Jaka gra miała dla Was kiedyś "nieskończony świat"?
Nie musiała faktycznie być ogromna. Chodzi o tę grę, przy której jako dzieciak mieliście wrażenie, że poza tym, co widzicie, istnieje jeszcze milion rzeczy do odkrycia.
Elders Scrolls Arena w 94 roku. Jak zwiedzilem z 5% to bedzie sukces.
Świat w grze The Elder Scrolls: Arena ma powierzchnię szacowaną na około 9 milionów kilometrów kwadratowych (lub 6 milionów mil kwadratowych), co czyni go jednym z największych światów w historii gier wideo.
W tej grze świat był nieskończoną proceduralnie generowana mapą. Innymi słowy wykorzystywał mechanikę nieskończonej pętli i „tworzył się sam” on-the-fly (mówię o lokacjach innych niż miasta i wcześniej przygotowane miejsca kluczowe dla gry).
Miało to taka wadę że nie mogłeś przejść z punktu A do punktu B i chcąc np trafić do innego miasta musiałeś korzystać z szybkiej podróży. Niemniej jak na 94 rok było to ciekawe rozwiązanie.
Elite, Daggerfall, pozniej Ultima Online (nigdy calosci nie zwiedzilem, pewnie zaledwie kawalatek)
W czasach przed internetem, poradnikami, znacznikami znaków zapytania na mapie itd. to w zasadzie każda gra. Niemal każda, może z wyłączeniem gier sportowych, przygodówek 2D itd. miała w sobie jakąś tajemnicę, coś nieodkrytego, easter egg, nieoczekiwaną mechanikę.
Nawet jeśli to było tylko subiektywne odczucie, to pamiętam je dobrze, że ja się grając w gry za młodu stresowałem, bo w każdej chwili mogło się stać coś nieoczekiwanego, coś mnie potrafiło zaskoczyć, taki prosty przykład - gry z serii Pokemon Red, Blue, Yellow, Silver czy Gold. Do dziś mam poczucie, że nie odkryłem ich tajemnic. Jak mi się raz pojawił czerwony Gyarados to nie miałem pojęcia co się dzieje, dziś w Pokemon GO każdą mechanikę znam na wylot.
Jak mi się w Sid Meier's Pirates! udało przejść na drugą stronę Panamy i odkryć tam miasta, to rozwaliło mi to banię, już w Pirates! z 2004 roku miałem wszystko pod kontrolą i prowadziłem niemal zorganizowaną eksterminację wybranego wrogiego narodu, stopniowo usuwając mu wszystkie miasta...
Taki głupi Half-Life - prosty, prymitywny graficznie, a jednak miałem wrażenie, że wszędzie jest coś skryte, jakiś mroczny sekret, tajemnica. Współczesne gry strzelankowe są przeładowane szczegółami, a jednocześnie nic się w tych szczegółach nie kryje.
Imo poradniki zabijają rozgrywkę i ograniczają maksymalnie przyjemność odkrywania. Niemniej kto co lubi.
Nie musiała faktycznie być ogromna. Chodzi o tę grę, przy której jako dzieciak mieliście wrażenie, że poza tym, co widzicie, istnieje jeszcze milion rzeczy do odkrycia.
Pamiętam jak grałem w wiedźmina 3 Spojrzałem na mapę białego sadu, ok duża ale nei ma tragedi Ale kopara dopiero odpadła jak zobaczyłem ogrom mapy velen 😁
Jak wyżej wspomniano:
- TES Arena (to jest gra z naprawdę nieskończonym automatycznie generowanym światem a la np dzisiejszy NMS)
- TES Daggerfall (tu mapa była tak naprawdę największa i w przeciwieństwie do generowanych automatycznie w locie map była „skończona” i można nią było podróżować do każdego innego miejsca gry a więc była też w pełni funkcjonalna)
- Fallout 2 (pomimo że mapa nie była wielka to jednak jej konstrukcja i mechanizmy podróży / odkrywania stwarzały wrażenie prawdziwego dużego świata zostawionego do odkrycia przez gracza)
- AC Odyssey i AC Valhalla (tu mapy są skończone ale ogrom takiej Odysei daje możliwość podróżowania po starożytnej Grecji miesiącami)
Takze warto zwrócić uwagę na światy w MS Flight Simulator oraz chyba największą grę kosmiczna Elite Dangerous która posiada cyfrowa rekonstrukcję Drogi Mlecznej w skali 1:1 (zawiera ok 400 miliardów układów gwiezdnych stworzonych na rzeczywistych danych astronomicznych). Ta druga to chyba gra z największym skończonym światem odwzorowanym na podstawie realnego.
edit - zapomniałem jeszcze o mapach do IŁ-2 Sturmovik. Tutaj wielki szacun dla projektantów za odwzorowanie terenu i jego detali (w tym wszelkich zabudowań i dróg oraz innych szczegółów sytuacyjnych) zgodnie z realiami topograficznymi i stanem faktycznym z okresu którego mapa dotyczy. Już w pierwszym wydaniu IŁ-2 realia te były oddane na wysokim poziomie a w IŁ-2 1946 jeszcze je usprawniono i powiększono (nie mówiąc nic o modach robionych przez graczy).
Szkoda że dzisiaj tego typu symulatory są „poszatkowane” i praktycznie każdy teatr działań (każdą mapę) trzeba kupować oddzielnie (nie wspominając o samolotach). Zresztą to samo w DCS - z 12 map 10 trzeba kupić oddzielnie. Niestety takie gry się dzisiaj zmieniły na niekorzyść pod tym względem i każdą rzecz trzeba praktycznie kupować oddzielnie. Zapoczątkował to chyba Rise of Flight a jego sukcesor - Flying Circus - to kontynuuje.
GTA SA. Przez wiele lat myślałem że to olbrzymia mapa. Jak później zainstalowałem jakiegoś moda, który usuwał mgłę to się okazało że wcale taka duża nie była.
gta 1.
pomimo spedzonych dziesiatek godzin (setek?) to dalej nie umialem sie po niej plynnie poruszac, tylko po omacku zawsze
Tibia. Sama mapa może i była duża, ale "nieskończona" robiła się dopiero na szkolnym korytarzu. Każdy znał kogoś, kto znał kogoś, kto widział ukryte przejście za wodospadem albo questa, którego nie ma na żadnej stronie. Pół podstawówki spędziłem, szukając rzeczy, które nie istniały, i to było chyba lepsze niż samo granie.