Filmomaniak.pl Newsroom Filmy Seriale Obsada Netflix HBO Amazon TvFilmy

Filmy i seriale

Filmy i seriale 10 grudnia 2021, 09:30

autor: Hubert Sosnowski

Szop w przebraniu. Łowca ciastek. Pisuje o grach, filmach i serialach, a zdarza się, że i prozę.

2. sezon Wiedźmina to średni serial, ale niezły fanfik

Drugi sezon Wiedźmina Netflixa ma dwa ostrza. Jedno całkowicie do bani, ale drugie w pewnym momencie zaczyna działać. To sprawia, że seans jest tak jakby ciekawy, ale nie zawsze dobry. I nie jestem w stanie Wam powiedzieć, czy warto było czekać.

Z pierwszym sezonem Wiedźmina Netflixa było trochę jak z trzecimi Psami Pasikowskiego. Dopóki się go oglądało na luzie i udawało, że książki Andrzeja Sapkowskiego nie istnieją, to jakoś szło. Fajna, B-klasowa przygodówa fantasy w starym, dobrym stylu, łatająca niedostatki budżetowe i scenopisarskie sympatycznością. Coś jak Xena. No i w okolicy świąt 2019 obok kolęd wszyscy śpiewaliśmy piosenkę. Kiedy jednak zaczynałem brać poszatkowaną historię na poważnie, wszystko się rozpadało. Produkcję ciągnęli Geralt z Jaskrem (Henry Cavill i Joey Batey) oraz Yennefer (Anya Chalotra), gdy akurat nie przeszkadzała jej fabuła. Netflixowy Witcher odniósł jednak ogromny sukces i dostał dość kasy, by drugi sezon mógł naprawić błędy poprzednika. A wyszło to… cóż… Powiedzmy, że to serial, w który ktoś włożył serce i więcej pieniędzy niż poprzednio, ale zapomniał o scenopisarskim wyczuciu i zrozumieniu oryginału. Sezon drugi jest jednocześnie lepszy i gorszy od poprzedniego, cierpi na swego rodzaju rozdwojenie jaźni.

Złudzenia, że Wiedźmin Netflixa będzie wierny sadze, mogliśmy porzucić już po kilku odcinkach pierwszego sezonu. Liczyłem – także teraz – że zaadaptują przede wszystkim zakapiorny i dowcipny sznyt prozy ASa, ale to najwyraźniej wymaga zdolniejszego scenario teamu niż ten, którym dysponuje Lauren S. Hissrich (przypomnę, że Cavill interweniował, by showrunnerka uczyniła Geralta bliższym temu z książek).

Sapkowski nigdy nie był mistrzem w budowaniu piętrowej, wielotomowej intrygi. Złożeni bohaterowie, ostre dialogi, emocje, akcja, puenty i przekaz – owszem, to szło mu świetnie. Fabuła parła do przodu, bo musiała, więc serial Netflixa miał sporo białych plam do wypełnienia i ciekawych wątków do dopowiedzenia czy nawet naprawienia. Parę rzeczy też faktycznie trzeba było zmienić i uwspółcześnić, bo przecież Wiedźmin zrodził się u schyłku PRL-u i wiele nawiązań odnosiło się do raczkującej III RP i jej problemów. Niestety, próby wypełniania luk po swojemu kończą się w tym serialu gorzej niż reinterpretacje wątków wziętych żywcem z Sapkowskiego.

Jedno jest tępe…

Wiedźmina ciągną w dół niezgrabne wątki polityczne. I to niezgrabne na wielu poziomach. Główni gracze polityczni, czyli królowie, zostają wprowadzeni źle i w fatalnych, pustych lokacjach – pokazany jest synod ledwie odróżnialnych gadających głów. Przepychanki między magami przez dłuższy czas wyglądają jak budowa domu, podczas której ktoś zapomniał o fundamentach. Czarodzieje o coś tam się spierają, w grę wchodzi magia i władza, ale jest to strasznie niezgrabne – nie ma tej buty i zadziorności z książek (poza może motywem Yennefer i czasem Istreddem). Reszta to nudni politykierzy z doklejoną możliwością przemiany człowieka w żabę.

Druga kotwica niepozwalająca Wiedźminowi się rozpędzić to równie niezgrabne komentarze społeczne. I nie, nie chodzi o to, że są. Mocno wiążą one serial z „duchem Sapkowskiego” (przynajmniej na poziomie intencji), bo przecież opowiadania i powieści pękały od aluzji do współczesnych demonów nękających świat. Rasizm, przemoc seksualna, nienawiść, uprzedzenia wobec mniejszości czy jakiejkolwiek odmienności – to wszystko było w oryginale, ale poprowadzone płynniej, bardziej organicznie. Pogłębiało zanurzenie w świat, a nie wybijało z rytmu opowieści. Hissrich i jej scenarzystom ewidentnie brakuje tej zręczności i subtelności. Walą kawę na ławę tak, że wielu bohaterów wypychają z ASowego morza szarości do typowych czarno-białych przegródek. Pewnie, świat dalej jest brutalny, okrutny i bezwzględny, ale nie zostawia wiele do interpretacji widzowi.

Te dobudówki najbardziej bolą tam, gdzie nie ma jak się odnosić do Sapkowskiego (wątki elfio-nilfgaardzkie, które ledwie sygnalizowano w Sadze). Gdyby ktoś przypadkiem postawił to kiedyś obok pierwszych sezonów Gry o Tron, oznaczałoby to, że nie ma serca. Tam polityka była mięsem i dopóki starczyło notatek George'a R.R. Martina, to człowiek mógł się w niej przeglądać jak w lustrze, ale i czerpać rozrywkę z błyskotliwych dialogów i starć charakterów. Tutaj tego poczucia celowości często brak. Widać, gdzie ekipa szyła po swojemu i jak bardzo nowy materiał odstaje od reszty. Nowi oraz przerobieni bohaterowie z wątków politycznych to kłody rzucane pod nogi niezłej przygody.

