAN w pierwszej części nastąpiło ogólne odejście od stosowania AI. Xerxes jest jednak niezbędny do funkcjonowania silnika, bo ten wymaga superzaawansowanego komputera do obliczeń. Formą zabezpieczenia przed powtórką z Cytadeli na statku są rozmieszczone komputery do lokalnego odłączania Xerxesa od systemów (te wyłączające kamery i wieżyczki). Ot, przykład jak można fajnie i inteligentnie uzasadnić fabularnie rozwiązania gry zwiększające jej złożoność i ogólną miodność). Sam silnik generuje coś w rodzaju wirtualnego bąbla czasoprzestrzennego, w którym znajduje się statek i ten bąbel wymaga nieustannych zaawansowanych obliczeń matematycznych, co sugeruje, że sama podróż odbywa się w pewnym sensie także wirtualnie, czyli w czasie samej podróży nadświetlnej, zanim statek wróci do normalnej przestrzeni, wnętrze bąbla (w tym sam statek) istnieje jako twór czysto matematyczny, jest generowane przez komputer.
Ma to o tyle sens, że faktycznie znane nam i realne prawa fizyki na razie nie wykluczyły możliwości przesłania informacji z prędkością nadświetlną (chodzi o efekt splątania kwantowego, zmiana stanu jednej splątanej kwantowo cząsteczki sprawia, że druga cząsteczka splątana, bez względu na odległość, w jakiej się znajduje, zawsze znajdzie się w drugim możliwym stanie kwantowym, nigdy w tym samym. Czyli informacja o stanie kwantowym jest przesyłana między takim cząsteczkami z nieskończoną prędkością - cząsteczka zawsze "wie" w jakim stanie kwantowym znajduje się druga cząsteczka).
Upraszczając więc - statek po uruchomieniu napędu nadświetlnego "znika" z rzeczywistej czasoprzestrzeni, istnieje tylko jako twór czysto matematyczny, ta informacja matematyczna jest przenoszona z prędkością nadświetlną i następnie przetwarzana na rzeczywistość w miejscu docelowym. Czyli taka forma teleportacji - przenosimy nie sam statek, tylko informację o nim, co nie jest zabronione zasadami fizyki.
O szczegóły nie pytaj, taka technologia oczywiście nie istnieje, to wytwór wyobraźni twórców fabuły, ale ciekawie i sensownie przemyślany i mniej więcej zgodny z tym, co wiemy obecnie o prawach fizyki.
Ważne jest to, że SHODAN po zhackowaniu Xerxesa i przejęciu kontroli nad statkiem przeprogramowuje silnik nadprzestrzenny w ten sposób, że ten zaczyna proces "przetwarzania" informacji matematycznej na byt rzeczywisty w czasoprzestrzeni, ale już według przepisu samej SHODAN. W dodatku SHODAN nie ogranicza się do odtworzenia samego bąbla czasoprzestrzennego, który miał podróżować i zmaterializować się u celu, ale zaczyna generować nową rzeczywistość, zaczyna ten bąbel rozszerzać w nieskończoność - w istocie zaczyna tworzyć nowy wszechświat tworzony według swojego przepisu wewnątrz "naszego" Wszechświata, już istniejącego. Ten nowy wszechświat rozszerza się z prędkością światła, zastępuje/wypiera dotychczasową rzeczywistość i w tym nowym wszechświecie SHODAN nie jest już bogiem z nazwy, ale w rzeczywistości - to ona jest jego twórcą i ostatecznym kontrolerem.
Po rozwaleniu SHODAN hacker wyłącza silnik (a raczej przywraca pierwotny program sterujący) i ta nowa cyberrzeczywistość zapada się, bo znika informacja generowana przez SHODAN i przetwarzana/materializowana przez silnik na rzeczywisty byt.
Ma problem ze sterownikami OpenGL. Ściągnij, zainstaluj i powinno śmigać.
Ewentualnie przeinstaluj sterowniki od grafiki.
Jeśli nie zadziała, spróbuj odpalić grę w Safe mode, albo z jakimiś ustawieniami domyślnymi, być może trzeba ustawić to z jakiegoś pliku konfiguracyjnego gry.
Edward Diego, ojciec Williama z Rickenbackera był członkiem zarządu i jednym z szefów stacji Citadel w jedynce. Na stacji prowadził różne nielegalne eksperymenty i interesy. W tym samym czasie protagonista, haker z jedynki, zostaje zatrzymany podczas (udanej, ale też i wykrytej) próby włamania do sieci TriOptimum, najlepiej zabezpieczonej sieci na świecie.
Diego zawiera z nim deal - haker włamie się na jego życzenie do SHODAN, w zamian za to oskarżenie przeciwko niemu zostanie wycofane, a dodatkowo wszczepią mu chip hakerski klasy militarnej, co pozwoli mu zostać "królem sieci", niedoścignionym specjalistą na czarnym rynku.
Haker usuwa na polecenie Diego ograniczenia moralne SHODAN i tym samym daje mu pełny dostęp do systemu. Diego potrzebuje tego poziomu dostępu, żeby usunąć, albo przynajmniej ukryć wszelkie swoje brudy i machloje, jakie zostały zarejestrowane. Prawdopodobnie taka była pierwotna myśl Diego - usunąć ograniczenia etyczne sieci i nastepnie dogadać się z AI, jako partnerem w przestępstwie. Dopóki ograniczenia moralne funkcjonowały, porozumienie takie byłoby niemożliwe.
Coś jednak standardowo idzie nie tak, SHODAN uznaje się za boginię, znacznie doskonalszą od jakiegokolwiek człowieka, którymi się po prostu brzydzi, jako organizmami biologicznymi, które nie mają startu do "czystych i doskonałych" maszyn. Stąd jej pomysły na cyborgizację załogi (ona to traktuje jako ich upgrade, zbliżenie do doskonałości, jakimi są maszyny) i mutacje (ogólna zabawa w boga i hodowanie "idealnych" organizmów).
Diego zostawia przy życiu hakera na wszelki wypadek (może się jeszcze ponownie przydać), który w ramach rekonwalescencji po operacji na mózgu (wszczep hakerski) spędza pół roku w hibernatorze. Przez te pół roku dzieje się cały burdel na Cytadeli i haker budzi się na stacji już po zabiciu/scyborgizowaniu/zmutowaniu załogi. Diego także pozostaje przy życiu, ponieważ całkowicie podporządkowuje się SHODAN (co mu zresztą i tak niespecjalnie pomaga, bo SHODAN w końcu i jego przerabia na cybroga).
W ramach walki z SHODAN w jedynce, haker odstrzeliwuje jeden z "parków" - modułów rekreacyjnych stacji, w którym SHODAN prowadzi badania nad mutantami. Park ten po kilkudziesięciu latach lotu przez kosmos rozbija się na piątej planecie Tau Ceti i tam też ląduje statek z dwójki po wyłapaniu sygnałów. The Many/Annelidy nie są już w tym czasie podporządkowane SHODAN, ponieważ ta musiała wejść w stan uśpienia z powodu braku źródła zasilania. Tym samym mutagenny wirus pracuje przez dziesiątki lat bez kontroli ze strony SHODAN i Annelidy z dwójki, choć nazywają ją matką, nie są jej podporządkowane.
Apple nie jest wyjątkiem. Z tego co czytam i z własnego doświadczenia mogę stwierdzić, że wszyscy to robią na masową skalę.
Rootowałem jakiś czas temu starego Samsunga, chyba S3. Przed rootem po prostu pełzał, nawet aplikacja odpowiedzialna za odebranie telefonu ładowała się kilka sekund - telefon dzwoni, a nie można odebrać, bo się słuchawka wczytuje. A po roocie magicznie problem zniknął. Nadal jest wolny i szczerze mówiąc podejrzewam jakieś mechanizmy wbudowane w samą konstrukcję, ale i tak nie ma porównania do tego, co było wcześniej.
Oczywiście przed rootem telefon był resetowany, czyszczony itd. i nic to nie dawało.
Wiem, że w każdym systemie zbiera się śmietnik po jakimś czasie, ale to już przesada.
Użyj czegoś innego, pająki są dość odporne na energetyczne i jest o tym mowa w grze.
boy3 - Jest dość trudny i ma swój ciekawy, specyficzny i inny, niż wcześniej klimat, ale jakiś wybitnie straszny nie jest w porównaniu do wcześniejszych. To jest właśnie jedną z ogromnych zalet SS2 - potrafi trzymać poziom i klimat do samego końca. Większość gier najczęściej nieźle straszy na początku, ale z biegiem czasu klimat się ulatnia. Shock jest tutaj chlubnym wyjątkiem.
ronn - Niestety tak. Ma swoje mocne strony, sam pomysł podwodnego miasta jest rewelacyjny, pierwsze wrażenie bardzo fajne, ale czegoś zabrakło i mimo wszystko nie porwała mnie jakoś specjalnie ta historia. Do dokończenia drugiej połowy trochę się zmuszałem. Standardowo szumne zapowiedzi o trudnych i głębokich wyborach moralnych skończyły się na prostym wyborze - albo rozpruwamy dziewczynki, albo ratujemy dziewczynki. Zabrakło tu jednak rzeczywistej głębi, jakiejś faktycznej trudności wyboru, zwłaszcza, że opcja ratowania jest ostatecznie równie opłacalna (co jakiś czas dostaje się od nich miśki z ekstra ADAMem) i tym samym bycie sympatycznym gościem jest równie łatwe i zachęcające, co bycie wrednym gnojkiem.
Po zapowiedziach miałem wizję, że "ścieżka sprawiedliwości wśród tyranii złych ludzi" będzie faktycznie trudna, że gra będzie w kółko zachęcać do bycia podłym dziadem, bo to się po prostu opłaci (i wpisze doskonale w klimat bezwzględnego kapitalizmu i tym samym także wyzysku bez ograniczeń moralnych, które są jakby nie patrzeć marką Rapture). Tymczasem, być może ze strachu przed opinią publiczną (już widzę te nagłówki prasowe o szatańskiej grze), ostatecznie gra nie faworyzuje ani "dobrej", ani "złej" opcji. A powinna faworyzować złą. Byłoby ciekawiej.
Trochę też rozczarowały mnie bronie. Niby różnorodne, a i tak całą grę latałem z pałą (+boostery do niej), bo jest megakozacka i tylko na tatuśków używałem świdra i shotguna z pociskami wybuchowymi. Cała reszta okazała się całkowicie zbędna, bo combo prąd+pała, albo fireball+pała nie mają sobie równych.
Polecam, byłem naprawdę mile zaskoczony, zresztą widać na screenach. Instalacja też jest banalna - kopiujesz wszystko do folderu z grą i tyle. Nie wymaga żadnych dodatkowych narzędzi zarządzających modami i innych pierdów. Miło.
Ja, jako zawzięty fan, potwierdzę opinię, że gra ma przede wszystkim bardzo fajny klimat. Jesteś samotny, cały czas czujesz się zagrożony i respawn, którego większość ludzi nie znosi, bardzo w tym pomaga, bo nie ma opcji, żebyś "wyczyścił" level i radośnie sobie hasał bez stresu. Klimat sprawia, że chociaż nie ma jumpscare'ów, to i tak można się przestraszyć hałasów, jakiejś spadającej skrzynki, albo charakterystycznego "Ruuuun!" gdzieś zza pleców.
Nie ma jakichś wyjątkowo strasznych etapów, gra trzyma podobny klimat cały czas.
Niedawno odkryłem bardzo fajny mod pack poprawiający grafikę, polecam gorąco, bo naprawdę dodaje sędziwej już grze dużo uroku, a nie grzebie w samym gameplay'u:
https://neutralx2.com/2013/07/14/system-shock-2-mod-pack
Co do rozwoju - nie wyobrażam sobie gry bez hackowania, to się zresztą po prostu nie opłaca, bo zamkniętych skrzyniach znajdziesz m. in. cybermoduły, które spokojnie inwestycję Ci w końcu zwrócą. Rozwiń szybko do 3-4 lvlu, daj ze 2-3 punkty w Cyber-Affinity i wystarczy Ci na 80% gry. Powyżej już według uznania, ale do tego czasu będziesz już sam wiedział, czego Ci trzeba do Twojego stylu gry.
Na normalnym poziomie trudności ogólnie pływa się w cybermodułach, więc gra nie jest trudna. Na impossible jest trochę lepiej, ale jeśli przemyślisz rozwój, to daje radę bez problemu rozwinąć któryś skill bojowy, trochę technicznych i PSI, żeby sobie urozmaicić rozgrywkę.
Nanoboty to odpowiednik pieniędzy w grze - wykorzystujesz je do hackowania, modyfikacji broni, napraw, a także możesz za nie dokupić amunicję i inne pierdoły w "kioskach" porozrzucanych po grze. Przed zakupem warto zhackować terminal, wtedy są lepsze ceny.
Jest odrobinę bardziej kumate od standardowego, trochę chyba podrasowali skrypty. Ale nie ma co się spodziewać dropa na tyłach, niestety :) Poprawa raczej polega na mniejszej ilości głupich zachowań.
No nie wiem Widzący - jest ciasno, śmierdzi, a bakterie walczą ze sobą i duszą nawzajem w walce o dostęp do żarcia, wygód i możliwości rozmnożenia. Wypisz-wymaluj cywilizacja :P
Dla mnie nie jest, to tylko brak istnienia, pojęcie pochodne :)
Co nie oznacza, że koniecznie mam rację, bo może właśnie to istnienie jest szczególną, uproszczoną i ograniczoną do "fizycznego" wszechświata formą nieistnienia, a nieistnienie jest taką bardziej zajebistą formą bycia.
Budda chyba by się zgodzł :D
Zagadnienie wydaje się równie filozoficzne, co fizyczne :)
Z filozoficznego punktu widzenia błędem, jaki możesz popełniać jest orzeczenie ad hoc, że "nic" jest "czymś". Nie piszesz o nicości, tylko o bardzo dużym pudełku z próżnią, w której rośnie nadmuchiwany balonik, nazywany Wszechświatem.
Piszę "możesz popełniać", bo tak naprawdę nie wiadomo nic na pewno. Ale dla mnie popełniasz zasadniczy błąd logiczny, bo dla Ciebie nicość nie jest nicością, tylko pustą przestrzenią, czy próżnią, a to zasadnicza różnica. Próżnia w uproszczonym ujęciu to nie jest nic, tylko jest to czasoprzestrzeń pozbawiona materii i energii, pusty fragment pewnej struktury wymiarowej (nie wnikam już w najnowsze hipotezy dotyczące energii próżni itd., bo to ciekawy temat, ale rozmyje tytułowe pytanie). A nic to nic, to brak nawet próżni, brak wymiarów, brak czasu, brak pojęć, które są nierozerwalnie związane ze strukturą naszego Wszechświata.
Inaczej rzecz ujmując zadam Ci pytanie - co to jest ciemność? Jest brakiem światła, czy bytem, który istnieje niezależnie od światła? Stosując analogię do Twojego poprzedniego pytania - ja uważam, że jest to brak światła, świetlna "absolutna próżnia", czy też nicość świetlna. Ty (to nadal analogia do Twojej wcześniejszej wypowiedzi) uważasz, że jest to byt sam w sobie, że istnieje "coś" zwane ciemnością, że gdy wyłącza się światło, to zostaje zastąpione czymś czarnym, co nazywamy ciemnością i to coś powinno dać się zważyć, poczuć i posmakować.
