Nie mieli zbyt dużo czasu. Lada chwila zaroi się w tym miejscu od najgorszych maszkar w całym Blackreach. Trzeba było działać błyskawicznie. Było to o tyle trudne, ponieważ oddział porucznika Grimesa był już mocno pokiereszowany.
W tym momencie chyba najlepiej z całej czwórki czuł się Khajiit. Kręcił on szybko swoją głową czegoś nasłuchując. Nagle zastrzygł swoimi wielkimi kocimi uszami i zmarszczył długie wibrysy wyrastające z jego kociego pyska. Zwierzęcy instynkt wziął górę.
-Sha’anks coś czuje! Za Sha’anksem! – powiedział i rzucił się dziko w jedną z odnóg korytarza.
Nie było czasu do zastanowienia. Przerażające krzyki potworów zagadkowego pochodzenia nasilały się z każdą sekundą. Angra i cała reszta pobiegła ile sił w nogach za swoimi kocim towarzyszem.
Rozpoczął się szaleńczy bieg przez niezliczone korytarze zdającego się nie kończąc kompleksu labiryntu. Pościg nie ustępował. Do uszów całej czwórki dochodziły co i rusz nowa kakofonia krzyków, jęków i wizgów słyszana z bocznych korytarzy.
- Jakim cudem udaje się nam unikać tych paskudztw aż do tej pory? – pomyślała Micareth co i rusz oglądając się za ramię.
Ich ucieczka bardziej przypominała bieg przełajowy przez pole usiane jadowitymi pająkami i skorpionami. Jeden fałszywy ruch, jeden źle wybrany korytarz, byłby ich ostatnim. Porucznik nie tylko Micareth postawi piwo za jej zasługi z poprzedniej potyczki. Khajiicki łotrzyk także zasłużył na solidny kufel bursztynowego trunku. Pod warunkiem, że wyjdą z tego wszyscy cało.
Jedna myśl nie dawała Grimesowi spokoju. Przecież na samym początku w to miejsce zostało wysłanych kilka mniejszych oddziałów zwiadowczych. Dopiero, gdy one nie wróciły, nie chcąc tracić już więcej żołnierzy, zaczęto werbować „ochotników”. Nigdzie nie widział ciał, żadnych śladów walki.
Czyżby udało im się przeżyć? – kolejna myśl kłębiła się w głowie porucznika. - Biedny Milten był tego przykładem.
Drużyna powoli opadała z sił. Nie mogli przecież biec w nieskończoność. Trzeba było coś wymyślić i to natychmiast. W głowie elfki zrodził się karkołomny plan. Chyba podświadomie nekromantka Vera także chciała zasłużyć się u Angra. Nie mając wiele czasu, skupiła całe swoje siły, całą swoją wolę i zaczęła szybko inkantować zaklęcie. Udało się. Za nimi w mroku powstały iluzoryczne podobizny całej czwórki. Stały chwile patrząc jak „oryginały” znikają za zakrętem jednego z tuzina występujących w tym miejscu korytarzy. Następnie iluzje odczekały jeszcze chwile aż jazgoczące krzyki potworów przybiorą na sile i pobiegły. Każdy w inną odnogę rozgałęziającego się labiryntu. Potwory połknęły haczyk. Hałas pościgu słabł. Plan się powiódł.
- Brawo Vera – uśmiechnął się Grimes.
- To tutaj! Sha’anks miał rację! Sha’anks dobry, bardzo dobry! – łotrzyk cieszył się jak dziecko wskazując dość pokaźnych rozmiarów wyrwę w ścianie korytarza.
Niewiele myśląc przedostali się przez wyłom. Ostatkiem sił Vera zakamuflowała dziurę swoją magią, po czym prawie osunęła się na ziemię. Micareth i Sha’anks wzięli ją pod ramiona.
- N… nic… nic mi nie jest. Muszę tylko chwilę odpocząć – powiedziała z niemałym trudem elfka.
