Z pobliskiego korytarza doleciał narastający huk.
- Jeśli chcemy żyć, Sha’anks radzi czym prędzej uciekać. - zaproponował Khajiit.
- Kocur ma rację. Nie mało ich gna do nas - rzekła pośpiesznie Micareth, spluwając.
Od razu, gdy tylko Khajiit usłyszał słowa mogące w najmniejszym stopniu stanowić aprobatę jego propozycji, odwrócił się na swoich kocich paluszkach i ruszył w kierunku najbliższego tunelu. A reszta… cóż... postanowiła tym razem wziąć słowa Sha’anksa głęboko do serca i bez większego namysłu postawiła współtowarzyszyć w taktycznym odwrocie.
Biegnąc co sił w nogach, przemierzali, identyczne skaliste korytarze oświetlone blakiem fosforyzujących grzybów. Tym razem jednak starali się uciec przed goniącymi ich posiłkami Miltena. Niestety, z każdą chwilą wrogowie byli coraz bliżej, a nie zapowiadało się, że drużyna Agnry będzie w stanie tak biec w nieskończoność. Grimes nie był zbytnio zadowolony z takiego obrotu spraw. A szczególnie z tego, że jeśli reszta jest taka sama jak ten chłopak Milten, to nie sądził by udało się im jakkolwiek uciec przed nimi. Miał świadomość tego, iż wkrótce ich dopadną, Patrząc na wzmagający się odgłos pogoni, to „wkrótce” zdawało mu się całkiem bliskie.
- Ej, słuchajcie! - krzyknął porucznik – jeśli macie, jakiś genialny pomysł na wydostanie nas z tego gówna, to z chęcią go teraz wysłucham. Inaczej już nigdy więcej nie będziemy mieli okazji go poznać.
- Chyba mogę mieć jakiś plan. - zawołała Vera - Tylko potrzebować będę trochę czasu i skupienia.
- Co wymyśliłaś?
- Mam w zanadrzu pewne zaklęcie, które zdaje mi się powinno kupić nam trochę czasu.
- „Zdaje się”? - parsknęła Micareth, głosem sugerującym rozbawienie, ale do śmiechu jej wcale nie było.
- Sha’anks uważa, że w naszej sytuacji „zdaje się” jest najlepszą możliwą opcją, przyjaciółko Sha’anksa.
Drużyna zatrzymała się w miejscu, jak stwierdziła Vera, odpowiednim do realizacji jej zamierzenia. Wyróżniało się ono od pozostałych korytarzy, tym, iż w pewnym momencie tunel ten się rozszerza po czym, kilkanaście stóp dalej, przewęża się. Dawało to w ten sposób dostatecznie dużo miejsca, aby zaklęcie było skuteczne. Elfka od razu po zatrzymaniu rozpoczęła przygotowania. Najpierw nakreśliła na ziemi krąg magiczny przy pomocy jakiegoś kamienia. Wyciągnęła z torby kilka dziwnych przedmiotów. Raczej nie-nekromantki nie noszą przy sobie odciętego palca, kawałków dziwnego mięsa, chyba nie przeznaczonych do jedzenia, małych zdobionych czaszek. Nie omieszkał tego zresztą zauważyć Khajiit. Przy tym nie mało marszczył swym noskiem. Jednak ten prztyczek mimowolnie, a może celowo, uszedł jej uwadze. W tym samym czasie pozostali rozstawili się, zabezpieczając elfkę, gotując się do nadchodzącego wielkimi krokami starcia z Dziećmi Nocy. Na to nie przyszło im długo czekać. Zza zakrętu wypadła grupa czarnych mniej-więcej ludzkich kształtów. Mimo to dało się rozpoznać, iż są to lubujące się w krwi osobistości nie posiadające pozytywnych zamiarów względem wysłanników z Fortu Greymoor. Trzech wojowników świadomych swego zmęczenia rozpoczęło walkę z wampirami, stawiając swe życia na szali. Liczyli także, że ich uzdolniona magicznie towarzyszce szybko przygotuje się do rzucenia zaklęcia. Nauczeni poprzednią walką, tym razem nie pozwalali sobie, aby dopuścić do sytuacji w której to zostali by rozdzieleni. A skupiając się już na każdym z osobna to Khajiit już standardowo