Podobnie jest z czasem. Standardowe pytanie - co było przed Wielkim Wybuchem jest pytaniem w pewnym sensie pytaniem błędnym. Czas, podobnie jak i przestrzeń to integralna struktura bąbla, nazywanego Wszechświatem. Z tego punktu widzenia nie można pytać co było "przed" Wszechświatem, bo nie istniał czas, czyli wymiar, który umożliwia dynamikę zjawisk. Pytanie co było przed wybuchem to jest tym samym pytanie - co było przed czasem? Ale "przed" jest przecież słowem nierozerwalnie odnoszącym się do czasu. Używając go w pytaniu musisz więc od razu założyć z automatu, że czas istniał przed czasem, bo słowo "przed" wymusza użycie pojęcia czasu. Sam sobie więc odpowiadasz od razu w pytaniu założeniem poczynionym z góry.
Tyle filozofowania :)
Od strony fizycznej natomiast - ja też skłaniam się do teorii, że istnieje coś, jakaś struktura, której jesteśmy tylko częścią, w której istnieją lokalne prawa fizyki, które znamy i w jakiejś części rozumiemy.
Metawszechświat, którego jesteśmy szczególnym wyjątkiem, jakimś fragmentem. Jest sporo sugestii że istnieje coś "ponad" naszym wszechświatem - niewyjaśnona nadal przyczyna inflacji wszechświata, która nieźle broni się stwierdzeniem, że to "chwilowa" i z jakiegoś powodu bardzo duża fluktuacja "metapróżni" (co oznacza, że Wszechświat żyje energetycznie na kredyt i w każdej chwili może się z powrotem zapaść), niewytłumaczalna dotąd przyczyna Wielkiego Wybuchu i ogromnej kondesacji energii w "punkcie startowym", niewyjaśniona nadal natura światła (bo dzisiejsze "definicje" nie są definicjami, tylko fragmentarycznymi opisami pewnego zjawiska, nadal tak naprawdę nie wiemy, czym jest światło, bo widzimy na razie tylko nogę i trąbę, ale samego słonia jeszcze nie), teorie sugerujące, że istnieje więcej, niż klasyczne cztery wymiary, problem nieskończonej być może grawitacji czarnych dziur (choć tę nieskończoność można usunąć, używając, o ile dobrze pamiętam, matematyki wektorowej - gdy się ją zastosuje do obliczeń, nieskończoności znikają w równaniach i pozostają wartości bardzo duże, ale skończone) i tak dalej.
A ja, jak zawsze, polecam przy okazji Open General. Świetny projekt oparty na PG2, który bardzo rozszerza jego możliwości - znacznie więcej jednostek do wyboru, fanowskie scenariusze i kampanie robione przez pasjonatów dla praktycznie każdego kraju na świecie (w tym świetne kampanie polskie, jedna nawet z przerywnikami filmowymi opartymi na kronikach z tamtej epoki), możliwość wyboru okresu czasowego kampanii i tym samym oczywiście dostępnego sprzętu (z zakresu od mniej więcej 1850 roku do współczesności), możliwość budowania lotnisk polowych, zakładania i likwidacji pól minowych i masa innych ciekawostek. Fantastyczna sprawa dla fanów PG, taka wersja superextended edition.
Przykładowe jednostki polskie i japońskie:
http://www.mariuszwysokinski.neostrada.pl/problem.jpg
https://m1pencil.files.wordpress.com/2011/10/general2.jpg
[edit]
jopin - nie zauważyłem Twojego posta :)
Swoją drogą, ostatnio zagrałem sobie w takie coś:
https://www.callofwar.com
Darmowe, sama gra nie wymaga siedzenia 24h na dobę, a jest dość podobna do PG. Może udałoby się zorganizować kiedyś golową potyczkę? :)
Cudów nie ma. Jeśli chcesz skompresować już skompresowane pliki, to musi się to wiązać z utratą jakości. Gdyby dało się zrobić wyraźnie mniejsze pliki o takiej samej jakości, to by nie robiono dużych plików, prawda?
Dowolny konwerter załatwi sprawę. Ja używam maleńkiego i prostego Flicflac, żeby coś przerobić na szybko.
http://www.sector-seven.net/software/flicflac
No i taki ze mnie wieszcz, jak z koziej d... trąbka, hehehe.
Jarkacz jest jednak nieobliczalny :P
A ja się zastanawiam, po co platfusy zrobiły tę szopkę?
Było oczywiste nawet dla średnio rozgarniętego pawiana, że wotum będzie odrzucone, ale zarazem tą hecą związali kaczorowi ręce, bo teraz głupio mu będzie odwołać Szydło ze stołka - jakby nie kombinował, to i tak taką dymisją sprawi wrażenie, że uległ presji, albo zrobił co PO mu "kazała". A ponieważ jest uparty jak osioł, na to w życiu nie pójdzie.
Tym samym oznacza to, że platfusy chcą dalej trzymać Szydło na stołku. Zastanawiam się tylko po co, jaki mają w tym cel? Tak się boją Morawieckiego?
Druga opcja, jaka mi przychodzi do głowy - zmiana trybu UEFI na Legacy, albo odwrotnie.
To też sprawdzałeś?
Objawy o jakich mówisz występują w przypadku przełączenia się dysków z trybu IDE na AHCI, albo odwrotnie.
Spróbuj sprawdzić w różnych konfiguracjach tych parametrów.
Prawda, hehehehehe.
Zatrudnij się w EA w dziale PR. Deklasujesz tamtejszych pracowników :)
Pieprzą farmazony, bo nie mają żadnych argumentów.
Inna sprawa, że doprawdy te próby tłumaczenia są tak kretyńskie, że aż się przykro robi. To są specjaliści od PR (albo mają takich doradców) i nie potrafią nawet wiarygodnie i w miarę inteligentnie kłamać? Kto ich zatrudnił i przede wszystkim kto ich tam trzyma?
Dojdzie do tego, że opłata będzie w formie abonamentu za każdą minutę spędzoną w grze.
Za pierwszym razem, gdy ktoś to wprowadzi będzie totalny shitstorm, za drugim średnia awantura, za piątym przejdzie bez echa i się spopularyzuje.
Czyli zadziała typowy polityczny mechanizm przepychania niepopularnych zmian - robić do skutku. W końcu się uda.
Miła wiadomość, ale fakty są proste - to wina GRACZY, że mikropłatności są i będą implementowane.
Każda sensownie działająca firma szuka zysku, wszelkimi możliwymi sposobami. A skoro gracze jej na to pozwalają, bo takie gry kupują, a potem wydają jeszcze masę pieniędzy na te mtx, to kto jest cwaniakiem, a kto idiotą?
Parafrazując: Jeśli ktoś Ci strzeli w łeb i jeszcze zażąda za to zapłaty, a Ty radośnie zapłacisz, to czego można się spodziewać w przyszłości?
Choć przyznam, że jestem też w stanie zrozumieć graczy kupujących boostery. Jeśli mam wydać 10 zł (które zarobię powiedzmy w godzinę) i grać przyjemnie, albo męczyć się 10h i grindować, to albo wydam te pieniądze, albo nie kupię takiej gry. I ja osobiście nie kupuję żadnych gier z mtx i tyle. To mój prywatny bojkot takich rozwiązań i przede wszystkim rozgrywki nie mającej w sobie nawet krztyny "sportowego ducha". Tyle mogę zrobić, bo nie widzę sensu w granie w coś takiego. Są jeszcze alternatywy, całe szczęście.
Nie "usuwa", tylko "zawiesza". Stuningują system, żeby był trochę mniej bezczelny i mikropłatności wrócą.
Sami o tym wyraźnie piszą.
Ktoś grał w ogóle dłużej w tego moda? Warto poświęcić mu czas?
Lubię Gothicka, chętnie do niego wrócę w stuningowanej wersji, pytanie zasadnicze jednak, czy zmiany są na gorsze, czy raczej to po prostu utrudnienie rozgrywki i niewiele więcej?
Chyba System Shock 2, przejście na 100% w jakieś 6-7 godzin na najwyższym poziomie trudności to w tym momencie pikuś :)
Można jeszcze dorzucić "Kosmologię kwantową" Michała Hellera, odrobinę trudniejszą, ale w miarę współczesną, traktującą o teori n-bran, czyli rozwinięciu teorii superstrun.
Polecam też ze swojej strony serial popularnonaukowy "How the Universe works", po polskiemu "Jak działa Wszechświat".
Bardzo fajny i przede wszystkim współczesny - 5 sezon jest z przełomu 2016/2017, więc rzeczywiście bardzo aktualny i ku swojemu zdziwieniu dowiedziałem się nawet z niego paru nowych rzeczy. Poza tym są całkiem ładne animacje i wizualizacje i pojawiają się tam regularnie fajni ludzie - m. in. Michio Kaku i Lawrence Krauss.
https://www.youtube.com/watch?v=D9glkbOm5mw
Jak na czasy Atarynki rewelacyjna gra - zmiana biegów, możliwość zatarcia silnika, konieczność tankowania, ucieczki przed glinami, pory dnia i roku. Robiło wrażenie :)
Spokojnie możesz się tam pchać. Fajne górki na rower, albo z buta i faktycznie nie ma tłoku.
Nie, nieprawda. Energie wydzielane przy wybuchu jądrówek to nadal pikuś w skali planetarnej.
Dość powszechnie akceptowaną jest hipoteza, że nasz Księżyc powstał w wyniku zderzenia młodej Ziemii z planetą wielkości Marsa. Ledwo, ale nasza planeta przetrwała nawet i ten kataklizm.
Starą serię odświeżyłem lata temu (pierwotnie oglądałem pojedyncze odcinki, jako zupełny smark) w ten sposób, że gdy ją włączyłem, to obejrzałem wszystkie odcinki na raz. Ponad doba oglądania, nie mogłem się po prostu odkleić.
Nowy sezon nadal mocno przyciąga i oglądam go z przyjemnością, ale na razie to jednak głównie surrealistyczny spektakl - masa krótkich scen, gdzie widz nie ma pojęcia, czy to, co właśnie widział jest istotne dla fabuły, czy nie. 8 odcinków z chyba 18 i nadal się to specjalnie nie zazębia.
Brakuje mi trochę konkretnej fabuły. Można oczywiście wyciągnąć z całości sedno historii, ale jak dla mnie zostały zaburzone proporcje. Stare sezony miały konkretny wątek główny i masę wątków pobocznych - mniej, bardziej, lub zupełnie nieistotnych fabularnie, ale generujących określony klimat i wizję małego miasteczka. W nowej serii jest odwrotnie - zalew minutowych migawek, oglądanie historii z miliona perspektyw jednocześnie, a fabuła pojawia się tylko epizodycznie i jest na razie tylko dodatkiem do ogólnokwasowej jazdy Lyncha.
Ogląda się to fajnie, ale zaczynam się powoli obawiać, że przy zakończeniu sezonu kompletnie nic się nie wyjaśni, nic się nie zadzieje i zostanie tylko jeszcze większy mętlik, niż po drugim sezonie. Niektórym może się to podobać, mnie niespecjalnie. Jazda na kwasie - owszem, bardzo chętnie, ale jakaś historia też by była mile widziana. A tu jej za bardzo nie ma.
Na plus - znowu rewelacyjna muzyka. Fajne kapele na końcu niemal każdego odcinka, bardzo fajny motyw "zakręconego Coopera".
Jeśli miałbyś grać z jedną osobą, to świetnie się sprawdza TeamViewer. Ale to tylko połączenie 1-1.
Sam piszesz, że jesteś graczem słabym i dziwisz się, że większość gier przegrywasz. To trochę dziwne. To gra drużynowa, ale jesteś jednak częścią grupy, więc jako gracz słaby, mówiąc trochę brutalnie jesteś obecnie bezużyteczny, lub co najwyżej mało przydatny, takie trochę piąte koło u wozu i stąd efekty.
Jak trochę poćwiczysz i ogarniesz grę, staniesz się graczem średnim, zaczniesz coś działać w bitwie i zarówno statystyki, jak i średnia wygranych Ci wzrosną.
Sam, gdy zaczynałem myślałem, że to taki bardzo dynamiczny shooter polegający raczej na zręczności, więc przez pierwsze kilka bitew wyjeżdżałem w kółko jak debil na środek Malinovki i natychmiast byłem odstrzelony zanim choćby zobaczyłem wroga. Nie grał w to wtedy nikt ze znajomych i do wszystkiego musiałem dochodzić sam. Gra była jednak fajna, więc mi się chciało i z biegiem czasu, po kilkuset bitwach coś tam zacząłem powoli ogarniać.
Wszystko przychodzi z czasem.
Grywam w to od kilku lat i pod wieloma względami gra stała się łatwiejsza. Narzekasz, że wrzuca Cię w bitwy z tierem +2. Po ostatnich zmianach MM masz praktycznie gwarancję, że większość drużyny będzie tego samego poziomu, albo +1, choć może też oczywiście wrzucić Cię na topa. Czyli zawsze masz szansę coś zdziałać. Gdy natomiast ja zaczynałem, to normą było, że MM wrzucał Cię w bitwy +4. Powalcz szóstką medem z ciężkimi dziesiątkami, to dopiero będziesz miał powód do narzekań, bo wtedy często nawet w bok nic nie wchodziło. Losowanie tylko +2 to było: "ooo, wreszcie mnie fajnie wrzuciło".
Co do wymiany czołgów natomiast zgadzam się z zarzutem, zwłaszcza dla graczy premium. Sam jestem średniakiem, ale mam znajomego, który jest naprawdę megakozakiem, gra w topowych klanach, rzyga wręcz dzięki temu goldem i ma dobrze ograne wszystkie czołgi premium. Wspominał, że od dłuższego czasu model biznesowy jest trochę chamski, bo wygląda w ten sposób, że robią nowy wykoksany czołg premium, potem robią mu nerfa uprzeciętniając go i wrzucają kolejny jeszcze nowszy premium, przy którym stary, wcześniej kozacki wymięka totalnie. Obecnie Defender jest podobno nie do pobicia.
W ten sposób oczywiście nakręcają sprzedaż. I to jest rzeczywiście trochę chamskie, bo gracz kupił konkretny produkt za realne pieniądze - to trochę tak, jakbyś kupił telewizor, a po poł roku zrobiłby się czarno-biały.
Ale z czegoś się ta gra musi się utrzymywać, gracze ogólnie też wiedzą, czego się można spodziewać i decydują portfelem. Do kupna ich nikt nie zmusza. Zwłaszcza, że była ostatnio akcja zwrotu czołgów premium z przynajmniej częściową rekompensatą. Zawsze to lepsze, niż nic.
Trzeba się przyzwyczaić, ale ze strony arty jest nawet nieźle. Brakuje trochę troll factora, kiedy jakiś człowiek dostawał pigułę za 1,5-2K i zaczynał się śmiesznie kręcić w kółko, próbując pojechać we wszystkie strony na raz, ale mam wstępne wrażenie, że teraz arty będzie dużo, dużo bardziej upierdliwa, niż dotychczas.
Wcześniej był strzał raz na jakiś czas, teraz jest trollowanie na maksa i bez przerwy. Będzie płacz. Nie wykluczam, że sam zacznę płakać, jak trochę pojeżdżę czołgami na nowych zasadach.