Szli w ciemności. Po omacku. Wiedzieli, że nie są już w labiryncie poskręcanych w galimatiasie korytarzy. Wydawało się, że wędruję teraz po jakieś otwartej przestrzeni. Nie czuli zimnej posadzki pod swoimi okutymi butami, a raczej coś, co mogło przypominać namiastkę ziemi. Musieli uważać, co i rusz się ktoś potykał, a na dodatek w pewnym momencie zaczęło paskudnie śmierdzieć.
Gdy Vera poczuła się już na tyle dobrze, że mogła stworzyć w swojej dłoni niewielką kulę światła, dokonali w tym samym momencie przerażającego odkrycia.
Krwawa mgła powoli podnosiła się nad dawnym polem bitwy. Stratowana ziemia była czarna od juchy. W cuchnącej brei leżeli martwi, wśród pogniecionych pancerzy, połamanych ostrz i strzaskanych tarcz. Dziwna chmara fosforyzujących much i pełzającego robactwa gromadziła się leniwie wokół ran i oczu poległych. Obraz niewypowiedzianej masakry rozciągał się aż po horyzont.
Stali dokładnie pośrodku pobojowiska. Otaczała ich hekatomba, jakiej w swoim życiu jeszcze nie widzieli. Do ich nozdrzy wdzierał się nieprzyjemnych zapach drażniący zmysły. Woń krwi. Woń starych ran. Woń strachu i samej śmierci. Fetor nasilił się. Vera jedną ręką otuliła się szczelnie swoim szarym płaszczem z kapturem, drugą starała się powiększyć jasną kulę magicznej energii, aby zwiększyć zakres oświetlanego obszaru. Natomiast Micareth starała się rapierem przeganiać głośno brzęczące, natarczywe muchy.
- A więc to tak… – Grimes już znał odpowiedź na pytanie, które kotłowało mu się podczas szaleńczej gonitwy przez korytarze. – Moi kompani, moi wierni druhowie, z którymi nieraz odwiedzaliśmy karczmy i oberże. Ile bitew razem stoczyliśmy, ile nocnych straż spędzonych na okolicznych wartach?
- Może ktoś przeżył, może komuś udało się uciec albo chociaż dostać się do niewoli? - Grimes nie roztrząsał tych pytań, które natarczywie chciały wślizgnąć mu się do głowy.
Choć był zaprawionym w boju wojownikiem, zawodowym żołnierzem, są czasami takie momenty, które nawet jego mogą przerastać.
Rozglądając się powoli, ruszyli przed siebie. Całun śmierci, który delikatnie oblepiał tę wymarłą, bez duszy okolicę, zatracił nagle swój spokój. Grupa porucznika Grimesa Angra omijała zabitych, odwracając pośpiesznie wzrok od okropności otaczających ich z każdej strony. Na długo zapamiętają widok straszliwie rozłupanych czaszek. Niemych świadków tego, do jakiego horroru musiało tutaj dojść.
Myśleli że to straszliwe odkrycie będzie jedyne, które dano im było spotkać na swojej drodze. Byli w błędzie. Tułając się przez tą krainę grozy, spostrzegli po swojej lewej stronie sporych rozmiarów bezlistne drzewo. Byli zaskoczeni. Naturalnym elementem otaczającego krajobrazu były wielkie bioluminescencyjne grzyby. Drzewa w Blackreach były rzadkością, jeśli nie jakimś wypaczonym wybrykiem natury przeniesionym nieznaną mroczną siłą z dalekich stron. Wysuszony na wiór potężny, sękaty dąb był już nikłym cieniem swojej dawnej świetności. Zamiast liści wisieli na nim ludzie. Młodzi i starzy, kobiety i mężczyźni. Sądząc po ubiorze, jaki w strzępach wisiał na ich umęczonych ciałach, różnych stanów i poziomów majętności.
- Śmierć nie jest wybredna i prędzej czy później upomni się o każdego – rzekła beznamiętnie Vera patrząc na wisielców, niemych posłańców zaświatów.
Sha’anks aż zjeżył sierść na całym swoim ciele patrząc na tą makabreskę.