… z drugim można coś podziałać

Wiedźmin pokazuje pazur, gdy pozwala mu się być serialem o Geralcie, jego przyszywanej córce Ciri i kompanach, która to gromadka zmaga się z całym światem.

Pewnie, Cavill dysponuje dosyć ograniczonym wachlarzem możliwości aktorskich, ale nadrabia zaangażowaniem i potrafi wykrzesać z siebie ironię i tę szorstką Geraltową charyzmę (nie aż tyle, bym był w pełni zadowolony – dalej uważam, że wiedźmina powinien grać Marcin Dorociński). Do góry ciągną go też inni aktorzy, między innymi Freya Allan jako Ciri. We wspólnych scenach widać chemię podbijaną poczuciem zagrożenia i fatum wiszącego nad obojgiem bohaterów, ale też przez rodzącą się więź (muszą nadrabiać za pierwszy sezon, w którym spotkanie Geralta z Ciri wyszło sztucznie) ojca i córki. Ich przygody, wątpliwości fajnie współgrają, a szlak, choć nie zawsze dobrze pokazany, zbliża ludzi.

Po prostu widać, że ktoś tu bardzo chciał zrobić przygodową historię z pogranicza budżetowego, nieco campowego horroru i fantasy. Taką, w której Geralt i Ciri mierzą się z trudami szlaku, potwornościami, magią. W której uczą się czegoś od siebie. W której przebija czasem baśniowy i przekorny, czasem niepokojący klimat powieści groszowych. W której próbują eksplorować moc oraz Przeznaczenie Ciri i zrozumieć, czemu na dziewczynę rzuciły się wszystkie siły tego świata.

Tak, w tych wątkach – choć też mocno odjechały od oryginału, zwłaszcza pod względem dialogów – serial ożywa, staje się autentycznie przyjemnym, choć nieco siermiężnym przeżyciem. Pewnie, czasem idą w nieprzemyślaną przesadę. Scenie, w której Ciri pierwszy raz chwyta za miecz w Kaer Morhen, wiedźmińskim siedliszczu, brakowało tylko disneyowskiej piosenki w stylu Mam tę moc. Na szczęście, mimo takich tanich popisówek, dziewczyna staje się pełnokrwistą postacią z fajnym charakterem i problemami do przezwyciężenia, a cięgi zbiera nie raz i nie dwa. Ciri w wykonaniu Frei Allan autentycznie da się polubić, może nawet bardziej niż w książkach.

Boli natomiast wypaczenie i ujednoznacznienie historii Nivellena z opowiadania Ziarno prawdy, które tutaj posłużyło za etap podróży Geralta i Ciri. Przy końcówce ludzie Hissrich znowu pokazali swoją „subtelność”, choć aż do puenty wątek nawet dawał radę.

Trzeba jednak oddać scenarzystom i Hissrich, że toczą dosyć nierówną walkę. Stają naprzeciw historii, która, choć z grubsza podążała narracyjnymi koleinami o wybrańcach i wojownikach/wojowniczkach, to jednak często biegła po swojemu i w poprzek toru. Konflikty i wątki łączące bohaterów nie były oczywiste, wybrzmiewały w niedopowiedzeniach. A Netflixowi pisarze ewidentnie próbują z tego uszyć podręcznikową fabułę – taką, z której autor Save the Cat! (jeden z bazowych almanachów hollywoodzkiego i serialowego scenopisarstwa) byłby dumny. Taką, gdzie każdy bohater musi coś stracić, coś zyskać i przebiec klasyczny łuk fabularny oraz stawać przed typowymi dylematami, bo inaczej odbiorca będzie chory (takim zabiegom poddano w tym sezonie Yennefer... i może nawet dokądś jej dopisana historia zmierza, w pewnym punkcie zaczyna być nawet interesująca, ale znów chwilę nam zajmuje, nim tam docieramy).

Scenarzyści zresztą nie zawsze sobie z tym klasycznym podejściem radzą. Niektóre potencjalnie potężne i mocarne sceny, które najprawdopodobniej służyły za etap przemiany bohaterów lub zwieńczenie, to jedynie para, która poszła w gwizdek, bo np. momentum zostało zabite przez brak umocowania w fabule i poczucia ciągłości albo nawet złe dobranie kostiumów, nastroju i tempa sceny.

I tak jest z całą awanturniczo-przygodowo-mistyczną warstwą. Zdarzają się potknięcia i bywa niezręcznie, ale jednak generalnie wątki trzymają fason i klimat, potrafią zaintrygować i zazwyczaj nie przynudzają. Bywa mrocznie, zabawnie, intensywnie, przejmująco, tylko nie zawsze sensownie. Działa to właśnie w taki uroczy, B-klasowy sposób. I urok ten utrzymuje się, gdy bohaterowie wypływają na szersze wody oraz gdy świat wyciąga szpony po Ciri. Wtedy zaczyna być autentycznie interesująco. To znaczy, że się da. Po prostu ktoś tu nie ogarnia rozgrywek na większą skalę. A skoro o większej skali mowa...

TWOIM ZDANIEM

Jak oceniasz serial Wiedźmin od Netflixa?

Bardzo dobry (5/6)
29,1%
Przeciętny (3/6)
22,7%
Dobry (4/6)
22,5%
Słaby (2/6)
14,1%
Beznadziejny (1/6)
9,5%
Świetny (6/6)
2,1%
Zobacz inne ankiety