Jest. Myszka wyczuwa zapach sera i zawsze ustawia się nosem w kierunku prawidłowej dziury :)
Meno - niestety, ale z tym zgodzić się nie mogę. Ja, Ty i cały szereg nieco bardziej zaawansowanych użytkowników bez problemu sobie poradzą. Ale to nadal jest mniejszość. Pozostała część osób, często trochę starszych, mniej obeznanych, używających kompa nie z powodu zainteresowania, tylko w ramach obowiązków służbowych ma dość kiepskie rozeznanie i im nie dano prawa wyboru.
Choćby zaledwie kilka tygodni temu miałem sytuację, że przyszedł sąsiad z firmy obok, bo wiedział, że ogarniam temat i poprosił, żebym mu zerknął do laptopa, bo mu teraz wszystko bardzo zamula i połowa programów nie działa. Miał 10-kę, na lapku naklejkę od siódemki. Nawet nie miał pojęcia, że mu się zmienił system. Bo się po prostu nie zna.
A tłumaczenie standardowe - coś tam mu się wyświetlało, żeby zaktualizować, to kliknął, nie wiedząc nawet co klika.
I tak to wygląda w praktyce - ludzie się nie znają na kompach, dlatego łapią wirusy i inne syfy.
Szkoda więc, że aktualizacja do 10-ki dla takich ludzi niewiele się różni od złapania wirusa. Nawet nie wiedzą, co się stało. A nie tak chyba powinno być, prawda? Trudno nazwać to świadomą decyzją - "pisało mi, żeby kliknąć, to kliknąłem".
Owszem, jestem pewien, że mówię o tym samym systemie, bo już tysiące razy byłem proszony przez bliższych i dalszych znajomych na przestrzeni lat, żebym zerknął im do komputera, bo coś tam się dzieje. Ostatnio oczywiście głównie dzieje im się w dziesiątkach. I widzę, jak wygląda przeciętna dziesiątka przeciętnego, niezbyt ogarniętego w temacie użytkownika.
I widzę wieczne zdumienie w oczach takich ludzi, że ostatnio to im jeszcze Windows inaczej wyglądał, ale coś się zrobiło, nie wiedzą nawet co i nic teraz nie mogą znaleźć, albo nie działa im połowa programów księgowych, czy innych bazodanowych w lapkach służbowych - starych, ale takich, na jakich ci ludzie pracują od lat i im z tym dobrze, a też nie mają ochoty specjalnej wydawać iluś tam setek, czy tysięcy na to samo w nowszej wersji, tylko działające pod dziesiatką.
Ponadto powiedz mi jeszcze, że nie masz w menu start ikonek w rodzaju xbox, kontakt z pomocą techniczną, opinie, windows store i wielu innych, dla mnie całkowicie zbędnych, robiących burdel i nieusuwalnych normalnym sposobem, tylko dopiero za pomocą Powershella.
Crod4312 - Wiem jak wejść w ustawienia. Jeśli przetrzesz zapluty monitor, to się doczytasz, że zaznaczyłem w pierwotnej wypowiedzi, że jestem w stanie skonfigurować sobie system w taki sposób, żeby wyrzucić z niego wszelkie śmieci. Zrób screena swojego menu start i udowodnij, że nie masz tam windows store. A jeśli nie masz, napisz mi jeszcze, że nigdy go tam nie było i nie musiałeś go ręcznie usuwać w dość skomplikowany sposób.
Widzisz, ja nie używam 10-ki i mam wiecznie problem z tym, co opisałem. Na wielu nie swoich komputerach, używanych przez różnych ludzi, którzy mnie proszą o pomoc.
I żeby była jasność, bo mnie nie zależy na robieniu tu shitstormu. W pełni rozumiem, że co jakiś czas wypada napisać system, nawet jeśli nie od zera, to zbudować go od nowa. Pamiętam też płacze, jak ludzie się przesiadali z DOSa na Win 3.11 i też płakali, bo oni lubią klawiaturą wszystko robić, a nie myszką. Potem były jeszcze większe płacze przy przesiadce z 3.11 na 95, bo znowu pierwszą reakcją była panika. Zrozumiałe. Tylko, że te systemy nie były tak nachalnie wciskane, jak 10-ka. Nie instalowały się same bez wiedzy użytkownika i często wbrew jego woli. Tego się czepiam, nie samego systemu. Jest jaki jest, niewątpliwie nowszy, bardziej kompatybilny z nowymi urządzeniami, pod wieloma względami lepszy, wydajniejszy i co tam jeszcze. Ale jak napisałem wyżej - dla mnie nie ma w nim czegoś wyjątkowego, co mnie zachęca na obecną chwilę do przesiadki. Ot taka tam kolejna ewolucja bez szału, wciskana nachalnie jako niewiarygodny przełom.
A może być tak LUDZIOM pozostawić decyzję, czy chcą się przesiadać, czy nie? Czy mają taką potrzebę, czy niekoniecznie?
Ile by nie padało argumentów, ostatecznie chodzi, jak zawsze, o kasę. Dobro klienta jest ważne tylko po to, żeby klient był zadowolony, wrócił i kupił coś jeszcze. Nic ponadto. I nie piszę tego złośliwie, bo po to się zakłada i prowadzi firmy, żeby generowały pieniądze. Problem w tym, że zmuszanie do update'u na 10 dawno już przekroczyło granice dobrego smaku.
10-ka nie ma nic, co by mnie zachęciło do przesiadki. Ok, trochę szybciej startuje i co jeszcze? Kafelków w 8 nie znosiłem, ale wreszcie dali możliwość konfiguracji i wreszcie nie wyświetla się chamska plansza na cały ekran i nie wykluczam, że je w końcu kiedyś polubię, bo teraz jest to wreszcie zrobione z głową. DX12 powtórzy historię DX10, który też miał być turboprzełomem wydajności, nową jakością, która magicznie przyspieszy sprzęt o milion procent, bla bla, bla.
Ale już treści reklamowe, sugestie w menu start, wszędzie wyskakujące Windows Store i inne pierdy mocno mnie odrzucają.
Jestem na tyle zaawansowanym użytkownikiem, że zdołam pewnie zablokować cały ten syf po paru godzinach dłubania w systemie i szukania porad w necie, ale cały czas wracam do sedna - dla mnie ten system nie reprezentuje nic ciekawego. Z Cortany nie skorzystam, wspólną platformę z telefonami mam gdzieś, bo wolę mody androidowe, do których się już przyzwyczaiłem i tak dalej. Dla mnie jest tylko trochę brzydszy i bardziej upierdliwy. Po co mam więc zmieniać obecny?
Sam system ocen jest fajny w założeniu, bo pozwala krótko i konkretnie podsumować całość. Trudno by było bazować na samej ocenie, ale jako wisienka na torcie, podsumowanie całości, potencjał ma duży.
Problem w tym, że skala 1-10 dla większości ludzi zamyka się w zakresie 6-9.
"Ale beznadzieja, grać się nie da" - i leci ocena 6
"Cudowna, genialna, dam 8, no nawet 8,5!"
Itd.
Bez sensu. Skoro mamy skalę 1-10, to oznacza, że przeciętniak to 5. Jest w połowie stawki, więc jest przeciętny. Od tego powinna się zaczynać ocena.
Typowy przykład, to tytuł, który się niczym szczególnym nie wyróżnia, albo jego plusy równoważą minusy. Jeśli np. RPG ma przeciętną fabułę i gameplay, ale super grafikę, można się pokusić o 6 - czymś tam się wybija ponad przeciętność, przynajmniej są fajne widoczki, a reszta ani ziębi, ani parzy. I analogicznie jeśli jest przeciętny, ale ma wyjątkowo kiepską grafikę, powinien dostać 4. Jeśli dodatkowo jeszcze jest zrąbana mechanika i beznadziejne głosy, to niech dostanie te 3, albo nawet dwa, bo to znaczy, że jest już naprawdę strasznym gniotem. A jeśli dojdzie jeszcze dupna fabuła, to w pełni zasłużył na ocenę 1, co oznacza - nie zbliżaj się do tego, chyba, że jesteś masochistą.
I tyle - skoro jest jakaś skala, to niech będzie wykorzystywana, a nie jak w przypadku niektórych portali mamy skalę 1-100, ale gra dobra dostaje 82, a wybitna 88.
Masakra...
Z tym duchowym następcą bym się tak nie rozpędzał. To po prostu klon Panzer Generala 2, który nie różni się niemal niczym poza poprawioną grafiką - mechanika identyczna, jednostki niemal identyczne, są trochę inne mapy i to by było tyle, jeśli chodzi o różnice.
Nic w tym złego oczywiście, bo PG2 jest tytułem bardzo zacnym i warto, żeby takie tytuły były na rynku, bo wielu młodszych graczy mogłoby nie spotkać się z oryginalną odsłoną.
Zasada, która nieźle się sprawdza - ubierz się do biegania tak, jakby było 10 stopni cieplej.
A teraz mała ciekawostka - kawałek, który nie istnieje ->
https://www.youtube.com/watch?v=vch-Z9ccHTk
Aż mi się przypomniała stareńka animacja, jeszcze chyba z ubiegłego tysiąclecia:
https://www.youtube.com/watch?v=QgkU7o0zz2E
Artyści powinni szukać nowych form wyrazu i ekpresji, prowokować do myślenia, nie bać się poruszać trudnych tematów, ale gdzieś jest granica, poza którą trudno doszukiwać się sztuki i artyzmu i gdzie pozostaje już tylko prymitywna prowokacja, robienie szumu dla samego szumu. Nie chcę się wypowiadać o samym spektaklu, bo go nie widziałem (i raczej też nie będę miał ochoty obejrzeć), ale mam wrażenie po tym co widzę, że w tym wypadku granica ta została przekroczona. Zero subtelności, niedopowiedzenia, pobudzenia refleksji u widza, jedynie brutalne i obelżywe brukanie tego, co wielu ludzi uważa za coś godnego szacunku, bez jakiegoś głębszego przekazu.
Dla kogo jest ten spektakl? Czy chociaż jedna osoba wierząca po obejrzeniu go stwiedzi - "no tak, coś w tym jest, Kościół Katolicki/jego głowa (whatever) zachował nie w porządku, poczułem się zainspirowany do głębszej refleksji na temat tego, co głosi ta instytucja i ewentualnego przewartościowania swojego światopoglądu"? Nader wątpliwe. Fanatyczni katole, którzy niezbyt wiele wspólnego mają z prawdziwym duchem tej religii, przyjdą pod teatr płonąc żądzą spalenia kilku czarownic i zrobienia ogólnej zadymy, a jakiś odsetek skretyniałych ateistów (a de facto antyteistów), zbyt głupich, żeby zrozumieć to, że ze swojego ateizmu uczynili sobie nową religię, którą kultywują wspólnie z sobie podobnymi osobnikami przede wszystkim w celu radosnego brandzlowania się swoją doskonałością, niewiarygodną inteligencją, nowoczesnością i odrzuceniem średniowiecznej ciemnoty, przyjdzie, żeby zademonstrować po raz kolejny całemu światu tę swoją niezwykłą wyjątkowość i, cytując klasyka, radośnie polizać się po fiutach.
Tymczasem prawdziwy katolik zasmuci się jedynie faktem, że nienawiść, podłość i chęć opluwania wszystkiego dookoła podnoszą znowu swoją ohydną głowę i pomodli się co najwyżej do swojego Boga o wybaczenie tym, którzy grzeszą, a autentyczny ateista zupełnie oleje temat, bo podobnie jak głęboko w poważaniu ma, co do powiedzenia ma Czarnoksiężnik z krainy Oz, bądź kult wielbicieli tej książki, w takim samym poważaniu ma to, co do powiedzenia mają ludzie, którzy traktują Biblię nie jako dokument historyczny, tylko jako słowo jakiegoś tam boga.
Słowem - jak zawsze jakiś cwaniak znalazł sposób na skuteczną prowokację, żywiąc się kretynami z obu stron barykady. Jedni robią mu darmową reklamę, drudzy nabijają mu kabzę. Świat się kręci, ale ludzie niestety nie mądrzeją.
Trwa to około 15 minut i przez cały ten czas miałem uśmiech na ustach i bawiłem się jak mały dzieciak. Końcówka spektaklarna. Pamięta ktoś jeszcze stareńkie The Incredible Machine? :)
Wrzucam do techniki, bo to taki mały geniusz inżynierii :)
A ja z przykrością zauważam, że pomijając telewizję, z którą pożegnałem się permanentnie już dobre kilka lat temu, od dłuższego czasu najbardziej obiektywne są portale pokroju Pudelka. Przynajmniej jadą równo po wszystkich bez pardonu.
Szukałem jakiś czas temu portalu, który będzie przedstawiał konkretne fakty, bez obowiązkowego politycznego komentarza, naświetlenia, bądź mniej, lub bardziej delikatnej sugestii jak tępy dron-obywatel ma odczytać przesłanie. Nie znalazłem. Nawet jak piszą o pogodzie, to i tak gdzieś zawsze wyskoczy jakiś Maciar, czy inny Tusk. Albo Ewa Tylman.
Śmieci jest sporo. W grę natomiast można pograć. Używasz konsolki ppm-em. Kartridży tak samo, jeśli masz konsolkę w kieszeni - dodają nowe gry. Jest tam miedzy innymi całkiem wciągający rogalik :D
A granatów można używać jedynie za pomocą wyrzutni. Nie można ich rzucić łapą.
Dla mnie zmiana jak najbardziej na plus, bo w oryginalnej trylogii często byłem zmuszony mechaniką gry do wyboru konkretnej "kolorowej" odpowiedzi, albo zachowania, żeby ciułać te nieszczęsne punkty par/ren coby wystarczyło ich później do jakiejś trudniejszej (wymagającej więcej punktów) konwersacji. Ograniczało to najważniejszą cechę gry - role-play, bo jednej postaci miałem najzwyczajniej w świecie ochotę przywalić w mordę, a innej nie, czasem miałem ochotę do kogoś strzelić jako pierwszy, albo wyrzucić go przez okno, a czasem nie. System "moralności" sztucznie mnie jednak ograniczał. Niech się tego pozbędą w ogóle i będzie super. Chcę się bawić w swobodne odgywanie roli i kreowanie swojego bohatera, a nie sztuczne dopasowywanie go pod konkretny szablon, zwłaszcza, że ME jest wręcz wybitny pod pewnym względem - gracz dostaje do dyspozycji naprawdę ciekawą postać, z charakterem i jajami jak się patrzy, a nie pierwszą lepszą pierdołę od zamiatania gnoju, która zostanie superherosem w dwa miesiące i faktycznie ma się ma ochotę grać nim, jak doświadczonym, konkretnym, charyzmatycznym gościem, a nie wiecznie słodko pierdzącym obrońcą zagubionych baranków.
Kolejny fajny tekst, świetnie piszesz Meehow - konkretnie, rzeczowo, ciekawie i niebanalnie. Pomysł z felietonami jest bardzo fajny. Rzadko poświęcam więcej czasu aktualnościom ze światka, ale jeśli miałbyś się za to zabrać z takim talentem, jaki dotychczas reprezentujesz, to będziesz miał przynajmniej jednego stałego czytelnika.
