Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać
Recenzja gry 12 stycznia 2024, 15:25

Recenzja gry Prince of Persia: The Lost Crown - nowe szaty księcia - Strona 2

Powitajcie nowego księcia Persji! Ale... jak to? Bez grywalnego księcia? W 2,5 D? Metroidvania? Zaskoczę Was - to znakomite wieści.

Perski Kot

Czy Prince of Persia: The Lost Crown jest grą łatwą? Nim zdradzę moje subiektywne odczucie, oddam temu tytułowi, iż z pewnością nie winduje poziomu trudności na siłę, a wspomniane wyżej zabiegi czynią go przystępniejszym niż taki np. Hollow Knight (mający w kodzie zaszyty soulslike’owy pierwiastek) czy Metroid. Pod względem stopnia skomplikowania zabawy najnowszego PoP-a umiejscowiłbym pomiędzy pierwszym a drugim Orim. Na normalnym poziomie trudności (twórcy wręcz wskazują, że jest to poziom, dla którego grę projektowano) rozgrywka nie sprawiała mi większych problemów ani z sekwencjami zręcznościowymi, ani z zagadkami logicznymi, ani z walką. Nie znaczy to, że nie odczuwałem satysfakcji. Po prostu poziom normalny wydaje się wręcz idealny dla większości odbiorców, w tym mnie, gracza raczej softcore’owego.

Należy pochwalić autorów za bardzo przyjemny balans między wspomnianymi wyżej trzema rodzajami wyzwań, które stawia przed nami gra. Zauważamy to jednak dopiero po kilku godzinach. Początek bowiem jest moim zdaniem zdecydowanie przeciągnięty, nieco nużący i mało efektowny. Wynika to z tego, iż z biegiem czasu odblokowujemy kolejne mechaniki pozwalające urozmaicić gameplay i niekiedy diametralnie zmienić nasz styl poruszania się, walki lub eksploracji. W najnowszym PoP-ie czekałem na to zdecydowanie zbyt długo. Chociażby taki metroidvaniowy żelazny standard jak podwójny skok stał się dla mnie dostępny dopiero w połowie (!) gry.

Gdy worek z nowymi „umiejkami” się rozwiąże, Prince of Persia: The Lost Crown nie tylko pokazuje pełnię swoich możliwości i oferuje masę frajdy z ich wykorzystywania, ale przede wszystkim udowadnia, iż nie tylko kanonem i podglądaniem konkurentów Sargon żyje. Oprócz klasycznych dashy czy wspomnianego wcześniej double jumpa nasz wojak potrafi robić sztuczki, jakich próżno szukać w innych tytułach. Możliwość tworzenia duchowej kopii, która zastyga w danym miejscu i do której możemy jednym przyciskiem wrócić, przenoszenie przedmiotów i oponentów do alternatywnej rzeczywistości czy też czakram pozwalający na teleportację w dowolne miejsce, które ma w zasięgu – to część z nich. Piór Simurga, nośników boskiej potęgi zdobywanych podczas rozgrywki, pozwalających na odblokowanie potencjału naszego protagonisty, jest całkiem sporo, a możliwości przez nie oferowane okazują się naprawdę ogromne.

Prince of Persia: The Lost Crown, Ubisoft, 2024.

Wszystkie nowe zdolności są przy tym bardzo uniwersalne, przydatne zarówno do pacyfikowania oponentów, jak i podczas eksploracji oraz w sekwencjach zręcznościowo-logicznych. Powiem więcej – ich zastosowanie często ogranicza jedynie wyobraźnia gracza, a niektóre z opcji zdołałem poznać jedynie dzięki bonusowym, pobocznym wyzwaniom. Wydaje się, że niekiedy potęga oddana w nasze ręce przerosła nawet samych deweloperów, którzy – projektując wyzwania – nie docenili chyba możliwości własnoręcznie przecież przygotowanych zabawek – zdarzało mi się ignorować sugerowane przez nich rozwiązania na rzecz będącego nieco OP, wspominanego wcześniej teleportu. Niemniej – za bogactwo, za uniwersalność, za fun – doceniam i wybaczam. I dziękuję.

Podsumowując, poruszanie się Sargonem sprawia dużą przyjemność, szczególnie gdy gra na dobre się rozkręci, a nuda pierwszych godzin przeminie. Liczba różnorodnych animacji dobieranych na podstawie pozycji bohatera, wykonywanej w danym momencie akcji i kierunku, jaki jej nadamy, robi wrażenie i dodaje naszym ruchom gracji, dynamiki oraz responsywności, jakiej oczekiwalibyśmy od jednego z Nieśmiertelnych.

