Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać

Call of Duty: Vanguard

7 września 2021, 19:30

autor: DM

Strzelam i jeżdżę – wirtualnie i w realu. Później o tym piszę – krytycznie lub z zachwytem.

Graliśmy w tryb multiplayer Call of Duty: Vanguard - Modern Warfare w skórce retro

Multiplayerowe starcia w Call of Duty: Vanguard przynoszą znajome odczucia z ostatniej odsłony Modern Warfare. Czuć, że mamy do czynienia z tym samym, tylko w stylistyce II wojny światowej, a podobieństwa są zarówno wadą, jak i zaletą nowej części CoD-a.

Zapowiadana premiera gry: 5 listopada 2021.

Artykuł powstał na bazie wersji PC.

„Call of Duty kupuje się dla trybu multiplayer – nie dla kampanii singlowej”. Tak mawiają fani tego cyklu i oczywiście jest w tym sporo racji. Sieciowe bitwy, w przeciwieństwie do fabuły na raptem jeden wieczór, to tryb, w którym można spędzić dziesiątki, jeśli nie setki godzin, radośnie eliminując przeciwników i odblokowując kolejne skórki czy dodatki do broni. I nie inaczej będzie w Vanguardzie – najnowszym Call of Duty, które na start zaoferuje aż 20 map do testowania w różnych trybach.

Miałem okazję spędzić nieco ponad 2 godziny w „multiku” nowego CoD-a i generalnie moje wrażenia mógłbym podsumować jednym zdaniem – to ostatnie Modern Warfare, tyle że w czasach II wojny światowej. Zależnie od naszego nastawienia do tej serii oraz oczekiwań może to być albo największą zaletą tej odsłony cyklu, albo jej największą wadą. Ja, mimo chwil frajdy, byłem odrobinę rozczarowany, choć jedna rzecz naprawdę mi się spodobała.

Cząsteczki efektownej demolki

Poza ogólnym wrażeniem „powtórki z rozrywki” najbardziej rzucił mi się w oczy wystrój wnętrz na większości map, które mogliśmy sprawdzić. Zarówno paryskie salony, jak i wyposażenie kwater „Orlego Gniazda” czy mieszkania w kamienicach Stalingradu prezentują się niesamowicie. Imponuje liczba obiektów i ich szczegółowość, które w grach sieciowych zwykle były mocno ograniczone i uproszczone. Najciekawiej robi się jednak, gdy to wszystko zaczyna się rozpadać pod gradem kul!

Twórcy nie oszczędzali na efektach cząsteczkowych i strzelaniny we wnętrzach odbywają się pod znakiem fruwających drzazg, odłamków, dymu i pyłu. Pełne przepychu wnętrza Hotelu Royale pod koniec bitwy wyglądają, jakby przeszło przez nie tornado. To może nie jest jakaś totalna nowość, bo coś takiego widzieliśmy już w Battlefieldzie 3 i dodatku Close Quarters, gdzie było nawet więcej destrukcji ścian, ale trzeba przyznać, że CoD: Vanguard prezentuje się dość widowiskowo i zwyczajnie może się podobać.

Z drugiej strony nie przypadło mi do gustu to, że zarówno górska twierdza Eagle Nest, jak i francuski Hotel Royale wydają się identycznie zaprojektowane – z rozległymi wnętrzami w centrum mapy i dość skąpym otoczeniem wokół nich. Czułem się, jakbym nie zmieniał lokacji, tylko sam wystrój – i być może dzięki temu twórcom udało się stworzyć aż 20 map na premierę. Dopiero ulice Stalingradu z nieco większą przestrzenią pozwoliły odczuć jakąś różnicę. Z kolei ulokowana na wyspie na Pacyfiku mapka Gavutu swoimi wąskimi przesmykami w terenie otwartym bardzo przypominała mi Pointe du Hoc z Call of Duty: WWII.

Nowoczesna wojna w stylu retro

Ładne mapy z częściową destrukcją to jednak nie wszystko, co przewidziano dla trybu wieloosobowego. Reszta to w dużej części kopia ostatniej odsłony Modern Warfare, co w sumie nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę fakt, że gry działają na tym samym silniku. Mamy tutaj podobnie dynamiczne poczucie prędkości i płynności poruszania się, TTK (czas do zabicia) też wydaje się równie błyskawiczny, nie inaczej jest z odrzutem i zachowaniem broni (pukawki bez dodatków prezentują się świetnie). Plusem są na pewno udogodnienia w stylu automatycznego „przyklejenia” lufy do futryny przy wyglądaniu zza narożnika czy opcja oparcia broni na elementach podłoża. Vanguard generalnie korzysta z wszystkich ulepszeń silnika MW z oprawą dźwiękową włącznie.

Mocno rozczarowuje jednak fakt, że oprócz typowej kosmetyki i patrzenia na modele 3D MP40, StG44, Thompsona i innych nic poza tym nie sugeruje, że strzelamy się w czasach II wojny światowej. Do każdej z tych broni można odblokować tonę kolimatorów, lunet, tłumików dźwięku i płomienia, kolb, a ich liczba generalnie zawstydziłaby airsoftowego kolekcjonera chińskich kopii dodatków do M4A1. W killstreakach (potężnych atakach uzyskiwanych za nieprzerwane serie zabójstw) znajdziemy znajome wersje naprowadzania zrzucanej bomby, a nawet kierowanie zdalnie sterowanym mikroczołgiem z ładunkiem wybuchowym. W zasadzie twórcy nie zrobili nic, by jakoś ograniczyć lub pomysłowo zmienić wykorzystywane gadżety na takie trochę bardziej z lat 40. XX wieku.