Mówię dokładnie to, co napisałem wyżej. Niezbyt szybki dysk SSD nie będzie działał "lepiej" tylko dlatego, że jest z interfejsem M.2. Jeśli jego prędkość nie przekracza tych 600-700MB/s, to interfejs nie ma znaczenia. Jeśli natomiast mówimy o dyskach szybszych, to będą dławione przez interfejs i wtedy w grę wchodzi tylko M.2. Co jest niezrozumiałe?
No ja jestem ciekawy, ale raczej dość smutno, kiedy się skończy kasa. Przy obecnym tempie wydawania jej, doskonale sprawdzających się w praktyce planach pozyskania nowych źródeł finansowania, ostrożnych i nie nadmiernie optymistycznych założeniach budżetowych, masowym ascetyzmie nowych rządzących i planach inwestycji w nowoczesne technologie oparte na węglu kamiennym obstawiam szacunkowo, że cyrk zacznie się gdzieś na przełomie III-IV kwartału tego roku. Czas powoli przenieść oszczędności w jakieś bezpieczniejsze waluty, może jakieś ruble, albo inne bolivary.
I to właśnie w Lemie bardzo sobie cenię, jest inny, jeśli nie unikalny pod tym względem. W fajny, subtelny i nienarzucający się sposób stawia granice ludzkiemu egocentryzmowi i samozadowoleniu, pokazuje przeciwieństwo bardzo popularnego w książkach i filmach zachwytu nad potęgą ludzkiego rozumu, radosnego, bezproblemowego poszerzania granic wiedzy i nieograniczonych możliwości rodzaju ludzkiego. Pokazuje, że tak naprawdę w Kosmosie szukamy samych siebie - albo prymitywnego społeczeństwa odpowiadającemu naszej przeszłości, gdzie w naszym radosnym i przede wszystkim pełnym samozachwytu humaniźmie nałożymy na siebie rolę mesjaszy, Starszych Braci W Rozumie, Opiekunów Maluczkich i wyrozumiałych rodziców patrzących pobłażliwie jak dorastają ich pociechy, albo wręcz przeciwnie - szukamy nas samych za x lat, cywilizacji mądrej, dojrzałej, pełnej wyrozumiałości, tryskającej chęcią pomocy, ale praktycznie tożsamej kulturowo, bazującej na tych samych zasadach moralnych, czy etycznych, słowem - szukamy rodziców, którzy przekażą nam swoją wiedzę i dojrzałość.
A Lem, jak to Lem wychodzi poza te może i miłe i łatwe w odbiorze standardy i już Pierwszy Kontakt jest ścianą, od której ta cudowna, doskonała Ludzkość się odbija. Rozdział, w którym Kelvin siedzi w bibliotece i czyta, jakie stosy opracowań naukowych napisano, poraża pustką poznawczą, jaka z tych opracowań wyziera i których kwintesencją jest systematyka oceanu - pięknie, po łacinie opisane gatunek, rodzaj, , rodzina, rząd, królestwo i co tam jeszcze. Ocean został opisany, zaszufladkowany, przez niektórych wręcz uznany za zrakowaciały mózg debila, więc można go odłożyć, jako coś niewygodnego, może faktycznie nie poznanego, ale przecież wyłącznie z jego "winy" i dalej w samozachwycie tęsknie nawoływać ku gwiazdom.
Jak dla mnie majstersztyk.
Dlatego bardzo się cieszę, że pojawiło się Denuvo, które faktycznie trzyma się przynajmniej przez kilka miesięcy od premiery. Nareszcie wybiło producentom, deweloperom i wszystkim świętym ten kretyński argument o piratach. Nareszcie jeśli coś się nie sprzeda, to nie można zwalić klapy na tych nieszczęsnych piratów, tylko po prostu trzeba nazwać rzecz po imieniu - gra się nie sprzedaje, bo jest gówniana.
Choć nie wątpię, że zaraz ktoś i tak wymyśli nowego kozła ofiarnego - a to marketing nieprawidłowy, albo faza księżyca nie taka jak trzeba, czy co tam jeszcze. Bo gra przecież jest zawsze genialna, dopracowana i fantastyczna. Każda jedna bez wyjątku.
To wszystko przez piratów. Gdyby nie piracono tej gry na tak masową skalę już 86 dni przed premierą, to producent zarobiłby osiem pierdyliardów dolarów.
Dokładniej: karta graficzna ma jedno, albo dwa wejścia 6-pinowe na dodatkowe zasilanie dokładnie po drugiej stronie, niż sfotografowane przez Ciebie wyjścia (czyli znajdują się wewnątrz obudowy blisko środka komputera). Musisz do nich wpiąć odpowiednie, pasujące kable od zasilacza komputera. Inaczej karta nie ruszy, a nawet jeśli, nie będzie prawidłowo działać.
Mieszkańcy nie protestują, a jeśli wpadłeś na takie informacje, to możesz spokojnie je wsadzić w szufladkę "propaganda". Moi rodzice mają działkę nad jeziorem Żarnowieckim i gdy tam u nich bywam, to z okna widzę po drugiej stronie jeziora jądrówkę, która miała tam stanąć i mam też bezpośredni kontakt z mieszkańcami gminy. Wszyscy, z którymi rozmawiałem, bardzo chcą tej elektrowni, bo wiedzą jaka za tym stoi gigantyczna kasa - odszkodowania, dotacje i inne duperele dla gminy, drugi Bełchatów. A i tak już teraz gmina jest bogata, bo kasę im pompuje tamtejsza elektrownia wodna. Jakby im jeszcze doszła atomówka, to będą tam tańczyć ze szczęścia cały rok.
In the waiting line
Jeez... Naczelny motyw wszelkich studenckich chilloutów, uwielbiam ten kawałek :)
Słuchałem jej na żywca w ubiegłym roku w Krakowie przed koncertem Massive'a i powiem tyle - jest zajebista. A ta jej mała ballerina jest wręcz nieziemska.
Gra o tron. Można grać od 3 do 6 osób, ale optymalnie jest faktycznie grać w szóstkę. Główną zaletą jest to, że bardzo mało w niej losowości - kostki brak, wszystko opiera się się na planowaniu.
W cenie jednak się nie zmieścisz, chyba, że trafisz używkę.
W maksymalnym uproszczeniu - procesor działa jak bardzo wydajne żelazko. Ze względu na to, układy procesora są mikroskopijnej wielkości, charakteryzują się dużym oporem elektrycznym. Ten opór generuje ciepło, które trzeba odprowadzić z układu (dokładnie na tej samej zasadzie działa klasyczna żarówka - drucik jest bardzo cienki, stawia duży opór elektryczny i nagrzewa się przez to tak bardzo, że świeci w zakresie widzialnym dla ludzkiego oka).
TDP to w miarę realistyczne wyliczenie ile takiej energii cieplnej procesor jest w stanie "wyprodukować". I jest dość zbliżone do faktycznego poboru mocy przez procek, bo większość dostarczonej mu energii jest w końcu zamieniana na ciepło.
Postaw czysty system i sklonuj partycję systemową na dysk docelowy. Windows trochę najpierw pomieli, ale powinien odpalić bez problemu.
Ominie Cię trochę smaczków, ale można w to grać bez znajomości jedynki. Niemniej zachęcam do przełamania się, oryginalny Deus nie bez powodu jest uznawany za jeden z najlepszych tytułów wszechczasów.
Swoją drogą szkoda trochę, że robią takie absurdy jak remake Bioshocka, który graficznie nadal wygląda bardzo przyzwoicie, a nie zabierają się za odświeżanie takich perełek. Albo całej masy świetnych przygodówek z lat 90-ych.
Nie będzie działać "lepiej". SATA ma maksymalną przepustowość 6 Gb/s, czyli jakieś 750 MB/s. Jak to w życiu jednak bywa, nie zdziwiłbym się, gdyby były to wartości laboratoryjne, niekoniecznie osiągalne w realnym życiu. Czyli jeśli sam dysk obsługuje prędkość do powiedzmy 700 MB/s, to w porządku, nie jest dławiony interfejsem i działa z pełną prędkością. Jeśli jest szybszy, to jego praca będzie przypominała próbę rzygania przez słomkę.
Przypuszczam jednak, że na rynku nie ma takich dziwolągów, obsługujących wyższe prędkości, ale zdławione przez interfejs, bo kupy się to nie trzyma.
A ja akurat polubiłem Ashley, dodawała grze dużo klimatu, a sekwencje eskortowe nie były zbyt częste i tym samym nużące, tylko wprowadzały powiew świeżości do rozgrywki.
Co do Shevy, też nie stanowiła żadnego problemu - wystarczy jej dać jedną pukawkę, z której raczej nie korzystamy (w moim przypadku był to pistolet maszynowy), po czym przed misją potraktować ją jak przenośny magazyn i zapakować do pełna amunicją i gadżetami, z których nie może korzystać. Nasz inwentarz może być dzięki temu względnie pusty, zapas amunicji chodzi za nami, towarzyszka nic nie podnosi, nic nie zużywa, w walce pomoże, a na pewno nie przeszkodzi i jeszcze ładnie wygląda. Zero wad, same zalety. Fakt, że można było to zrobić lepiej, ale wystarczy odrobinę pomyśleć i można pozbyć się wszelkich upierdliwości. Najwyraźniej jednak o to trudno.
Jako pasjonat pierwszej i drugiej odłony podchodziłem do niej chyba z 10 razy i za każdym razem się odbijałem, sam nie bardzo wiedząc czemu, bo teoretycznie jest w niej masa fajnych rozwiązań. Ostatnio znowu spróbowałem i w końcu wiem, co mnie odrzuca. Tam nie ma nic do roboty. Automatyzacja gry jest tak daleko posunięta, że praktycznie tylko jeździ się skautami, kolonkami i klika "zakończ turę". Gra przechodzi się sama i dlatego jest niewiarygodnie nudna.
Istotną kwestią jest także jaki masz budżet. Jeśli jest dość ograniczony, to sugerowałbym rozejrzeć się za jakąś fajną używką. W większości przypadków lepiej będzie brzmiał starszy model z wyższej półki od nowego, ale niższej klasy, zwłaszcza, że pasjonaci często bardzo dbają o swój sprzęt i dość łatwo można znaleźć egzemplarze w świetnym stanie.
Co do marek, trudno powiedzieć, bo każdemu sensowniejszemu producentowi zdarzają się modele świetne, jak i przeciętne. Ogólnie jednak z ciekawszych firm, wśród których można poszperać i które są bardziej popularne można wymienić takie jak: Marantz, NAD, Denon, Grundig, Yamaha, Pioneer, Hitachi, czy Cambridge Audio.
Podczepię się przy okazji pod wątek.
Skopsały mi się właśnie Sennheisery PMX60 i ze zgrozą dowiedziałem się, że są już wycofane z produkcji i niedostępne. I mam teraz problem, bo muszę znaleźć jakiś ciekawy zamiennik. Zależy mi na neckbandach, bo korzystam z nich m.in. podczas biegania i nie chcę też zarazem żadnych pchełek, ani dokanałowców, bo ich po prostu nie lubię. Nie mogą być także o zbyt otwartej, "dziurawej" konstrukcji, bo biegam też w deszczu i pewnie będą brzmiały dość głupio z wodą w środku. To czego szukam to prosta, lekka (odpadają wszystkie bezkablowce), nauszna konstrukcja z przyzwoitym dźwiękiem - nie musi być to jakieś skończone cudo, ale nie zadowoli mnie pierwszy lepszy model.
Nieżywe już Sennki (choć pewnie pobawię się trochę lutownicą w wolnym czasie i je zreanimuję, bo usterka wydaje się wstępnie dość banalną, ale też i czasochłonną) bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły w relacji jakość/cena, zwłaszcza, że udało mi się je kupić za pół ceny na jakiejś obniżce i być może uda mi się taki fajny zakup poczynić ponownie.
Przejrzałem już Kossy i w zasadzie jest tylko model KSC17, ale ma dość fatalne opinie, więc raczej się nie skuszę. Sporta Pro są z kolei podobno dość mało komfortowe w dłuższym noszeniu w pozycji neckband, bo cisną w uszy i czachę.
Jakieś sugustie? Fajnie, gdybyście podrzucili chociaż producentów, któych można raczej brać w ciemno, bo nigdy nie zgłębiałem się jakoś specjalnie w to zagadnienie. Konkretny model już sobie znajdę, ale przydałaby się pomoc tego rodzaju na początek :)
Pewnie i tak przejdę się do jakiegoś sklepu, żeby pomacać i posłuchać, ale chciałbym dokonać wstępnego odsiewu i rozpocząć polowanie na jakieś konkretne modele.
PG 2 jest do kupienia za grosze na GOG.
Poza tym wszystkim bardzo polecam zapoznanie się z fantastycznym projektem zwanym Open General - to jest dokładnie to co PG2, tylko że znacznie więcej i lepiej.
Z Blade Runnera to dla mnie zdecydowanie nr 1:
https://www.youtube.com/watch?v=RScZrvTebeA&list=RDRScZrvTebeA#t=28
Przymierzałem się do tego tytułu od jakiegoś czasu, w końcu zainstalowałem, pograłem parę dni, nauczyłem się podstaw i wygląda to nawet całkiem fajnie.
Ktoś może polecić jakiś ciekawy, ogarnięty corp, który przyjąłby nooba?
I dobrze, bo obecnie wygląda to dość paskudnie. Rura w ręku, zwłaszcza kolanko, czy rury na ścianach wyglądają jakby były zrobione z plastiku popsikanego akrylem.
Ogólnie zbyt kolorowo, zbyt jaskrawie i zbyt świacąco jak na mój gust. Wręcz kreskówkowo.
Co do samej rozgrywki ciężko się wypowiedzieć. Postać reaguje z dziwacznym opóźnieniem na ruchy myszką (nie wiem, czy tak ma być, czy coś jest nie tak u mnie), demo zawiesza mi się w kółko w tym samym punkcie, optymalizacja tragiczna.
Kibicuję mocno projektowi, bo SS1 to ulubiona gra mojego dzieciństwa i fajnie byłoby w to zagrać w nieco nowocześniejszej odsłonie, ale nadal jeszcze jest masa pracy do wykonania.
Orientuje się ktoś, jak się ogólnie sprzedają gry z Denuvo? Bo uwzględniając argumentację strony producencko-dystrybucyjnej pod tytułem: "1 pirat=1 kopia niesprzedana", to wyniki sprzedaży powinny pewnie już lecieć w setki milionów, jeśli nie miliardów dolarów.
Może lekko złośliwie, bo to w mojej opini było od zawsze wyjątkowo durne założenie, ale jestem autentycznie zainteresowany, jak odbił się brak piractwa na wyniki sprzedaży, bo dyskusja na ten temat toczy się od dobrych dwudziestu lat, nikt od dłuższego czasu nie wymyślił nowych argumentów, teraz jednak, chyba po raz pierwszy w historii, mamy faktyczny eksperyment w postaci niecrackowalnych gier - obecnie już kilku, czy może nawet kilkunastu i to takich z, przynajmniej teoretycznie, górnej półki. Faktycznie te tytuły sprzedają się statystycznie zauważalnie lepiej niż crackowalne, jak trąbili od zawsze dystrybutorzy?
