Rozdział II
Krew, wszędzie krew. Dość spore pomieszczenie z którego wychodziło 6 korytarzy, całe było na podłodze i ścianach pokryte krwią. Ciekła ona przede wszystkim ze stworów, które w męczarniach umierał pod wpływem zaklęcia Very, a co było dopiero teraz widoczne to że potwory były całe poskręcane, z otwartymi złamaniami swoich koniczyn z których wylewała się posoka.
Krew na rękach porucznika, przez chwile to ten obraz zmroził samego Grimesa. Miał przed sobą białą jak śniegi Skyrim twarz starego kompana, którego traktował jak młodszego brata. Nie mógł jednak poświęcić swojemu przyjacielowi już ani chwili. Donośne warczenie i jęki dobiegały, jak się mogło wydawać ze wszystkich korytarzy. Pierwsze co pomyślał to, cofnięcie się i wezwanie posiłków. Choć porucznik słyną z odwagi, to co właśnie zobaczył zmroziło jego i tak zimną krew na tyle, że ucieczka wcale nie była by hańbiąca w tym wypadku. Ledwie odwrócił wzrok w kierunku korytarza, którym przyszli i zobaczył zadyszanego Sha’nksa.
-Generale, Sha’nks ma złe wieści. – Cały czas dysząc, wymamrotał- Tunel się zawalił.
Nikt nawet nie zauważył kiedy zwinny Khajit , wykorzystując sytuacje, próbował dać drapaka zostawiając ta wesołą gromadę samą sobie.
Micareth, która podtrzymywała jeszcze słabą Verę na ramieniu. Spojrzała głęboko w oczy Grimesa. Jej oczy mówiły jasno, że ja nie chce tak zginąć.
Widząc to Angra zerwał się z podłogi krzyknął.- Za mną!- Z wielkim przekonaniem w głosie, chociaż sam nie wiedział gdzie znajdzie bezpieczne miejsce.
Odgłosy coraz głośniej wydobywały się z korytarzy, były tak głośne że mogło się wydawać iż bestie są tuż obok nich. Shanks zobaczył ogromne dwuczęściowe żeliwne drzwi na końcu jednego korytarza. Tam właśnie ruszyli. Gdy byli już w tunelu Grimes zobaczył bestie wchodzące do pomieszczenia w którym przed chwila byli. Stwory poczuły ich trop. Błyskawicznie ruszyły w ich stronę.
Shanks dobiegł do drzwi.
-Zamkniete- dalo się wyczuć jego przerażenie
-Odsuń się –powiedziała Micareth- I z pełnego rozbiegu, barkiem staranował drzwi. Jednak ruszyła się tyko jedna połowa i to nieznacznie. Micareth zobaczyła że z drugiej strony drzwi zapięte są łańcuchem. Widać było że trochę już skruszałym. Awanturniczka chwyciła swój Rapier i z całej siły uderzyła w szczelinę między drzwiami aby trafić łańcuch. Udało się. Jednak walka była nieunikniona.
Kiedy Micareth otwierała drzwi. Reszta drużyny, również osłabiona Veranque, która jeszcze w pełni nie doszła do siebie przyjmowała pozycje do ataku. Pierwsza fala stworów uderzyła, Shanks i Angra cieli swoimi ostrzami jak opętani. Jak dzikie bestie zagonione w róg. Właściwie to była dokładnie taka sytuacja. Micareth uchyliła drzwi.
-Teraz, biegiem- krzyknęła zdenerwowana.
Vera tylko to słysząc stworzyła barierę by odciągnąć wojowników od dzikich bestii. Wszyscy pobiegli. Porucznik chwycił Vere i rzucił nią w kierunku drzwi. Bariera się przerwała. Ostatni Grimes, ledwo mieszczący się w drzwiach, zamknął je z wielka siłą przycinając pysk jednej z bestii. Micareth chwyciła pierwsze żeliwo jakie znalazła oparte o kolumnę, ledwo była wstanie je podnieść, z całym zaangażowaniem rzuciła je w stronę drzwi. Porucznik i khajit chwycili za metalową bele i zabarykadowali drzwi. Udało się drzwi były teraz nie do sforsowania.
Wszyscy sapali ze zmęczenia i chociaż nie wiedzieli czy są bezpieczni, mieli teraz chwile oddechu. Sytuacja dalej była napięta. Z rękami zaciśniętymi na broni porucznik ruszył na przód, rozpalił pochodnie i rozejrzał się po sali. Pokój okazał się ogromny i najwyraźniej pusty ale nie widzieli go całego. Nastała cisza. Wszyscy mogli już odetchnąć z ulgą. Jednak zamiast tego rozpoczęła się… dyskusja. Pierwszy zaczął Sha’nks, usiadł na ziemi i zobaczył że spod skurzanej zbroi cieknie mu krew.
