Filmomaniak.pl Newsroom Filmy Seriale Obsada Netflix HBO Amazon TvFilmy

Filmy i seriale

Filmy i seriale 3 października 2021, 09:30

autor: Marek Jura

Niedawno wieczny student, teraz jeszcze wieczniejszy fan RPG. Próbuje być Kingiem, ale nie potrafi.

Bond po Nie czas umierać musi pozostać Bondem

Craig przechodzi na Bondową emeryturę nie pierwszy i nawet nie drugi raz. Teraz jednak wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że jest to rozstanie ostateczne. Smutne i niełatwe dla obu stron, ale z pewnością agenta 007 nieuśmiercające.

Bond nigdy nie był szarmanckim bohaterem ani rycerzem w lśniącej zbroi. Ciężko porównać go do innych ikon popkultury, takich jak Indiana Jones, Ethan Hunt czy nawet polski Hans Kloss. Jego pewność siebie ocierająca się o butę (widoczna szczególnie w pierwszych filmach serii) nijak się ma też do zadziorności Hana Solo. Najbliżej byłoby mu zapewne charakterologicznie do… Deadpoola (tyle że w o niebo elegantszej wersji). Agent 007 ma na tyle wyrazistą tożsamość, że po prostu nie potrzeba mu porównań do innych bohaterów. A może raczej – antybohaterów kina akcji.

Kilka dni temu reżyser Nie czas umierać Cary Fukunaga stwierdził, że Bond Connerego to w zasadzie gwałciciel. Dodał przy tym, że nie sposób zmienić postaci z dnia na dzień, ale da się już wpłynąć na otaczający go fikcyjny świat w ten sposób, by bardziej pasował do współczesnych realiów. Ciężko się z nim nie zgodzić, choć to wciąż uproszczenie. Jakąś ewolucję bowiem Bond przeszedł. I musi ewoluować dalej, byleby to nie była rewolucja niszcząca rdzeń postaci.

Gburowaty Connery, Brutalny Lazenby i dowcipkujący Moore

Zanim Connery na dobre skończył przygodę z rolą, na chwilę zastąpił go George Lazenby. Niemający aktorskiego doświadczenia twardziel dodał Bondowi więcej brutalności i bezpośredniości. Ciężko jednak powiedzieć o jego kreacji więcej, bo zanim zdążył ubrać go we własne pomysły, do roli powrócił Connery, tak samo jak wcześniej oschły, elegancki i niewiele bardziej bohaterski niż jego wrogowie.

Roger Moore wprowadził do dość sztywnych scenariuszy więcej luzu. Brakowało mu może charyzmy poprzednika, ale dowcipem i dystansem do samego siebie zdołał przekonać do tej nowej odsłony fanów na całym świecie. To chyba dzięki temu wcielał się w Bonda (licząc jedynie oficjalnie produkcje) najwięcej razy (siedem) i został jego najstarszym odtwórcą – w ostatnim filmie liczył sobie już 58 lat. Po nim na krótko pojawił się Timothy Dalton. Aktor postanowił nawiązać do książkowego oryginału. I chyba niezbyt spodobało się to publiczności. Choć ciężko zarzucić coś jego rolom od strony technicznej, wydawał się po prostu zbyt poważny. Po zawadiackim Moorze takie rozwiązanie nie mogło już zyskać przychylności fanów.

Zatrudniony kilka lat potem Pierce Brosnan ewidentnie wyciągnął wnioski z porażki Daltona, starając się skonstruować postać tak, by zadowolić zarówno fanów Connery’ego jak i Moore’a. Rzuca więc żartami, bardziej jednak sarkastycznymi niż te w wykonaniu Rogera. Jest też przy okazji elegancki i uwodzicielski. Choć wciąż kawał z niego drania, nie przekracza jednak norm etycznych tak bardzo, jak czynił to Connery. Różni się od poprzedników także w kwestii stosunku do kobiet. Również sam aktor prezentuje w tym względzie warte odnotowania poglądy – ostatnio stwierdził, że chciałby, by nowym Bondem została kobieta.

Od kilku lat podziwiamy zaś na ekranie Bonda w wykonaniu Daniela Craiga. Zmiana aktora na początku spotkała się z ogromną krytyką – przecież Bond musi mieć ciemne włosy, być wyższy, przystojniejszy i w ogóle wyglądać jak Connery, Moore albo Brosnan. Już Casino Royale – choć nie zamknęło ust krytykom zmiany – okazało się świetnym filmem, a Craig znalazł swój nowoczesny sposób na ogrywanie postaci. Nowy agent 007 nie tylko nie odżegnał się od korzeni, ale przy okazji wzbogacił rolę o coś więcej.

TWOIM ZDANIEM

Wybierzesz się na No time to die?

Tak
66,3%
Nie
33,7%
Zobacz inne ankiety