Bić albo nie bić

Walka w tej grze jest, jeśli nie sednem, to z pewnością bardzo ważnym elementem rozgrywki. W wielu miejscach można jej rzecz jasna uniknąć, jednak eliminowanie oponentów pozwala zarówno na gromadzenie kryształów (podstawowej waluty w grze), jak i częściowe leczenie Sargona – ale przede wszystkim okazuje się bardzo przyjemne i efektowne. I zróżnicowane. Tego typu epitety mógłbym mnożyć.

Słowa uznania dla twórców za możliwości, które oferuje system walki. Kombinacje ataków, bloki, uniki, kontry, ataki kierunkowe, ładowane, podcięcia, podrzuty i ciosy powietrzne – jest tego naprawdę sporo, a to tylko podstawowe kroki naszego bitewnego tańca, rozszerzane i multiplikowane przez zdobywane z biegiem czasu moce.

Prince of Persia: The Lost Crown, Ubisoft, 2024.

Oprócz walki w zwarciu mamy przecież również łuk i czakram. A nie wspomniałem jeszcze o atakach specjalnych, wyzwalanych po naładowaniu paska energii, których w danym momencie możemy mieć dwa rodzaje. Te przydają się szczególnie podczas konfrontacji z grupami wrogów oraz tego, co Nieśmiertelni lubią najbardziej – batalii z bossami. Choć do inscenizacyjnej maestrii strać znanych z Ori and the Will of The Wisps trochę brakuje, pojedynki z „szefami” i tak sprawiają sporo satysfakcji. Wieloetapowość i zmieniające się warunki podczas każdej z takich potyczek to standard. Wisienką na torcie jest tu natomiast wizualna reprezentacja najważniejszych wydarzeń w trakcie niemal każdego z takich starć. Walki okraszone są animowanymi przerywnikami, które w sposób bardzo dynamiczny i nieco przerysowany, a jednocześnie widowiskowy prezentują najpotężniejsze ataki, momenty zmieniające sytuację na arenie czy w końcu – nasz finalny cios. Przywodzi to na myśl estetykę bijatyk z takich anime jak Dragon Ball, Naruto czy One Punch Man podbitą dodatkowo czymś unikalnym, nieuchwytnym. Czymś książęcym i perskim.

Ogrom możliwości Sargona pozwolił twórcom na zaprojektowanie bardzo różnorodnych potyczek. Przyznam się jednak, że mimo bogatego menu dostępnych ruchów korzystałem raczej z ich wybranej, ulubionej garstki, podczas gdy reszta porastała kurzem. Dotyczy to również mocy Sargona otrzymywanych od Simurga, chociażby ukrytego pod B ataku przenoszącego przedmioty i przeciwników do innego wymiaru. Używałem go na tyle rzadko, iż w pewnym momencie zupełnie o nim zapomniałem, co kosztowało mnie długą chwilę dreptania w miejscu i szukania możliwości pójścia z rozgrywką naprzód. Są to jednak sytuacje marginalne, a dostępnym arsenałem boskich darów żonglowałem i często, i chętnie. Zarówno z woli deweloperów, jak i z własnej inicjatywy.

Droga do nieśmiertelności

Jak powszechnie wiadomo, gdy się nie rozwijamy, to się cofamy. W kontekście czasowych zawirowań góry Qaf nabiera to wręcz znamion groźby, z którą radzimy sobie, jakże by inaczej, robiąc progres. Aspekt ten w Prince of Persia: The Lost Crown został rozwiązany bez większych kombinacji – poprzez zgapienie od konkurencji. Mamy więc amulety umieszczane w limitowanych slotach, których liczbę wraz z kolejnymi eksploracyjnymi sukcesami zwiększamy. Amulety w zależności od potęgi zajmują mniej lub więcej miejsca i stanowią boost dla konkretnych mechanik, pozwalając graczowi wzmocnić się w stylu gry, który mu odpowiada. Amulety i nasz podstawowy oręż ulepszamy u kowala, wykorzystując znajdowane tu i ówdzie błękitne sztaby stali damasceńskiej. Drugim zaś przejawem rozwoju jest pasek życia Sargona, który rośnie, zgadliście, wraz z zebraniem odpowiedniej ilości właściwej zdrowiu znajdźki. Za kryształy i kserksesy (monety z wizerunkiem znanego i lubianego dzięki filmowi 300 perskiego władcy) zwiększyć możemy natomiast chociażby liczbę i moc eliksirów zdrowia.

Prince of Persia: The Lost Crown, Ubisoft, 2024.

