Jedna z tych gier, w których cenię sobie wzorowo oddany KLIMAT GROZY. Na dodatek warto dodać, że skomponowana i użyta gotycka MUZYKA potęguje to uczucie i już mamy grę tak gęstą i ponurą, że można ją kroić nożem (do dziś lubię włączyć jej motyw przewodni - majstersztyk pod każdym względem!). Niestety, grafika strasznie się dziś zestarzała, lokacje są fajne, pomysłowe (firanki na wietrze w dniu premiery, to było wtedy WOW!) i rozbudowane... ale w większości to puste lokacje, i gdyby stworzyli by na nowo, byłyby bogate w szczegóły - gra się aż prosi o jakiś remake (same podbicie tekstur raczej to nie jest to, celowałby w więcej np. mebli i roślinności w mapach otwarych). Klasztor/Opactwo to moja ulubiona miejscówka, gdzie najpierw trafiamy do ich ruin a potem, dzięki czarowi, do jego złowieszczych zakamarków w przeszłości, by na końcu etapu zdobyć Kosę do siekania wrogów (dzięki niej i czarowi TARCZY gra się stawała już trywialna do ukończenia).
Co ciekawe, gra tak mi się podobała, że miałem w planach zrobić do niej spolszczenie - nawet ogarnięte miałem napisy do cutscenek, które ich pierwotnie nie miały, ale z braku czasu i problemów z implementacją polskiej czcionki odłożyłem to "do wiecznej szuflady".
Sequel "Jericho" też był zacny i "makabryczy", ale doskwierał mi w niej jeden problem - brak skakania, co mocno mnie raził w takim FPS-ie ;-)
Dla mnie szkoda, bo chociaż niedoszła gra powielałby wiele klisz z innych gier, to z pewnością dałaby sporo frajdy na wiele godzin. No cóż...
Kilka nieścisłości odnośnie wydania PL:
Nośnik: CD (a nie DVD)
Wersja językowa: Polskie napisy (a nie napisy i dialogi)
Po rozstaniu się z przemienionym porucznikiem, Micareth z Sha'anksem spakowali obozowisko, wzięli w ramiona nieprzytomnego urzędnika i ruszyli przed siebie. Wbrew pozorom, droga do Fortu Greymooru nie była taka łatwa, gdyż dopiero za jego murami będą mogli poczuć się w pełni bezpiecznie. Wiedzieli zbyt dobrze, że las wokół nich może skrywać potępione wampirze oddziały. Jedyną dla nich szansą było nieustannie parcie naprzód i nie oglądanie się za siebie.
Na szczęście, po kilku godzinach dojrzeli majestatyczną bryłę fortecy, z której szybko wyszedł niewielki patrol zbrojnych. Zapewne wartownicy na jednej z wież dostrzegli, że ktoś się zbliża – samotna kobieta i khjiiat, którzy ciągną z sobą jakieś ciało, raczej potrzebuje pomocy niż mogliby stanowić jakieś wielkie niebezpieczeństwo.
– Rychło w czas... – rzekła głośno pod nosem. – Już prawie mi ręka zdrętwiała od ciągnięcia tego dryblasa...
– Mi też łapa spuchła... Boli... – przyznał jej rację Sha'anks.
Wojowniczka miała mu odpowiedzieć, ale patrol szybko pokonał ich dzielącą odległość i szczelnie otoczył. Na dodatek wszyscy wydobyli swoje miecze a jeden, najwyższy, przemówił rozkazująco:
– Z rozkazu Jaśnie Kapitana Beinarda, Dowódcy Fortu Greymoor, wszyscy, którzy przychodzą pod bramę, mają zostać poddani rewizji. Macie także zdać swoją całą broń, którą przy sobie nosicie...
– Daruj sobie, żołnierzyku, jesteśmy ocalałymi z drużyny porucznika Angera Grimesa... – gniewnie mu przerwała Micareth – ...którzy dopiero co wydostali się z zasranego piekła.
– Tak jest, ja, Sha'anks nie oddam swojej broni! – ponuro zamruczał khajiit.
Na dźwięk imienia Grimesa, dowódca zwiadowców aż niemal podskoczył w miejscu, w którym stał. Także jego kompanów zaskoczył ten fakt, że ktokolwiek zdołał powrócić z tej samobójczej misji, o której cały Fort Greymoor aż huczał o plotek. Nie mniej schowali swoje obnażone miecze, więc sytuacja nie była już tak napięta, jak z początku wyglądała.
– Rozumiem, że coś się przytrafiło porucznikowi...
– Coś iście pokurwistego go urządziło... – odpaliła wykończonym głosem Micareth.
– A ten to kto...? Nie poznaję go, aby z wami wyruszył – dowódca wskazał ręką dźwigane przez wojowniczkę i khajiita ciało na ramionach.
– Bodil... jakiś urzędas – odrzekł Sha'anks.
– Bodil...?! O rety! Przecież zaginął przed tygodniem bez słuchu. Chłopaki, bierzcie go i odstawcie do medyków. Bardzo blado wygląda! – dowódca ponaglił kilku, by przejęli nieprzytomnego człowieka i szybko zanieśli do środka fortecy.
Uwolniona od ciężaru urzędnika, Micareth wreszcie poczuła ulgę, jakby pozbyła się worka na ziemniaki, który taszczyła niemal od zawsze. Jednak nie cieszyła się zbyt długo, po gestem dowódcy, patrol znów dobył swoje miecze. Chyba nie do końca wierzyli w "cudowne" ocalenie urzędnika i zniknięcie szanowanej osobistości z Fortu Greymooru.