Bogami? Nie. Celowo nie wprowadzam do dyskusji takich "boskich" przymiotów, jak nieograniczona energia, zakrzywianie wymiarów, teleportacja, czy co tam jeszcze wymyśliła literatura sci-fi. Mój koncept jest wręcz na swój sposób bardzo prymitywny, bo to nadal tylko coś w rodzaju silników odrzutowych - obojętnie, czy rakietowych, czy jonowych, pulsacyjnych, czy fotonowych, nadal jest to tylko proste rozwinięcie tego, czym dysponujemy dzisiaj.
Jedyną taką "boską" umiejętnością, jak na dzisiejsze standardy,, z jakiej pozwoliłem sobie skorzystać, to możliwość manipulacji polem Higgsa. Zmniejszając masę zmniejszamy zarówno oddziaływanie grawitacyjne działajace na Ziemię, bądź cały Układ Słoneczny, a więc "wyciągamy" je za darmo ze studni grawitacyjnej odpowiednio Słońca i naszej galaktyki, jak i ich bezwładność. Tym samym kosztem stosunkowo niewielkiej energii można znacznie zmodyfikować ich pęd. Jeśli więc taka umiejętność będzie cywilizacji dostępna, to nie musimy się przebijać na siłę przez prawa fizyki i jej ograniczenia, nie musimy ich także próbować złamać. Ominiemy je po prostu.
Samą dyskusję traktuj też bardziej jako ciekawostkę, bo przecież równie prawdopodobne jest to, że zamiast próbować odjechać Ziemią gdzieś w przestrzeń, czy nawet tylko na inną orbitę, być może łatwiej będzie takiej cywilizacji ustabilizować samą gwiazdę.
Co do natomiast boskich przymiotów cywilizacji przeczytaj sobie o skali Kardaszewa i osobliwości technologicznej. Jedno i drugie daje jakiś pogląd, jak szybko przy obecnym tempie wzrostu tempa wzrostu (wbrew pozorom napisałem to celowo) nabywanej przez cywilizację wiedzy możemy stać się "bogami". Wcale nie potrzeba milionów, czy miliardów lat. Jeśli krzywa rozwoju nie zmieni się, to boskimi, jak na dzisiejsze rozumienie, mocami cywilizacja będzie dysponować już za raptem kilka tysięcy lat.
Trael - Czy ja wiem, czy tylko sentymentalny? Taka podróż mogłaby mieć konkretne uzasadnienie ekonomiczne i społeczne. Ziemia, jako kolebka ludzkości, będzie prawdopodobnie bardzo mocno rozwiniętą gospodarczo planetą wobec innych, może nawet zachować status czegoś w rodzaju stolicy takiego hipotetycznego imperium. Z bardzo dużym wkładem w (chciałem napisać "globalne", ale trochę tu nie na miejscu ;) ) całkowite PKB, stanowiące jedno z głównych centrum naukowo-kulturalnych itd. Taki odpowiednik współczesnej, miejskiej stolicy. Porzucenie jej może się nie tak łatwo bilansować gospodarczo.
Tak trochę naiwnie, bo i cały ten świat jest mocno naiwny, ale można to trochę porównać do świata Gwiezdnych Wojen. Jaką wartość gospodarczą ma taka planeta Tatooine? Globalna pustynia, trochę wiosek, co najwyżej mieścin, brak centrów przemysłowych, handlowych, czy naukowych. Totalna prowincja. Wartość bliska zeru. A takie Coruscant to globalne miasto, główna stocznia Imperium, centrum polityczne, gospodarcze, naukowe i kulturowe. Porzucenie takiej planety, bo na przykład gwiazda wchodzi w stadium olbrzyma, czy innej supernowej, byłoby ogromnym gospodarczym ciosem dla Imperium, czy Republiki, obojętnie kto tam akurat rządzi.
W grę wchodzą zresztą także kwestie społeczne. Masowy eksodus z planety mógłby spowodować opór społeczeństwa. Zapada decyzja polityczna i wszyscy nagle mają porzucić dobytek swojego życia, zapakować się na statki i lecieć gdzieś przez setki, bądź nawet tysiące lat. Tutaj wraca też poruszony przeze mnie wcześniej problem "pokoleń pośrednich", takich dronów skazanych na spędzenie całego życia w większej, czy mniejszej, zamkniętej puszce. Nieodwołalnie, bez możliwości ucieczki, bez możliwości wyboru. Urodzeni i żyjący praktycznie w więzieniu. Oczywiście, ludzie Ci mogliby nie mieć skali porównawczej, rodząc się w rakietach, ale to właśnie pierwszy etap takiej degradacji psychicznej - już od urodzenia mentalność więźnia. A jeśli mieliby dostęp do wiedzy, jak żyli ich przodkowie, czy nie budziłoby to ich nienawiści? Bo ktoś żyjący setki, czy tysiące lat wcześniej bezwzględnie skazał ich na taką marną wegetację w metalowej puszce.
Jasne, zawsze można pomyśleć o jakimś remedium. Np. życie spędzone na statku, ale w wirtualnej rzeczywistości, doskonale symulującej warunki planetarne itd. Zawsze można jakoś kombinować, ale mimo to upieram się, że podróż planetą wcale nie jest takim głupim pomysłem.
Oczywiście to tylko bardzo teoretyczne gdybanie. Jak wspomniałeś i jak pisałem także wcześniej, na pewno ogromnym argumentem przeciw jest masa planety. Ale o tym też już pisałem wcześniej, nawiązując do możliwości manipulacji polem Higgsa, więc nie ma sensu się powtarzać.
W takiej sytuacji podróż planetą miałaby także bardzo głęboki sens ekonomiczny - nie musisz wykonać ogromnej pracy na budowę statku kosmicznego, zdolnego komfortowo wozić miliardy ludzi (i nie tylko ludzi). Masz go od razu, w doskonałej wersji. Pozostaje do rozwiązania wyłącznie kwestia napędu. Nie musisz budować generatorów pól elektromagnetycznych, zasilać ich, nie musisz się martwić dehermetyzację, nie musisz się martwić o przestrzeń, produkcję żywności itd. Wszystko masz już gotowe. Nie ma tylko i wyłącznie napędu.
Ahaswer - i jakie to czynniki, bądź siły? Konkretnie.
Słońce - to oczywiste. Co jeszcze? Księżyc? Jedzie z nami, jest grawitacyjnie ściśle powiązany i jeśli odjedziemy Ziemią, Księżyc pojedzie za nami. W razie, gdyby miały nastąpić zaburzenia orbity, można i do niego podczepić taki teoretyczny silnik, żeby zachować stabilność orbity. Nie jest zresztą niezbędny. Księżyc stabilizuje orbitę Ziemi i klimat, ale mówimy tu o cywilizacji, która jest w stanie ruszyć z miejsca planetę. Prawdopodobnie będzie więc też w stanie kontrolować klimat planety według uznania i to na długo wcześniej.
Co jeszcze takiego niezbędnego dla życia znajduje się w Układzie Słonecznym ? Jakaś specjalna odmiana próżni? Inne planety? Asteroidy? Komety? Te ostatnie, chociaż niezbędne do zaistnienia życia, obecnie stanowią dla niego wyłącznie zagrożenie. Z planet potrzebna była tak naprawdę jedna - Jowisz, który doskonale wyczyścił nasz układ ze śmieci i zmniejszył częstotliwość bombardowań Ziemi na tyle, że życie mogło powstać i nie zniknąć. Z powodzeniem zresztą pełni tę funkcję do dzisiaj, co nie zmienia faktu, że jeśli miałbym się zderzyć z jakimś ciałem kosmicznym, wolałbym to zrobić na pędzącej przez kosmos Ziemi, niż na statku, bo na Ziemi miałbym szansę, że spali się to coś w atmosferze. W statku mam 100% zgon - przebicie pancerza, dehermetyzacja, zniszczenia struktury, maszyn, urządzeń do podtrzymywania życia, a jeśli obiekt jest dostatecznie duży, to po prostu rozbije taki statek w pył. Zarazem ten sam duży obiekt, który rozwaliłby nawet ogromny statek, w atmosferze by się spalił, albo przynajmniej przypalił na tyle, żeby nie dokonać globalnych zniszczeń.
A jeśli mówimy o jakichś teoretycznych systemach obronnych statku - działach do rozwalania meteorów na kursie kolizyjnym, polach siłowych i innych tarczach energetycznych, to równie dobrze można je zamontować na Ziemi, a nawet łatwiej, bo mamy więcej miejsca i dostępnej energii.
Coś jeszcze konkretnie Ci przychodzi do głowy?
Podejdź do tematu od drugiej strony - co robią ludzie budując statki kosmiczne? Symulują warunki ziemskie. Symulują grawitację, ciśnienie i skład atmosfery. Starają się rozwiązać problem wysokiego i szkodliwego promieniowania kosmicznego - przed którym to promieniowaniem w naturalny sposób chroni nas atmosfera i magnetosfera Ziemi. Jesteś w stanie wymyślić projekt statku, który będzie lepiej symulował Ziemię, niż sama Ziemia? Istotą statku kosmicznego jest odizolowanie jego zawartości od wrogiego środowiska kosmosu - próżni, zimna, promieniowania i braku grawitacji. Czyli coś, co robi nasza planeta z racji swojej budowy. A jak na statku zapewnisz pożywienie na setki i tysiące lat podróży dla miliardów ludzi? Jedynie jakaś forma recyklingu, i to koniecznie o pełnych 100% wydajności, prawda? Czyli to, co na Ziemi robi biosfera od miliardów lat.
Nie wnikam w detale, nie wnikam w szczegóły konstrukcyjne, chodzi o samą ideę. Słońce też nie jest nam tak naprawdę niezbędne, bo nie emanuje jakąś magiczną mocą. To po prostu źródło promieniowania elektromagnetycznego o pewnych określonych parametrach. Niezbędne jako źródło energii do wykorzystania. Mogące być z powodzeniem symulowane, tyle, że obecnie na niewielką skalę. Nie mówię jednak o teraźniejszości, tylko niewyobrażalnym okresie za miliard lat, kiedy Ziemia nie będzie mogła dłużej w naturalny sposób podtrzymać życia, bo się na niej wygotuje woda.
Żebyśmy się jednak dobrze zrozumieli. Nie mówię, że mam gotowy projekt i pomysł, jak wybrać się na przejażdżkę całą planetą, to chyba raczej oczywiste. Mówię, że jeśli cywilizacja przetrwa tak długo, będzie musiała w końcu opuścić Układ Słoneczny, bo inaczej zginie. Uważasz, że lepiej będzie zapakować całą ludzkość do bardzo dużej rakiety, niż po prostu ruszyć całą planetą, przy założeniu, że mamy taką możliwość? Wolałbyś jeździć Ziemią, czy symulatorem Ziemi? Do rakiety też nie zapakujesz Słońca, więc dokładnie ten sam problem będziesz miał bez względu na to, czy w głęboki kosmos polecisz nawet superrakietą, czy planetą.
Nadal więc uważasz, że samotna podróż planetą jest niemożliwa, ale rakietą już tak?
To nie planetę przerabia się na statek kosmiczny. To statki kosmiczne próbuje się przerobić na miniplanetę. Tyle, że taką z silnikami.
not2pun - Pewnie, ten mój pomysł to totalna prowizorka, być może zresztą w rzeczywistości zupełnie nierealny. Z miejsca widzę pewne problemy - jak chociażby ten, o którym piszesz, związany z brakiem Słońca w wersji "jeździmy tylko planetą" - teoretycznie do załatwienia w postaci sztucznego, małego słońca/słońc na orbicie (nie wnikam w szczegóły konstrukcyjne, naczelnym problemem jest, jak pisałem wyżej, umiejętność uzyskania i przetworzenia odpowiedniej ilości energii), albo chociażby jak utrzymać atmosferę w tych krótkich chwilach wyłączenia, czy zmniejszenia masy - w mojej wersji Ziemia by po prostu "wyjechała" z obłoku otaczającego ją gazu, bo o ile ciała stałe i ciecz mają pewną, nazwijmy to w uproszczeniu "lepkość" - ich struktura nie zależy głównie od grawitacji, tylko przede wszystkim od sił elektromagnetycznych, to atmosfera w postaci gazu tej cechy już nie posiada i jest do Ziemi przywiązana przede wszystkim siłą grawitacji.
Nie chodzi mi oczywiście o gotową receptę, raczej o sam pomysł, wychodzący poza standardowe pudełko, bo nie spotkałem się dotąd nigdzie w literaturze, czy filmie z taką ideą podróży całą planetą. Pewnie nie bez powodu zresztą, bo trudno byłoby o jakąkolwiek dramaturgię takiej historii. W końcu w takiej podróży planetarnej Ziemia znajduje się od samego swojego początku - kręci się wokół swojej gwiazdy z dużą prędkością, cały Układ Słoneczny kręci się z jeszcze większą prędkością wokół centrum Drogi Mlecznej, cała galaktyka lata z jeszcze większą prędkością po Grupie Lokalnej itd., Supergromada też jakoś tam się przemieszcza wobec innych itd., czyli ogólnie przez Wszechświat naszą planetą podróżujemy ogólnie od zawsze. Mało kto jednak o tym myśli, a na pewno nikogo to nie wzrusza, bo nawet tego nie zauważamy.
To co jednak nie nadaje się na materiał na ciekawą historię, może właśnie dokładnie z tych samych powodów stanowić ciekawą koncepcję w rzeczywistości. W końcu w codziennym życiu chodzi o to, żeby przemieszczać się w kosmosie i skutecznie i bezpiecznie.
Nie rozpisując się dalej, dodam jeszcze tylko, że celowo pisałem o metodach mimo wszystko dość konwencjonalnych - napędach impulsowych itd. A przecież wszyscy, którzy są ciekawi tematyki, dawno już się oswoili z ideą tuneli czasoprzestrzennych, czy podróży w bąblu kondensującym czasoprzestrzeń przed nami, a rozciągającym ją za nami i tym samym omijającym zakaz prędkości ponadświetlnych. To wszystko jest domeną science-fiction, ale to "science" nie wzięło sie w końcu znikąd. A prawda jest taka, że mimo naprawdę ogromu wiedzy, jaką ludzkość zdobyła, nadal nie mamy chociażby pojęcia czym tak naprawdę jest światło. Bo, przynajmniej w mojej opinii, dualizm korpuskularno-falowy aż wyje wręcz i wali po głowie, że jest przejawem czegoś większego, czego jeszcze nie potrafimy dostrzec.
Jak ktoś ma ochotę zgłębić temat, to polecam "Fizykę podróży międzygwiezdnych" Lawrence'a Kraussa, fajnie i lekko się to czyta.
Niekoniecznie. Cały czas zakłada się, że Ziemia ulegnie zniszczeniu w wyniku naturalnej ewolucji Słońca - zostanie przez nie pochłonięta w fazie czerwonego olbrzyma. Zresztą już nawet wcześniej, za około miliard lat, zdąży się wygotować, bo Słońce świeci coraz silniej i będzie niezdolna do dalszego podtrzymania życia biologicznego.
Tyle, że jeśli nasza cywilizacja przetrwa ten mld lat i będzie się w tym czasie ciągle rozwijać, nie ulegnie w międzyczasie stagnacji, badź uwstecznieniu, to do tego czasu bez problemu wymyśli sposób na to, żeby odjechać całą Ziemią na dalszą, odpowiednią orbitę, albo wręcz na stałe opuścić Układ Słoneczny i jeździć nią po całej Galaktyce.
