
Natenczas ciszę przeszyła rozbrzmiewająca echem modlitwa.
- Requiem aeternam dona eis, Domine, et lux perpetua luceat eis. Za spokój duszy Bohuna.
Na zewnątrz już widniało. Pierwsze promienie wschodzącego słońca przebijały przez powałę starego kościoła. Świece zgasły, a cienka struga dymu tańczyła nad kadzielnicą niby ostatni dech minionej nocy.
-Za Bohuna? – spytał rozbudzony głos z końca izby. Z konfesjonału poderwał się młody mnich, który potykając się o ławy, szedł chwiejnie ku modlącemu się mężczyźnie. Gdy stanął obok, chwycił świecę i odpalił knot.
Ciepły płomień rozświetlił czerwoną, napuchłą, ale przyjazną twarz Zagłoby
-Niechby ci było nawet i za Bohuna, przed Bogiem wszyscy jednacy – powiedział ochryple zakonnik – Jam o Bohunie jeno słyszał z ojcowskich opowiadań.
-A jam go znał – przerwał mu Zagłoba. – Dobrego o nim wiele nie powiem, ale o zmarłym i źle nie lza.
-Rad byłbym gdyby waćpan powiedział co nieco. – podchwycił młodzieniec, przysiadając obok.
Zagłoba wyprostował się, popuścił pasa i przebiegł wzrokiem po ścianach, na których było teraz widać niewyraźne sylwetki świętych.
-Ostatni raz jakem go widział, pojmanego na dwór wprowadzali. Oczy jego zimne jak wody Dniepru, spojrzenie przeszywające jak ogień i jak miecz ostre.
-Za co pojmany?
-Jak Zbaraż Kozacy z tatarami brali, Bohun lizał rany. Rzędzian, starosta na Wąsoszy, wtedy był robił za pachołka, z Bohunem w konfidencje wszedł i dojść do zdrowia pomagał. Raz mówi do mnie – Bohun to nie kozak pośledni – to skrytobójca, co wolności nad wszystko pragnie – chodziły słuchy, że był asasynem. Wprzódy sprzeciwił się samemu carowi w Perejasławiu, potem dołączył do Chmielnickiego, którego do buntu jurgał. Gdy chan z królem zawarli przymierze – czemu i niechybnie się przysłużyłem, gdym wrogą chorągiew zdobył, Bohun rozsierdził się niemożebnie. Pod twierdze przybył, naprzód sokoła posłał – bo pono z ptakami umiał rozprawiać diabeł, zresztą i jego Sokołem zwali. Ptaszysko niebo nad nami okrążało i z powrotem do niego, jakby mu coś do ucha szepnąć chciało. A Bohun, który jak cień zwykle i jak błyskawica, teraz na czele kozaków stanął i woła:
-Bracia! Komu sława kozacka miła, za mną! – a oni jak jeden mąż za szable złapali. Na to sam Chmielnicki stać im każe, a Bohun gna ich – Za mną! - Ruszyli. A on na przedzie. Na doły nasze, na jary, pod kule pędem.
Na nic się im ta szarża zdała, bo oni sami, bez chana liczyć się z nami nie mogli. Nam przecie jeszcze z odsieczą król Jan Kazimierz przybył. Szybko się z nimi rozprawiliśmy. A Bohun żyw wzięty do niewoli.
-I co dalej dziadku było? Opowiadaj!
- Naprzód, z przeproszeniem jegomości, nie jestem ja żaden dziadek, jeno byczek, choć leciwy. Dalej już znasz – przed dworem stanął, na śmierć gotów.
-Ale go nie usiekli. – wtrącił mnich.
-Ano nie usiekli, pan Skrzetuski nakazał go puścić wolno.
-I puścili? Wolny był?
-Puścili – Zagłoba zwiesił głowę – Nie spotkałem go już później, pono swoi go zabili. A czy wolny? O wolność całe życie walczył, ale wolności nigdy nie zaznał. Zbyt te kniaziównę kochał. Żeby on jej nie kochał byłby on wolny jak wiatr w polu i sławny jak sam Chmielnicki.
Mnich się nie odezwał. Zagłoba podniósł głowę, spojrzał jeszcze na twarz świętego Bernarda, oświetloną teraz przez słoneczne promienie, wstał i poprawił kontusz.
- Non nobis Domine, non nobis, sed nomini Tuo da gloriam. – rzekł cicho, przeżegnał się i wyszedł.