– Co wy... robicie...? – zaczęła i powoli sięgnęła do swojego ostrza.
Nim ręka choćby drasnęła rękojeści, dwóch zwiadowców pochwyciło ją i unieruchomiło. Tak samo postąpiono z khajiitem – jednak w jego przypadku nie zdążył nawet wykonać ruchu łapą.
– Nie radzę tego robić. Skoro jeden problem z głowy – wyjaśniał dowódca – to teraz udacie się z nami przed oblicze sierżanta Gutrima. On zadecyduje, co z wami począć, o ile uwierzy w to, co przytrafiło się na waszej misji. – A później dodał, gdy dojrzał uśmiech na twarzy wojowniczki: – Czy cię to bawi?
– Skąd. Akurat mieliśmy się do niego wybrać...
* * *
Zaprowadzono ich do niewielkiej izby, której rozmiar w niczym nie był większy od cel Fortecy Greymooru, w których przyszło im tkwić przez kilka miesięcy. Jedynym wyposażeniem pokoju był marny siennik pod zakratowanym oknem oraz stare przeciekające wiadro w drugim kącie. Można by rzec, że widok nie zgorszy od ich poprzedniego miejsca.
– Przynajmniej dali wiadro z wodą... Sha'anks przynajmniej nie umrze z pragnienia... – ocenił z radością, gdy po raz pierwszy je zobaczył, jak drzwi się za nimi zamknęły.
– To nie wiadro do picia... Lecz nocnik... – Micareth szybko oznajmiła mu brutalną rzeczywistość. – I to nie woda, a czyjeś szczyny. Łajzy...
– Aha... Sha'anks już nie jest spragniony.
Micareth usiadła na sienniku z niechęcią i zaprosiła swoje towarzysza, aby uczynił podobnie.
– Siadaj, bo nie wiadomo, ile tym tępakom to zajmie.
* * *
"Tępaki", jak to określiła ich Micareth, o dziwo, uwinęli się w miarę szybko. Nie minęła godzina a wieść o powrocie ocalałych z kompani Grimesa rozniosła się po murach Fortu Greymoor tak szybko, że sierżant Gutrim wiedział już zanim dotarł do niego posłaniec z wiadomością. Natychmiast polecił, aby przyprowadzono przed jego oblicze dwójkę, co też uczyniono. Wprowadzono wojowniczkę i khajiita do jego kwatery a paru doborowych wojowników czekało w gotowości, aby w razie czego wykonać potencjalną egzekucję.
Sierżant Gutrim oznajmił na głos:
– Mówcie wszystko, co zaszło. Chcę poznać każdy szczegół. Jeśli usłyszę, że coś przede mną zataicie, albo postąpiliście wbrew rozkazowi swego dowódcy, to spotka was marny los.
Micareth opowiedziała po kolei, co zaszło, gdy opuścili mury Greymooru i weszli do mrocznych tuneli Blackreachu. Nie pominęli żadnego szczegółu, włącznie z potyczką z szaleńczym czarownikiem, przemienionym Miltenem, utracie w walce Very, znalezieniu Bodila i wampirom, które dokonywały na biednych ludziach jakiś okrutnych eksperymentów. W końcu sierżant niecierpliwiąc się, dopytał:
– No dobrze. A jak zginął porucznik Grimes?
– Porucznik stał się... – szybko rzucił Sha'anks, ale Micareth szybko mu przerwała i na migi dała znać, aby nie powiedział wszystkiego.
– Porucznik stał się dla nas bohaterem. Walczył bardzo dzielnie. Zginął od wielu ciosów od tych krwiożerczych stworów. Przed swoim odejściem polecił dać panu tą oto kartkę. Proszę o to, ona – po czym podeszłą bliżej.
Na jej ruch zareagowali strażnicy, lecz Gutrim ręką rozkazał stać na miejscu. Sam podszedł do wojowniczki, wziął kartkę i po rozwinięciu, zaczął ją sobie czytać.
– O, ja cię... To nie do pomyślenia! A więc to prawda! – odparł, gdy skończył czytać ostatnie słowo zapisane na kartce, którą szybką schował do kieszeni. – Straże! Możecie odejść!
Strażnicy bez słowa zasalutowali swemu przełożonemu i wyszli z komnaty. Sierżant został sam na sam z wojowniczką i khajiitem.
– W porządku. Wierzę wam. To była własnoręczna notatka od Angera, bo poznam zawsze pismo tego cwaniaczka. Jesteście wolni. Nic wam już nie grozi. Dobrze się spisaliście, ale nikomu ani słowem, że Grimes stał się wampirem. Nikt nie lubi tego słowa po tej części muru, bo nie chcę szerzyć zamętu wśród całego garnizonu.
– A Bodil? Co z nim? – zaciekawiła się Micareth.
– Dzięki wam przeżył. Z pewnością już dochodzi do siebie. Ale to nic w porównaniu z tym, co się zanosi z Blackreachem. Porozmawiam z innymi a potem z samym kapitanem Beinardem. Zbiorę nieco woja i rozpierniczę tę kloakę wampirów na wszystkie diabły. Macie moje słowo, że dostaną za swoje!
– Sha'anks cieszy się! Cieszy się! To złe miejsce! Niech ono przepadnie! – zawtórował khajiit.
Nawet Micareth ucieszyła ta wiadomość sierżanta. Zatem poświecenie Very i okrutny los porucznika nie pójdą na marne.
– Jeśli trzeba, pomożemy.