prychał, tańcując z coraz mniejszą werwą między atakami wroga, tnąc ich raz po raz swoimi ostrzami. Porucznik Grimes po raz kolejny tego dnia wszedł w szał berserka. Wymachiwał zręcznie swym toporem odganiając wstrętnych krwiopijców od pracującej za jego plecami Veranque. Natomiast co tyczy się Micareth, pomimo ciągle nacierającego wroga, bez wytchnienia cięła, uderzała swym rapierem zadając to większe, to mniejsze rany wrogom. Lecz mimo ich heroicznego zaangażowania walka nie wyglądała dla nich zbyt pomyślnie. Jednak jakoś udawało im się wytrzymywać pod naporem oponentów i nie dopuszczać ich nekromantki. Słowo „jakoś” właśnie idealnie opisywało to jakim cudem ich krew jeszcze była w ich żyłach a nie w żołądkach wampirów. W końcu ktoś nie wytrzymał i zawołał:
- Ej, elfko! Długo ci jeszcze zajmą te przygotowania, bo nie sądzę byśmy byli w stanie jeszcze przez dłuższy czas wytrzymać pod naporem naszych lubujących się w krwi przyjaciół.
Jeszcze długo ci to zajmie? Nie sądzę byśmy byli w stanie dłużej wytrzymywać napór naszych...
- Nie... Jeszcze… Jeszcze nie... - syknęła Altmerka – Potrzebuję trochę więcej czasu, jeśli ma to przynieść jakikolwiek efekt. - dodała, pracując jednocześnie w pocie czoła, aby ukończyć przygotowania do rzucenia zaklęcia.
Minęła jeszcze chwila nim w końcu z ust Very padły długo przez wszystkich wyczekiwane słowa:
- Dobra, skończone! Teraz wszyscy cofnijcie się.
Usłyszawszy to, pozostała trójka zaczęła się wycofywać, uważając jednocześnie na nadchodzące ze wszystkich stron ataki. Pierwszym, który znalazł się za plecami Altmerki był Sha’anks. Kocur ten po usłyszeniu tych słów magicznie odzyskał siły i szybkimi kocimi ruchami wyminął atakujących nieprzyjaciół, zrównując się ze swoją współtowarzyszką pochodzącą z Summerset. Trochę inaczej miała się sytuacja z porucznikiem Grimesem i walczącą u jego boku Micareth, którzy nie posiadali takiej kociej zwinności jaką miał Kahjiit. Jednak wreszcie udało się im się wycofać do nekromantki, mimo ciągłego naporu wroga. Wtedy to wypowiedziała ona para słów w nikomu z tu obecnych nieznanym języku. Przez chwilę nic się nie działo, ale potem nie wiadomo skąd powiały mroźne podmuchy wiatru a na ziemi pojawił się wielki bladoniebieski krąg. Z niego wynurzyła się najpierw jedna gigantyczna, niezwykle paskudna ręka pokryta licznymi szwami. Za nią na światło dzienne, a raczej lekkie światło fluorescencyjnych grzybów, wyłoniła się kolejna. Nie ustępowała w brzydocie pierwszej. Po górnych kończynach przyszedł czas, aby wszystkim ukazała się głowa a wraz z nią korpus tego kolosa. Miał on ponad siedemnaście stóp wysokości i wyglądał jak góra rozerwanych trupich ciał połączonych i pozszywanych w jedno. Wszyscy natychmiast się zatrzymali. Nie wiadomo tylko czy to z powodu pokaźnych rozmiarów przywołanej istoty, czy też może z powodu jego rzadko co spotykanego paskudnego wyglądu. Z resztą tak samo dla Grimesa jak i pozostałych członków jego drużyny nie było to takie ważne. W parę sekund po przyzwaniu to szybkim ruchem złapało pobliskiego wampira i rozerwało go na dwie części. Monstrum to zaryczało i poczęło uderzać swymi pięściami w grupę wrogów rozpraszając ich po całej jaskini. Dzieci Nocy syczały, warczały na tego potwora, lecz nie były w stanie nic więcej zrobić. Pewien krwiopijca nawet próbował go minąć, ale kolos szybki ruchem zagarnął go i rzucił nim o naprzeciwległa ścianę.
