Filmomaniak.pl Newsroom Filmy Seriale Obsada Netflix HBO Amazon TvFilmy
Wiadomość filmy i seriale 7 lutego 2020, 18:00

autor: Marek Jura

Locke & Key od Netflix to niezły horror w wersji soft - felieton

Netflix potrafi produkować oryginalne seriale. Udowodnił to kolejny raz, tworząc Locke & Key. Jeśli przymkniecie oko na drobne niedoróbki, spędzicie kilka przyjemnych godzin w towarzystwie demonów, magicznych kluczy i nie do końca martwych duchów.

ZALETY:
  1. ciekawy miks gatunkowy;
  2. przyzwoita „teen drama”;
  3. piękna scenografia;
  4. oryginalny i klimatyczny;
  5. charyzmatyczna Dodge;
  6. posiadłość!;
  7. klucze!
BRAKOWAŁO MI:
  1. suspensu;
  2. prawdziwej grozy;
  3. wiarygodnego zachowania bohaterów.

Przyznam szczerze, że spodziewałem się po Locke & Key czegoś zupełnie innego – opowieści znacznie bardziej mrocznej i zbudowanej na niedopowiedzeniach. Trzeba to jasno zaznaczyć – poza motywem wielkiej, tajemniczej posiadłości i podobnie skonstruowaną postacią matki rodzeństwa serial nie ma z Nawiedzonym domem na wzgórzu niczego wspólnego. Inne jest tu tempo, inny sposób prowadzenia fabuły, wreszcie zupełnie inne problemy, z jakimi muszą się mierzyć bohaterowie. Meredith Averill – twórczyni Nawiedzonego domu na wzgórzu i Carlton Cuse (Bates Motel) zrobili tym razem coś zupełnie różnego od swoich poprzednich dzieł. Nie znaczy to jednak, że wyszło im to źle. Po prostu inaczej.

Locke & Key to jeden ze sprawniejszych miksów gatunkowych, jakie ostatnio widziałem. Serial najpierw buduje atmosferę tajemnicy, potem zręcznie przeplata ją z „teen dramą”, by na koniec dorzucić szczyptę (a może i kilka) dramatu. Przejścia między poszczególnymi narracjami są gładkie, za sprawą dobrze napisanego scenariusza i solidnego montażu. To, co jednak dla niektórych może się wydawać zaletą, dla innych może być wadą.

Locke & Key od Netflix to niezły horror w wersji soft - felieton - ilustracja #1

W domu żyje demon? Okej, zrobię zdjęcie na Insta

Tak naprawdę ciężko opisać, czym Locke & Key dokładnie jest. Znacznie łatwiej opowiedzieć o tym, czym nie jest. Z pewnością nie sposób go zaliczyć do pełnoprawnych horrorów – groza jest, ale pojawia się stosunkowo rzadko i nie jest poprzedzona suspensem. Zapomnijcie o dziwacznych dźwiękach, rozmytych widzeniach i tajemniczych snach budujących nastrój przez kilka odcinków – Locke & Key od razu wali w widza z grubej rury.

Nikt tu nie kwestionuje natury magicznych kluczy i istnienia demonów. Bohaterowie bardzo szybko akceptują rzeczywistość, nie głowiąc się dłużej niż chwilę nad tym, czy można to w jakikolwiek sposób wytłumaczyć. Przyznam szczerze, że na początku mnie to irytowało, ale po jakimś czasie uznałem ten zabieg za ciekawe przełamanie konwencji. Wiecie, mówię o tych wszystkich momentach, w których żądne krwi pradawne bóstwo próbuje urwać bohaterowi głowę, a on wciąż uważa, że to efekt uboczny zjedzenia nieświeżej pizzy z ananasem. W Locke & Key tego nie ma.

Locke & Key od Netflix to niezły horror w wersji soft - felieton - ilustracja #2

Obsada prezentuje się nieźle. Trójka młodych Locke’ów, czyli Connor Jessup, Emilia Jones i Jackson Robert Scott, radzi sobie przyzwoicie, chociaż przedstawienie kradnie Laysla De Oliveira w roli szwarccharakteru. Naprawdę, jestem pełen podziwu dla tej młodej aktorki. Swoją charyzmą uratowała słabo napisaną rolę, jednocześnie podnosząc poziom całego serialu. Jej mimika, mowa ciała i swoboda, z jaką realizuje plan, może zawstydzić znacznie bardziej doświadczonych artystów. Na uwagę zasługuje również Darby Stanchfield jako Nina Locke (dla mnie była jednym z mocniejszych punktów obsady, ale obstawiam, że jej rola najsilniej zantagonizuje fanów serialu), a także Steven Williams ubarwiający momentami nijaki drugi plan.

Locke & Key od Netflix to niezły horror w wersji soft - felieton - ilustracja #3

Autorami komiksowego pierwowzoru serialu są Joe Hill i Gabriel Rodriguez. Ten pierwszy odpowiada za warstwę literacką, drugi za wizualną. Do tej pory ośmiozeszytowa seria (w planach jest już tom dziewiąty) miała pecha do ekranizacji – za serialowe adaptacje próbował się wziąć Fox (wypuszczono nawet odcinek pilotażowy) i Hulu (z tamtej obsady ostał się tylko młody Jackson Robert Scott odtwarzający postać Bode Locke’a). Miał też powstać pełnometrażowy film. Sztuka doprowadzenia realizacji do końca udała się jednak dopiero Netfliksowi, 12 lat po publikacji pierwszego zeszytu serii.