- Ile jeszcze potworności mamy jeszcze odkryć? – zapytała samą siebie Micareth.
Gdy tylko odwrócili wzrok od drzewa wisielców i skierowali go przed siebie, nagle tuż przed nimi wyrosła zagadkowa budowla. Obiekt sprawiał wrażenie wykonanego z jednolitego materiału. W odległości niespełna dziesięciu metrów od oddziału wznosiły się wysokie ściany z olbrzymich bloków gładkiego jak tafla jeziora marmuru. Monolityczna struktura wydawała się posiadać spokój samej wieczności. Była to miła i kojąca odmiana od tego, co znajdowało się dookoła. Pośrodku przedniej ściany ascetycznej konstrukcji znajdowały się potężne wrota. Cała czwórka stała jeszcze przez chwilę w miejscu, kontemplując dzieło nieznanego architekta, zanim zdecydowała się do niego zbliżyć.
Przyciągała ich nieznana siła, która delikatnie sączyła się w ich stronę z wnętrza przybytku. Choć moc była niewidzialna, wszyscy, nawet Nord ku swojemu zaskoczeniu, wyczuwali ją bez najmniejszego problemu. Doskonale piękna, idealnie prosta w swojej złożonej formie, krystalicznie przejrzysta i czysta w intencjach, a przede wszystkim niewyobrażalnie potężna. Przenikała ich i otaczała. Z każdym krokiem w jej kierunku doznania potęgowały się. Czuli już wręcz namacalny ciężar, dotyk i zapach tego duchowego, nadnaturalnego wymiaru. Gdy stali już tylko o kilka kroków przed wejściem, do ich uszów doszła inkantacyjna pieśń. Brzmiała ona jak gdyby niezliczona liczba osób jednym głosem sławiła czyjeś imię.
- To przekracza moje najśmielsze wyobrażenia – wyszeptała z podziwem Vera. - Dwemeryjska konstrukcja? Kto byłby zdolny stworzyć coś takiego? – Co Ty na to poruczniku? Poruczniku?
Rodowity mieszkaniec Skyrim stał jak wryty patrząc niemal ślepo przed siebie. Przed jego oczach ukazywały się niezwykłe obrazy. Sam zastanawiał się czy to co widzi, jest jawą i jak najbardziej realne czy może znajduje się w jakimś bliżej nieokreślonym transie. Hipnotyzującym śnie wywołanej przez zaśpiewy sączące się ze środka obiektu.
Grimes Angra zapragnął z całego serca wkroczyć do tego mistycznego sanktuarium. Podniósł powoli ręce ku górze i dotknął odrzwi całą powierzchnią obu dłoni. Poczuł przyjemny chłód. Diametralna odmiana po nieznośnej spiekocie promieni słonecznych, które towarzyszyły mu podczas podróży po bezdrożach nim dotarli do Blackreach. Jednak nie tylko kojący niczym balsam chłodek przykuł jego uwagę. Było coś więcej, co wyczuwał. Wrota były niczym zastygła lawa, zimna i twarda na wierzchu, lecz gorąca wewnątrz swojej struktury. Nigdy wcześniej się z niczym takim nie spotkał.
Nie chciał mitrężyć cennego czasu ani chwili dłużej. Nie wiedział i nie chciał się dowiedzieć, jakie istoty obudzą nieznane mroczne siły na tym posępnym pustkowiu, pełnym cuchnącej, rozpadającej się zgnilizny. Delikatnie, ale zdecydowanie naparł na drzwi, które powoli otwierały przed nim swoje podwoje. Doznania, które przez cały czas intensyfikowały się, teraz eksplodowały z wielokrotną siłą. Spojrzał prosto przez otwartą bramę. Jego oczom ukazało się światło tysiąc razy jaśniejsze od Słońca. Jednak nie raziło go ani nie spaliło jego ciała do szczętu niczym olbrzymi pożar pojedynczą wysuszoną szczapkę. Czuł, że teraz zbliża się kulminacyjny moment. I gdy wszystko zbliżało się do szczytowego punktu, nagle…