-Kapitan się nie gniewa, ale Sha’nks chciałby wrócić do celi jeśli to możliwe-ostatnie słowa zakończył jękiem kiedy rozpinał swój żupan –Sha’nks wiedział że lepiej nie mieszać się z takimi jak ona -spojrzał złowrogo na Veranque.
-Przecież żyjemy i czemu uważasz że to moja wina?- Powiedziała bez irytacji w głosie, była spokojna.
-Bogowie nie lubią takich ja ty i Sha’nks też nie lubi. Przynosicie pecha, uważacie się za kogoś ponad prawem. – Sha’nks dalej obrażał swoją towarzyszkę przygody. Kiedy ona mu przerwała.
-Bez mojej pomocy leżał byś w tamtej sali martwy, ciekawe co byś miał wtedy do powiedzenia. –Oznajmiła już wyraźnie zdenerwowana.
-Półkowniku, Sha’nks dobrze mówi?
Grimes widocznie zmęczony i obolały usiadł przy kolumnie, Najpewniej w ogóle nie zrozumiał pytania, ale przede wszystkim nie miał siły powstrzymywać zapędów swoich kompanów.
-Micareth?- Sha’nks szukał kogoś, kto przyzna mu rację.
-Ona przynajmniej się od nas nie odwróciła, próbując uciec.- Powiedziała szorstko, trzymając w ręce roztrzaskany miecz.
-Sha’nks nje uciekał, nje, nje, nje.- Wyraźnie był zakłopotany.
-No właśnie pchlarzu.- dodała Vera- Mnie próbujesz oskarżać , a gdy nadarzyła się dobra okazja to jedyne co miałeś w głowie to wolność.
-Jak śmiesz tak mówić o Sha’nksie. Owszem Sha’nks lubi wolność, nje, nje kocha wolność. Ale Sha’nks próbował was ratować, gdyby Sha’nks nie pobiegł zobaczyć czy tunel się zawalił. To byś my tu utknęli.- Mówił to z wielką pewnością siebie, jednocześnie opatrując rany.
-Starczy już tego- w końcu odezwał się Angra- Zapalcie pochodnie, opatrzcie się i ruszamy dalej. Trzeba znaleźć wyjście z tej zaplutej jaskini.
Nikt nie miał chęci dyskutować z porucznikiem. Podeszła tylko do niego Vera aby opatrzyć rany. Reszta zapaliła pochodnie i udała się w głąb pokoju. Zobaczyli nagle że nie jest to zwykły pokój. To była krasnoludzka kuźnia. Na środku błyszczał wielki piec hutniczy, przy każdy filarze i przy każdej ścianie stało stanowisko rzemieślnicze. Przy stanowiskach kowadła, młoty, kilofy, a na samych blatach drogocenne kamienie, sztabki świecących się kruszców i jeszcze nie oprawionej rudy. Całe miejsce wyglądało jak opuszczone tuż przed chwilą. Na samym środku obok pieca znajdowało się zdobione kowadło. Wszystko mieniło się złoto-brązowym blaskiem, na kowadle były kawałki niebieskiego -pięknego jak później uznał Khajit kruszcu. Oświetlili sale świecznikami które znajdowały się przy każdym stanowisku. Z komnaty wychodziły jeszcze 2 wejścia. Było to niesamowite jak wielkie mogło być Blackreach i ile dróg do niego prowadziło. Awanturnicy postanowili odpocząć w tej sali. Zapalili w jednym z palenisk ogień i postanowili się przy nim położyć.
-Ja wezmę pierwszą warte-mruknęła Micareth
Pozostali zasnęli. Jednak Grimes nie umiał spać, wciąż myślał ilu jeszcze dobry ludzi stracił w tych przeklętych korytarzach. Cały czas miał wrażenie że coś go obserwuje. Wstał i zobaczył że Micaret w kącie sali czymś się zajmowała. Gdy podszedł bliżej zobaczył że jest przy stanowisku z bronią. Wyciągnęła jeden z mieczy. Był idealny, doskonale wywarzony, o złoto-brunatnym zabarwieniu ostrza. Porucznik jednak zrezygnował z pogawędki z Micareth, widać było że chce zostać teraz sama.
Po jakimś czasie obudził go Sha’nks, obudził również resztę drużyny. Wszyscy przyznali ze nie spali najlepiej szczególnie Khajit, przez cały swój sen machał pazurami, całe szczęście nie zrobił nikomu krzywdy. Cały czas czuli czyjaś obecność. Mrok który wczoraj był przyjemny i zapewniał schronienie. Dzisiaj był przerażający. Postanowili się dużo nie zastanawiać ruszyli do bramy której drzwi bardziej prowadziły w stronę z której przyszli, aby dalej nie zagłębiać się w serce Blackreach. Jednak zaczęli błądzić i czuli się coraz gorzej.