Bardzo lubię pana policjanta...

Jednym z najsłabszych elementów serialu jest naiwność scenariusza. Twórcy w ogóle nie bawią się w próby wyjaśnień – czy to magicznych, czy bardziej racjonalnych. Nikt o to nie pyta. Co ciekawe, owo niezainteresowanie przyczyną niewyjaśnionych zjawisk dotyczy również wymiaru sprawiedliwości. Policja w Matheson nie sprawdza odcisków palców, nie interesuje się nagraniami z monitoringu, a dowody zabezpiecza tylko wtedy, gdy scenarzyści uznają to za właściwy moment na zakwestionowanie twierdzeń bohaterów. Innym razem funkcjonariusze po prostu wierzą protagonistom na słowo.

Locke & Key od Netflix to niezły horror w wersji soft - felieton - ilustracja #4

Również rodzina Locke’ów zdaje się zupełnie nie przejmować takimi błahostkami jak toczące się śledztwo. Jeżeli akurat nie są zajęci walką z demonem, ich uwagę zaprzątają szkolne romanse i działalność w organizacjach uczniowskich. Chcąc się dobrze bawić z Locke & Key, musimy uwierzyć twórcom na słowo i starać się nie myśleć o przyziemnych problemach bohaterów. W przeciwnym razie fabularne dziury mogą nam popsuć radość z seansu.

Ogromne wrażenie robi w serialu scenografia. Ciężko nazwać styl, w jakim zdecydowali się stworzyć serial showrunnerzy. Ma on w sobie cechy zarówno zgrabnego retro, futuryzmu i klasycznie pojętej bajkowości. Posiadłość Locke’ów jest jednocześnie fascynująca i nieco przerażająca. Nieco, bo scenariusz, jak wspominałem już wcześniej, z założenia nie koncentruje się na budowaniu atmosfery horroru. Jednak w pojedynczych kadrach daje się wyczuć zapach czającej się gdzieś na granicy widzenia grozy. Jeżeli chodzi o sferę muzyczną – najbardziej zapada w ucho motyw z czołówki. Przez większość czasu oprawa dźwiękowa pozostaje jednak przezroczysta – ani nie przeszkadza w seansie, ani nie fascynuje na tyle, by przestać się skupiać na obrazie.

Klucz do sukcesu to sprawna żonglerka gatunkami

Mimo użycia paru wytartych schematów opowieść o rodzinie Locke’ów może się pochwalić też oryginalnymi pomysłami. Dotyczą one przede wszystkim warstwy fabularnej, zbudowanej wprawdzie na komiksowym pierwowzorze, ale wciąż świeżej, jeżeli chodzi o mały ekran. Widzieliście kiedyś serial o rodzinie wprowadzającej się do starego domu, w którym można znaleźć klucze potrafiące wpływać na rzeczywistość? Oczywiście motyw radzenia sobie ze stratą najbliższych, aklimatyzacja w nowym miejscu i starcie pokoleń zupełnie inaczej patrzących na nadprzyrodzone nie jest żadnym novum. W towarzystwie dobrze zrealizowanej historii o walce z demonami, szukaniu magicznych kluczy i próbie przechytrzenia odwiecznego zła serial staje się jednak czymś więcej niż kolejną bezbarwną kliszą.

Jeżeli miałbym do czegoś porównać seans pierwszych odcinków Locke & Key, to chyba byłyby to... hot-dogi z Ikei. Mówię poważnie. Oglądając serial, z jednej strony zdajemy sobie sprawę, że nie jest to specjalnie wykwintne danie. Mimo poruszania wątku radzenia sobie z traumą raczej nie zostawi nas z poważnymi refleksjami i nie skłoni do rzucenia wszystkiego i wyjechania w Bieszczady. A jednak ostatecznie Locke & Key naprawdę dobrze smakuje. Stąd moje porównanie do fastfoodów – zdając sobie sprawę ze wszystkich ich wad, pochłaniając pierwszą porcję, już myślimy o następnej. Podobnie jest z najnowszą produkcją Netfliksa. Po seansie tych kilku odcinków mam ochotę na więcej.

O AUTORZE

Gdybym w kontekście serialu stworzonego na podstawie pomysłu Joego Hilla powiedział, że zawsze lubiłem Stephena Kinga, popełniłbym niewybaczalne faux pas. Bo chociaż syn króla horrorów czasem przemyca do swojej twórczości pomysły ojca, a pod względem czysto fizycznym jest niemal wykapaną jego kopią, zapewne na takie stwierdzenie by się obraził. I słusznie. Bo nie po to przyjął pseudonim artystyczny, by ciągle być kojarzony jedynie ze zdolnym rodzicem.

Dlatego nie będę podkreślał, że lubię Kinga (choć tak jest). Napiszę za to, że jestem fanem grozy w każdej postaci. Również tej komiksowej. Locke & Key to jeden z ciekawszych tego typu projektów ostatnich kilkunastu lat. Może nie do końca odpowiada mi styl Gabriela Rodrigueza, ale już fabularne pomysły Joego Hilla to prawdziwy majstersztyk. Gość czasem lubi pograć starymi schematami, zawsze jednak dorzuci do tego garść oryginalności i przyprawi wszystko zabawą z konwencją. Szkoda, że przez tyle czasu Locke & Key miało pecha do ekranizacji. Dobrze za to, że Netflix wreszcie się za to wziął i, mam nadzieję, będzie kontynuował jeszcze przez co najmniej kilka lat.