- A teraz, bierzmy dupy w troki i zmiatajmy stąd, póki nasi milusińscy są zajęci. – zakrzyknął Grimes.
Towarzyszom porucznika nie trzeba było dwa razy powtarzać. Wszyscy w jednej chwili ruszyli do znajdującego się za nimi tunelu, aby wreszcie uciec od tych wampirów. Jednak gdy tylko Veranque ruszyła już po paru krokach jej nogi odmówiły posłuszeństwa, a ona sama nieprzytomna z impetem uderzyła o ziemię. Pierwszą, która podbiegła do leżącej na ziemi elfki była Micareth.
- Ej! Ocknij się! Ej! - krzyczała.
- Czy pani śmierdząca śmiercią żyje? - zapytał Sha’anks, z jakimś dziwnym, trudnym do odgadnięcia grymasem.
- Chyba… Chyba żyje… ale jest tylko nieprzytomna. To ostatnie zaklęcie musiało ją kompletnie wykończyć. - powiedziała to wojowniczka, z drżącym sercem.
- Sha’anks mówił, że poslugując się swoją magią, kobieta ta dobrze nie skończy.
- Teraz nie czas na dyskusje. - rzekł Grimes, przerzucając przez swoje ramię ciało Altmerki – Musimy jak najszybciej się stąd zbierać, żeby nas te wampiry znów nie dopadły.
***
Kiedy to jęki i krzyki wampirów oraz ryk przywołanego przez nekromantkę monstrum mieli już dawno za sobą, porucznik Angra zdecydował aby wreszcie zrobić postój. Położył niesioną na ramieniu elfkę na ziemi a sam wziął się za przygotowanie paru rzeczy związanych z chwilowym odpoczynkiem. Miejsce to do wypoczęcia nie było wcale złe. Oczywiście jak na warunki panujące w Blackreach, które, łagodnie rzecz ujmując, nie należały do najlepszych. Była to większa grota posiadająca wiele różnych tuneli łączących ją zapewne z innymi grotami. Grimesowi zajętemu swoimi rzeczami zdarzało się co jakiś czas spoglądać na strop tego podziemia i widział znajdujące się na nim jasnoniebieskie kamienie, które przywodziły mu na myśl rozgwieżdżone nocne niebo nad Skyrim. Sprawiało to, iż zaczynał tęsknić za kuflem piwa. Niestety wiedział, że wpierw musi znaleźć przyczynę zaginięć wielu ludzi.
Gdy już się rozgościli w tym miejscu Micareth zajęła się przygotowywaniem strawy. Aby to było możliwe zlecono Sha’anksowi rozpalenie ognia. Kiedy byli oni zajęci swoim, obudziła się ze swojej „drzemki” nekromantka. Początkowo półprzytomna elfka podniosła się z ziemi i mglistym wzrokiem rozejrzała się dookoła. Gdy już w pełni oprzytomniała, dotarło do niej co się stało. W tej samej chwili odezwał się do niej siedzący przy ognisku Grimes Angra.
- No, no. Widzę że w końcu się obudziłaś.
- Yhy… Mmm… - wybełkotała łapiąc się za głowę z powodu doskwierającego jej wciąż irytującego bólu, po czym dodała – Długo byłam nieprzytomna?
- Nie wiem. Półgodziny... godzinkę… To i tak dobrze, że w tak krótkim czasie możemy cię znowu zobaczyć na nogach.
- Twarda jestem. - powiedziała elfka z pewną dozą wyższości w głosie.
- Nie chętnie to przyznaję, ale po raz kolejny uratowałaś nam skórę nekromantko – powiedział to kładąc nacisk na ostatnie słowo.
- To teraz pan porucznik winien mi postawić dwa kufle piwa. - odparła uśmiechając się z pewnym grymasem na twarzy.
- Nawet trzy albo cztery – powiedział Nord - Ale najpierw musimy zakończyć misję i w miarę jednym kawałku wrócić do Fortu Greymoor.
