Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać

Metal Gear Solid V: Ground Zeroes Recenzja gry

Recenzja gry 23 marca 2014, 12:38

autor: Przemysław Zamęcki

Gra we wszystko na wszystkim. Fan retro gratów i gier w pudełkach, które namiętnie kolekcjonuje.

Recenzja gry Metal Gear Solid V: Ground Zeroes - absurdalnie drogie demo wyłącznie dla fanów

Hideo Kojima uchyla rąbka tajemnicy i pozwala nam zobaczyć zaledwie fragment tego czym chce nas uraczyć w The Phantom Pain. Problemem jest jednak to, że gracz za relatywnie niemałe pieniądze dostaje do ręki tak naprawdę technologiczne demo.

Recenzja powstała na bazie wersji PS4. Dotyczy również wersji XONE

PLUSY:
  1. całkowita swoboda, świat otwartych możliwości;
  2. przerywniki na silniku gry;
  3. znakomita ścieżka dźwiękowa;
  4. niezła prezentacja możliwości FOX Engine.
MINUSY:
  1. tylko jedna misja fabularna;
  2. wyłącznie dla wiernych fanów!
  3. dlaczego wydawca żąda takich pieniędzy za demo?

Długo kazał Hideo Kojima czekać na kolejną odcinek sagi o Snake’u, przygotowaną od razu z myślą o “dużych” konsolach. Kilkuletni flirt studia Kojima Productions z handheldem Sony nie pozwolił co prawda fanom serii nudzić się, ale nie ma chyba na świecie osoby, która nie oddałaby obu części Metal Gear Acid czy Portable Ops w zamian za pełnoprawny sequel. W pewnym sensie rolę taką spełniał Peace Walker, który doczekał się nawet przeniesienia do wersji HD. I to właśnie zapoznanie się z wydarzeniami mającymi miejsce w tej części, z punktu widzenia gracza uruchamiającego Metal Gear Solid V: Ground Zeroes, jest niezbędne do zrozumienia fabuły nowego dzieła znanego japońskiego dewelopera.

Ground Zeroes tak naprawdę jest epilogiem historii z Peace Walkera i wprowadzeniem do wydarzeń mających mieć miejsce w The Phantom Pain, które ma się ukazać ponoć w przyszłym roku. Przede wszystkim jednak Ground Zeroes jest technologicznym demem pokazującym działanie silnika Fox Engine. Demem, za które wydawca życzy sobie niemałe pieniądze przekonany o naiwności graczy. Gra oferuje bowiem raptem jedną misję fabularną, rozgrywającą się w amerykańskiej bazie na Kubie w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Nie miejcie złudzeń, przy pierwszym podejściu przechodzi się ją w półtorej godziny. Normalnie skandal! Ale chwileczkę, pomyślmy na spokojnie.

Recenzja gry Metal Gear Solid V: Ground Zeroes - płatne demo wyłącznie dla fanów - ilustracja #2
Widok na obóz Omega.

Kojima od kilkunastu miesięcy umiejętnie podsyca zainteresowanie nową odsłoną cyklu Metal Gear Solid. Grą, która po raz pierwszy w serii zaoferuje otwarty świat i niespotykaną wcześniej swobodę podejmowania działań. Taka produkcja wymaga odpowiednich środków, które po części dostarczy zapewne sprzedaż Ground Zeroes, oferującego graczom możliwość wślizgnięcia się do wyimaginowanego świata pełnego szpiegów i najemników już teraz, bez potrzeby czekania do nie wiadomo kiedy. Perspektywa kusząca, obok której żaden fan nie przejdzie obojętnie. To taki troszkę oszukany early access w wydaniu konsolowym. Nie pierwszyzna w świecie urządzeń Sony, czego dobrym przykładem jest choćby seria Gran Turismo, w ramach której, niemal w cenie pełnej gry, potrafiono sprzedawać okrojone Prologi.

Recenzja gry Metal Gear Solid V: Ground Zeroes - płatne demo wyłącznie dla fanów - ilustracja #3
Więźniów odtransportowujemy do helikoptera, któremu wcześniej możemy wyznaczyć strefę lądowania. Jeżeli zrobimy to za blisko wrogów, maszyna może zostać ostrzelana.

Jak wspominałem, Ground Zeroes oferuje jedną misję fabularną, po ukończeniu której odblokowujemy kilka zadań dodatkowych, rozgrywanych w tym samym miejscu, czyli obozie amerykańskich Marines. Naszym zadaniem jest odszukanie dwójki więźniów i bezpieczne odtransportowanie ich na pokład krążącego wzdłuż kubańskiego wybrzeża helikoptera. Gracz dostaje przy tym do ręki pełną swobodę działań. Kolejność eksploracji dosyć niewielkiego terenu składającego się m.in. z lądowiska śmigłowców, budynków administracyjnych, starego obozu oraz koczowiska uchodźców, a także sposób w jaki tego dokonamy, zależy tylko od nas. Wzorem poprzednich części możemy starać się załatwić wszystko po cichu, ewentualnie likwidując wrogów z zaskoczenia lub próbować zabawić się w Rambo, co umożliwia znacznie lepiej przemyślane niż w poprzednikach zarządzanie posiadanym ekwipunkiem. Warto jednak pamiętać, że główny bohater nie jest w stanie przyjąć wielu kulek na klatę i chwila nieuwagi spowoduje ładowanie ostatniego punktu kontrolnego. Wraz z możliwością łatwej zmiany tempa rozgrywki zniknęły także porcje żywnościowe służące odnawianiu energii. Wzorem innych tytułów, życie regeneruje się samoczynnie.

Recenzja gry Oddworld: Stranger's Wrath HD – Dziki Zachód, jakiego nie widzieliście
Recenzja gry Oddworld: Stranger's Wrath HD – Dziki Zachód, jakiego nie widzieliście

Recenzja gry

Mimo piętnastu lat na karku, Stranger's Wrath wciąż trzyma się nieźle, głównie dzięki nietuzinkowym mechanikom strzelania i ciekawie wykreowanemu światu. Ale port na Switcha mógł być lepszy.

Recenzja gry Darksiders Genesis – wygląda jak Diablo, a to wciąż Darksiders
Recenzja gry Darksiders Genesis – wygląda jak Diablo, a to wciąż Darksiders

Recenzja gry

Czy po trzech częściach serii jest jakiś sens w wydawaniu prequela, który w dodatku jest spin-offem i to izometrycznym? Wbrew pozorom, zdecydowanie tak. Szkoda tylko, że ta część nie wyszła jako pierwsza, bo mogłoby to pomóc całej marce.

Recenzja gry Sniper: Ghost Warrior Contracts – snajper trafia za czwartym razem
Recenzja gry Sniper: Ghost Warrior Contracts – snajper trafia za czwartym razem

Recenzja gry

Sniper: Ghost Warrior Contracts to w zasadzie Hitman, który zamiast przebrań, ma tylko karabin snajperski. I generalnie takie połączenie całkiem nieźle działa.