15.07.1410
Prosty ja pachołek, alem mordarz zakonny i sługa wierny. Jakom świadek, na Krzyż Chrystusów klnę się jako prawda wszystko tu spisane i nie daj Bóg nikomu w zapamiętaniu od tychże boleści żyć. Dokonało się i Templariuszów kośba wojenna na ziemi naszych przodków skruszona. Do boju ruszyłem pod nieustraszonym Zyndramem z Maszkowic, który nawet się nie spłonił i żyły mu nie nabrały w chwilach wojowania. Straszliwy to mąż, potykał się on ze wszystkimi, usiekając każdego – gdyż to jest człek tak strasznej siły, że nic mu to – i ze stoma się potykać. Podczas bitwy nieraz żem słyszałem i widziałem rzeczy, od których ciarki po skórze chodzą, jednak spowiadam wam się tu – blade to wszystko przy sile naszych mordarzy zakonnych. Stu braci moich, w zacnych zbrojach w Mediolanie kutych, gdziem szkolenie i rynsztunek zdobywaliśmy. Każdy z nas ręce mocniejsze ma niż żelazo i ruchy sprawniejsze niż to ryś polujący. Zadaniem naszym było wyczekiwanie w lesie, blisko jeziora momentu dogodnego i czatować na znak ustalony by do boju ruszyć. Klnę się, - trwało to wieczność całą, gdy pachołek od Króla przybył wreszcie w miejsce naszej sekretnej chorągwi i zawyrokował:
-Król w obieży. Na Pomoc!
Twarz Zyndrama w jednym momencie stała się groźna i uroczysta. Nakazawszy nam wejść na konie, przed wyruszeniem krzyknął w nasze oblicza… jakże drogie nam słowa:
- Nic tu prawda, wszystek dozwolone! Do boju bracia!
Opadliśmy na krzyżaków – zatracona ich mać! Od lewego boku, gdy pewnikiem myśleli żem nas złamali i pewne wróżyli sobie zwycięstwo. Templariusze bici bez miłosierdzia, bez wytchnienia, bez chwili nawet przerwy, jakiej piersiom trzeba dla złapania oddechu, parci, naciskani, rażeni siłą naszych mieczy, siekier, toporów, skrytych ostrzy, poczęli się chwiać i ustępować. Na nic ozwane głosy o litość – wszystkich usiekaliśmy, aż coraz więcej białych płaszczów leżała już na ziemi. Uciekającym w zapamiętaniu darowaliśmy, bo zadaniem naszym był cel jeden – ochrona króla Władysława. Bitwa odmieniła się i winniśmy rzezią raczej zwać ją. Stopniała wreszcie garść psubratów, gdy przyjazne chorągwie zacisnęły się, jakoż wilk, na szyi gęsi, oddawszy Niemców w objęcie największej uspokoicielki – śmierci. Gdzieżeś indziej, druga chorągiew naszych mordarzy zakonnych opadła na Ulryka i za cel skupiwszy się na ubiciu tegoż węża nikczemnego - co się im prędko udało.
Bitwa zwycięska, choć straty? Żaden to trud osądzić je na nieliche. Trzecia część naszych braci pogrzebana… jednak nie czas tu na łez potoki i lamentu stronnice. Wszystko robione z większym pożytkiem i chwałą Zakonu naszego. Przyjdzie dzień, gdy spadnie kara na sprawców zbrodni i wszystkie narody ostaną wyzwolone - spod jarzma czarnej trucizny. Wojujcie bracia! Klnę się przeto, że biały orzeł pofrunie w nieba objęcia i siłą spadnie na krzyże fałszywe…
- Anonim