Zaraz potem Micareth podgrzała na palenisku strawę. I już była gotowa wszyscy ze smakiem ją zjedli. No może z wyjątkiem biednego Khajiita, który narzekał na brak wiadomo czego w posiłku.
***
Po paru kolejnych godzinach odpoczynku wyruszyli w dalszą drogę. Przyświecał im tylko jeden cel, jak najszybciej uporać się z tą misją i wydostać się z tego gówna. Warto wspomnieć, iż w tym czasie do głowy porucznika Grimes przypatoczyła się pewna teoria dotycząca tego łajna, jednak miał nadzieję, że to jego kolejny głupi wymysł. Tym razem nauczeni niedawnymi wypadkami postanowili zachować większą ostrożność podczas przemierzania niebezpiecznych ostępów Blackreach. Aby podwyższyć poziom ich bezpieczeństwa postanowili praktycznie jednomyślnie, aby także funkcję przedniej straży pełnił Sha’anks, który posiadał największe z nich wszystkich zdolności w skradaniu i cichym poruszaniu się. Oczywiście kocur ten wzbraniał się rękami i nogami. Twierdził, że to tak z ludźmi jest, że najgorszą i najniebezpieczniejszą robotą obarczają biednego, niczemu winnego Khajiita. Parafrazował przy okazji pewne porzekadło „Gdzie człowiek nie chce, tam Khajiita posłać zechce”. Dla Veranque nadarzyła się okazja do wypomnienia Sha’anksowi jego niedawnych słów o utrzymywaniu między nimi pewnego dystansu, mówiąc, iż tam z przodu takowy dystans na pewno znajdzie.
Tak więc kiedy szyk w jakim mieli się przemieszczać został ustalony, a kocur zajął zaszczytne miejsce na przedzie, ruszyli przed siebie. Przechodzili przez kolejne tunele, groty, jaskinie najrozmaitszych kształtów i wielkości, lecz wciąż rosły w nich wielkie fluorescencyjne grzyby lub mniejsze znajdujące się na ścianach. Przyozdobione też były inną mniejszą większą roślinnością przystosowaną do życia w tak nieprzyjaznych warunkach jakie panował w Blackreach. Zdarzało się nierzadko drużynie porucznika Angra mijać czy też przechodzić przez wartko płynące podziemne rzeczki. Co jakiś czas, w mniej bezpieczniejszych miejscach drużyna musiała się na chwilę zatrzymać, aby będący z przodu Sha’anks miał dostatecznie dużo czasu, by upewnić się o braku większego zagrożenia.
Przy powrocie z któryś zwiadów, Khajiit przyszedł lekko zaniepokojony.
- Panie generale… Panie generale… - wołał, cicho pomiałkując.
- Ile razy już ci mówiłem żebyś mnie tak nie nazywał. - odparł porucznik Grimes.
- Sha’anks przeprasza. Sha’anks już mówił, że się na tym nie zna.
- Dobra mniejsza z tym. O co chodzi?
- Sha’anks zauważył swoimi oczami małą grupę wampirów znajdującą się w tamtą stron stojącą przy jakichś wielkich wrotach i ich pilnujących.
- Hmm… A czy dalibyśmy radę jakoś się przekraść?
(Czy udało nam by się tam dostać niezauważonymi?)
- Sha’anks się na przekradaniu zna jak mało kto i wie, że dalibyśmy jakoś radę, ale.. - i tu spojrzał na Grimesa i Micareth - … z panem marszałkiem i kobietą-wojowniczką może być maleńki problem. Nosicie ciężkie zbroje i wydają one zbyt dużo hałasu, przez co może być z tym problem.
- Nie mam zamiaru iść między wroga bez zbroi. – sprzeciwiła się Micareth.
- Nie dałbyś rady nas jakoś przeprowadzić, abyśmy nie musieli ich ściągać? - zapytał Khajiita Angra.
- Sha’anks może spróbować, ale było by dla Sha’anksa znacznie łatwiej, gdyby pan generał i przyjaciółka Sha’anksa zdjęli choć cześć w miarę zbędnego pancerza.
- To dałoby się zrobić. Dobrze? - tu spojrzał wymownie Grimes na Micareth.