– Postawa godna prawdziwej wojowniczki. Przyda nam się każda pomoc. A teraz chodźcie, zaraz nakryją wam do stołu. Zapewne jesteście głodni i spragnieni...
– Jak cholera... – odpowiedziała mu Micareth
* * *
Mimo dość późnej pory, kapitan Beinard był przygotowany na swojego gościa. Tak jak zawsze, siedział przy swoim wielkim dębowym biurku, podpisując ostatnie rozkazy, które zostaną wydane z samego rana. Ostatnim pociągnięciem pióra kreślił swój tytuł, co nadawało ważności dokumentu. Nie podnosząc oczu od stygnącego atramentu, odparł szorstko:
– Dobrze zdaję sprawę, co to oznacza. Od samego początku z Blackreachem były same kłopoty. A to, o co prosisz, jest niemożliwe do spełnienia.
Osobnik zbliżył się do kapitana tak bezszelestnie, że dla postronnego obserwatora byłby to niemal jak duch.
– Jeszcze pół roku temu nie miałeś kompletnie żadnej władzy w tej dziurze. Nie drocz się ze mną, a inaczej doigrasz się. Twój poprzednik marnie skończył, pamiętasz o tym?
– Pamiętam! – Beinard w gniewie aż podniósł się z krzesła, a potem niechcący zrzucił z blatu swoje podpisane rozkazy. – Nie poślę więcej moich ludzi na śmierć! Jeszcze trochę i nikt nie będzie stał na moich murach!
– Poślesz, poślesz! – przytaknął gość. – To już się stało!
– Po moim trupie, kanalio! – warknął kapitan.
Spowity w mroku gość nieoczekiwanie przeniknął przez blat biurka i zatrzymał się kilka centymetrów przed twarzą kapitana.
– A zatem, proszę bardzo... Umowa nieważna...
– Co...? – zdołał tylko to powiedzieć, gdy koścista dłoń gościa przeszła przez jego ciało, jak nóż przez masło i zatopiła się w jego bijącym się sercu.
Martwe ciało kapitana osunęło się głośno na podłogę a do komnaty dowódcy wbiegło nagle trzech wartowników, którzy do tej pory stali pod drzwiami. Nie spodziewali się, że ktoś może gdybać na życie ich przełożonego ani tego, że nikogo w środku nie zastaną. Zauważyli jedynie otwarte okno, lecz po potencjalnym intruzie nie było śladu. Jedyna droga ucieczki wiodła po stromych ścianach wieży, kilkadziesiąt metrów w dół. A nie widać było nikogo...
– Bijcie w dzwony! Kapitan nie żyje! – krzyknął jeden a drugi rzucił się biegiem na schody, by przekazać wszystkim żałobną wieść.
Adelaisa nawet nie raczyła spojrzeć za towarzyszami porucznika, gdyż było to dla niej kompletne obojętne. Po skończonej walce, dzięki wampirycznym zdolnościom do widzenia w ciemności, bez trudu ruszy za nimi i z łatwością odszuka ich w zakamarkach tuneli. Nikt nie zna sieci tego labiryntu lepiej niż ona sama – oczywiście, w przeszłości dochodziło do prób ucieczek więźniów, lecz wszystkie było one szybko tłumione. Tłumione w bardzo krwawy i brutalny sposób.
– Żeby mnie pokonać, potrzebujesz znacznie więcej niż kamyka na cienkim patyku, poruczniku – rzekła, z uśmiechem na ustach, na początek pojedynku wampirzyca.
Angara wiedział, do czego zmierza jego przeciwniczka, więc również odpowiedział w jej tonie:
– Ostatni, który tak mówił o moim wiernym toporku, wącha teraz kwiatki od spodu. Razem z resztą swoich zawszonych łachudr.
– Oho... Zatem zaliczam się do tych "łachudr"? – wampirzyca podchwyciła wątek, zaczynając szczerzyć swoje długie kły, jak na długą kolację.
– Wiedz jedno, paskudo, że tanio skóry nie sprzedam... – odparł w końcu stanowczo Grimes, szykując się na trudną potyczkę w swoim długim, lecz niewesołym życiu.
– Kto tu mówi o skórze, poruczniku... – zbliżyła się niebezpiecznie blisko, ale wciąż za daleko, by dosięgnął ją szybki cios toporem. – Ja gustuję w krwi...
Zamiast rzucić się do walki, wampirzyca, wyrzuciła z dłoni jakiś dziwny szarobury proszek, który trafił prosto w Grimes. Nie spodziewał się tego, bo odruchowo, tam, gdzie w jego mniemaniu miała stać, zrobił dwa zamachy. Ostrze topora zamiast ugodzić w ciało, bez oporu przeszło przez powietrze, że na moment osłonił się na atak wroga. Wampirzyca skorzystała błyskawicznie z okazji i rzuciła się na swoją ofiarę. Swoimi długimi pazurami zrobiła głębokie cięcia. W miejsce, gdzie w żaden sposób nie można byłoby się ochronić.
Z początku Angara poczuł jakby lekkie ukłucie, myśląc, że jedynie go drasnęła. Lecz momentalnie zmienił zdanie, gdy wamiprzyca pokazała mu swoje zakrwawione pazury, i z uśmiechem na ustach oznajmiła:
– Oj, zdaje mi się, że ktoś tu przegrywa...
– Zamknij się! – odwarknął i kontratakował.
Jednak wróg był zdecydowanie szybszy, unikając o kilka sekund przed ostrzem topora. Na dodatek znów otrzymał obrażenia, gdy odsłonił swoje boki pomiędzy jedynym zamachem a drugim.