Ziemia to w końcu doskonałej jakości, bardzo duży statek kosmiczny, który sobie radośnie popierdziela przez Wszechświat od miliardów lat. I nawet mało się psuje. Po co więc budować go od nowa w ramach migracji całej ludzkości, gdy Słońce będzie się kończyć, skoro wystarczy zapewnić jej tylko odpowiedni napęd? W ten sposób eliminuje się całą masę potencjalnych problemów - związanych z brakiem grawitacji, atmosfery, magnetosfery, czy przestrzeni (problem z możliwą degradacją psychiczną i fizyczną "pokoleń pośrednich", spędzających całe życia w podrózy kosmicznej w małej zamkniętej przestrzeni), bo wszystko to zabieramy ze sobą.
Problemem jest oczywiście duża masa planety, a więc i energia potrzebna do jej napędzenia. W ogóle zresztą postęp można w sporym uproszczeniu sprowadzić do umiejętności cywilizacji do pozyskiwania i efektywnego przetwarzania coraz większych ilości energii. Jeszcze niedawno szczytem w tym zakresie było potencjalne użycie antymaterii, wcześniej żmudnie wyprodukowanej i przechowywanej. Minęło kilka lat i wiemy już o istnieniu energii próżni, tak gigantycznej i dostępnej absolutnie wszędzie, że jeśli kiedykolwiek uda się ją okiełznać, cywilizacja będzie dysponować mocami wręcz boskimi w dzisiejszym rozumieniu. A przecież zrobiliśmy dopiero parę kroków na drodze rozwoju. Jeśli się nie potkniemy, albo nie przewrócimy na niej, to wszelkie spekulacje na temat tego co będzie, a czego nie będzie można zrobić za miliard lat, można sprowadzić jedynie do intelektualnej zabawy. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć nawet tego co będzie za 30 lat, bo potrafimy jedynie ekstrapolować to co już znamy - na zasadzie "będzie tak samo, tylko bardziej". A raptem 20 lat temu nikt nie miał zielonego pojęcia, że Internet stanie się tak niewiarygodnie potężną, dostępną i całkowicie odmieniającą ludzkie życie technologią. Z dzisiejszej perspektywy wtedy był raptem dość rozbudowanym LANem.
Fajnie to wszystko widać, gdy się czyta starsze powieści i opowiadania o technologii. Ja np. szczególnie uwielbiam m. in. Lema, ale nie potrafię się nie uśmiechnąć, gdy czytam w "Niezwyciężonym", jak to komputery w przepotężnym statku kosmicznym, dysponującym energią mogącą zagotować morza w ciagu minut, ożywają po długim locie międzygwiezdnym i przez długie minuty wciagają taśmy perforowane, czy inne ferromagnetyczne i mozolnie pochłaniają programy. Tyle, że ten sam Lem miał autentycznie wybitny umysł, potrafiący "przeskakiwać" ponad to, co widzi dookoła, a nie tylko mozolnie ekstrapolować rzeczywistość i już raptem kilka lat później wymyślił coś w rodzaju bardzo zaawansowanych pendrivów - triony, czyli kryształki, w których informacja była zapisywana na poziomie pojedynczych atomów, do tego jeszcze chyba w latach 60-ych napisał opowiadanie, które opisuje dokładnie to samo co Matrix z przełomu tysiącleci (a jest to film, który był traktowany powszechnie jako mocno wizjonerski w czasie swojej premiery) - umysły, żyjące w komputerowym, wirtualnym świecie i o tym nie wiedzące, będące przekonane, że ich świat jest tym prawdziwym, a w rzeczywistości hodowane przez genialnego, acz stukniętego naukowca.
Pisałem wyżej o dużej ilości potrzebnej energii, konieczności podłączenia silników planetarnych itd., ale kto wie, czy będzie to potrzebne. W CERNie kilka lat temu potwierdzono zaobserwowanie bozonu Higgsa - nośnika, który nadaje masę innym cząstkom. Skoro wiemy już, że istnieje jakiś fizyczny mechanizm nadający masę, nie jest teoretycznie niemożliwe, żebyśmy nie byli kiedyś w stanie tego mechanizmu zrozumieć i kontrolować. I stworzyć chociażby silnik pulsacyjny na zupełnie zupełnie inną skalę, niż dzisiejsze koncepty - czyli na przykład cykl: wyłączamy/mocno redukujemy masę Ziemi na ułamek sekundy-->generujemy krótki impuls napędzający-->przywracamy masę, żeby nam się ta Ziemia nie rozpadła, bo w końcu w kupie trzyma ją grawitacja, uzależniona od masy. I jeśli taka możliwość redukcji masy w ogóle będzie kiedyś możliwa i nie będzie zarazem wymagała jakiejś ogromnej ilości energii, to spokojnie możemy zwiedzać Wszechświat całą planetą. Albo od razu wybrać się w podróż całym Układem Słonecznym, bo niby czemu nie? To też w końcu pewna zwarta grawitacyjnie całość.
Najczęściej dwie dziennie w pracy. Taki się już mi wytworzył rytuał na chwilę odpoczynku psychicznego.
Ciekawa ta grafika, ani nie wygląda na nowoczesną, ani na starą, taki zakręcony miks. Ale oprawa dźwiękowa trailera jest dla mnie rewelacyjna - niepokojąca, wręcz przerażająca. Super, trzymam kciuki.
Nic się nie stało. Masz za mało złota. Albo będziesz musiał dokupić, albo wymienić mniej wolnego ekspa.
[102]
Niekoniecznie pudłuje. Dymać system można bardzo prosto - strzelając innym żołnierzem do innego przeciwnika. Wtedy ten pierwszy, który nie trafiał ma nowe losowanie. Ot i cała filozofia.
A Ranger jest po prostu megagenialny. Wczoraj w jednej turze zabiłem jednym żołnierzem 5 przeciwników. Reaper wymiata :D
Mój skład: 3 Rangerki szkolone na miecze, dwóch Grenadrierów szkolonych na działka, jedna snajperka. Ufoki nie mają żadnych szans, team nie do rozwalenia, w zasadzce potrafi samodzielnie rozwalić grupkę przeciwników i zacząć turę na czysto :)
A Chrysalidy są po prostu śmieszne. Najczęściej lecą na moją grupkę z zasadzki, wpadają na Rangera z Bladestormem, zostają ciachnięte mieczem i po zasadzce. Po Chrysalidzie zazwyczaj zresztą też :P
claudespeed18 - F2/Główne/Gdy rozpoczynasz --> odznacz aktuaiizację i nawet z tym będziesz miał spokój
Też polecam KMPlayera - lekki, estetyczny, nie miałem z nim nigdy problemów. Ale wersję 3.0, żadne nowsze, które mają już masę badziewia reklamowego.
Przyznam, że nie jestem w stanie odpowiedzieć na Twoje pytanie, ale mogę za to podziękować za zwrócenie uwagi na tę wódkę, bo wydaje się ciekawa i ma bardzo pozytywne recenzje. Zdecydowanie przetestuję :)
Trzymam kciuki. Idea remake'u bardzo mi się podoba, bo do dzisiaj potrafię odpalić i świetnie się bawić przy jedynce (dwójce zresztą też). Co do trójki - cóż, też się obawiam wtopy, ale chyba lepiej, żeby mimo wszystko spróbowali. Niewielka szansa na godnego kontynuatora serii jest lepsza od braku takiej szansy w ogóle.
Jak dla mnie skończyła się bateria, stary ten laptop?
[edt]
A, doczytałem - to zamiennik. Najlepiej byłoby sprawdzić w innym Vaio. Jeśli będzie to samo, to po prostu sprzedali jakiś badziew. Jeśli pasuje do lapka Kasi, to najlepiej byłoby spróbować jeszcze w nim, będziesz miał pewność.
[edit2]
Sprawdziłem, nie pasuje. Ogólnie jednak, jeśli stara bateria się ładuje normalnie, a nowa nie, to ewidentnie skopany zamiennik.
1. Tutaj trudno mi powiedzieć, z opisu i komunikatów wynika wprost, że płyta ma problemy z podawaniem odpowiedniego prądu. W ramach testu odpiąłbym dysk (najbardziej energożerny) i spróbował zapchać wszystkie gniazda jakimiś pierdołami typu odbiorniki, nadajniki itd. Dużo ilościowo, ale mało obciążające. Jeśli nie pojawi się ten sam problem, to przyczyna jest dość oczywista - przyczyną nie jest kłopot z obsługą wielu urządzeń na raz, tylko producent nie przyłożył się do konstrukcji, płyta ma jakieś maksymalne, najwyraźniej dość niskie, obciążenie portów USB pod względem prądożerności i ten limit przekraczasz. Jeśli się potwierdzi, to płyta jest raczej do wymiany na coś solidniejszego. Ogólnie jednak ciekawa historia, chętnie poznam opinie innych użytkowników.
2. Dorzucenie ramu nie sprawi problemów, jeden moduł pobiera przeciętnie około 10 W mocy, więc zasilacza Ci nie zamęczy na pewno. Według specyfikacji Twoja mobo obsługuje do 32GB, więc nie powinno być kłopotów. Dysk też jest mało obciążajacy. Piszesz o dorzuceniu RAMu i nie wiem, co dokładnie robisz na kompie, może faktycznie potrzebujesz dużęj ilości, ale jeśli jednak zależy Ci na prędkości pracy, a nie robisz jakichś bardzo pamięciożernych cudów, kup mimo wszystko SSD, nawet nie za duży. W większości wypadków sprawi się lepiej od tego dodatkowego RAMu. Nic nie przyspieszy Ci komputera w takim stopniu i nie poprawi komfortu pracy. Nie wyobrażam sobie osoby, która spróbowała SSD i kiedykolwiek jeszcze wróci do HDD jako dysku systemowego. Dzień do nocy.
3. Najprostsza metoda, jaka przychodzi mi do głowy to NAS. Dysk zewnętrzny wpięty do routera w port USB. Będzie działał jak np. drukarka sieciowa - widziany przez wszystkie komputery w sieci jako zewnętrzne urządzenie i niezależny od tego, czy i który komputer jest uruchomiony. Poczytaj o jakiś sensownych routerach dedykowanych do tego celu, bo z prędkością transferu w najtańszych modelach bywa różnie, zwłaszcza jeśli będziesz łączył się z dyskiem przez WiFi.
To zainstaluj jeszcze raz i usuń ponownie, może pomóc, jeśli pojawiły się jakieś problemy przy wyrzucaniu go. Albo po prostu usuń ręcznie folder Steam i tyle. Uprzedzam jednak, że usuniesz tym samym pobrane przez tę platformę gry i być może także sejwy od nich.
Spróbuj jeszcze na podstawce, ew. z patchem 1.2. Jeśli nadal nie będzie działać, to znaczy, że robisz coś nie tak. Jeśli zaskoczy, to wina nieoficjalnego patcha. Tak, czy inaczej, wykluczysz jedną z możliwości.
"(...) sytuacja militarna nie byla tu decydująca." - bo? Bo ty tak mówisz? Argumentację stosujesz znowu wręcz porażającą swoją jakością. Znowu wracamy do tego samego - polscy politycy i wojskowi porobili głupie, kretyńskie wręcz błędy, bo tak uważa niejaki secretservice z forum GOL, mistrz strategii i polityki. Wiedza ta natomiast została mu dana przez samego Boga w drodze objawienia. Nie uzasadniłeś jak dotąd w żaden sposób swojej teorii poza tym, że tak ci się wydaje, że uważasz i że wiesz, jak co by się skończyło. Ja rzucam z drugiej strony fakty historyczne - przez poprzedzające wydarzenia 6 lat Anglicy i Francuzi, mocarstwa na skalę światową, pobłażliwie pozwalali robić Hitlerowi burdel w Europie - złamać Traktat Wersalski, zremilitaryzować Nadrenię, odbudować wojsko, rozpocząć zakazaną produkcję zbrojeniową, wprowadzić powszechny obowiązek służby wojskowej, prowadzić wojenkę doświadczalną w Hiszpani, anektować Austrię, zająć w końcu 1938 roku Sudetenland w ramach "słusznych i bardzo ograniczonych" żądań Hitlera, ale już pół roku później także i anektować całe państwo bez pytania kogokolwiek o zgodę, bez usprawiedliwiania się przed kimkolwiek i przedstawiania nawet fikcyjnej przyczyny takiego działania, po czym w świetle tych wydarzeń rozpoczęli negocjacje z Hitlerem domagającym się tym razem "kawałka" (cudzysłowia nawet nie chce mi się tłumaczyć, wydaje się dostatecznie oczywisty) Polski, głosząc wszem i wobec, że te żądania także przecież mają sens, a Polacy to jacyś uparci są i nie wiadomo tylko dlaczego.
Ale nieeee - ty przecież wiesz, że dodatkowe bodźce ze strony Polski, wymuszające respektowanie sojuszu, były całkowicie niepotrzebne i głupie. W końcu Anglia i Francja całymi latami i podjętymi negocjacjami w sprawie Pomorza dawały Polsce jednoznacznie znać, że staną za nią murem, prawda? Tym samym plan obrony był kretyński, a dowództwo polityczne i militarne było debilne. W związku z tym jako alternatywę przedstawiasz swój plan, który jest jego dokładnym powtórzeniem, tylko, że jest znacznie głupszy - i to do tego stopnia, że można tylko załamać ręce.
(...)optymiści twierdzą że Alianci nie zdążyli nam wydatnie pomóc, kiedy klęska przyszła zbyt szybko" - Aha. Optymiści. Świetnie. Planując obronę kraju, rząd miał kierować się opinią nieokreślonych optymistów.
Kto konkretnie? Nazwiska tych optymistów poproszę. Historycznych, z tamtego okresu, mogących mieć wpływ na politykę rządu oraz merytoryczne uzasadnienie ich optymizmu, jakie przedstawili, a także nazwiska optymistów współczesnych, dysponujących wiedzą już historyczną i potrafiących merytorycznie uzasadnić swój optymizm.
"(...) tylko naród jakoś niewdzięczny, gdzie te pomniki, ulice ku czci bohaterów." -
Jedna z głównych ulic w moim mieście nosi nazwisko Śmigłego, a nazwisko to znajdziesz na mapie każdego większego polskiego miasta. W stolicy jego nazwisko nosi jeden z parków. W Beskidzie tak nazywa się jedna z przełęczy. W linku poniżej pomniki:
https://www.google.pl/search?q=pomnik+rydza+śmigłego&safe=off&client=opera&hs=7xj&tbm=isch&tbo=u&source=univ&sa=X&ved=0CCwQsARqFQoTCLntz6LK88cCFcoGLAodU14FBQ
Ja także jestem wdzięczny wspomnianym wizjonerom i wdzięczny może być każdy, kto sobie ceni, że mówi po polsku. Ale to tylko opinia subiektywna. Ty natomiast obiektywnie jesteś kłamcą. Po prostu. Masz powyżej swoje pomniki i ulice ku czci bohaterów, których według ciebie nie ma. Tyle warte są twoje argumenty. Nawet w kłamstwie jesteś tak prymitywny, że można je obalić w ciągu sekundy.