- Yyy… - westchnęła z niechęcią Micareth.
Po pozostawieniu za sobą w kryjówce nagolenic i naramienników ruszyli przed siebie za przewodnictwem Khajiita. Miał on za zadanie bezpiecznie i niezauważenie przeprowadzić ich do wnętrza ruin, przemykając się obok krwiopijców.
W miarę jak się przemykali się obok wampirów, niepokój powoli zaczął gościć w ich sercach oraz na twarzy. Czy im się uda przekraść? Czy pozostaną niezauważeni? I czy ten Khajiit naprawdę da radę ich przeprowadzić? Takie uczucia były widoczne tylko u Very, Micareth i Grimes. Natomiast kocia twarz Khajiita w tym momencie nie zdradzała niczego, jakby myślał o zupełnie czymś innym. W końcu jakoś udało im się dotrzeć do wrót. Po zostało im otworzyć je i dostać się do środka. Na szczęście stojący w pobliżu krwiopijcy byli czymś zaaferowani, a drzwi mimo swych masywnych rozmiarów otworzyły się nadzwyczaj lekko, z drobnymi skrzypnięciami. Kiedy dostali się do środka postanowili zachować wzmożoną czujność, by przypadkowo nie natknąć się na patrolujące oddziały wroga. Postępując w ten sposób udało się przemierzyć podniszczone korytarze i ominąć parę przemieszczających się grupek Dzieciąt Nocy. Wśród nich, ku niezadowoleniu porucznika Grimesa, widoczne były osoby w zbroi Paktu Ebonheart oraz osoby, których twarze kojarzył z Fortu. W końcu udało się im dotrzeć do niższych stref podziemnej budowli. Tam też zastali wyglądające na całkiem nowe korytarze. Wyróżniały się one zupełnie nowym i nieznanym drużynie Grimesa stylu architektonicznym. Postanowili je zbadać zachowując jeszcze większą ostrożność. Po pewnym czasie, w którym nie wydarzył się żadne niespodziewane przygody, dotarli do wielkich masywnych drzwi. Postanowili je otworzyć zachowując przy okazji ostrożność na wypadek tego jak by ktoś tam był. Na ich szczęście nikogo tam nie zastali. Przeszli przez te drzwi, a ich oczom ukazała się wielka grota, w której zewsząd widoczne były złoża jasno niebieskiego kryształu. Ich wydobywaniem zajęte były dwemerskie automaty, a wśród nich krążyły małe grupy wampirów. Stojący na przedzie Sha’anks zaproponował, by schować się za pobliską górą kamieni, żeby gdyby ktoś tędy przechodził nie zauważył ich. Reszta się z nim zgodziła i już kilka sekund później tam byli.
- Hmm… Członkowie Paktu i inni ludzie w szeregach wampirów… Wszyscy wyglądają na zaginione osoby, o których była mowa w raportach. Wszystko to jest zagmatwane. - myślał na głos Grimes. - i jeszcze te krasnoludzkie ustrojstwa. Jak to możliwe, że słuchają się tych krwiopijców. I co to za cholerstwo, które wydobywają
- Prawdopodobnie znaleźli panel sterowniczy który je kontroluje. I zdaje… Zdaje mi się, iż wiem co wydobywają. – wyszeptała Vera, a wszyscy spojrzeli na nią wymownie – Jest to… eterium.
- Eterium?! - zakrzyknęła pozostała trójka.
- Jest to rzadko spotykany minerał kondensujący w sobie ogromne pokłady magii. A patrząc na skalę jego wydobycia i tego przez kogo są wydobywane nie wróży to nic dobrego.
- Co przez to rozumiesz? - zapytał Angra z coraz to rosnącym w sercu niepokojem.
- Krasnoludy wykorzystywali go do budowie swoich najpotężniejszych maszyn. Niektóre z nich kontrolowały nawet pewne aspekty codzienności. I choć wampirom dużo brakuje do Dwemerów to jednak boję się myśleć o tym do czego oni chcą wykorzystać takie ilości eterium.
- I co teraz robimy panie poruczniku? - zapytała z niepokojem w głosie Micareth.