Nagle od strony jednych drzwi poczuli przyjemny chłód. Otworzyli je, a w pokoju do którego weszli była ogromna wyrwa w ścianie. Postanowili sprawdzić ten trop.
Sha’nks w końcu wolny-powiedział cicho, lecz z uśmiechem na ustach.
Jednak nie było się z czego cieszyć na końcu tunelu znajdowała się wielka jaskinia, chociaż to był cały kompleks jaskiń. Znaleźni się oni jednak w miejscu które było wysokie na kilkadziesiąt metrów a z oddali unosiły się nieprzyjemne odgłosy. Jednak świeże powietrze trochę podbudowało awanturników. Gdy weszli na pierwszy pagórek który zasłaniał im widok krew znowu w nich zamarła. W oddali zobaczyli prawdziwą ucztę okropieństwa i mordu. Wielki krąg wymazany krwią w którym leżeli z cieknącymi ranami ludzie ubrani w mundury z Greymoor. Obok tego wszystkiego wielki stół gdzie uczta bestii trwała w najlepsze. Było widać ludzkie jak i zwierzęce sylwetki które bawiły się małymi truchłami najprawdopodobniej truchłami dzieci. Po lewej stronie ogromny kompleks klatek w których były uwięzione jeszcze żywe osoby.
-Widzicie te wnękę w ścianie za klatkami.- Odezwała się nieśmiało Micreath- To może być tunel na wolność, bo raczej nie zebrali tych ludzi daleko od wejścia?- Zapytała retorycznie
-Czy ty oszalałaś odezwał się Sha’nks- trochę podenerwowany
-Micreth ma racje- dodała Vera- Jeśli uda nam się tam zakraść to mogą nie poczuć naszej obecności przez więźniów, to jest nasza szansa.
Panie Generale, Sha’nks tak jak pan nie chce zginąć? Prawda?
-A masz inny wybór-warknęła Micreth- wolisz się tułać po tych krasnoludzkich korytarzach do końca swojego życia.
Wszyscy czekali co powie porucznik.
-Uważam że powinniśmy spróbować.-Chociaż w głębi wiedział że rzadko podejmuje dobre decyzję, ale to miała być wyprawa samobójcza, w takim razie trzeba z jakiegoś powodu umrzeć .Po szybkim namyśle powiedział- Jest to ryzykowna droga, jednak los dał nam takie kart więc nie możemy narzekać.- Miny jego kompanów wcale się nie poprawiły. Jego przemowa może ich nie podbudowała, może też dlatego że Grimes przeczuwał że to nie skończy się tak łatwo.
Po cichu podeszli pod pierwsze klatki. Ludzie w nich byli wygłodzeni, brudni, niektórzy martwi. Wszyscy jednak byli jak w transie, tak jakby zajmowali się czymś zupełnie innym. Mała dziewczynka w rogu wyglądała jakby się bawiła swoją lalką, tylko że żadnej lalki nie miała. Porucznik patrzył na nich z wielkim współczuciem, wiedział jednak że sami nie wiele mogą wskórać. Nagle gdy zbliżali się do szczeliny, cichy głos.
-Ej wy… tak wy. – Głos był cichy i wydobywał się z ust starego człowieka.-Podejdzie tu szybko, nie jesteście jak reszta?
Było to dziwne, ponieważ żaden więzień wcześniej nie zwrócił na nich uwagi.
Usłyszał go jedynie Kahjit, spojrzał na niego wielkimi oczami, teraz jeszcze większymi od zdziwienia. I wskazał palcem reszcie drużyny. Wszyscy nagle się zatrzymali. Człowiek wyglądał na zwyczajnego starca.
-Kim jesteś i czemu inni więźniowie tak wyglądają?- Błyskawicznie z zaciekawieniem powiedziała Veranque.
-Ja jestem… właściwie to nie wiem, ale prawie na pewno wiem że magiem, zobaczcie mam taki amulet wygląda na magiczny, nie?- Powiedział lekko ożywiony starzec- lepiej powiedzcie co wy robicie w tak strasznym miejscu?
-Jesteśmy tu…- Grimes chciała powiedzieć, że są tu aby uratować tych ludzi ale tak naprawdę starali się cały czas uciec. To zmieniło porucznika, zamilkł na chwile.
-Sha’nks stara się wyjść na wolność i reszta też.- Powiedział bez wstydu.- Zostawcie go w spokoju to jakiś szalony starzec, a ta zaraz jest wyjście!
Widok zniszczonych ludzi w klatkach i swojego starego kompana w kałuży krwi mówił porucznikowi że musi tu zostać, że nie mogą tak po prostu wyjść z jaskini. Jego rozmyślania zostały przerwane przez nagły zgiełk, ktoś zbliżał się w ich stronę. Trzeba było podjąć szybką decyzję…