Przedszkole się skończyło. Było wygodnie, bo dawali całe żarcie. Teraz trzeba coś dać jeść rano. Problem, że nic nie chce a w szkole tylko obiad, którego też pewnie nie zje.
Jak nie chce to bym nie zmuszał, ale żona się odgraża, że jak wrócę z pracy to się zrewanżuje brakiem obiadu...
Zmuszać nie wolno, szantażować nie wolno, puszczać bajek nie wolno. Ktoś ma radę jak to to ogarnąć?
Nic ci nie poradzę u mnie jest to samo. Mam siostrę co tak samo wychowuje dwójkę. Tak zwane bezstresowe wychowanie. Wszystko opiera się na nieskończonym tłumaczeniu. Ja jakby miał tak dzieciaki wychowywać to bym chyba pierdolca dostał i wolał się rozwieść i alimenty płacić.
Jakby ktoś ci wciskał jedzenie pięć dni naprzód, to też byś nie chciał. Drożdżówka, jabłko albo banan, woda, jakiś mus owocowy.