– To musiało boleć... Prawda? – przyznała, po czym oblizało jeden cieknący krwią pazur, smakując ją, niczym wytrawna koneserka win. – Wyborny rocznik. Dorodny okaz.
– Posmakuje zatem tego! – Angara rzucił się na wampirzycę, zmieniając wcześniej swoją strategię. W jego odczuciu, drugiej takiej szansy nie będzie miał, bo już zaczynał tracić czucie w palcach od tych "zadrapań".
Tak, jak przypuszczał, wróg spróbował zablokować spadający na niego topór. Zaczęli się ze sobą siłować. Ostatnim wysiłkiem obrócił ostrzem do góry, przez co trzonek oręża zbliżył się do piersi wampirzycy. Ta nie przeczuwała, że śmiertelnik okaże się takim sprytnym rywalem i wykorzysta wszystkie sposobności swojej broni. Zdecydowanie nie tak to sobie wyobrażała. Grimes włożył cały swoją siłę, jaka w nim się jeszcze tliła, by zanurzyć trzonek w serce ożywieńca. Wiedział, że tego już nie przeżyje. Ani on, ani wampirzyca. Jeszcze kilka cali, i będzie po niej. Suka tego nie przeżyje... – pocieszał się w myślach.
* * *
Tymczasem khajiit i wojowniczka z nieprzytomnym wciąż urzędnikiem Bodilem posuwali się przed siebie. Micareth nie wiedziała dokładnie ile przeszyli, nim stracili porucznika z oczu, jednak czuła w swych obolałych kościach, że niedość, by mogli na chwilę zatrzymać się i złapać drugi oddech. Nadal byli w tunelach tego przeklętego miejsca, a do wyjścia z pewnością jest jeszcze więcej, niż mogli sobie to wyobrazić.
– Micareth jest zła? Micareth dlaczego milczy? – nieoczekiwanie odezwał się Sha'anks, że z wrażenia wojowniczka niemal nie wypuściła z rąk urzędnika.
– Kurde, no! Prawie się przez ciebie potknęłam, tępaku! – Micareth zbeształa towarzysza, zapominając, że głośne rozmowy mogą ściągnąć na nich jeszcze większe kłopoty niż zgraja tych wampirów. – Jak mam nie być zła? Te eksperymenty... Vera... Porucznik... To wszystko zbyt wiele, jak na ludzką kobietę, ot co!
– Sha'anks przeprasza. Sha'anks też nie wie, co z porucznikiem. Martwi się – wyznał koci towarzysz, strosząc swoją sierść.
– W porządku, nie masz za co przepraszać – spokojnym już głosem powiedziała Micareth, przy okazji poprawiając nieruszające się ciało Bodila, aby nie uwierał tak mocno na plecy. Bo ze wszystkich prac, dźwiganie i taszczenie ze sobą ciał (nawet tych żywych) nie było jej ulubionym zajęciem. – Idźmy. I proponuję mówić ciszej. Nie jesteśmy tu sami. Nie zapominaj o tym.
– Tak, jest! Sha'anks będzie cichszy, niczym Strażnik Świętej Khajiitańskiej Lao-Spar'Koli.
Lao-Co-Takiego? – zapytała samą siebie, lecz wolała nie mówić tego na głos. Rasa khajiitańska i tak już była pokręcona a nie wiadomo, czy wyjdą z tego w jednym kawałku.
W końcu niepokojeni przez wampirze pomioty pokonali jeden z dłuższych korytarzy, oświetlany przez słabą poświatę jaskiniowych grzybów. Micareth czuła, że do wyjścia niewiele im zostało. Jednak jej radość szybko zgasła, niczym palący knot świecy na wietrze, kiedy nieoczekiwanie przed nimi ukazały się dwa przejścia. Nie pamiętała tego, gdy tu wchodzili. Możliwe, że w ferworze walk i chaosu nie przyjrzeli się zbytnio drodze, którą przemierzali przez Blackreach. A na ziemi nie widać było, aby ktokolwiek zostawił jakikolwiek ślad. Pieprzony wampiry, wszystko nam skomplikowały...
– Który tunel, Micareth? – khajiit nie tego się spodziewał się zobaczyć.
– Nie wiem. Przyszliśmy lewym, czy prawym? Pamiętasz może?
– Sha'anks nie pamięta. Przykro mi... – wyznał ze smutkiem.
– A co ci podpowiada intuicja? Wasza rasa słynie ze swoich wyczulonych zmysłów, nieprawdaż? – spytała wojowniczka, przypominając sobie, co kiedyś usłyszała od miejscowych, którzy wielokrotnie spotykali się z podróżnikami, gdy ci opowiadali o wyczynach kilku khajiitów.
Sha'anks nastroszył uszy, nerwowo rozejrzał się i w końcu odparł:
– Lewy. Zdecydowanie, ten lewy.
– Na pewno lewy? Skąd takie przeczucie? – zdziwiło Micareth, bo wybór tunelu trwał u khajiita zbyt szybko.
– To nie przeczucie, ale zapach. Ten inaczej cuchnie.
– Cuchnie? Znaczy się, że śmierdzi? Nic nie czuję – wojowniczka nie wiedziała już, co o tym sama ma myśleć. Smród to smród. Każdy potrafiłby go wyczuć. Nawet człowiek.
– Bo to specyficzny zapach – wyjaśnił, wskazując łapą swoje kocie wąsy.
– Aha, może i tak. Pośpieszmy się zatem, bo nie mam zamiaru później szorować się mydłem cały dzień.
