Zdjęcie numer 27.
Nie będę ukrywać - blefowałem. Wszystkie karty, które trzymałem w dłoni były słabe. Zgasiłem w popielniczce ostatniego papierosa, i spojrzałem na zimne twarze towarzyszy. Rewolwer leżał na środku stołu, i czułem jakbym zaraz miał wydać na siebie wyrok. Rosyjska ruletka to gra dla prawdziwych mężczyzn. Jednak w pomieszczeniu była z nami kobieta - zakładniczka. Ciemna brunetka, znacie ten typ. To był poker na śmierć i życie, ale tego wieczoru los uśmiechnął się tylko do jednego z nas.
Oddalony o setki kilometrów od ciepłego domu w Teksasie, siedziałem na przeciw najgorszych oprychów jakich możecie sobie wyobrazić. W telewizji mówią o nich terroryści, a ja stałem się jednym z nich. Postanowiliśmy podgrzać atmosferę, i zagrać o życie. Rewolwer załadowany był czterema nabojami. Kto przegrywał, ten ciągnął za spust. Szansa przeżycia: jeden do trzech.
I w końcu padły słowa, które zmroziły mi krew. Alan, człowiek siedzący na przeciwko powiedział jedno słowo: "Sprawdzam!". Myślę, że też się bał. Wszyscy się baliśmy. I zgadnijcie, kto przegrał.
Podniosłem po woli colta. Włożyłem go pod stół, zakręciłem bębnem i przystawiłem lufę do skroni. Odliczyłem w myślach do trzech. Raz... zacisnąłem powieki... dwa... wstrzymałem oddech, i spiąłem wszystkie mięśnie. Jednak zanim pomyślałem trzy, drzwi pomieszczenia, w którym siedzieliśmy wyleciały z trzaskiem z zawiasów. Do środka wpadł oddział antyterrorystów.
Wszędzie dym, słychać było strzały. Coś wybuchło, pisk w uszach. Nawet nie pamiętam kiedy zdążyli mnie skuć i przenieść do policyjnego wozu. Z naszej szajki przeżyłem tylko ja. Tego wieczoru miałem ogromnego farta