autor: Karol Wilczek
Drakensang: The Dark Eye - przedpremierowy test - Strona 2
Drakensang zapowiada się na tytuł, który może zdobyć serca graczy tęskniących za klimatem Baldur’s Gate. Nareszcie pojawi się gra zajmująca więcej niż 20 godzin.
Przeczytaj recenzję Drakensang: The Dark Eye - recenzja gry
W Drakensang możemy zwiedzić część kontynentu Aventuria, a dokładniej okolice miasta Ferdok. Przyjdzie nam między innymi odwiedzić mokradła, ruiny zamku, a także robiące ogromne wrażenie, podziemne miasto krasnoludów. Lokacje są rozległe, sporo czasu zajmuje poznanie wszystkich zakamarków danego miejsca. Główny wątek fabuły rozpoczyna się właśnie w Ferdok, gdzie mają miejsce tajemnicze morderstwa. Zostajemy wciągnięci w tę sprawę i powoli odkrywamy, że to dopiero wierzchołek góry lodowej. Mogę tylko napomknąć, że znaczną rolę odgrywają tutaj smoki.
W czasie podróży spotykamy mnóstwo bardziej lub mniej ciekawych postaci, a każda z nich ma coś do powiedzenia. Już w wersji beta można zauważyć, że dialogi to jedna z mocniejszych stron gry. Twórcy postarali się, aby były one żywe, zabawne, w dobrym erpegowskim stylu. Są bardzo rozbudowane, a nasi bohaterowie mogą szkolić się w umiejętnościach społecznych, przydatnych podczas rozmowy. Na osoby z wyższych sfer możemy wpłynąć umiejętnością Etyka, kobiece bohaterki wykorzystują swój wdzięk i uwodzą napotkane osoby, a postać z wysoką umiejętnością Gadanina jest w stanie przegadać praktycznie każdego. Nie wszystkie dialogi zostały przez twórców udźwiękowione, dlatego graczy czeka spora ilość czytania.

Napotykane w trakcie rozgrywki osoby bardzo często mają dla nas jakieś zadania. Od razu widać, że jest ich mnóstwo i że na długo można odejść od głównego wątku, aby zająć się problemami mieszkańców Aventurii. Questy to zresztą bardzo mocna strona Drakensanga. Praktycznie każde zadanie ma ciekawą otoczkę. Nawet będące słabą stroną niektórych RPG questy typu „idź, zabij, przynieś" są wplecione w jakąś interesującą historię. Są też zadania wyjątkowo ciekawe, choćby główny wątek fabularny, w którym zbieramy dowody w sprawie morderstw czy zamiana kochanka pewnej wiedźmy w ropuchę. Bardzo często questy można wykonać na kilka sposobów, a warto jeszcze wspomnieć, że w grze jest kilka łamigłówek, podobnych do tych, które spotykamy raczej w grach przygodowych. Widać również, że twórcy niezwykle przyłożyli się do zadań dodatkowych. Nie są to tylko krótkie „zapychacze”, ale pełnosprawne questy, z których kilka mogłoby posłużyć za główną fabułę innej gry. Jedno z takich zadań wykonujemy prawie przez połowę rozgrywki.
Polski wydawca twierdzi, że sam główny wątek zajmuje pięćdziesiąt godzin, a kolejne pięćdziesiąt to zadania poboczne i chyba nie jest to przesada. Przypuszczam, że jeżeli ktoś zechce ukończyć wszystkie możliwe misje i zobaczyć każde miejsce, będzie musiał poświęcić grze jeszcze więcej czasu.
Jak wspomniałem, Drakensang zostanie wydany u nas 10 grudnia. Firmie Techlandnależą się brawa za tak szybki termin, zwłaszcza, że reszta świata będzie mogła cieszyć się grą dopiero na początku stycznia (poza Niemcami, gdzie premiera była już w wakacje). Wszystkich niepokojących się o to, czy gra trafi na półki sklepowe w wyznaczonym czasie, mogę uspokoić wiadomością, że prace nad nią są już skończone. Do naszych rąk trafi wersja z zaimplementowanym patchem 1.2 poprawiającym rozdzielczość tekstur. Gra oczywiście zostanie przetłumaczona na język polski (wersja kinowa). O jakość lokalizacji możemy być spokojni. Już wersja beta prezentuje przyzwoity poziom, a można przypuszczać, że Techland do pełnej wersji wprowadzi jeszcze sporo poprawek.
Podsumowując, Drakensang będzie grą, przy której świetnie poczują się fani RPG w starym stylu. W końcu będzie można spędzić przy komputerze więcej czasu niż 20 godzin (i to znacznie więcej), a ponadto trochę świeżości do gatunku wprowadzi rzadko wykorzystywany system The Dark Eye.
Karol „Karolus” Wilczek