Po czym oboje weszli, niosąc Bodila, do lewego tunelu, który był identyczny jak prawy.
* * *
Przeszli tak kilkadziesiąt metrów, gdy nieoczekiwanie pod ich stopami coś zaczęło trzeszczeć, jakby nastąpili na porozrzucane potłuczone czyjeś naczynia. Ale kto miałby mieć naczynie w takich zatęchłych tunelach? Co więcej, Sha'anks przyznał, że ten zapach, który jedynie on wyczuwał, nabrał na sile. Zszokowało to Micareth, bo nie tak wyglądała droga do Blackreach. Wojowniczka przeczuwała najgorsze. Czyżby khajiit się pomylił? Weszliśmy do złego tunelu? – przemknęło jej przez myśl.
Jej wątpliwości zostały błyskawicznie rozwiane, gdy oboje usłyszeli gdzieś niedaleko ich donośny i złowrogi głos:
– Och, cudnie! Smakowita kolacja przyszła do mnie! Mmm... starczy na cały tydzień!
Micareth dobyła ostrza, puszczając Bodila tak, że khajiitowi nie mógł samodzielnie go potrzymać i obaj upadli na ziemię. Urzędnik z Greymooru w przeciwieństwie do Sha'anksa nie odezwał się ani słowem, zatem wciąż był nieprzytomny.
– Ja ci dam kolację... Zaraz zrobię tobie tym ostrym końcem taką lewatywę, że ten, kto cię będzie zszywał będzie cały miesiąc się śmiał.
Nieznajomy w tunelu przyjął to z rozbawieniem. Usłyszeli jego donośny śmiech.
– Proszę, proszę... W przeciwieństwie do tych krwiopijców, jesteście nawet wygadani. Tak o wiele lepiej. Nie żebym narzekał, ale wolę, gdy kolacja jest świeża i potrafi mnie zająć swoim głosem, kiedy będę się nią pożywiał. Słyszałem już was wcześniej, jak połamaliście gnaty mojej poprzedniej kolacji. Bez obaw, wasze żałosne kosteczki trafią dokładnie w to samo miejsce, co tamci.
Micareth zrozumiała, że ten wcześniejszy dźwięk nie pochodził od naczyń, a raczej od kości jakiś nieszczęśników, których ten osobnik zjadł. Że wampiry były też w to zamieszane. Że być może podrzucały mu nieudane swoje eksperymenty, karmiąc to coś w ciemnościach.
– Niedoczekanie twoje! Z nami nie pójdzie ci tak łatwo! Wyłaź i pokaż się nam! – krzyknęła i na migi poleciła Sha'anksowi stanąć z boku, aby chronił za wszelką cenę urzędnika z Greymooru.
– Tu, gdzie siedzę, jest mi dobrze i nie wyjdę! Ale może zabawimy się inaczej?
– Nie interesują mnie twoje nekrofilskie zabawy, chory pokurczu! – odparła w gniewie, po czym po cichu zwróciła się do khajiita, mówiąc na migi: – "Gdzie on jest? Skąd mówi?"
Sha'anks zrozumiał błyskawicznie i łapą wskazał potencjalne miejsce, z którego słyszeli złowrogiego nieprzyjaciela, którego skrywały mroki tunelu. – "Tam!"
– Ho-ho, ale zadziorna! Martwa nie opierałabyś mi się, ale miałem na myśli inną zabawę. Proponuję zagadkę. Jeśli zgadniesz, zostaniesz zjedzona na końcu.
– A jeśli nie zgadnę? To co wtedy? Zjesz mnie pierwszą?
– Dokładnie tak! Zresztą i tak nie masz wyboru, więc posłuchaj uważnie: Co to za zwierzę? O poranku chodzi na czterech nogach, w południe na dwóch a wieczorem na trzech?
– Na pewno wieczorem chodzi na trzech? – zapytała, wyciągając z kieszeni mała fiolkę z zielonym płynem.
Nieznajomy podniósł głos, co tylko upewniło Sha'anksa, że wskazane przez niego miejsce wroga jest bardzo prawdopodobne. Micareth nie mogła się pomylić, drugiej takiej szansy nie miała. Musiała trafić za pierwszym razem, inaczej marnie skończą.
– Trzy! Na pewno! Wiesz już, co to za zwierzę?
– Tak, wiem! To będziesz ty, bez jednej ręki, łachudro! – wykrzyknęła i rzuciła z całych sił flakonik.
– Że co... kur...? – to były ostatnie słowa nieznajomego, gdyż po chwili zaczął głośno wrzeszczeć, kiedy zawartość rozbitej buteleczki wylała się na jego ciała. A następnie usłyszeli, jak wybucha, masakrując ciało osobnika tak, że z bólu nie mógł przestać krzyczeć. – Ty...!!! Aaaaa...!!!
– Pozdrowienia od Very! Prędzej, Sha'anks! Bierzmy urzędasa i w nogi! Do prawego tunelu!
Khajiitowi nie trzeba było drugi raz mówić. Wspólnie podnieśli nieprzytomnego Bodila i ruszyli do drugiego tunelu. Tam, gdzie było wyjście z Blackreachu.