Nieśmiertelność zapewnia również system zapisu, czyli drzewa wak-wak, do których wracamy po śmierci lub wczytaniu save’a. Jeśli przed opuszczeniem gry nie zapiszecie postępu na ich złotych liściach – stracicie go. Podobnie zresztą jak ja chęć do życia, ganiając po kanałach za staruszkiem, który ukradł mi mapę, wybitnie labiryntową i w przedziwny sposób ogołoconą ze wspomnianych punktów zapisu. Być może miałem pecha, ale ten fragment gry szczególnie dał mi w kość. Dopiero po czasie zdałem sobie sprawę, że złocisty wiatr powiewający tu i ówdzie (kochamy cię, Ghost of Tsushima) wskazuje nie drogę do głównego wątku fabularnego, a do drzewa wak-wak właśnie. Gra w żaden sposób tego nie komunikuje. Zagadką była też dla mnie rola papugi, która w pewnym momencie dołącza do Sargona (ma ona wskazywać skarby i ukryte pomieszczenia – jeśli sami na to nie wpadniemy, wspomni o tym szukający jej pirat).

Piasek jaki jest, każdy widzi

Graficznie gra nie powala. Z grubej rury, a co. Można odnieść wrażenie, iż to, co zobaczyłem na monitorze, tożsame jest z możliwościami wersji na Switcha, stąd downgrade graficzny tekstur, jakości modelów i innych wizualnych fajerwerków. Rzecz jasna sam kierunek artystyczny wiele wybacza, mamy bowiem do czynienia z konwencją quasi-komiksową. Jako że zgodnie z gatunkowym standardem rzeczywistość podziwiamy w widoku 2,5D (trójwymiarowe modele oglądane w rzucie z boku), dużą rolę w odbiorze gry odgrywają tła. Jeszcze lepiej prezentują się statyczne plansze prowadzące przez meandry fabuły, natomiast te generowane przy pomocy silnika gry, z racji dużych zbliżeń na modele postaci robią momentami wrażenie żywcem wyjętych z tytułów Telltale.

W ogólnym rozrachunku grafika została wykonana po prostu porządnie: zdarzają się scenerie i poziomy zwyczajnie piękne i zaprojektowane z rozmachem (np. znakomite katakumby), jednak do graficznych wodotrysków Oriego czy artystycznej wizji Hollow Knighta w mojej opinii tu daleko.

Prince of Persia: The Lost Crown, Ubisoft, 2024.

Beneficjentką wizualnych niedociągnięć jest za to wydajność, jaką gra osiąga nawet na słabszym sprzęcie – nie mam tu żadnych zastrzeżeń, a jeśli chcecie zgłębić temat działania Prince of Persia: The Lost Crown na urządzeniach o różnej wydajności, odsyłam do artykułu Książę nie jest wybredny. Recenzja techniczna Prince of Persia: The Lost Crown.

Większość utworów przygrywających w tle, z motywem z menu głównego na czele, wpada w ucho i buduje klimat, mieszając brzmienia bliskowschodnie z okazjonalnymi elektronicznymi wtrętami. Kinowe spolszczenie nie budzi zastrzeżeń, natomiast voice acting… cóż, jest poprawny. Jeśli chcielibyście podbić immersję, wybierając perski dubbing, raczej odradzam. Po godzinie czy dwóch wróciłem do angielskiego.

Nieśmiertelny?

Czy Prince of Persia: The Lost Crown jest dobrą grą? Zdecydowanie. Bawiłem się przy tej produkcji świetnie, ani przez chwilę nie czując znużenia, przytłoczenia bądź frustracji, nie czułem również, że przechodzi się ona sama – zdawałem sobie sprawę z własnego doskonalenia i sprawiało mi to autentyczną radość. Z ogromną przyjemnością wykorzystywałem supermoce darowane mi przez boskiego Simurga, szlachtując licznych przeciwników i przemierzając interesujący świat ze sprawnością godną jednego z Nieśmiertelnych.

Czy nowy PoP wytycza serii dobry kierunek rozwoju? W moim odczuciu – tak. Doskonale sprawdza się jako metroidvania, wracając do platformowych korzeni i dwuwymiarowego poruszania się.

Czy zapisze się w annałach branży lub chociażby gatunku? Raczej nie. Mimo że po napisaniu ostatnich słów tego tekstu zapewne wrócę do gry z zamiarem zajrzenia w każdy kąt mapy, wiem, iż zbyt widoczne zapatrzenie się na konkurentów są bronią obusieczną. Z jednej strony – wzbogacamy dany tytuł rozwiązaniami sprawdzonymi i lubianymi przez graczy, z drugiej – narażamy się na porównania, z których Prince of Persia: The Lost Crown nie zawsze wychodzi zwycięsko.

Rafał "Gailantar" Sankowski | GRYOnline.pl

Rafał Sankowski

Rafał Sankowski

Para się publicystyką; jego teksty ukazują się zarówno na GRYOnline.pl, jak i na łamach CD-Action. W grach ceni przede wszystkim uniwersa, których może stać się częścią i uwierzyć w ich autentyzm. Patrzy na świat z dystansem. Gdy nie gra, spaceruje po lasach, śpi pod namiotem, słucha muzyki Jeremy’ego Soule’a i narzeka, że w lesie nie podają ramenu, za którym przepada.

więcej