Choć może nie do końca. Pewien pomysł „retro” (wprost z Wolfensteina 3D) się pojawił, tylko niezbyt mi się spodobał. Jednym z killstreaków jest bowiem posłanie do ataku psa – standardowo dobermana lub owczarka niemieckiego, by zabijał innych graczy, a ci, chcąc nie chcąc, muszą psiaka zmasakrować, by zachować życie. Choć daleki jestem od narzekania na brak „poprawności politycznej” w grach, akurat taki rodzaj kreatywności nie przypadł mi do gustu.

Mniej graczy = więcej taktyki?

Kosmetyczne zmiany objęły również tryby rozgrywki. Mamy tu standardowo drużynowy deathmatch, Kill Confirmed, Hardpoint z kontrolowaniem punktów i parę innych, ale możemy wybrać pomiędzy ich dwiema wersjami: „taktyczną” bądź „blitz”. Różnica sprowadza się do liczby osób na jednej mapie. W rozgrywce „taktycznej” walczy 6 kontra 6 graczy, natomiast „blitz” to batalia 20 przeciwko 20 na tej samej przestrzeni. Ta druga opcja przypomina chaos, jaki miał miejsce na mapach Shipment czy Gunfight w Modern Warfare, tyle że teraz jest o wiele więcej fruwających cząsteczek.

Częstotliwość zabójstw i zgonów osiąga tutaj szalone wyniki. Respawny zdarzają się czasem tuż pod lufą przeciwników, a za sprawą powtarzanych jeden za drugim killstreaków ciągle te same osoby zaliczają dziesiątki fragów podczas jednego meczu – czyli ogólnie znany z poprzednich odsłon standard. Czy w wersji 6 na 6 jest bardziej taktycznie? Nie do końca. Strategiczne planowanie znajdziemy raczej w zupełnie nowym trybie Champion Hill, który można było wypróbować podczas niedawnych testów alfa.

Wydaje się, że to właśnie tam upchnięto najwięcej nowinek z multi Vanguarda. To jednak nieco inny rodzaj zabawy, przynoszący sporo satysfakcji dopiero wtedy, gdy gra się w drużynie z ogarniętym kompanem i najlepiej z komunikacją głosową. Stopniowa eliminacja zespołów i konieczność decyzji o zakupie sprzętu powinna spodobać się miłośnikom nieco bardziej osobistej rywalizacji w porównaniu z luźniejszą rozgrywką w pozostałych trybach.

CoD-a się lubi albo nie, albo…

Ogólnie Call of Duty pozostaje więc Call of Duty i bez żadnych rewolucyjnych zmian powraca z nową porcją szybkiego, przyjemnego strzelania. Identyczne menu, interfejs trybu rusznikarza, sezony, integracja z Warzone’em – to prostu więcej tego samego. Nie jest to równoznaczne z wytykaniem wad gry, bo ten rodzaj rozgrywki ma przecież od lat miliony fanów. To dobrze, że twórcy trzymają się schematów, które wychodzą tej serii najlepiej, i nie próbują znowu naśladować Battlefielda z wojną na pełną skalę z udziałem czołgów. Multiplayer w CoD-zie się lubi bądź nie. Albo lubi w niedużych dawkach, dopóki kolejne sezony nie przyniosą operatorów i broni rodem z Mad Maxa… Taki właśnie stosunek do Call of Duty mam ja.

O AUTORZE

Z trybem multiplayer Call of Duty: Vanguarda spędziłem około 2 godzin, grając w udostępnioną wcześniej dziennikarzom wersję beta. Jestem weteranem serii i pamiętam walki sieciowe w pierwszych jej odsłonach. Od czasów CoD-a: Ghosts mocno jednak zniechęciłem się do futurystycznych klimatów i wróciłem dopiero dla restartu Modern Warfare. Jestem ciekaw, czy zapowiadana mnogość map w Vanguardzie przyciągnie mnie do tej części na dłużej.

Dariusz DM Matusiak | GRYOnline.pl

TWOIM ZDANIEM

Którą serię wolisz? Call of Duty czy Battlefield?

Battlefield
52,6%
Tak
31,2%
Call of Duty
16,2%
Zobacz inne ankiety
Widzieliśmy Call of Duty: Vanguard - powrót na kluczowe fronty II wojny światowej
Widzieliśmy Call of Duty: Vanguard - powrót na kluczowe fronty II wojny światowej

Przed premierą

CoD: Vanguard wraca do czasów II wojny światowej i swoich początków. Znowu odwiedzimy Stalingrad, Afrykę Północną, Normandię i Pacyfik. Czy Sledgehammer Games rzeczywiście zdoła przypomnieć złote czasy drugowojennych strzelanin?

Graliśmy w Far Cry 6 - największa odsłona, ale czy najlepsza?
Graliśmy w Far Cry 6 - największa odsłona, ale czy najlepsza?

Przed premierą

Far Cry 6 to kolejna gra Ubisfotu aspirująca do miana „największej”. Nie chodzi jednak tylko o rozmiar mapy, bo „szóstka” wprowadza parę zmian w mechanikach rozgrywki. Niektóre nowości trafiają w punkt, inne są chyba trochę chybione.

Saints Row 5 to nie jest Saints Row. To zupełnie nowa gra
Saints Row 5 to nie jest Saints Row. To zupełnie nowa gra

Przed premierą

Saints Row: Self Made, bo tak będzie się zwała „piątka” ma być grą bez szaleństwa, bez gumowych przyrodzeń i bez kiczu. Czy to ma sens? Wciąż szukam odpowiedzi na to pytanie, choć wstępnie mi się to podoba.