Miarą pracy jest jej efektywność.
Praca zdalna jest dla zdyscyplinowanych, nie bez powodu kiedyś IT i programiści mogli sobie na to pozwolić, a reszta biurowego bydła bez dyscypliny nie.
Powrót jest niezbędny, bo ludzie to leniwe śmierdziele.
Zaznałem całego spektrum "zdalności" (zaraz po studiach ciorałem 5 razy w tygodniu autobusem z przesiadkami, teraz jeżdżę 3-4 razy w miesiącu 10 minut w jedną stronę) i gwarantuję Ci że nigdy nie byłem mniej produktywny niż jak jeździłem dzień w dzień.
Ciągły harmider, "to co, jedziemy na obiad?", "cho na kawę/faję", "ej opowiem ci co mi majster odwalił w kuchni", delegacje, spotkania z dupy itp itd.
Puenta jest taka, że jak ktoś nie ma w jakiejś dawki profesjonalizmu to w biurze może lecieć w bambuko tak samo jak zdalnie. Przecież produktywność i tak da się zmierzyć głównie "komputerowo" (jira/confluence/git itp itd), w żadnej normalnej firmie manager nie stoi za plecami i nie patrzy czy stukasz w klawiaturę.
Praca zdalna to niezła ściema. Nie znam ani jednej osoby która na takiej pracy robi coś na poważnie. Kobiety ogarniają kosmetyczki i zakupy, a kumple wszytko byleby nie robić. Włączają kompa, logują się i gierki. Tekst "Jutro mam zdalną to ogarnę to i to" jest na porządku dziennym :)
Spoiler alert, ale jak ktoś jest gównianym pracownikiem zdalnie (po prostu nie ma w sobie żadnej dawki profesjonalizmu. I nie chodzi o cioranie na 102% produktywności, a jakieś minimum przyzwoitości) to w biurze będzie analogicznie produktywny (czyli szukał zajęć żeby tylko się nie narobić).
Sprawdź ile czasu ci koledzy spędzają w kuchni, na cieście (bo Józek ma urodziny i przyniósł), na obiedzie, na fajce, na gadaniu, i myślę (ba, jestem przekonany) że bilans wyjdzie podobny.