Plugawa istota brnęła mrocznymi odmętami jaskini a zbrukanym od obrażeń ciałem nieustannie targały pośmiertne konwulsje. Przez ułamek sekundy monstrum pomyślało, że jakby jakaś siła zewnętrzna kieruje jej poczynaniami, a wszelki stawiany opór był boleśnie zduszany już w zarodku, nie odpuszczając, by zboczyła ze swojego celu, który miała przed sobą. Mimowolnie próbowała otworzyć zakrwawione ślepia, lecz jedynym obrazem, który do niej docierał był szkarłatny szał mordowanych przyszłych ofiar. Co ciekawe, nawet ręką nie mogła ruszyć, bez wyraźnego "rozkazu" tego czegoś nad sobą – myśl o tym jednak uleciała tak szybko, jak się pojawiła. Co kilka kroków ohydny stwór ocierał się o skały w wydrążonym korytarzu, wydając z siebie skrzypiący odgłos, który brzmiał niczym szarpany czubek miecza o inny metal – jakby miał oznajmiać wszystkim, że oto nadciąga ich zgroza, ich niechybna zguba.
***
Uszy Sha'anksa nastroszyły się i poruszyły się w tę i we w tę, niczym u groźnego śnieżnego wilka na moment przed rzuceniem się do pościgu za zdobyczą. Jednak w tym wypadku, to zając był polującym, a wilk ofiarą. Po chwili khajiit oznajmił wszystkim:
– Po-poruczniku... Coś nachodzi!
– Co konkretnie?! – dopytał się Angra.
– Coś... pie-piekielnie ogromnego! – odrzekł szybko koci podkomendny, jakby samemu nie wierząc w to, co właśnie powiedział.
Jakby na zawołanie, na potwierdzenie jego słów, narastający łomot z mrocznej czeluści tuneli przybrał na sile. Nie ulegało wątpliwości, że cokolwiek tu się zbliża, jest duże, paskudnie wyglądające i nie ma zamiaru mile zapytać ich o dalszą drogę.
Dłonie Grimesa bardziej zacisnęły się wokół trzonka jego uniesionego topora tak, że każdy mógł bez trudu dostrzec, że sytuacja robi się naprawdę napięta i niebezpieczna.
– Vero... – zwrócił się do Wysokiej Elfki, po czym przełknął ostrożnie ślinę i dodał: – Dasz radę użyć jeszcze raz swoich zdolności?
– Nie... Jeszcze nie teraz. Muszę odpocząć i odzyskać nieco sił. Poza tym nie sądzę, że jakaś płonąca czaszka dałaby tutaj radę.
– Nic a nic? – włączyła się do rozmowy Micareth, nerwowo rozglądając się, jakby zaraz miało wpaść do środka z tuzin goblinów. – Nie masz jakiś mikstur na czarną godzinę? Nekromanci chyba mają coś w zanadrzu, nie?
Elfka uzdrowicielka krzywa na nią spojrzała, jakby ktoś odkrył jej wielką tajemnicę i wyciągnęła niewielki flakonik z zieloną zawartością z jednej ukrytych kieszeni, po czym odrzekła swojej towarzyszce:
– Na pewno? Więcej ich nie mam. I raczej to nie jest odpowiednia chwila by... – urwała, gdy nieoczekiwanie z mroku zaczęły wyłaniać się szkaradne kształty czegoś, co niedawno było czymś człowiekiem z krwi i kości a teraz jakby zostało wyrwane z sennego koszmaru istnego szaleńca.
Nawet sam Sha'anks nastroszył swoją sierść widząc przed sobą tak przerażający obraz. Ukazał się plugawy stwór, który na pierwszy rzut oka z sylwetki przypominał dwuipółmetrowego człowieka-wojownika, którego spotkał jakiś makabryczny wypadek. Od podbrzusza, przez cały tors, aż po samą szyję przebiegała wielka szkarłatna szrama, jakby sam górski gigant rozpruł tego nieszczęśnika swoim wielkim toporem. Dziwnym trafem wnętrzności nie wypadły na zewnątrz, trzymane na strzępku mięsnego ochłapu, lecz nie to było ohydne. Nieszczęśnik nie posiadał oczu, bo te zostały jakby odgryzione przez coś, co mogło się wydawać z początku za czarny odwłok z kilkoma odnóżami na karku ofiary. Gdy stwór zrobił kolejny krok przed siebie, wszyscy mogli wreszcie dojrzeć, co to było naprawdę.
Na kilka sekund serce Angra niemal stanęło, gdy dojrzał najbardziej szkaradnego i wielkiego pająka, jakiego w życiu spotkał. Także Micareth wzięła głęboki wdech, gdyż nie tego się spodziewała. Ogromny pająk-pasożyt z czerwonymi ślepiami z koszmaru siedział na karku martwego człowieka, z wbitymi kłami jadowymi w jego czaszkę, jakby sterując poczynaniami swojej dwuipółmetrowej kukiełki. Gdyby ktoś przypadkiem ujrzał tę scenę nie wiedziałby rzec, co było straszniejsze: wygląd czy zdolności plugawego stworu.
I gdy zdawało się, że ta mrożąca w krew w żyłach chwila mogłaby trwać wiecznie, przeciwnik ruszył dalej, wprost na nich. Ślepia pająka na karku ożywieńca zabłyszczały, jakby przeczuwało, że dzisiaj będzie prawdziwa uczta dla jego morderczych zapędów.
– Atakujcie! Teraz! – wydał rozkaz porucznik, otrząsając się koszmaru, jaki ten padół wydał na świat.
Sha'anks jako pierwszy ruszył do ataku, wymachując swoim ostrzem, lecz stwór nie zważał na jego akrobacyjne techniki i parł przed siebie. Plugastwo sięgnęło swoją zakrwawioną ludzką dłonią, by pochwycić khajiita, lecz zrobiło to tak powolnie i ociężale, że koci szermierz wykorzystał swoją szansę – zrobił głęboki zamach i niemal odciął nieumarłemu rękę. Ogromny pająk głośno zasyczał, jakby to on odczuł ten cios a nie jego kukiełka. Natychmiast wykorzystał w kontrataku swoje odnóża z kolcami, lecz zdecydowanie spóźnił się ze swoją reakcją i nic nie trafił.