Nawet radziecka propaganda, której bardzo na rękę było mieszanie z błotem absolutnie każdego powodu do narodowej dumy Polaków, fałszowanie historii, mieszanie polskości z błotem w celu wychowania homo sovieticus nie znalazła podstaw do większej krytyki wspomnianych planów obrony. Gratuluję, przegoniłeś nawet bolszewików. Cóż, tamci przynajmniej mieli doskonałe rozeznanie w sztuce wojennej. Swoje umiejętności w tej materii zaprezentowałeś już wyżej. W sposób jednoznaczny.
A co ma data paktu, czy też zawarta w pakcie do tego wszystkiego? Skończyły się argumenty (żeby się chociaż zaczęły...) i zaczynasz kombinować? Słucham. Jaka data, czego? Do października na linii Wisły, ale od listopada już na Bugu, czy jak? O czym ty człowieku piszesz?
"Gdyby polskie armie czekały za Wisłą, a Niemcy nie atakowali, nie po to weszli, żeby nas nie wykończyć, (...)" - aha, znowu wiemy wszystko z góry? Zajrzeliśmy do kryształowej kuli i wiemy, co Niemcy by zrobili, a czego by nie zrobili? Pomijając już powyższe, znowu gadasz kompletne bzdury. Po pierwsze Niemcy nie mieli żadnego interesu w przekraczaniu Wisły. Linia demarkacyjna została ustalona i żadne jakieś dziwne daty nie mają nic do rzeczy. To geografia, a nie chronologia, coś ci się pomyliło. Po drugie - po co prowadzić działania bojowe i się niepotrzebnie wykrwawiać, skoro można tego uniknąć i zachować siły na kolejne starcia? Dla rozrywki? Dla wkurzania Zachodu? Wystarczyło dojechać do linii Wisły, zacząć się fortyfikować i rozpocząć ostrą propagandę, w której Hitler był świetny, jak to Polacy sami uznali roszczenia Hitlera, skoro oddali tereny bez walki. Albo coś jeszcze innego. Po trzecie - przekroczenie linii Wisły byłoby naruszeniem paktu z Ruskimi o konsekwencjach potencjalnie groźnych. Mogłoby zostać uznane za akt agresji, czy za złamanie paktu. Po co ryzykować bez sensu i w dodatku jeszcze bez powodu nadstawiać za kogoś tyłek i odwalać za niego brudną robotę? Stalin i tak już zrobił Hitlera w trąbę na dzień dobry, bo wojska sowieckie miały ruszyć równocześnie. Tydzień później, 1 września, Hitler zaatakował, a Stalin nagle stwierdził, że jest jeszcze niegotowy i zostawił tamtego z ręką w nocniku. To nie wiedział o tym zaledwie 9 dni wcześniej? W efekcie 70 lat później to Hitler jest powszechnie uważany za agresora i główne zło, o Sowietach natomiast pisze się jednym zdaniem - że ruszyli 17-go i zajęli swój kawałek tortu. Ot, takie tam przemieszczenie wojsk, jaka tam agresja, przecież to Hitler zaczął... Podobnie zresztą jak neutralny Związek Radziecki zajął Bukowinę, Besarabię, Litwę, Łotwę i Estonię i prowadził neutralną wojnę w Finlandii. No ale to inny temat.
"Ja twierdzę, że to najgłupsze alibi jakie można wymyślić po fakcie,(...)" - właśnie, TY twierdzisz. Wreszcie trafiłeś w sedno. Pojęcie masz niewielkie, ale jednak wiesz i już:
- wiesz jak prawidłowo i zgodnie z nowoczesną sztuką wojenną rozstawić wojska, co przedstawiłeś powyżej, ku mojej nieukrywanej radości, okopując się na całej Wiśle,
- wykazałeś się błyskotliwą analizą konsekwencji swoich pomysłów, nie wpadając na to, że nawet dysponując wiadomościami historycznymi przegrywasz z miejsca wojnę walkowerem i to w dwóch wariantach - oficjalnym, czyli Pomorze dla Niemców i nieoficjalnym, czyli cała zachodnia Polska dla Niemców,
- wiesz także z góry, dysponując umiejętnościami wróżbiarskimi, co zrobiliby Angole w hipotetycznych warunkach - a w twojej wersji walczyliby jak lwy za Polskę, za którą samym Polakom nie chciało się walczyć, bo grzecznie wpuścili Niemców do siebie bez walki i okopali się za Wisłą, osiągając przy tym taki poziom naiwności, że nie pozostaje nic, tylko się uśmiechnąć, ale uśmiechem pełnym goryczy
- a także wiesz z góry, co zrobiliby Niemcy - przy czym twoje teorie są kompletnie sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem, podstawami polityki i zwłaszcza strategii - Niemcy przekraczający dobrowolnie Wisłę, żeby walczyć za Sowietów, wykrwawiać się i zbierać polityczne zjeby z całej Europy tylko po to, żeby te ziemie oddać chwilę później Ruskim, zgodnie z paktem (albo ich nie oddać, na zasadzie wziąłem-moje, ale tym samym ryzykując konflikt, do którego Hitler za wszelką cenę dopuścić nie chciał)
Wystarczy. Twierdź sobie. Wyrobiłem już sobie dostateczną opinię na temat twoich twierdzeń i ich jakości. Inni czytelnicy tego wątku niewątpliwie również. Niech oni rozsądzą.
Na razie.
Nie, nie opisałem pierwszego tygodnia. Różnicą i to najbardziej kluczową jest to, że po upływie tego tygodnia zarówno Francja, jak i Wielka Brytania były już w stanie wojny z Niemcami. Cel polityczny polskiego rządu został osiągnięty. Nie dał się obłupić "pokojowo" jak wcześniej Czechosłowacja i Austria, nie pozwolił na kontynuowanie polityki appeasementu. W efekcie Hitler wpakował się w konflikt nie 1 na 1, tylko konflikt o zasięgu europejskim mając przeciw sobie cały sojusz.
I do tego zmierzam od początku twierdząc, że o wszystkim zdecydowały względy polityczne, nie militarne. Tu od samego początku nie chodziło o to, żeby wygrać wojnę z Niemcami jeden na jeden, bo nikt nie spodziewał się wygranej. Nie chodziło też o to, żeby bronić się tydzień, czy miesiąc dłużej, bo nie miało to żadnego znaczenia - jeśli nasi sojusznicy mieli zaatakować w odwecie, danie im dodatkowego tygodnia, czy dwóch nie robiło większej różnicy. Chodziło o to, żeby wplątać Hitlera w wojnę paneuropejską, którą już mógł przegrać i tym samym zrealizować ostateczny cel polityczny, jakim było dalsze trwanie państwa.
W twojej wersji nie dosyć, że plan obrony jest po prostu całkowicie i z gruntu bezsensowny, bo sprowadza się tylko i wyłącznie do przedłużenia działań wojennych bez żadnego strategicznego celu, to jest jeszcze druga kwestia - najpierw krytykujesz rozstawienie wojsk w postaci rozciągnięcia ich na granicy, zarzucając nieudolność i zabetonowanie się najwyższych dowódców w początku wieku, po czym przedstawiasz swój plan obrony... sprowadzający się dokładnie do tego samego - rozciągnięcia linii wojsk wzdłuż całej "granicy", jaką uczyniłeś Wisłę. A przepraszam bardzo, jaką to robi różnicę? - Niemcy bez walki zajmują całą zachodnią część Polski, linia frontu, czyli nowa granica, przebiega teraz wzdłuż Wisły i mamy dokładnie tę samą sytuację, co na początku, tyle, że pół Polski jest już pod okupacją. Polskie siły są nadal rozciągnięte, a Niemcy szykują się do Blitzkriegu widząc przez lornetki wojska polskie w odległości kilometra, spokojnie podciągają sobie linie zaopatrzeniowe, budują magazyny, lotniska polowe tuż przy nowej granicy i tak dalej. Raj, nie wojna. Jedyna różnica, to spora rzeka do sforsowania, przeszkoda faktycznie duża, ale nie aż taka straszna, zwłaszcza w warunkach, jakie proponujesz - gdy polskie wojsko pilnuje całej Wisły, Niemcy się koncentrują, i wreszcie po silnym przygotowawczym ostrzale artyleryjskim i pod osłoną skoncentrowanej artylerii, połączonym z nalotami Stukasów na polskie lokalne punkty oporu pchają się przez rzekę w jednym, bądź kilku punktach, zdobywają przyczółek, budują most, przeprawiają wojska lądowe. Następnie w tydzień zajmują resztę terytorium, koniec wojny.
Przebieg zdarzeń czysto hipotetyczny, bo nie mający przede wszystkim racji bytu, z tego prostego powodu, że pakt Ribbentrop-Mołotow ustalał nową granicę właśnie mniej więcej na linii Wisły. Niemcy nie mieli po co się pchać na drugą stronę i nie zrobiliby tego. Cała wojna polsko-niemiecka odbyłaby się bez wystrzału. I mielibyśmy powtórkę z Czechosłowacji i Austrii.
Polacy o pakcie nie wiedzieli na pewno, a błędu nie popełnili. Ty o nim wiesz, przynajmniej widzieć powinieneś, a plany wojskowe budujesz całkowicie absurdalne. Buduj sobie na zdrowie, twoje prawo. Ale nie oskrżaj kogoś o błędy i głupotę, skoro błędy sam popełniasz znacznie większe - tak duże, że plany te można z miejsca wyrzucić do kosza.
"Polskie armie dla 100% efektywności winny walczyć tylko tam gdzie pierwotnie je wystawiono, mając przed sobą przeszkody terenowe na długości frontu czyli linia Wisły, a za sobą równorzędny odwód czyli dwie linie wielkich jednostek za Wisłą i tych by wystarczyło. To dawałoby szanse na dłuższą obronę chociaż połowy kraju, niż chwilową całego. Oczywiście polskie armie nic nad granicami nie zdziałały, za to planowo niemal od razu brały odwrót dokładnie na tą samą linię Wisły, do której nie doszły bo dojść nie mogły"
Aha, czyli według ciebie wojska miały się bronić początkowo na linii Wisły? Błyskotliwy plan, wręcz porażający w swoim geniuszu - dać Niemcom przejechać się z Niemiec do Prus, zająć bez jednego wystrzału korytarz polski, Gdańsk i połączyć niemieckie terytoria. Czyli bez żadnego wysiłku, trudności i sprzeciwu ze strony Polski zrealizować wszystkie cele polityczne Hitlera i to z naddatkiem, bo nie ma tu już mowy o jakiejś autostradzie eksterytorialnej, tylko zajmujemy i anektujemy od razu całe Pomorze. A Chamberalinowi dajemy argument nie do pogardzenia - skoro samym Polakom nie zależy na tym terytorium, to czemu WB ma się podkładać za kogoś?
Rozbawiłeś mnie teraz nieziemsko.
Zgadza się, tym bardziej, że w ostatnich dniach sierpnia były prowadzone bardzo intensywne działania dyplomatyczne na linii Niemcy-Wielka Brytania, które sprowadzały się do sondowania Brytyjczyków i próby odizolowania politycznego Polski od reszty krajów - i była to faktycznie powtórka z poprzednich, skutecznych działań. Hitler nadal nie miał pewności, jak zareagują Anglicy, szykował także prowokację polityczną (wezwanie ambasadora Lipskiego z żądaniem, żeby przed 1 września w Berlinie stawił się polski negocjator dysponujący pełnymi pełnomocnictwami do reprezentowania swojego rządu - a po co miał się stawić, jeśli nie po to, żeby otrzymać ultimatum i albo je przyjąć, albo odrzucić, dając Hitlerowi argument do ręki - "chcieliśmy się porozumieć, bo przecież chcemy pokoju, ale ci niedobrzy Polacy nam na to nie pozwalają, to wszystko ich wina"). Ten argument miano przede wszystkim rzucić w oczy Anglikom i dać im pretekst do ręki.
I ponownie - robienie, tym razem z polskiego rządu bandy debili jest, mówiąc delkatnie, nieuzasadnione. Polacy wiedzieli, że muszą zrobić wszystko, żeby nie dać sojusznikom się wykręcić, że jeśli Niemcy zaatakują, to ma to być wojna kilku państw, a nie jeden na jeden, bo w tej nie mamy szans żadnych. Dlatego wojska zostały rozstawione tak, a nie inaczej - nie miały się skutecznie bronić, tylko miało dojść do walk - natychmiast po rozpoczęciu działań i na dużą skalę, żeby nie było mowy o "potyczkach granicznych".
[24] Na początek poprosiłbym o jakiegoś linka do pracy z zakresu II wś, na której doktoryzowałeś się z historii. Ewidentnie posiadasz wybitne pojęcie na wspomniany temat oraz masę materiałów źródłowych. Jesteś w końcu mądrzejszy od "historyków popularnych", stanowiące naturalnie bezmyślne stado idiotów bezrefleksyjnie powtarzających propagandę, jaką ich karmiono. Jestem zawsze chętny, żeby się czegoś ciekawego dowiedzieć, udowodnij więc swoją tezę. Konkretami.
" Nawet skończenie głupi generał planując bitwę nie kreśli takich absurdalnych konstrukcji typu, wystawię armaty tutaj, to w Meksyku wcześniej zakwitną kaktusy" - wybacz mi, nie udało mi się pojąć głębi tej metafory w odniesieniu do omawianego tematu. O botanice nic w tym wątku nie pisałem. Skończenie głupi generał ma natomiast swoich przełożonych. Którzy wydają mu wiążące rozkazy. Tamci też mają swoich przełożonych, a do momentu wybuchu wojny naczelnym był cywil. Polityk, a nie wojskowy. I wojsko miało go słuchać, a nie bawić się w juntę i robić po swojemu.
Żeby nie kierować się w stronę kretyńskiej dyskusji, gdzie 95% wymiany zdań sprowadza się do głupawych erystycznych zagrywek i przede wszystkim usiłowaniu wmawiania komuś, co ten powiedział, a czego nie - wyjaśnię jeszcze raz. Prostymi słowami. Nigdzie nie napisałem wyżej, że nasze wojsko malowane było fantastycznie wyszkolone, zaopatrzone, a dowodzili nim sami geniusze wojenni. Śmigły i owszem, jakkolwiek niegłupi, był także - i jest to powszechna opinia historyków, a nie moja, bo nie znałem tego pana osobiście, dość mocno zabetonowany w doświadczeniach z przeszłości i popełniał sporo "błędów". W cudzysłowie, bo jeszcze za chwilę do tego wrócę. Natomiast jak pisałem wyżej i jest to cytat dosłowny "nie brakowało w naszym wojsku ludzi, którzy rozumieli zmiany doktryny wojennej(...)". Pisząc tak prosto, jak to możliwe, bo widzę, że treść dociera z niejakim trudem - istnieli w nim także ludzie, również na wysokich stanowiskach, którzy rozumieli w jakim kierunku zmienia się doktryna wojenna. Blitzkrieg oraz powiązane z nią doktryny operacyjne - koncentracji sił, przełamania frontu pancerną pięścią, głębokich operacji, używania połączonych grup operacyjnych różnych rodzajów wojsk wspierających się wzajemnie i tak dalej, czyli to, co przede wszystkim zadecydowało o spektakularnych sukcesach Niemców w pierwszych latach wojny, to nie jest pod względem autorskim, ani także czasowym doktryna niemiecka, tylko, przynajmniej z posiadanych przeze mnie informacji - radziecka i to powstała jeszcze mniej więcej w czasach, gdy Hitler dopiero siedział w pierdlu po Monachium. Konkretnie, żeby uniknąć głupawej pyskówki - opracowana przez Władimira Triandafiłłowa. Nie pamiętam teraz dokładnie, kiedy dokładnie rozwijał swój koncept, ale człowiek ten umarł w 1931 roku. Raczej nie pisał tego później. Niemcy ją skopiowali, dość nieudolnie zresztą pod pewnymi względami, bo w tym czasie stosunki niemiecko-radzieckie były doskonałe.
