Newsroom Wiadomości Najciekawsze Komiksy Tematy RSS
Wiadomość opinie 21 czerwca 2022, 15:00

autor: Aleksandra Wolna

Nie przepadam za takimi grami, ale w tej świetnie się bawiłam

Na fali ogromnego komercyjnego sukcesu Fire Emblem: Three Houses postała kolejna gra osadzona w tym samym uniwersum. Three Hopes to znany świat i znani bohaterowie, jednak zupełnie inny gatunek.

Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że była to najbardziej oczekiwana przeze mnie premiera w tym roku, bo jestem ogromną fanką Fire Emblem: Three Houses. Zapowiedź Three Hopes wzbudziła we mnie tyle samo ekscytacji, ile obaw. Z jednej strony nie mogłam doczekać się, by znów bez zastanowienia wybrać Blue Lions przy pierwszej rozgrywce i ponownie spotkać ulubionych bohaterów. Z drugiej zaś moje ukochane Three Houses to turowa strategia, a nowiutkie Three Hopes to gra musou – hack’and’slash polegający na wyrzucaniu naraz całych tłumów wrogów w powietrze i widowiskowym (choć mało realistycznym) sieczeniu ich małym mieczem czy atakowaniu prostymi zaklęciami. Bałam się, że tak drastyczna zmiana gatunku, dodatkowo na taki, za którym średnio przepadam, koniec końców mnie zawiedzie.

Na szczęście daleko mi do bycia rozczarowaną. Jedyny minus Fire Emblem Warriors: Three Hopes, który zresztą rzucił mi się w oczy już po pięciu minutach zabawy, jest taki, że bez zagrania wcześniej w Three Houses nie ma co sięgać po ten tytuł. Twórcy wyraźnie zakładają, że znamy wszystkich bohaterów, a niuanse całego uniwersum są dla nas od razu zrozumiałe. Ja nie miałam z tym problemu, ale każdy, dla kogo będzie to pierwsze zetknięcie z historią Fodlan, zwyczajnie się od tej produkcji odbije. Może odpływam moimi gdybaniami nieco za daleko, ale wydaje mi się, że grono graczy, którzy nie czerpią takiej samej przyjemności zarówno ze strategii, jak i z musou, jest dość spore.

Przejście jednej ścieżki (podobnie jak w poprzedniej grze mamy tu trzy osobne historie) zajęło mi około 70–80 godzin jestem przekonana, że zaliczając je wszystkie, by poznać całą opowieść, bez problemu można spędzić w grze 200 godzin. W Three Hopes wcielamy się w zupełnie nową postać, która dołącza do akademii w Garreg Mach jeszcze przed wydarzeniami z pierwszej części. W zależności od tego, do jakiego domu wstąpimy, inaczej potoczy się fabuła. Na około połowę czasu poświęconego grze składają się walki, których w postaci głównych i pobocznych misji jest tu całkiem sporo. Druga połowa to czas spędzony w obozie na trenowaniu postaci, ulepszaniu broni i przede wszystkim – na budowaniu relacji.

Nie przepadam za takimi grami, ale w tej świetnie się bawiłam - ilustracja #1

Część w bazie wypadowej, nacisk na interakcje i liczne dialogi pomiędzy bohaterami są równie dobre jak w Three Houses. Nie jestem w stanie niczego im zarzucić i szczerze cieszyła mnie każda minuta przeznaczona na rozmowy. Jeśli chodzi o walki, musou jest na tyle specyficzne, że wiele zależy od gustu. Osobiście nie przepadam za tym gatunkiem, jednak elementy strategiczne przy planowaniu przebiegu starć i sympatyczni bohaterowie sprawili, że bawiłam się naprawdę dobrze. Tym, co mnie irytowało, były ściany tekstu na ekranie podczas bitew, za którymi ludzkie oko nie jest w stanie nadążyć, zwłaszcza kiedy skupia się na tym, by nie oberwać. Liczne powiadomienia i cyfry oznaczające obrażenia czy liczbę pokonanych wrogów lubią też wyskakiwać z opóźnieniem, co wprowadza jeszcze większy zamęt.

Mimo to bawiłam się świetnie. Wciąż nie lubię musou, ale sianie zniszczenia w tym nierealistycznym wydaniu, wcielając się w ulubionych bohaterów, sprawiło mi sporo satysfakcji. Wydaje mi się, że to właśnie sympatia do tych postaci i całego uniwersum spowodowała, że granie w musou było dla mnie przyjemne i obawy związane z tym gatunkiem odeszły na bok. Dopóki warstwa fabularna będzie stać na tak wysokim poziomie, na jaki liczyłam (a jak dotąd zdecydowanie tak jest), z przyjemnością będę tłuc wrogów, by poznać dalsze losy Fodlan. Co więcej, już przymierzam się do wypróbowania pozostałych ścieżek, zamiast odłożyć grę na bok i zająć się czymś innym. Początek lata na pewno minie mi pod znakiem Fire Emblem.

  1. Więcej o grze Fire Emblem Warriors: Three Hopes

Moja opinia o grze Fire Emblem Warriors: Three Hopes

PLUSY:

  1. warstwa fabularna i dialogi na najwyższym poziomie;
  2. grafika bardzo spójna z oprawą Three Houses (i jeszcze ładniejsza);
  3. trzy historie w jednej składające się na bardzo długą grę (im więcej godzin, tym łatwiej przełknąć cenę);
  4. możliwość zaliczania starć w dwie osoby na podzielonym ekranie;
  5. prosta walka urozmaicana przez strategiczne elementy.

MINUSY:

  1. przytłaczająca liczba wyskakujących okienek i napisów;
  2. konieczność znajomości Fire Emblem: Three Houses;
  3. dostępność tylko na Nintendo Switch (i w związku z tym spora cena).

OCENA KOŃCOWA: 8,5/10

OD AUTORKI

Pomimo mojej ogromnej miłości do tego uniwersum wyraźnie widzę, że gra ma parę wad. Czy sprawia to, że gorzej się przy niej bawię? Absolutnie nie. Od siebie polecam rozpocząć przygodę od zagrania domem Blue Lions, bo najmniej eksploruje różne fabularne niuanse i w związku z tym najtrudniej się pogubić. Na marginesie i już zupełnie subiektywnie – uważam ten dom za najfajniejszy, a Felixa za jedną z najprzyjemniejszych w walce postaci, ale chętnie zapoznam się z innymi opiniami i spostrzeżeniami, na przykład w komentarzach bądź tutaj.