Micareth dołączyła się do potyczki, próbując zajść potwora z drugiej strony i wspomóc towarzysza. Nie doceniła jednak pająka, który nieustannie obserwował całą okolicę swoimi ślepiami i nie zamierzał zaprzestać zgładzenia ich wszystkich. Wojowniczka zdołała zadać kilka szybkich cięć w brzuch, aby sprawić by wnętrzności wypadły na ziemie i jakoś spowolnić przeciwnika, aby następnie dobrać się do samego wroga na karku ożywieńca. Pomysł był dobry, lecz cel nosił na sobie jakieś prymitywne kawałki szmat, przez co ostrze za każdym razem nie mogło naruszyć głęboko mięsa i wywołać spodziewanego przez Micareth efektu. Na dodatek to ona stała się teraz celem ataków pająka, gdyż nie była dostatecznie szybka i zwinna jak khajiit. Plugawe monstrum zrobiło kilka zamachów ręką i odnóżami oraz naparło na wojowniczkę. W ruch poszła nawet wielka stopa, aby zgnieść swoją ofiarę, gdy ta unikając ciosu zrobiła unik przed zabójczą szarżą.
Zamiast zmiażdżyć ciało wojowniczki, stopa runęła na leżące ciało Miltena. Impet uderzenia wystarczył, aby głowa starego poległego druha porucznika została sprasowana niczym jabłko w imadle. Kawałki mózgi i krwi rozbryzgały na wszystkie strony a monstrum znieruchomiało na moment. Grimes miał zamiar wykorzystać okazję, by swoim toporem zrobić z nogi wroga krwawą miazgę, gdy wtem usłyszał, jak nieruchome i martwe do tej pory usta ożywieńca poruszają się i wymawiają bulgoczące pojedyncze słowa. Słowa, które dobrze kiedyś znał. Słowa, które zaniepokoiły również pająka, gdyż nie spodziewał się, że jego kukiełka może okazać mu chwilowe nieposłuszeństwo.
– Gl... e... ż...! Hu-hu! Gleż! – dwuipółmetrowy ożywieniec wydusił z siebie z rozbawieniem, zanim pająk na powrót odzyskał kontrolę nad swoją "zabawką".
– "Gleż"? O, nie...! Bagienny Jeż! Dlaczego ty...? – rzekł na głos Grimes, gdy przypomniał sobie, kto tak mówił i co to faktycznie oznaczało. Aż mu się zrobiło żal, że przyszło mu stanąć do walki z kimś takim. Ręka trzymająca topór zadrżała. Chciał zaatakować, ale się wahał, jak nigdy dotąd.
– Poruczniku! No dalej! – krzyknął zza jego pleców Sha'anks. – Niech pan, atakuje!
– Wybacz mi, Bagienny Jeżu! Wybacz mi...! – powiedział cicho do siebie i z okrzykiem zaszarżował na wroga.
Spóźnił się, przez co plugawe monstrum ledwo zostało zadraśnięte w bok. Rozjuszony pająk z piekła rodem przystąpił do kontruderzenia – zademonstrował swój nowy atak. Wściekle wysunął swoje kolce jadowe, aby splunąć przed siebie, celem sparaliżowania przeciwnika a następnie wyprowadzić kilka ciosów swoimi długimi czarnymi odnóżami.
– Padnij! – Ohydna zielonkawa maź niemal drasnęła Angra, gdyby Micareth nie przyszła w porę. Rzuciła się, przez co jad trafił jej płaszcz, zamiast porucznika. Natychmiast, jakby nauczona od dziecka, zrzuciła z siebie tlący się ubiór na ziemię, aby zapobiec dostaniu się jadu na skórę. Zrobiła to w samą porę, bo po paru sekundach na skórzanym materiale zrobiła się ogromna dziura.
– Uwaga! Cofnąć się! – nagle usłyszeli głos Very.
Plugawe stworzenie miało znów zaatakować jadem, gdy nieoczekiwanie przed nim spadła niewielka fiolka. Wszyscy odruchowo zasłonili swoje oczy, nie wiedząc, co może się zaraz wydarzyć. Z chwilą rozbicia, zawartość buteleczki wybuchło jasnym światłem, a od ścian oderwały się duże kawałki skał, które w okamgnieniu runęły na ich zaskoczonego wroga. Wnętrze tunelu zadrżało a z sufitu posypały się, prócz kamieni, tumany kurzu, które zgromadziły się tu na przestrzeni wielu lat.
Nie trwało długo, aż wszyscy podnieśli z ziemi i obejrzeli się dookoła, badając na nowo okolicę. Przejście, którym przyszli, a którym nadeszło monstrum, uległo całkowitemu zasypaniu. Spod wielkich głazów wystawał krwawy ochłap stop paskudztwa, z którym niedawno toczyli bój. Wyglądało na to, że wróg przestał zagrażać a droga powrotna została odcięta na dobre, więc skazani byli na wędrówkę w głąb krasnoludzkich tuneli.
– Nie mogłaś szybciej, Vero? – rzekła wściekle wojowniczka. – Przez ciebie przepadł mój nowy płaszcz...
– Przepraszam was. Ja... ja... bardzo boję się pająków. Zwłaszcza tych dużych – odrzekła elfka nekromantka, wciąż otrzepując się z kurzu, jakim była cała pokryta.