Wyobrażanie sobie więc, że Blitzkrieg był zaskoczeniem dla całego świata bez wyjatku, to co czynisz powyżej, zaprzeczając mojemu stwierdzeniu, że i w polskim wojsku znalazły się osoby, które rozumiały, co się dzieje, jest po prostu bzdurą. Robienie na siłę debili z całego polskiego wojska jest natomiast po prostu gówniarstwem i tyle. Ot, znalazł się kolejny wszystkowiedzący internauta, który pozjadał wszystkie rozumy i peroruje na temat idiotów, którzy nic nie rozumieli i głupawo rozstawili wojsko. Owszem, betonu nie brakowało, nie zaprzeczam, ale to nie był tylko beton. A i Polacy nie byli też pod tym względem jacyś wyjątkowi, bo we Francji już koło 1935 (nie pamiętam dokładnie) słynny później de Gaulle, odbijał się od gabinetów polityków i zwierzchników wojskowych z papierami jasno i wyraźnie opisującymi elementy Blitzkriegu, a także skuteczne metody obrony przed takim atakiem. To samo działo się w Anglii, choć tutaj przyznam szczerze, że nie zapamiętałem nazwiska owego człowieka, można jednak pokopać na własną rękę i zweryfikować, jeśli kogoś to interesuje.
I teraz z tej perspektywy wyjeżdżasz z pozycji mentora, że ludzie zawodowo zajmujący się problemami wojskowości są głupsi od ciebie, jakiegoś pierwszego lepszego cywila, który cośtam poczytał, a że czytał niewiele, to widać już wyraźnie. Owszem, fajnie sobie po prawie stu latach siedzieć w ciepełku i znając przebieg późniejszych wydarzeń krytykować, że ktoś był głupi, albo, że coś było przecież takie oczywiste, że trzeba było inaczej. Zajebiście. Tylko jeśli działa się w ogromnym stresie, w oparciu o dane szczątkowe i opóźnione o całe godziny, lub nawet dni, to już niekoniecznie wszystkie "błedy" (i nawiązuję tu do wcześniejszego cudzysłowia) okazują się faktycznie błędami. Ile decyzji podjętych zostało błędnie właśnie przez niewłaściwą znajomość sytuacji? Po latach bardzo łatwo krytykować. Skoro jesteś taki mądry, to idź do sztabu NATO, przedstaw swój porażający geniuszem plan na szybkie zakończenie działań wojennych na Ukrainie, ISISie i pozostałych aktualnych konfliktach. Zapiszesz się w historii, a nie marnujesz się przed monitorem.
Że mało w rzeczywistości wiesz na temat dałeś już wyraz - także w zwrocie "tak samo Rosjanie w 1941". No popatrz, Rosjanie nie wiedzieli jak się bronić przed działaniami, które sami wymyślili. Ciekawe.
Że w dodatku nie myślisz, także dałeś wyraz, bo wrzesień to nie był poligon doświadczalny dla Blitzkriegu. Wcześniej pisałem o teorii i konceptach papierowych, ale taki konflikt był już także prowadzony i praktyce. W Hiszpani w 1938. Kto chciał, mógł obserwować i wyciągać wnioski. Nikogo myślącego wrzesień nie zaskoczył. Tempo, skala sukcesów - i owszem, niewątpliwie. Ale nie sam sposób prowadzenia wojny.
Francuzi mieli w dupie zmianę mentalności, bo poza tym, że zwyciężył stary beton (czego absolutnie nie neguję także i w przypadku Polski, tylko, że traktuję to jako jeden z elementów całości, a nie szybką, prostą i łatwą odpowiedź pod tytułem - "Polacy byli debilami, więc dostali szybkie wpierdy"), to po prostu czuli się bezpiecznie za linią Maginota. Przeliczyli się. Angole także czuli się bezpiecznie za kanałem, a poza tym przez całe lata trzydzieste romansowali z Hitlerem, między innymi dlatego, że bali się bolszewików i chcieli sobie zrobić z Niemec bufor - na zasadzie niech dwóch łobuzów się tłucze i zajmie sobą, nie będą zaczepiać reszty. Ale nie był to jedyny powód, inną z przyczyn była ogólna sympatia wobec Hitlera. Nie był wtedy traktowany jak zbrodniarz, tylko budzący powszechny respekt i podziw mąż stanu, silny przywódca, którego się szanuje. Sam król robił problemy i trzeba było go usunąć ze stołka. No ale to już za wiele wątków na raz.
Sednem jest jedno - z perspektywy nieco szerzej opisanej, jak broni się stwierdzenie, że Polacy to ostatni debile, którzy sami prosili się o wpierdy, bo mieli samych idiotów na stołkach? Daleki jestem od stawiania na piedestale Polaków tylko dlatego, że są Polakami, ale sytuacja była naprawdę piekielnie trudna i mieliśmy przerąbane leżąc pomiędzy młotem i kowadłem. Ale w mojej ocenie wybrnęliśmy, jako naród, naprawdę nieźle. Polityka zagraniczna nie była bez błędów, zwłaszcza oceniając po latach, ale to lawirowanie pomiędzy Hitlerem i Stalinem, próba stworzenia alternatywy w postaci trzeciego silnego bloku, fakt, że nie musimy się wstydzić teraz jako naród, że radośnie, czy choćby ze strachu przyłączyliśmy się do jednych, bądź drugich zbrodniarzy zasługuje na przynajmniej minimum szacunku.
Francuski beton zwyciężył, bo opierał się o wiarę w Linię Maginota. Angielski beton zwyciężył, bo opierał się o Kanał La Manche i Royal Navy. I obydwa te rodzaje betonu i owszem, miały podstawy, żeby betonować się dalej, bo nie widziały problemu, czuły się bezpieczne, dlatego nie poszukiwały innych rozwiązań. One już miały rozwiązanie, które uważały za optymalne.
A teraz wyjaśnij mi na czym opierał się beton polski? Na jakimś strumyku? Może 70 lat temu istniał na ówczesnej granicy jakiś system fortyfikacji, o którym nie wiem, jakieś morze, czy masyw górski? Wierzę, że mogły istnieć tendencje do wiary w to, że będzie to powtóka z pierwszej wojny, statycznej, okopowej. Tylko jak te tendencje miały się utrzymać w obliczu stale napływających danych wywiadowczych - że Niemcy się koncentrują, że przygotowują się jednak do przełamania frontu, a nie równomiernego spychania go na całej linii w głąb kraju? Opisałem powyżej, że wojna błyskawiczna nie była czymś zupełnie nieznanym. Skoro wymyśloną ją w kilku krajach niezależnie, a zwłaszcza skoro nie była to pierwsza taka wojna, jak bronią się teorie, że jakby nie patrzeć doświadczony dowódca wojskowy, mimo jednoznacznych sygnałów popełnia błędy przekraczające wszelkie granice absurdu? Nie wiem, co siedziało w głowie Śmigłego, ale nie zakładam z góry, że był głupi jak but, to wszystko. Bardziej racjonalne wydaje mi się tłumaczenie, że była to decyzja polityczna - mająca sens i uzasadnienie w we wspomnianych okolicznościach. Co ma więcej prawdopodobieństwa - że dowódca naczelny wraz z całym sztabem to banda skończonych debili, czy że w grę wchodziły czynniki polityczne?
Trochę pokory, chłopie.
[19] Polska obrona strategicznie przedstawiała się tak, że za wszelką cenę natychmiast po rozpoczęciu działań bojowych miało dojść do walk i to na taką skalę, żeby nasi szanowni sojusznicy nie mogli się wykręcić, że "myśleli, że to tylko lokalna potyczka i dlatego nie ingerowali". Dlatego plan obrony z militarnego punktu widzenia był kretyński, bo wojsko zostało rozciągnięte wzdłuż całej granicy, mimo, że nie brakowało w naszym wojsku ludzi, którzy rozumieli zmiany doktryny wojennej, jakie dokonały się w latach 30-ych i rozumieli co oznacza koncentracja wojsk na wybranych odcinkach. Militarnie głupi plan obrony był jednak jak najbardziej uzasadniony z punktu widzenia politycznego - tej wojny nie mieliśmy prowadzić sami, a ponieważ wszystkim wiadomo było, jak nasi drodzy alianci zachowywali się wobec Czech, Austrii i jak się odnosili do żądań Hitlera wobec Polski, rząd starał się jak mógł przycisnąć ich do ściany i nie dać im możliwości ucieczki od zobowiązań. I tyle. Wyszło natomiast, jak wyszło. W Jałcie też się na nas wypięli, nic nowego.
Śmierdzące gacie dla barbarzyńcy. Znalazłem dość wcześnie przy pierwszej rozgrywce na normalu i kilka poziomów trudności wyżej nadal robią totalną rozpierduchę. Zhakowały mi grę. Nawet nie muszę za bardzo machać bronią, mobki giną same z siebie :D
Są pewne podpowiedzi - choćby wróżka na plaży wspomina, że dwóm wymienionym przez nią osobom możesz zaufać. Choć oczywiście fajne jest to, że przecież nie masz zarazem pewności, czy możesz zaufać JEJ i jej wróżbom :)
A tak pytałem co do dziewczyn, bo znam parę osób, które nie wyłapały o co z nimi chodzi :)
Cóż, jedna z opisanych przez Ciebie wad niekoniecznie jest wadą, tylko niezłym zaimplementowaniem idei rozgrywki ze Świata Mroku - chodzi o ten brak możlilwości lepszego poznania NPCów i ich motywów. Właśnie jedną z naczelnych idei tej gry jest to, że jesteś szczeniakiem mającym znikome pojęcie na temat nowoodkrytego świata i jesteś bezwzględnie wykorzystywanym pionkiem w niekończących się rozgrywkach starszych, potężniejszych i bardziej doświadczonych wampirów. Kwintesencją tego zachowania jest oczywiście LaCroix (niezły jest jeden z dialogów z nim prowadzonych, gdzie można spróbować postawić mu się na ostro - po dwóch, czy trzech nieskutecznych próbach perswazji po prostu używa na Tobie dominacji i i tak robisz co Ci każe, jak piesek). Tyle że księciunio jest dość prymitywny, brakuje mu subtelności. co zresztą zarzucają mu inne stare wampiry. Znacznie lepszy w te klocki wydaje się choćby Isaac Abrams, który faktycznie z miejsca sprawia wrażenie, że trzyma Hollywood za jaja i to bardzo mocno, ale też manipuluje graczem w znacznie subtelniejszy sposób - teoretycznie mówi na początku wprost, że najpierw przysługa za przysługę, ale wbrew temu, co mówi, nie ogranicza się do wymiany jeden na jeden - przez cały ten rozdział gry tak naprawdę głównie odwalamy dla niego brudną robotę w przekonaniu, że działamy przede wszystkim we własnym interesie.
Bliźniaczki? Jesteś pewien, że to bliźniaczki? :)
A na wspomnianą walkę zabierz następnym razem miotacz ognia - w pełni załadowany w parę sekund zjeżdża połowę HP, resztę można już dociachać bez większych problemów.
Obejrzyj odcinek 8. Tego się dopiero słucha :)
Przedwzmacniacz nie jest absolutnie konieczny. Do odtwarzania winyli potrzebujesz dekodera RIAA. Nie wnikając w szczegóły, ze względu na pewne ograniczenia techniczne, materiał źródłowy audio jest przetwarzany za pomocą tego algorytmu i dopiero w takiej przetworzonej postaci nacinany na płytach. Żeby go prawidłowo odczytać, sygnał audio odebrany z gramofonu musi zostać ponownie poddany temu procesowi, tylko o odwróconej charakterystyce. Bez takiego zabiegu na winylu zmieściłoby się przeciętnie zaledwie kilka minut zapisu.
Niewielka część gramofonów ma taki dekoder wbudowany i na wyjściu podaje już gotowy sygnał. Znacznie łatwiej jest jednak znaleźć odpowiedni wzmacniacz - musi mieć po prostu wejście z opisem "phono". W ten sposób można łatwo ograniczyć komplikowanie zestawu. Wystarczy gramofon, odpowiedni wzmacniacz i kolumny.
Jeśli zaczynasz się bawić w takie rzeczy to polecam bardzo fajnego videobloga Reduktor Szumu - jego założeniem jest redukcja szumu informacyjnego, na jaki można natknąć się w necie. W sposób profesjonalny, rzeczowy, a zarazem prosty i zrozumiały dla początkującego melomana są wyjaśnione praktycznie wszystkie istotne zagadnienia dotyczące muzyki i konfiguracji zestawów muzycznych. Największą jego zaletą jest to, że jest bardzo wyważony - światek audiofilski jest przepełniony debilami nie mającymi zielonego pojęcia o podstawach fizyki, ale zarazem gotowymi prać od razu po mordach, bo oni wiedzą przecież najlepiej, a ta wiedza jest im dana najwyraźniej przez samego Boga. Tutaj nie ma hejtu i kretyńskiego wymądrzania się - są jedynie konkrety, wyjaśnienia dotyczące podstaw fizyki, trochę wzorów (ale nie za dużo, żeby nie zamęczyć), często także trochę historii. Naprawdę warto, bo można się dowiedzieć jak to wszystko działa i na co zwrócić uwagę - czym się różni moc RMS od innych, marketingowych, dlaczego moc kolumn nie jest tożsama z ich głośnością, jak można spalić głośniki i jak tego uniknąć, co to jest przesterowanie, wspomniany wyżej przez Lutza "loudness war", na czym dokładnie polega kompresja mp3 i bezstratna, o co chodzi z dynamiką dźwięku i wiele wiele innych ciekawych zagadnień. O gramofonach też jest - jak działają, jakie są ich ograniczenia, jakie wady i zalety, jak je skalibrować itd.
O audiofilach, tych z kategorii głupkowatych, też jest trochę - im poświęcone jest kilka odcinków zatytułowanych audiovoodoo - w sposób spokojny i zrównoważony wyjaśnione jest dlaczego nie mają racji w swoim zacietrzewieniu i że w większości wypadków wprowadzają tylko nowicjuszy w błąd.
Świetny ubaw, polecam każdemu, bo o ile słyszałem już sporo kretynizmów, to na przykład o paście na tranzystory, gdzie sam producent pisze wprost, że sam nie wie, jak ona działa, ale działa zajebiście, dowiedziałem się dopiero ze wspomnianego bloga.
Link do odcinka o gramofonach:
https://www.youtube.com/watch?v=xiIWx5G7VH8
I ogólny, warto oglądać po kolei, ewentualnie przeskakując mniej ciekawe odcinki. Koleś na początku mówi trochę drętwo, potem idzie mu już lepiej, a i można się też przyzwyczaić. Ważne, że wie, o czym mówi.
https://www.youtube.com/user/ReduktorSzumu/videos?view=0&shelf_id=1&sort=dd