– Nie dziwię się, duże to było cholerstwo... – przyznała w końcu Micareth towarzyszce. – Jeszcze te jego "gleże". Co to, u diabła, było?
– Nie "gleż" a "jeż". To był Bagienny Jeż – wyjaśnień jej udzielił Grimes, przywiązując topór do pasa.
– Jeż? Takie do jedzenia, poruczniku? – zapytał z zaciekawieniem kajiita.
– Owszem, to była ulubione zajęcie Bagiennego Jeża, jak nazywaliśmy takiego nierozgarniętego chłopaka w północnym garnizonie Greymooru. Wiecie, był trochę nie-ten-tego – opowiadał porucznik, dotykając palcem głowy – ale dobrze walczył, więc trafił na służbę. Co kilka dni kilku chłopaków przynosiła z bagien jeże i rzucała mu je pod nogi, dla zabawy. A ten z łatwością je zgniatał na miazgę, wykrzykując zawsze "gleż, gleż" – mówiąc to, Anger pokazał gestykulując, jak to naprawdę wyglądało. – Stąd jego ksywka "Bagienny Jeż".
– Jak zginął? – spytała Vera. – Bo chyba nie wyglądał tak "urodziwie" od urodzenia.
– Gdzieżby tam! Kilka lat temu wyruszył sam na trzęsawiska, bez słowa opuszczając garnizon i nigdy już go potem nie widzieliśmy. Byliśmy przekonani, że ubzdurał sobie, że znajdzie sobie całe stado jeży i wróci do nas niebawem. Tak się jednak nie stało... aż do dziś. – Oczy porucznika Grimesa po raz ostatni spojrzały na resztki Bagiennego Jeża pod tonami skał i oznajmił: – Ale to już przeszłość. Musimy iść dalej. Chodźcie!
"Raven's Cry"
Niedawno ogrywałem sobie "Raven's Cry", które zakupiłem na megawyprzedaży i wiecie, co? Bawiłbym się świetnie (ach, te wulgarne i dowcipne dialogi!), gdyby nie jeden wielki problem - ta gra ma tak skopaną optymalizację, że chyba była robiona na żelazku z XIX wieku. W każdym mieście/porcie gra spowolniała do 10-15 fpsów (a jeszcze gorzej było, jak próbowało się przebiec z jednego miejsca w drugie) na moim sprzęcie, który ma m.in. SSD i 16GB RAMU.
"Nina: Kroniki Agenta - Tunele"
Grałem w to 8-9 lat temu i powiem tak: (uber)hardcorowa gra, która nie wybacza żadnych błędów (wróg zabójczo strzela, niczym RoboCop bo wyczyszczeniu serwomechanizmów WD-40) - drobna pomyłka i cały poziom trzeba było grać od nowa, co też uczyło zarówno superrefleksu, jak i anielskiej cierpliwości z każdym pokonywanym zakrętem na mapie.
Trofeum Rewolwerowiec (Gunslinger) można wbić również w DLC-ku - chociażby w The Nightmare, gdzie w podziemiach pojawia się dużo wrogów bez kasków/hełmów :-)
Zabrakło nieśmiertelnego powiedzonka Bezimiennego:
"No to pohandlujmy. Pokaż mi swoje towary!" :)
Ach, aż łezka w oczku się pojawiła...
Może to ten moment, by ponownie wrócić do Doliny Lodowego Wichru?
karo040626: "mam problem z gra Quantum of Solace na xbox'a 360 niewiwm jak mam dalej przejsc
jestem na koncu 2 etapu bije sie z gostkiem na tej dzwonicy"
Musisz stoczyć walkę w trybie QTE [na PC] musisz idealnie trafić LPM (kliknąć) w pojawiające się kółka (zmieścić w jego obrębie, które stale się zmniejsza). Nieudane kliknięcie spowoduję utratę twojego życia.
W sumie i ja mam kilka pytań [wersja PC]:
1. Udało się komuś zaliczyć osiągniecie z powaleniem 50 wrogów - mi ciągle się nie pokazuje, mimo iż powaliłem już blisko ~200 wrogów.
2. W ogóle jest ten potrzebny serial z tyłu instrukcji gry? Ani razu GftW nie poprosiło mi o niego.
3. MULTI - gra ktoś jeszcze (muszę nabić osiągnięcia)? Ewentualnie kiedy najlepiej podłączyć się do gry, by natrafić na innych graczy w sieci?
Ma ktoś może zeskanowaną polską okładkę do tej gry [żeby nie było, mam oryginała, gdzie umieszczono obok gry patch do Colina] bo przydałaby mi się ta z Extra Klasyki (ta niebieska, box DVD)?
Witajcie
Kupiłem sobie tą grę na allegro.pl, ale mam instrukcję po angielsku.
A wiem, że było wydanie z polską instrukcją gry (w której, jak przypuszczam
było przetłumaczony album rodziny Covenantów). Więc mam do Was gorącą
prośbę (do tych, co mają polską instrukcję) czy moglibyście mi ją podesłać
(wystarczy czytelne fotki ze stron)?
Pozdrawiam
Potrzebuję porady - gram Blood'em i utknąłem w pojedynku z hiszpańskim jegomościem (z kapeluszem) w porcie. Innych wojaków rozwaliłem, tylko tego wciąż nie mogę pokonać. Czy ktoś może mi poradzić, jak go pokonać (ew. jaką taktykę przyjąć w walce, bo już nie mam sił na setną powtórkę pojedynku). Zaznaczam, że nie posiadam pistoletu...